Czytelnia

czytelnia1

czytelnia7

Dla Boba Dylana przełomowy był moment odkrycia piosenki folk. „Zanurzył się w tym po czubek głowy i to go ukształtowało. To jest pewna tradycja opowieści, która mówi o rzeczach ważnych. Opowieści przede wszystkim o złym losie, który dotyka ludzi. O doświadczeniach głęboko egzystencjalnych”.

O piosence folk, o Dylanie i jego Noblu („Powtarzam od 13 października, że gdy Dylan dostał Nobla, to był to spóźniony Nobel dla Homera”), o tłumaczeniu piosenek i tłumaczeniu w ogóle („Jak powiedział kiedyś […] profesor Jerzy Jarniewicz: Anglicy mają tylko jednego Szekspira, a my mamy Szekspira Barańczaka, Sity, Słomczyńskiego, Kamińskiego, Ulricha, Paszkowskiego, Gałczyńskiego, Kasprowicza…”), o zniekształcającym podziale na literaturę wysoką i niską („Mam wrażenie, że ten podział […] to wymysł dziewiętnastowieczny, kiedy burżuazja i mieszczaństwo dzięki rewolucji przemysłowej dochrapało się kasy. […] I to dopiero w XIX wieku pojawiły się koncerty, na których publiczność siedziała w ciemności, a artyści występowali w świetle”) – o tym wszystkim opowiada Andrzejowi Dębowskiemu i Idzie Nowak z magazynu „Kontakt” niezastąpiony Filip Łobodziński – bard, tłumacz, dziennikarz.

Tymczasem lada dzień ma ukazać się płyta Nie potrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru z 29 piosenkami Dylana w tłumaczeniu Łobodzińskiego i wykonaniu współtworzonego przezeń zespołu dylan.pl. „Jeśli znają Państwo pojęcie coffee-table book, to nasza płyta jest właśnie czymś takim. Podwójną płytą, której zapewne niewiele osób wysłucha od początku do końca. Ale niech służy Państwu niczym album z malarstwem albo gruba antologia poezji. Do sięgania, do zaglądania, do kosztowania po kawałku” – przeczytane na stronie zespołu słowa tylko zaostrzają apetyt.

czytelnia3

„Jest coś dziwacznego w tym, jak zapomniany stał się Gilbert Keith Chesterton. Człowiek uważany w swojej epoce za tytana i podziwiany przez swoich zagorzałych ideowych przeciwników (z których wielu było równocześnie jego przyjaciółmi) jest dziś traktowany w najlepszym wypadku jako ciekawostka. Nawet konserwatyści, zawłaszczając go szerokim gestem dla siebie, zdają się dostrzegać jedynie żarliwego apologetę katolicyzmu i pozostają w niemal zupełnej nieświadomości jego poglądów na historię, politykę, ekonomię, literaturę i stosunki społeczne” – tym mocnym otwarciem rozpoczyna swój znakomity esej o jednym z naszych ulubionych myślicieli Mateusz Tondera, młody krakowski prawnik, muzyk i publicysta. Chesterton okazuje się myślicielem paradoksalnym: zwolennikiem jednocześnie tradycji i rewolucji, przeciwnikiem jednocześnie kapitalizmu i socjalizmu. A oto nasz ulubiony fragment: „Chesterton nieraz przeciwstawiał sobie realne braterstwo ludzi kochających swoje mniejsze i większe ojczyzny dziwnej kaście kosmopolitów, którzy mimo deklaracji o otwartości na wszystkie kultury, rasy i zwyczaje, zwykle czują się dobrze jedynie w towarzystwie podobnych sobie wykorzenionych bogaczy”. Tekst ukazał się na portalu „Jagielloński24”.

czytelnia4

W „Nowych Peryferiach” ruszył parę miesięcy temu cykl artykułów pod hasłem Filozofia rolnictwa. Już pierwszy tekst – recenzja głośnej pracy New Peasantries holenderskiego socjologa Jana Douwe van der Ploega – to prawdziwa bomba, a dla osób zainteresowanych wsią – lektura konieczna. Recenzentka, socjolożka Aleksandra Bilewicz (określająca samą siebie słowami: „Trochę postępowa, trochę konserwatywna), zręcznie strzeszcza główne tezy omawianej książki, zwracając uwagę tak na jej mocne, jak i na słabsze strony.

„Chociaż globalny kapitalizm uderzył w tradycyjne społeczności chłopskie, zdaniem van der Ploega możemy obserwować obecnie proces repezantyzacji [sic!] – okazało się bowiem, że to właśnie chłopski sposób gospodarowania jest odporny na kryzysy i pozwala na względną niezależność wobec zmiennych wymagań rynku”. W klasyfikacji autora New Peasantries gospodarstwa „chłopskie” różnią się od „przedsiębiorczych” („farmerskich”) i „kapitalistycznych” innym stosunkiem do przyrody, do czasu i do rynku. „Takie ujęcie [to znaczy nie tylko z punktu widzenia tymczasowej „wydajności”, lecz także odporności na kryzysy w długiej skali] przydałoby się wielu analitykom, którzy przypisują chłopskie przywiązanie do ziemi i konserwatyzm irracjonalnym wyobrażeniom czy emocjonalnemu niedostosowaniu do zmieniającej się rzeczywistości. Tymczasem cechy te czy zachowania należałoby przypisać raczej – owszem, kulturowo ugruntowanej – obliczonej na długie trwanie strategii gospodarowania zasobami i relacji z otoczeniem, ostatecznie, jak pokazuje autor [na przykładzie badanych na przeciągu niemal 30 lat wybranych społeczności w Peru, we Włoszech i w Holandii], skutecznej i adaptacyjnej. To właśnie chłopi, niekoniecznie posługując się innowacyjnymi technologiami, tworzą gospodarkę zrównoważoną, opartą na przetwarzaniu własnych zasobów i poszanowaniu środowiska” – pisze Bilewicz. Chłopi górą!

czytelnia5

„Przyszedł od strony tekstu, a nie muzyki, rytmu” – to jeszcze z wywiadu z Filipem Łobodzińskim, o Bobie Dylanie oczywiście. Ale wypowiedź Dylana na temat muzyki innego barda – zmarłego niedawno Leonarda Cohena – pokazuje, jak duże znaczenie tak pierwszy, jak i drugi przywiązywali jednak do melodii: „Gdy ludzie mówią o Leonardzie, zapominają o jego melodiach, które dla mnie są, obok tekstów, jego największym osiągnięciem. Nawet kontrapunkt, który dodaje każdej jego piosence niebiańskiego charakteru i melodyjności. Na ile wiem, nikt we współczesnej muzyce nie zbliża się do niego pod tym względem. Nawet w najprostszej piosence, jak The Law, która zbudowana jest na dwóch podstawowych akordach, są linie kontrapunktu, które są zasadnicze i każdy, kto myślałby o zrobieniu tej piosenki i kochał jej słowa, musiałby zbudować ją wokół linii kontrapunktu. Jego dar czy geniusz polega na jego łączności z muzyją sfer. W piosence Sisters of Mercy, na przykład, wersy należą do czterech głównych linii, które zmieniają się i poruszają w dających się przewidzieć interwałach […], ale melodii nie da się przewidzieć. Piosenka po prostu przychodzi i stwierdza fakt. I później wszystko może się wydarzyć – i się wydarza, a Leonard pozwala, by się wydarzało. Jego ton nie zna wyniosłości ani szyderstwa. On jest twardo stąpającym po ziemi kochankiem, który nie uznaje odmowy. Leonard jest zawsze ponad wszystkim. Sisters of Mercy to, wers po wersie, cztery główne linie, w doskonałym metrum, bez refrenu, drżące z napięcia. Pierwsza linia zaczyna się w kluczu minorowym. Druga idzie od minorowego do majorowego, i wznosi się, i zmienia pod względem melodii i wariacji. Trzecia linia wznosi się jeszcze wyżej – jakby na wyższy stopień – a potem czwarta linia wraca do początku. To jest zdradziecko nietypowy schemat muzyczny, czy ze słowami, czy bez. Ale jest tak subtelny, że słuchacz nie zdaje sobie sprawy, że został właśnie zabrany w muzyczną podróż, i wyrzucony gdzieś po drodze, ze słowami, czy bez”.

Nie jesteśmy pewni, czy dobrze tłumaczymy muzyczne terminy, ale nie możemy się oprzeć temu typowo dylanowskiemu monologowi – w tym przypadku o muzyce kolegi po fachu. A to tylko mały fragment długiego, fascynującego artykułu o Leonardzie Cohenie, który ukazał się w „New Yorkerze” tuż przed jego śmiercią – autorstwa nie Dylana co prawda, ale z wypowiedziami jego i wielu innych. Nie umknęło naszej uwadze, że artykuł ten początkowo nosił tytuł How the Lights Gets In, który następnie – po ukazaniu się ostatniej płyty Cohena – został zmieniony przez redakcję na Leonard Cohen Makes It Darker. Czyż nie w tym napięciu między światłem i ciemnością toczyło się życie zmarłego właśnie wielkiego muzyka? Zainteresowanych jego postacią zachęcamy też do lektury szkicu Kapłan Boga autorstwa Andrzeja Wysockiego z tego numeru „Sumy”.

czytelnia6

„Wydaje mi się, że jedną z przyczyn wzrostu nastrojów konserwatywnych w obecnej Polsce, ale także Europie Zachodniej, jest zapotrzebowanie na elitę, która nie składa się z przedstawicieli bohemy i innych królów życia, lecz ludzi posiadających – niezależnie od poglądów – w swojej osobowości pewien rys ascetyczny” – dla tego choćby zdania warto przeczytać, jak zawsze gęsty od prowokujących przemyśleń, artykuł Łukasza Maślanki pt. Elity i masowa edukacja. Receptą na zatracenie elitotwórczej roli uniwersytetu w dobie masowej edukacji jest według Maślanki model francuski, gdzie równolegle do masowych uniwersytetów istnieją elitarne grandes écoles. Artykuł stanowi część numeru „Teologii Politycznej Co Tydzień” pod hasłem Na co nam uniwersytet, w którym znajdziemy także sławny już esej Mateusza Matyszkowicza Śmierć rycerza na uniwersytecie oraz „poradnik” Leopolda Tyrmanda Jak przejść przez uniwersytet, nie straciwszy wiary w życie.

Tematowi uniwersytetu poświęcona jest także 45. teka krakowskich „Pressji” Inny uniwersytet jest możliwy. Autorzy „Pressji” również pochylają się nad problemem kształcenia elit, proponując dla odmiany system kolegialny. Dodatkowo część artykułów – w tym jeden autorstwa naszego redaktora – dotyka kwestii miejsca chrześcijańskiego rozumienia racjonalności w edukacji wyższej i nauce. Tym, którzy szukają nie tylko idei, lecz także konkretnych rozwiązań praktycznych, polecamy tekst Marcina Kędzierskiego, stanowiący zarys projektu reformy edukacji przygotowanego przez zespół, „w którego skład weszły 24 osoby – kobiety i mężczyźni; przedstawiciele nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych i technicznych; pochodzący z różnych ośrodków akademickich w Polsce i za granicą; profesorowie i młodzi pracownicy nauki; reprezentanci zarówno środowiska akademickiego, jak i środowisk społecznych oraz biznesowych; wreszcie, osoby reprezentujące poglądy bliskie Prawicy RP, jak i partii Razem”.

czytelnia7

„Kilka innych powieści [Dickensa] znałem dzięki temu, że mi je czytano – po lunchu, w siódmej klasie, w mojej nowojorskiej prywatnej szkole. Niektórzy opierali głowę o biórko i spali – nikt im nie przeszkadzał. Reszta słuchała. Nasza wychowawczyni, piegowata i siwa kobieta o imieniu Ruth K. Landis, czytała swoim miarowym, cukierkowym głosem najpierw Olivera Twista, a potem Wielkie nadzieje. W momentach kulminacji emocji Miss Landis miała oczy pełne łez, ale nikt z niej szydził. Był to uroczy wstęp do szkolnego popołudnia”.

Potem jednak autor tych słów, David Denby z „New Yorkera”, porzucił Dickensa na pół wieku. Gdy nieśmiało sięgnął znów po jego powieści, odkrył w nich niezrównane poczucie humoru, baśniowość (dowiadujemy się przy okazji, że Dickens przyjaźnił się z Andersenem, który wpadł z wizytą w 1857 i nie chciał wyjechać przez pięć tygodni), miłość do ludzi kryjącą się pod płaszczem ironii, wreszcie groteskowy turpizm – sympatię do zapuszczonych ogrodów, rozpadających się domów, śmierdzących wnętrz – których współczesny realizm może pozazdrościć. Odkrył też na nowo Dickensowską radość pisania, która przekłada się na radość czytania jego powieści.

I wreszcie na koniec autor przekonuje się, że Dickens „działał w innym systemie moralnym. Dla niego cnotami były lojalność, przyzwoitość, współodczuwanie, szczerość – nie autentyczność, pasja miłosna, samospełnienie, wyczyn”.

A jeśli komuś mało rozważań o Dickensie – strona „Chesterton Polska” właśnie „uwolniła” e-book z polskim tłumaczeniem biografii literackiej Dickensa pióra naszego ulubionego G. K. Chestertona.