By nie wyzbyć się ludzkich uczuć

David Shugar (1915-2015)‎

1.

Wieczór był niezwykle mroźny, więc skromne, przytulne, zalane ciepłym światłem, wypełnione książkami mieszkanie robiło wrażenie upragnionej przystani. Czekało tu na mnie trzech emerytowanych profesorów biochemii, uczniów Davida Shugara – dwie kobiety i jeden mężczyzna. Wysyłając do jednej z pań profesor parę tygodni wcześniej, a miesiąc po śmierci jej mistrza, mail z prośbą o pomoc w pisaniu artykułu na jego temat, nie spodziewałem się aż takiej życzliwości. Moja adresatka z miejsca zaprosiła mnie, nieznajomego, do siebie, a teraz, jak przyszło do spotkania, dwoje pozostałych profesorów specjalnie jechało przez zamarzniętą Warszawę.

Mieli coś wspólnego – taktowną bezpośredniość i brak pretensji, pomimo tytułu, dokonań, pracowitego życiorysu. Skoro ich troje – on szarmancki, w opowieściach skrupulatny, jedna z pań ciepła, wrzucająca anegdoty, druga cicha, na koniec wręczająca mi spisane specjalnie dla mnie wspomnienia – skoro trzy tak różne osobowości miały jednak pewien rys wspólny, było to może coś, co przekazał im ich starszy współpracownik i nauczyciel. Skrawek jego zwierciadlanego odbicia, który pozostał, choć on odszedł.

Usłyszałem wiele nowych historii, ale ważniejszy był chyba sam fakt spotkania i materialnego łańcucha, w który przez moment zostałem włączony. Dotykałem dłoni, których on dotykał; nauczyłem się czegoś ważnego od osób, które nauczyły się z kolei czegoś od niego.

Kilka razy powtarzali: „Myśmy go – jakby to powiedzieć? – szanowali, lubili”. Postanowiłem, że zacznę od tej obserwacji: był szanowany i lubiany przez swoich uczniów, uważany przez nich za dobrego, szlachetnego człowieka.

Dwie fotografie

Pierwsza być może ze ślubu: David i Grace młodzi, on w białym mundurze kanadyjskiej marynarki, ona w letniej sukience, uśmiechnięta.

Poznają się podczas studiów na uniwersytecie McGill w Montrealu, gdzie oboje działają w lewicowych organizacjach („byli naprawiaczami świata” – powie jej przyjaciółka z tamtych lat). Grace kończy studia w 1939, potem zajmuje się między innymi kształceniem robotników. Pobierają się w 1943. On z rodziny ortodoksyjnie żydowskiej, ona – z kanadyjskiej chrześcijańskiej; zwłaszcza jego rodzice nie są zachwyceni, ale małżeństwo ma się okazać wyjątkowo udane.

Gdy w 1946 David zostaje internowany, Grace pisze w pełnych oburzenia protestach o „gestapowskich metodach” stosowanych przez kanadyjskie władze. Wkrótce ich troje – on, ona i ich ledwie roczna wówczas córeczka – wyjeżdżają do Paryża. Statmąd udadzą się do Brukseli, a w końcu do Warszawy. Grace kończy eksternistycznie studia, a po śmierci córki zajmuje się pracą naukową i dydaktyczną na UW, tworząc warszawską szkołę psycholingwistyki rozwojowej. Po polsku mówi pięknie.

Była pozbawiona złości, zawiści, drobnych ambicji – mówi na pogrzebie Grace jedna z uczennic Shugara. – W życiu widziała głównie pozytywy i nawet wtedy, kiedy chorowała i cierpiała – nie użalała się nad sobą. Była hojna i pomocna w sprawach dużych i małych. Znała imiona naszych dzieci, mężów, wiedziała o ich sukcesach.

„Gdyśmy czasem krytykowali Shugara – mówili mi jego uczniowie – odpowiadała: wiem, że on ma swoje wady, ale jest mój”. Grace umiera w 2013 roku, w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat. David – dwa lata później, w wieku lat stu.

Zdjęcie drugie: Shugar klasyczny. Fajka, muszka, okulary, maszyna do pisania, papiery. To częsty widok, bo dostaje wciąż artykuły innych naukowców do recenzji, a własnych, zarówno badawczych, jak i przeglądowych, też pisze dużo. Do pracy nad przeglądówkami przygotowuje sobie fiszki, karteczki, układa je w odpowiedniej kolejności, siada i pisze, paragraf po paragrafie. Pani Lidka, sekretarka Shugara, nie znając angielskiego, jakimś cudem potrafi poprawiać jego literówki.

Angielski był jego atutem, ale czasem był zbyt dobry dla osób przyzwyczajonych do naszego angielskiego. Raz przyszła odpowiedź z polskiego czasopisma chemicznego: Dobrze, jakby tekst poprawił jakiś native speaker.

Literaturę śledzi przez „Current Contents”, zbiory aktualnych spisów treści czasopism naukowych. Na koniec PAN prenumeruje je już tylko dla niego, bo młodsi korzystają z Internetu. Shugar komputera jednak nie lubi, używa tylko Worda – jako „maszyny do pisania” – trochę maila, niechętnie, i Skype’a, u kresu życia, do rozmów z kanadyjską rodziną.

Tak mija mu znaczna część dnia – w gabinecie z uchylonymi drzwiami, nad papierami i klawiaturą. „Interesował się głównie nauką. Podczas rozmowy parę zdań o czymś innym powiedział i wracał do tematów naukowych”.

Patrzę na te dwa zdjęcia. Gdy parę miesięcy temu dowiedziałem się o śmierci Davida Shugara, miałem ambicję napisać o wszystkim – o jego życiu i jego nauce. Zadanie jednak przerosło moje siły (choć pewnie będę do niego wracał). Pozostaje mi przedstawić to niewiele, co zrozumiałem, a może tylko wydaje mi się, że zrozumiałem, z tajemnicy jego długiego, pracowitego życia – oraz napisać szerzej o tle, na którym to życie się toczyło: o powstawaniu nowej biologii i zawiłych ścieżkach intelektualnych, jakimi podążali niektórzy dwudziestowieczni uczeni. Może złoży się to w jakąś całość – miejmy nadzieję.

Trzy okruchy wspomnień, bez specjalnych puent

Rok dwatysiącektóryś, wystawa prac – czy raczej fotografii prac – Mayera Kirshenblatta w Opatowie.

Kirshenblatt, właściciel sklepu z tapetami i farbami w kanadyjskim Toronto, nieustannie wspomina przedwojenne dzieciństwo. W końcu jego dorosłe dzieci wpadają na pomysł: „Narysuj nam ten Opatów!”. Powstają obrazy, naiwne w stylu, barwne, pogodne: procesja – pewnie bar micwy – pomiędzy drewnianymi chatami, tańce weselne na łące przy cmentarzu, handel na rynku, powitanie sąsiadów przed synagogą.

Wystawa trafia do Opatowa, na otwarciu ma być autor prac. W tym samym Opatowie, miasteczku między Kielcami a Sandomierzem, urodził się w roku 1915 David Shugar (tak w każdym razie prosił, żeby mówić – w oficjalnych biogramach widnieje oddalony o osiem kilometrów przysiółek Józefów). Jedna z uczennic słyszy gdzieś o wystawie i zabiera starego profesora w podróż. Twierdzi, że zna drogę i mapy nie potrzebuje, ale gubi się i przyjeżdżają spóźnieni. Shugar nie mówi oczywiście ani słowa („Nigdy nikogo za nic nie ofuknął, co najwyżej do niektórych przestawał przychodzić, pytać: Co słychać?”).

W Opatowie (znam to miejsce dobrze, bo mieszka tam moja babcia) po synagodze zostały fundamenty, po żydowskim cmentarzu – okruchy kilku macew. Tylko rynek podobny do tego z obrazów Kirschenblatta, ale pusty, smutny. Na imprezie miejsce dla „sławnego profesora z Warszawy” czeka obok miejsca dla malarza. Shugar zna życie opatowskich Żydów raczej tylko z jego emigracyjnej wersji – jego rodzina wyjechała do Kanady, gdy miał trzy czy cztery lata – ale dwaj opatowsko-kanadyjscy Żydzi, staruszkowie, prawie rówieśnicy, spotkawszy się niespodziewanie w miejscu swojego urodzenia, nie mogą się od siebie oderwać.

Rok 1964. Brytyjski Oksford, konferencja fotobiochemii i fotobiologii

Gdy dwa lata wcześniej, równo po dekadzie spędzonej w Polsce, nie wpuszczają Davida na konferencję do Francji, załatwia w końcu odnowienie swojego kanadyjskiego paszportu. Shugarowie myślą nawet o powrocie za ocean, ale przychodzi choroba nowotworowa córki i jej tragiczna, przedwczesna śmierć w siedemnastym roku życia. W końcu zostają w Polsce. Tu znajduje się grób Basi, a poza tym jest „ciekawie” (w Kanadzie – „nudno”) i nie brakuje ambitnych młodych ludzi, z którymi można współpracować naukowo (ludzi tych wyławia Shugar w różnych miejscach, stąd wielorakość tematów, którymi się zajmuje – stara się dostosować badania do poszczególnych osób, do tego, co umieją). Z odnowionym paszportem może już jednak jeździć na konferencje.

Teraz lecą do Oksfordu zaprezentować właśnie opublikowane wyniki. Shugarowie są razem. Dla uczniów profesora – ciekawy, inny świat. Średniowieczne wieże, obrazy na ścianach. W domu handlowym Marksa i Specera rzecz u nas nieznana – czarna bielizna.

Wiedzieliśmy – mówi mi profesor Magdalena Fikus – jak wciąż przeżywają jej śmierć, w Anglii przecież dopiero co byli szukać pomocy u znajomych lekarzy (to od nich usłyszeli: „Wróćcie tam, gdzie ma przyjaciół”). Ale na tej konferencji nie dali po sobie nic poznać. Nic. Nie wiem, czy to kwestia wychowania? Skupili się na nas. Na przyjęciach Shugarowa mnie prowadziła do różnych ludzi, przedstawiała, pomagała w rozmowie. A mój wykład – wykułam co prawda na blachę, ale na pytania nie byłam w stanie odpowiedzieć. Shugar mnie wtedy wyratował.

Druga połowa lat 50.

Pomiary robiliśmy na przemian – opowiada profesor Kazimierz Lech Wierzchowski, jedyny, który pamięta jeszcze Shugara pracującego przy stole laboratoryjnym. – Bardzo to lubił. Wtedy byliśmy po imieniu. Jak został docentem tytularnym to przyszedł i powiedział: „Leszek, w Polsce jest taki zwyczaj, proszę lepiej mówić teraz w laboratorium: panie docencie”.

Zawsze czuł – mówią mi jego uczniowie – że musi dostosowywać się do polskich obyczajów.

Dwa filmy

Pierwszy. Profesor Shugar ma już prawie dziewięćdziesiąt lat, oficjalnie na emeryturze, ale dalej aktywny. Niewysoki, wesołe oczy, krzaczaste brwi, duże uszy, łysawy. Po polsku mówi z akcentem i powoli, ale dobrze.

Najpierw parę migawek z mieszkania: wiązanie muszki przed lustrem, uśmiech żony na pożegnanie, klatka schodowa typowego polskiego bloku. Nie pokazują porannych ćwiczeń, ale ponoć robił co dzień pięćdziesiąt pompek, prawie do końca („jak byłam u niego na miesiąc przed setnymi urodzinami, to mówił, że pompek już nie robi, ale ćwiczyć – ćwiczy”), nie pokazują też śniadania – zawsze, czytam we wręczonych mi wspomnieniach, obfitego, starannie przygotowanego przez profesora.

Kolejna scena: w kaszkiecie i z torbą na ramieniu rusza na „obchód majątku”. Najpierw biofizyka na UW, którą zakładał w latach 60. Rozmowy ze współpracownikami (trochę sztuczne, jak to na filmie), czytanie artykułów, fajka, herbata („dosypywał sobie sody, na żołądek”). Zamiast obiadu – obiadów nie jadał, żeby uniknąć senności – spacer do Instytutu Biochemii i Biofyzki PAN, gdzie też jest od momentu powstania – od 1957. Znów wizyty w laboratoriach, rozmowy. Potem powrót ulicami Warszawy, zakupy w aptece.

Wieczoru w domu na filmie nie ma. Przed kolacją, przygotowywaną przez żonę – mały drink („mieli dobre alkohole, ale on rozcieńczał je dla siebie czystą wódką, przez oszczędność”). Po kolacji – praca lub lektura powieści czy czasopism, fajka, w tle – muzyka klasyczna. Chodzą wcześnie spać.

Film drugi. Nakręcony w 2015 roku, na parę miesięcy przed śmiercią Shugara, a prawie siedemdziesiąt lat po wspominanych na nagraniu wydarzeniach.

Ponoć nie lubił o tym mówić i teraz też mówi niechętnie. „To był koszmar” – zaczyna. Zabrali go rano, gdy żona była akurat poza domem, przewieźli do więzienia, odmówili dostępu do prawnika. Gdy doszło do rozprawy, traktowano go „jakby z góry było wiadomo, że jest winny”. Jakość obrazu nie jest zbyt dobra: jego bratanica Harriet, i dziennikarka z montrealskiej gazety rozmawiają z profesorem przez Skype’a. Jakim jednym słowem opisałby tamte doświadczenia? „Bitterness” – gorzkość.

O całej sprawie wiadomo znacznie więcej. Właśnie zaczynała się zimna wojna: parę miesięcy wcześniej, jesienią 1945 roku Igor Guzenko, szyfrant radzieckiej ambasady w Ottawie wyjawia Kanadyjczykom, że Związek Radziecki – do tej pory uważany za sojusznika – posiada w ich kraju sieć wywiadowczą. Kanadyjskie władze nie wiedzą, co z uzyskanymi informacjami robić, przez jakiś czas wahają się, a w końcu podejmują decyzję o aresztowaniu podejrzanych. Jest wśród nich David Shugar, który według jednego z ujawnionych raportów opowiadał radzieckiemu agentowi o pracy nad sonarem podczas służby w marynarce i obiecał przekazać w przyszłości poufne materiały.

Policjanci kanadyjskiej policji konnej pukają do jego drzwi 15 lutego 1946 o piątej nad ranem. Ponoć zalatuje od nich alkoholem. Zatrzymanemu nie pozwalają przekazać żadnej wiadomości dla nieobecnej żony – ani w momencie aresztowania, ani przez najbliższych pięć dni. Internowany jest łącznie przez cztery tygodnie, z początku bez możliwości kontaktu nawet ze strażnikami, w pomieszczeniu z dzień i noc palącym się światłem.

Podczas rozprawy Shugar twierdzi, że agenta, z którym według raportu rozmawiał – Sama Carra – owszem, zna – z kanadyjskich organizacji lewicowych – nic mu jednak nie obiecywał. Na przesłuchaniach jest nieustępliwy i zadziorny, domaga się swoich praw, prowadzi strajk głodowy. Sympatia Shugara dla Związku Radzieckiego nie jest tajemnicą – działa w Narodowej Radzie Przyjaźni Kanadyjsko-Radzieckiej, oficjalnie otwartej zresztą ledwie dwa lata wcześniej pod patronatem samego premiera Kanady. Łatwo ustalić też, jakie ma poglądy polityczne – nie tak dawno stracił pracę w firmie zbrojeniowej w związku z próbami zorganizowania związku zawodowego. Na przepytujących go komisarzach robi wrażenie „przekonanego, zatwardziałego komunisty”, więc ci, mając nadzieję na wyrok skazujący, stawiają mu jeden po drugim dwa różne zarzuty. Wobec braku wystarczających dowodów w obu przypadkach sąd orzeka niewinność.

Zła sława „podejrzanego o szpiegostwo” ciągnie się jednak za Shugarem przez wiele lat. W Kanadzie zostaje zwolniony z pracy i nie może znaleźć następnej, a gdy wyjeżdża do Francji, też musi po dwóch latach uciekać. Po kolejnych dwóch latach spędzonych w Belgii decyduje się wyemigrować za żelazną kurtynę, do opuszczonego w dzieciństwie kraju nad Wisłą. Pomaga mu Leopold Infeld, fizyk osławiony współpracą z Einsteinem, swego czasu kolega z Narodowej Rady Przyjaźni Kanadyjsko-Radzieckiej, wówczas już pracujący w Polsce.

Trudno uniknąć tego pytania: czy David Shugar był winny? Jeśli winą było popierać Związek Radziecki – a nie tylko z perspektywy dzisiejszej wiedzy o Gułagu i Katyniu, ale też na bazie różnych założeń filozoficznych można takie poparcie niewątpliwie krytykować – to Shugar winny był, tyle, że wcale się z tym nie krył, oficjalnie zabiegając o wymianę informacji naukowych z radzieckimi uczonymi. Zimna wojna się jeszcze nie rozpoczęła i Związek Radziecki był, jak wspominałem, sojusznikiem, a dla osób o radykalnie lewicowych poglądach – wzorem państwa prawdziwie egalitarnego. Poglądy lewicowe były przy tym wówczas popularne – a szczególnie w biednym, imigranckim środowisku, w którym dorastał Shugar. Sprawa dotyczyła więc bardziej tego, czy rzeczywiście obiecał zrobić coś, co byłoby złamaniem danej kiedyś żołnierskiej przysięgi. Shugar utrzymywał przez całe życie, że nigdy czegoś takiego nie zamierzał – i nie ma rozstrzygających dowodów, że było inaczej.

Wracam do pierwszego filmu i sceny przedstawiającej starego profesora idącego wieczorem ciemnymi ulicami Warszawy. Uczynił te ulice swoim domem, choć polskiej kultury, historii, tradycji religijnej nie rozumiał i nawet nie był nimi szczególnie zainteresowany. Miał w sobie raczej coś z „międzynarodowca” – może to cecha właściwa naukowcom podróżującym nieustannie po konferencjach, może pochodna jego lewicowych poglądów. A jednak żył w naszym kraju, urlopy spędzał w naszych górach albo na spływach naszymi rzekami, mieszkał w zwykłym bloku, zakupy robił na zwykłym targu („przekupki na Polnej go znały i nie lubiły, bo przebierał w towarze”).

W biografii Shugara ciekawi mnie jego współpraca – nie tyle naukowa, bo zajmowali się różnymi kwestiami, co organizacyjna – z Józefem Hellerem, zakładającym w 1957 roku Instytut Biochemii i Biofizyki PAN. Heller – wąsaty Lwowiak (we Lwowie współpracował ze sławnym biochemikiem Jakubem Karolem Parnasem, który w 1949 zmarł podczas przesłuchania przez NKWD w Moskwie), ochotnik w Legionach, a po odzyskaniu niepodległości żołnierz Wojska Polskiego, wykładowca tajnych kompletów podczas okupacji. Shugar z kolei – człowiek zza oceanu, cierpiący surowe represje za zbytnią sympatię dla Związku Radzieckiego. Ponoć się lubili i dobrze rozumieli.

List od profesora Aleksandra Włodawera z amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia, (tłumaczony z angielskiego):

Należałem do pierwszej grupy (było nas łącznie dziesięć osób, jeśli dobrze pamiętam) studentów biofizyki, nowego kierunku, jaki Shugar założył na Wydziale Fizyki UW. Wydział zdecydował, że będziemy studiować o jeden semestr dłużej niż reszta fizyków, przez co mieliśmy ukończyć studia na początku 1969 roku. Nastał jednak marzec ‘68 i musiałem kończyć jako pierwszy, na osiem miesięcy przed terminem. Udało się głównie dzięki pomocy Davida, bo przymknął oko na moją nienajlepszą pracę magisterską i na egzaminie końcowym zadawał proste pytania. Najbardziej wyraziste wspomnienie, jakie posiadam, to jego sposób prowadzenia zajęć: po angielsku, z fajką w ustach, bardzo niskim głosem. Niewątpliwie jego wykłady, jak również fakt, że wszystkie polecane przez niego podręczniki były po angielsku, bardzo pomogły mi później, podczas studiów doktoranckich w Kalifornii.

Natomiast nigdy – jako że badania do pracy magisterskiej prowadziłem w Instytucie Nenckiego – nie widziałem Davida w laboratorium, ani też nie byłem u niego w domu, to znaczy zanim odwiedziłem go tam po raz pierwszy i ostatni dwa miesiące temu. Wiedziałem o śmierci jego córki, bo wielu moich przyjaciół chodziło do tego samego liceum, co ona – i wiedziałem, jak bardzo to wydarzenie nim wstrząsnęło. Jednakże on był bardzo skrytym człowiekiem i nigdy nie wspominał nam o swoich osobistych kłopotach. Miałem mgliste pojęcie, że jego powrót do Polski miał jakieś przyczyny polityczne, ale więcej na ten temat dowiedziałem się dopiero ostatnio. […]

Jak widzisz, można komuś wiele zawdzięczać nie znając go zbyt dobrze. Żałuję, że nie znałem go lepiej.

Życiorys Davida Shugara to, jak to się czasem – zbyt często – mówi o ludzkich życiorysach, „gotowy materiał na film”. Nie brakowałoby w filmie takim plastycznych scen: trzyletni chłopczyk wpatrzony w lufcik na zatłoczonym statku wiozącym jego rodzinę do Kanady, barwna dzielnica imigrancka w Montrealu i David-nastolatek pomagający ojcu przy dostarczaniu koszernych jaj do klientów, David-prymus wygłaszający przemowę na koniec szkoły średniej w nagrodę za najlepsze oceny. Potem Paryż z przełomu lat 40. i 50. (ten z fotografii Roberta Doisneau) i wreszcie Warszawa, powoli wstająca z gruzów i zmieniająca się przez lata. Byłyby może i krótkie migawki – filmowcy się w takich lubują – mające oddać coś z osobowości bohatera albo wnieść nieco komizmu: a więc młody David zaszywający się gdzieć po skończonej pracy i czytający książki (zachowało się właśnie takie jego zdjęcie – z dwiema książkami pod pachą); moment, gdy podczas jednego z licznych wyjazdów z żoną na kajaki gdzieś w Polsce traci dokumenty i portfel, bo nie umie pływać; wreszcie scena, jak jedzie pewnego dnia przez zasypaną śniegiem Warszawę do pracy na nartach.

Byłby wreszcie i poważny dramat polityczno-moralny.

Tak opowiedziana historia nie uwzględniałaby jednak tego, co w życiorysie Davida Shugara trudno uchwytne w obrazy, mało na zewnątrz efektowne, ale chyba najważniejsze, bo codzienne (a codzienność dodaje naszym sprawom głębi) – wytrwała praca naukowa i małżeńskie życie w cieniu tragedii – utraty jedynego dziecka.

Po spotkaniu z jego uczniami pytam na odchodne, czy Shugarowie byli w jakiś sposób religijni. Sprawy te są mi osobiście bliskie. „Nie, nie, w ogóle”. Na rzecz czego porzucił więc młody David religię swoich przodków z opatowskiej synagogi i najbliższej rodziny? Na rzecz marksizmu? Nauki? Obu w jakimś stopniu. Przede wszystkim był on jednak właśnie człowiekiem pracy – codziennej, wytrwałej – i równie codziennego oddania żonie oraz prostej przyzwoitości w stosunkach ze współpracownikami. „Gdyby trąba sądu ostatecznego zagrzmiała nagle wśród powszedniego dnia – Joseph Conrada pisał o tej swoistej świeckiej duchowości codziennego obowiązku – muzyk przy swoim pianinie nie przestałby grać sonaty Beethovena, a szewc trwałby do ostatka ożywiony niezmąconą wiarą w doniosłość swej pracy. – Bo po co mamy się wzruszać mściwą pobudką Anioła, zbyt potężną dla naszych uszu i zbyt straszną dla naszych lęków?”.

2.

Czytelnik nie mający na co dzień do czynienia z biologią może mieć trudności z przypomnieniem sobie ról poszczególnych bohaterów. Co robiły białka, co DNA? Co enzymy, co geny? Ogólny zarys dramatu będzie jednak być może i jemu wiadomy.

Żywa komórka. Niepozorny owal znajomy z podręcznikowych rysunków przy zbliżeniu okazuje się sceną niezliczonych reakcji chemicznych. Królują tu enzymy, maleńkie niby-maszyny oddziałujące z wybranymi reagentami i przyspieszające procesy, w których te biorą udział. Tak więc bez enzymów ani rusz – jak jednak przekazać komórkom potomnym przepis na każdy z nich?

Otóż właśnie! Wyobraźmy sobie maszyny, których konstrukcja nie wymaga przekrojów poprzecznych i prostokątnych rzutów, wystarczy bowiem połączyć ogniwa niewielkiej liczby rodzajów, a otrzymane łańcuchy same zwiną się niczym rozciągnięta sprężyna – każdy łańcuch w kształt inny, w zależności od kolejności i łącznej liczby ogniw. Tak jest w przypadku enzymów, które z chemicznego punktu widzenia są białkami – liniowymi łańcuchami zbudowanymi z aminokwasów dwudziestu rodzajów. Przepisy na białka – geny – zawarte są w DNA , też łańcuchu, lecz złożonym z ogniw zaledwie czterech rodzajów. Że jednak ogniwa te – nukleotydy A, T, C i G – odczytywane są trójkami, możliwych kombinacji jest aż nadto, by „zakodować” każdy z aminokwasów.

DNA, co ważne, składa się z dwóch splecionych ze sobą nici. Gdy na jednej znajduje się przepis na białko, na drugiej obecny jest jakby jego fotograficzny negatyw. Każdemu A na pierwszej odpowiada T na drugiej, każdemu zaś T na pierwszej – A na drugiej. Podobnie każdemu C odpowiada G, a G – C. Druga nić okazuje się przydatna przy podziale komórki: każda z komórek potomnych dostaje jedną nić – „pozytyw” lub „negatyw” – i odtwarza drugą według zasad „komplementarności”: A parując z T, G z C.

Białka, DNA – brakuje jeszcze RNA. Jeśli bowiem DNA jest swego rodzaju książką kucharską, to książką wyjątkowo cenną, której nie trzyma się w kuchni, lecz w sejfie – jądrze komórkowym. Potrzeba przepisać dany gen na przekaźnik RNA, który wypływa poza jądro i tam służy jako matryca do produkcji białka. I już.

Dramat z DNA, RNA i białkami w rolach głównych stoi w centrum współczesnej biologii. Tak jest mniej więcej od późnych lat 1960., choć w latach 40., gdy David Shugar zaczyna swoją naukową karierę, wiadomo stosunkowo niewiele. Kształtowanie się nowej biologii należy do najciekawszych epizodów w historii nauki, spróbuję więc po krótce o nim opowiedzieć.

Shugar mawiał, że biologia molekularna zaczęła się od ultrawirówki. Gdy próbki kręcą się w tej maszynie z wielką szybkością w kółko, ruch cząsteczek pod wpływem siły odśrodkowej pozwala na ich rozdzielenie – jeśli są zmieszane – oraz określenie masy i przybliżonego kształtu każdej z nich. Wykorzystując tę metodę Szwed Theodor Svedberg pokazuje w 1926, że białka – izolowane z różnych źródeł biologicznych substancje ścinające się pod wpływem temperatury – nie są zlepkami małych fragmentów (koloidami), lecz jednolitymi cząsteczkami o wielkim rozmiarze. Wiadomo już wcześniej, że zawierają aminokwasy i że te z kolei w laboratorium pozwalają łączyć się w krótkie szeregi. Pomiary Svedberga dowodzą więc pośrednio, że białka to jednolite, długie łańcuchy aminokwasów.

Na dodatek białka tworzą kryształy. Jeśli jakaś substancja krystalizuje – jeśli przy powolnym zagęszczaniu jej cząsteczki potrafią, niczym cząsteczki soli, układać się w regularną, na poły mineralną sieć – musi być dość przewidywalnym, jednolitym związkiem chemicznym, a nie koloidem. Kryształy białkowe obserwowano już wcześniej, ale w latach 1920. po raz pierwszy krystalizuje się białka o właściwościach enzymatycznych. Niecałą dekadę później, w latach 30., krystalografowie z brytyjskiego Cambridge, J. D. Bernal i Dorothy Hodgkin, przeprowadzą pierwsze udane eksperymenty rozszczepienia wiązki promieni rentgenowskich na kryształach białkowych. Uzyskiwane w ten sposób obrazy dyfrakcyjne pozwalają teoretycznie określić przestrzene rozmieszczenie atomów w cząsteczkach tworzących kryształ, w przypadku białek analiza jest jednak niezwykle skomplikowana i powiedzie się dopiero w latach 50. Wówczas po raz pierwszy oczom naukowców ukażą się niezwykłe kształty, jakie mogą przybierać niepozorne łańcuchy aminokwasów.

Wybiegliśmy jednak zbyt daleko w przyszłość. Na razie są pierwsze dekady XX wieku i oprócz redukcjonistycznego podejścia spod znaku „izoluj składniki organizmów żywych i badaj je, jakby były zwykłymi związkami chemicznymi” świetność przeżywa genetyka, przeniesiona właśnie przez Thomasa H. Morgana z ogrodów i gospodarstw do laboratorium . Krzyżując muszki owocowe, bzyczące tysiącami w butelkach po mleku w jego pracowni, dochodzi do wniosku, że ich cechy w rodzaju kształtu skrzydełek czy koloru oczu określone są już w momencie poczęcia przez jednostki dziedziczenia – mendlowskie geny! – te zaś zlokalizowane są na chromosomach: ciemnych niciach widocznych pod mikroskopem wewnątrz jądra komórkowego. W 1928 Morgan dostaje misję specjalną: stworzyć własny wydział na renomowanym Kalifornijskim Instytucie Technologii – tak zwanym Caltechu – gdzie nie ma jeszcze biologii. Od tej pory spędza tam większą część roku, co lato zaś pakuje muszki do pociągu i jedzie do jednej z morskich stacji badawczych. Stacje te – tak w Ameryce, jak w Europie – odgrywają wówcza ważną rolę jako miejsce spotkań naukowców z różnych ośrodków.

Wydawać by się mogło, że połączenie dwóch rozwijających się na początku XX wieku dziedzin – tradycji redukcjonistycznej spod znaku ultrawirówki i krystalografii oraz Morganowskiej genetyki – naturalnie zrodzi współczesną biologię DNA, RNA i białek. W dodatku okoliczności są sprzyjające. Na amerykańską i europejską naukę znaczny wpływ wywiera za pośrednictwem swoich stypendiów i grantów Fundacja Rockefellera, a Warren Weaver – kierownik Sekcji Nauk Przyrodniczych tejże Fundacji – zna się dobrze ze Svedbergiem i pionierami krystalografii, i zabiega, by nowe metody trafiły pod biologiczne strzechy, w tym do Morgana. To Weaver – z wykształcenia matematyk, a prywatnie religiant i pasjonat rozmaitych dziedzin wiedzy (napisze między innymi książkę o tłumaczeniach Alicji w Krainie Czarów na różne języki świata) – po raz pierwszy użyje określenia „biologia molekularna”, rozumiejąc przez nie biologię posługującą się nowymi technikami.

A jednak okazuje się, że konieczny był jeszcze jeden czynnik: udział fizyków. Ci w pewnym momencie licznie „nawracają się” na biologię, wnosząc do niej nie tylko umiejętność projektowania i obsługi nowych urządzeń, lecz także nowatorskie, antyredukcjonistyczne i redukcjonistyczne zarazem, standardy eksperymentowania i myślenia. Najważniejsze miejsce wśród nich zajmuje Max Delbrück. Jemu poświęćmy ostatnią część tej krótkiej podróży przez historię.

Przełomowym momentem w życiu Delbrücka jest stypendium – swoją drogą przyznane przez Fundację Rockefellera – u wielkiego fizyka Nielsa Bohra. W kopenhaskim instytucie bardzo wiele się dyskutuje, zwłaszcza wieczorami, gdy mieszkanie Bohrów staje się salonem gromadzącym nie tylko fizyków, lecz także naukowców innych dziedzin, a nawet artystów, filozofów, teologów. Rozmowy często schodzą na temat biologii. Bohr przekonuje, że tak jak światło można rozpatrywać albo jako cząsteczki, albo jako fale, i te dwa podejścia, choć sprzeczne, dają komplementarne wyniki, tak życie też należy badać na dwa sposoby: jako wypadkową procesów chemicznych i jako zjawisko wyjątkowe, rządzone przez własne, czekające dopiero na odkrycie prawa. Po powrocie do rodzinnego Berlina Delbrück publikuje – wraz z dwoma współpracownikami, w tym genetykiem Nikołajem Timofiejewem-Riesowskim – swój pierwszy artykuł biologiczny, oparty na analizie mutacji wywołanych u muszki przez promieniowanie rentgenowskie. Wkrótce znów wyjeżdża na stypendium Rockefellera, tym razem do laboratorium Morgana w Kalifornii (wiele osób z jego rodziny, w tym rodzony brat oraz szwagier, sławny pastor Dietrich Bonhoeffer, angażuje się w tym czasie w opór przeciw hitleryzmowi). Berliński artykuł Delbrücka przechodzi początkowo bez echa – do momentu, gdy w 1943 opiera na nim swoje wykłady legenda fizyki kwantowej, Erwin Schrödinger. Wykłady te – wydane pod tytułem „Czym jest życie?” – stanowią mieszankę kilku intuicji proroczych oraz wielu raczej wątpliwych i szybko sfalsyfikowanych, napisane są jednak z wielką swadą i z miejsca stają się biblią młodych fizyków porzucających swoją dziedzinę dla biologii. Wielu z nich zwraca się o pomoc do Delbrücka, który w 1946 zostaje profesorem na Caltechu.

Gromadzące się wokół niego środowisko przejdzie do historii jako „grupa fagowa”, swoje badania prowadzi bowiem na fagu – wirusie infekującym bakterie – traktując go jako prosty model uniwersalnych praw biologii molekularnej. To częściowo kontynuacja tradycji Morgana – dla którego muszka była nie tyle sama w sobie przedmiotem badań, co modelem dziedziczności w ogóle – częściowo zaś kalka z fizyki, gdzie problemy zwykło się rozpatrywać na najprostszym możliwym systemie. Fag składa się z tych samych substancji, co chromosomy u muszki – białek i DNA – ale zamiast tysięcy genów zawiera ich ledwie kilkanaście (Delbrück początkowo przypuszcza, że jeden). To właśnie doświadczenia z użyciem faga wykażą, że cząsteczki DNA, a nie białka, stanowią „materiał genetyczny” (eksperyment Hershey’a i Chase z 1952), że DNA ma charakter liniowej sekwencji (eksperyment Benzera z 1954), a sekwencja ta odczytywana jest trójkami (eksperyment Cricka i Brennera z 1961), że między DNA a produkcją białek pośredniczy przekaźnik RNA (eksperyment Brennera, Jacoba i Meselsona z 1961), czy wreszcie, że oprócz białek-enzymów i białek strukturalnych istnieją jeszcze białka oddziałujące z DNA i regulujące w ten sposób produkcję innych białek (praca Jacoba i Monoda, też z 1961). Przydają się w tych eksperymentach nowe technologie – ultrawirówka, izotopy. Większość zostaje przeprowadzona na Caltechu, w Cambridge bądź w Paryżu, ośrodkach pozostających wówczas w ciągłym kontakcie.

Atmosferę w „grupie fagowej” – porównywalną chyba tylko z Kopenhagą czasów Bohra – dobrze oddają zdjęcia, zrobione na Caltechu bądź w nadmorskim Cold Spring Harbor (gdzie środowisko spotykało się co lato) przedstawiające nieustannie dyskutujących młodych ludzi: przy tablicy, nad herbatą, na krzesłach w ogrodzie. Wśród nich Amerykanie, Francuzi, Włosi, Duńczycy i badacze z innych jeszcze krajów. Gdzieś w centrum – chłopięca twarz ich charyzmatycznego lidera. To Delbrück dowiaduje się jako pierwszy o modelu podwójnej helisy DNA, wywnioskowanym z obrazów dyfrakcyjnych przez Jamesa Watsona (członka „grupy fagowej”) i Francisa Circka (fizyka-krystalografa z Cambridge) w roku 1953. Pisze wówczas do Bohra, że odkryto rzecz na miarę modelu budowy atomu Rutheforda.

Gdy w latach 60. Delbrück wraca do Europy, by przez krótki czas pokierować instytutem w Kolonii, postanawia zająć się nową tematyką: zmianami w DNA wywołanymi przez promieniowanie ultrafioletowe. Rad szuka w Warszawie, u specjalisty w tej dziedzinie – Davida Shugara.

Biologiczna kariera Davida Shugara też zaczyna się od ultrawirówki.

Jeszcze w trakcie wykonywania pracy doktorskiej w dziedzinie fizyki atomowej na uniwersytecie McGill w Montrealu – wspomni ponad pół wieku później, w 1996, odbierając doktorat Honoris Causa Uniwersytetu Warszawskiego – szpital uniwersytecki zwrócił się do mnie z prośbą o sprawowanie nadzoru nad budową ultrawirówki do celów biologicznych i klinicznych.

Jak widzieliśmy, pewną rolę w „nawróceniach” z fizyki na biologię odgrywała zwykle lektura Schrödingera (czy u Shugara także – trudno powiedzieć – choć wiemy, że „Czym jest życie?” czytał). Powody są jednak chyba głębsze. Sławny historyk nauki Thomas Kuhn wyróżnia w dziejach poszczególnych dyscyplin z jednej strony okresy rewolucji – gdy w ogniu dyskusji wykuwają się nowe paradygmaty, z drugiej zaś – okresy nauki normalnej, gdy paradygmaty są ustalone i trwa żmudne rozwijanie wiedzy. Rewolucje są fascynujące, okresy nauki normalnej – nieco nudnawe. Otóż w latach 30. i 40. w biologii właśnie zaczyna się rewolucja, fizyka zaś – po przełomowych odkryciach Einsteina, Plancka, Bohra, Schrödingera – wkracza w czas nauki normalnej.

Ilustracją tej zmiany może być biografia Johna S. Fostera, promotora doktoratu Shugara. Na początku naukowej kariery wyjeżdża on na prawie rok do Nielsa Bohra. Jego wrażenia są równie pozytywne, jak te Delbrücka – i także dla niego duński fizyk na zawsze pozostanie idolem. Na dodatek pobyt owocuje głośnym artykułem: Fosterowi udaje się zastosować nową mechanikę kwantową Heisenberga – pracującego wówczas w Kopenhadze – do wyjaśnienia zjawiska zwanego efektem Starka, a polegającego na zmianach w emisji i absorpcji światła przez atomy, gdy te znajdą się w polu elektrycznym. Po powrocie na McGill dzielnie kontynuuje swoje badania, ale z roku na rok jest to już coraz bardziej „żmudne rozwijanie wiedzy”, a nie fajerwerki czasów rewolucji. Doktorat Shugara, ukończony w 1940, czternaście lat po powrocie Fostera z Kopenhagi, dotyczy tego samego efektu Starka, z tym, że w atomach złożonych pierwiastków – miedzi i niklu. Stosowanie ustalonych paradygmatów do kolejnych przypadków jest charakterystyczne dla nauki normalnej. Podobnie tworzenie infrastruktury naukowej, wymagającej pracy w dużych zespołach – pod koniec kariery Foster poświęci się budowie cyklotronu. Kopenhaski artykuł sprzed lat pozostanie jego najważniejszym.

Te zmiany w fizyce są jakimś tropem, a na ich tle można też lepiej zrozumieć siłę oddziaływania książki Schrödingera: oto jeden z bohaterów okresu heroicznego fizyki symbolicznie przekazuje pałeczkę biologii. Nie wiem jednak, czy jest to trop właściwy w przypadku Shugara. Okres nauki normalnej – wymagający rzetelnej, zdyscyplinowanej pracy w zespole – mógł być dla kogoś o jego osobowości i jego politycznych przekonaniach – atrakcyjny.

Pozostają jednak jeszcze dwa możliwe powody. Pierwszy – prozaiczny. Na biologię są wówczas pieniądze i można znaleźć w tej dziedzinie zatrudnienie. Wiedział o tym doskonale Foster, który na marginesie normalnych badań przeprowadzał finansowane przez Fundację Rockefellera analizy zawartości metali śladowych w próbkach biologicznych. Drugi powód jest z kolei etyczny. W cytowanym przemówieniu z 1996 Shugar powie, że „jeszcze przed, a zwłaszcza po Hiroszimie i Nagasaki” pojawiają się po raz pierwszy pytania o społeczną odpowiedzialność nauki. Nie ma on co prawda żadnej styczności z pracami nad bombą atomową, ale odium winy spada w jakimś sensie na fizykę jako całość, a już zwłaszcza fizykę atomową, dziedzinę, w której robił doktorat. Zastosowanie fizyki w biologii natomiast nie tylko nie jest potencjalnie zbrodnicze, lecz wręcz może być – to jedno z ważnych słów w jego słowniku – pożyteczne, pozwalając tym samym na odkupienie zbiorowej winy fizyków. „Praca ta uświadomiła mi – powie o swoim kontakcie z ultrawirówką – że fizyka może odgrywać istotną rolę w biologii i medycynie”. Przez dwa lata poświęci się badaniom biologiczno-medycznym. Biologią – czy, ściślej, biofizyką – zajmie się, gdy przyjdzie mu szukać zatrudnienia za granicą.

We Francji i Belgii Shugar będzie analizował więc budowę białek i DNA – głównie przy użyciu metod spektralnych znanych mu z doktoratu – a w najważniejszej chyba pracy z tego okresu pomoże wytłumaczyć komplementarność między A i T oraz G i C w podwójnej helisie DNA. W ubogiej Polsce zaś będzie starał się kontynuować rozpoczęte w okresie parysko-brukselskim ścieżki, skupiając się między innymi na zmianach w budowie DNA pod wpływem uszkodzeń (to w końcu w tej kwestii będzie radził się u niego sam Max Delbrück), a później – pod wpływem choroby i śmierci córki – zacznie prowadzić poszukiwania wśród nukleotydów i nukleozydów (cząsteczek przypominających ogniwa DNA i RNA) potencjalnych leków przeciwnowotworowych i przeciwwirusowych. Cechą charakterystyczną jego grup badawczych będzie jednak zawsze ich różnorodność, dobrze oddana w tekstach niedawnego specjalnego numeru „Postępów biochemii” (Tom 61, Nr 3/2015), do którego odsyłam wszystkich zainteresowanych.

Ja tymczasem chciałbym opowiedzieć jeszcze inną historię.

3.

Drugi Międzynarodowy Kongres Historii Nauki, odbywający się w Londynie w 1931 roku, ma być w zamierzeniu organizatorów pokazem potencjału liberalnej koncepcji nauki, ale radziecki prelegent Borys Hessen krzyżuje im plany. Jego brawurowy odczyt „Źródła społeczno-ekonomiczne mechaniki Newtona” wywołuje duży odzew i z miejsca trafia do antologii raczkującej dziedziny, jaką jest wówczas historia nauki. Dobre wrażenie robią zresztą też inni członkowie radzieckiej delegacji, zwłaszcza rzutki ideolog materializmu dialektycznego Nikołaj Bucharin. Hessen i Bucharin wkrótce zginą podczas stalinowskich czystek i radziecka historia nauki na jakiś czas zamieni się w dziedzinę dowodzącą, że wszystkie najważniejsze odkrycia zawdzięczamy radzieckim uczonym, póki co jednak moskiewski ośrodek jawi się jako najprężniejszy w Europie.

Dla wielu brytyjskich młodych naukowców, w tym krystalografa J. D. Bernala (wspomnianego wcześniej jako autora pierwszych obrazów dyfrakcyjnych białek) i biochemika Josepha Needhama, londyński kongres jest momentem utwierdzenia w ich lewicowych poglądach. W porównaniu z podejściem Hessena zachodnia nauka wydaje im się za mało refleksyjna, za mało świadoma własnej historii i miejsca, jakie powinna zajmować w pogrążonym w kryzysie społeczeństwie. Owych młodych lewicujących naukowców historyk Gary Werskey określi zbiorczo mianem „widzialnego kolegium”. O „kolegium niewidzialnym”, które „bierze ludzkość w opiekę”, pisał jeden z pionierów nauki w XVII wieku, Robert Boyle, podkreślając społeczną rolę nauki. Międzywojenni badacze o lewicowych poglądach też „biorą ludzkość w opiekę”, ale dodatkowo w latach 30. stają się „widzialni”: wygłaszają radiowe odczyty, piszą popularne książki i angażują się w rozmaite organizacje: za dnia między innymi w związek zawodowy o nazwie Stowarzyszenie Pracowników Naukowych, wieczorami – w londyński elitarny klub kolacyjno-dyskusyjny „Tots and Quots”, gdzie spotykają się z przedstawicielami władz. Są charyzmatyczni i popularni – na przykład taki Bernal, nazywany przez współpracowników Mędrcem („wiedział wszystko od fizyki po historię sztuki”), poczytny publicysta, a prywatnie donżuan i dandys, którego mieszkanie trochę później, w 1950, ozdobi muralem towarzysz z komunistycznych organizacji międzynarodowych, Pablo Picasso.

Lata 30. to czas szczególny – Związek Radziecki zdaje się być jedynym państwem, którego nie dotknął kryzys ekonomiczny, w siłę rosną ruchy faszystowskie i niemiecki nazizm, a brutalna wojna domowa w Hiszpanii i przyjmowana przez wielu za dobrą monetę czarno-biała radziecka narracja o dobrych komunistach i złych „imperialistach” każą opowiedzieć się po którejś ze stron. Jeden z lewicowych naukowców, późniejszy noblista z fizyki, Patrick Blackett powie w 1934 w radiowym odczycie („najbardziej czerwonym odczycie w historii BBC”), że istnieją już tylko dwie drogi, ta wiodąca do faszyzmu i ta, która prowadzi do „całkowitego socjalizmu”.

Grupy podobne do brytyjskiego „widzialnego kolegium” pojawiają się też i w innych krajach, zwłaszcza we Francji, gdzie naukową lewicę reprezentują wóczas między innymi małżonkowie-nobliści Irene (córka Marii Skłodowskiej-Curie) i Frédéric Joliot-Curie, inny sławny fizyk, Paul Langevin, noblista i dyrektor Instytutu Biologii Fizykochemicznej, Jean Perrin, pracownicy tego instytutu, René Wurmser i Louis Rapkine, i wreszcie wspomniany wcześniej współautor kluczowych eksperymentów „grupy fagowej”, noblista Jacques Monod. W latach 30., a zwłaszcza w trakcie drugiej wojny światowej, brytyjscy i francuscy lewicowi naukowcy będą ze sobą intensywnie współpracować w ramach antynazistowskich komitetów.

Najciekawszą postacią tej współpracy jest Louis Rapkine, lewicowiec dość nieortodoksyjny, łączący swoje społeczne zaangażowanie ze sprzeciwem wobec wszelkiej przemocy i inspiracjami filozoficzno-religijnymi, zwłaszcza Spinozą. Przychodzi na świat – jak Shugar – we wschodnioeuropejskiej rodzinie żydowskiej (w okolicach Mińska) i też dorasta w Montrealu, w latach dwudziestych przyjeżdża zaś do Francji, gdzie początkowo bieduje (starcza mu na obiad w sześć dni w tygodniu, a w sobotę – zamiast obiadu – na kąpiel), a później zostaje stypendystą Fundacji Rockefellera, rozpoczynając swój wieloletni kontakt z tą organizacją. W 1940, będąc już znanym naukowcem, jedzie do Nowego Jorku, by tam – przy wsparciu Warrena Weavera, a od pewnego momentu pod egidą Wolnej Francji de Gaulle’a – niestrudzenie organizować pomoc dla uciekających z Francji badaczy. André Weil, brat Simone Weil i wybitny matematyk, nazwie Rapkine’a świętym. To do laboratorium Louisa Rapkine’a trafia w 1948 David Shugar – dzięki pośrednictwu brytyjskiego Stowarzyszenia Pracowników Naukowych (Shugar zasiada we władzach jego kanadyjskiej filii), a może też poprzez jakieś kontakty rodzinne z żydowskiego Montrealu. Po śmierci Rapkine’a w tym samym roku Shugar kontynuuje pracę u jego lewicowych przyjaciół: Renégo Wurmsera i Belga Jeana Bracheta (członka belgijskiej Partii Komunistycznej, którego brat zginął walcząc po stronie socjalistów w Hiszpanii).

Apogeum wpływu „widzialnego kolegium” przypada na lata powojenne. Właśnie kończy się druga wojna światowa, Związek Radziecki jest sojusznikiem Zachodu, do władzy w Wielkiej Brytanii dochodzi Partia Pracy, a bardziej radykalna Partia Komunistyczna też ma się dobrze. Brytyjskie Stowarzyszenie Pracowników Nauki liczy osiemnaście tysięcy członków i posiada, jak widzieliśmy, filie w innych krajach. Josephowi Needhamowi, jednemu z prominentnych reprezentantów „widzialnego kolegium”, udaje się doprowadzić do włączenia nauki do programu nowej organizacji międzynarodowej, która znana będzie od tamtej pory pod nazwą UNESCO. Wreszcie Louis Rapkine rozpoczyna finansowany przez Fundację Reckefellera wielki program odbudowy francuskiej nauki, kontynuowany potem po jego śmierci.

Nie znaczy to jednak, że triumf naukowej lewicy będzie trwał długo. Wkrótce zapadnie żelazna kurtyna, a Stalin zrazi do siebie wielu badaczy stawiając na teorie agronoma Trofima Łysenki i prześladując biologów wyznających genetykę Mendla i Morgana. Pamiętacie współautora pierwszego artykułu biologicznego Maxa Delbrücka – genetyka Nikołaja Timofiejewa-Riesowskiego? W Gułagu pozna go, i potem opisze w swoich książkach, Aleksander Sołżenicyn. Przed egzekucją uratuje go dopiero list Frédérica Joliota-Curie do szefa NKWD.

Historia biologii zawsze była polem ścierania się prądów redukcyjnych – które sprowadzały naukę o życiu do biologii i chemii – i holistycznych – podkreślających nieredukowalną złożoność organizmów żywych. Jak wspominałem, Bohr uważał, że te dwa podejścia wcale nie muszą się wykluczać, lecz mogą być komplementarne. Rozwój biologii molekularnej dowodzi, że tak rzeczywiście jest: podejście redukcjonistyczne zajmuje w niej poczesne miejsce, ale fundamentalny okazał się antyredukcjonistyczny zwrot uczniów Delbrücka, którzy raczej niż atomami i wiązaniami woleli zajmować się „przepływem informacji genetycznej”. Z drugiej strony jednak nawet podejście „grupy fagowej” miało swój element redukcyjny: poprzez sprowadzenie życia do kilku fundamentalnych procesów i obranie za przedmiot badań wirusów i bakterii uproszczono biologię do minimum. Sukces „grupy fagowej” stanowi dowód, że fundamentalne znaczenie dla rozwoju nauki – niczym przy oglądaniu obrazu – ma ustalenie odpowiedniej „odległości” do rozpatrywanych problemów – nie za blisko i nie za daleko.

Wróćmy jednak do lewicujących naukowców. Pewną wspólną cechą tych spośród nich, którzy zajmowali się biologią, jest większa niż u innych biologów nieufność wobec tradycji redukcyjnej. Bernal na przykład argumentował, że nauka uważająca świat maleńkich drobin za jedyną prawdziwą rzeczywistość – a całą resztę za jakiś mgławicowy epifenomen tego, co dzieje się w najmniejszej skali – będzie głucha na ludzkie sprawy, w tym na problemy społeczne. Potrzeba według niego dowartościować każdy poziom organizacji materii – od atomu po społeczeństwo – uznając, że żaden z nich nie jest w całości redukowalny do któregoś z pozostałych. Było w tym podejściu jakieś podobieństwo do filozofii Bohra, coś z anglosaskiego holizmu Alfreda Whiteheada, przede wszystkim zaś jednak Engelsowski materializm dialektyczny z jego artystotelejskimi elementami.

Taki antyredukcyjny sentyment znalazłem u wielu biologów z tego środowiska. Kwestie te żywo dyskutowano na przykład na posiedzeniach Klubu Biologii Teoretycznej z Cambridge, do którego należeli między innymi Bernal i Needham. Członkowie klubu chcieli nawet założyć swój własny Instytut Morfologii Matematycznej i Fizykochemicznej, ale ze względu właśnie na mocno antyredukcjonistyczny program badań, a także polityczne zaangażowanie niektórych proponentów, pomysł nie uzyskał aprobaty Warrena Weavera z Fundacji Rockefellera i upadł z braku funduszów. Innym przykładem może być René Wurmser, który, zostając powołanym na profesora Sorbony w 1946, tłumaczył, że akcent w jego katedrze „będzie kładziony na wyższe poziomy organizacji, na to, co budowa tkanek i komórek dodaje do właściwości leżących u ich podstaw składników”. Needham, Wurmser, Rapkine i Brachet utożsamiali się z dziedziną nazwaną przez Needhama – jej ojca-założyciela – „embriologią chemiczną”, która próbowała godzić skalę molekularną ze skalą komórek i tkanek. Dziedzina ta, dodajmy, odegrała ważną rolę w tworzeniu biologii molekularnej, szczególnie za sprawą Bracheta, który badając przyczyny, dla których zygota pozbawiona jądra komórkowego (a więc i DNA) mogła jakiś czas przeżyć i nadal produkować białka, odkrył – równolegle z badaczami bakterii i wirusów – przekaźnikową rolę RNA.

Piszę o tych sprawach z dwóch powodów. Po pierwsze, to właśnie w laboratoriach lewicujących „embriologów chemicznych” – Rapkine’a, Wurmsera i Bracheta – będzie pracował łącznie przez cztery lata David Shugar (choć podejmowane wówczas przez niego badania będą raczej ograniczać się do skali molekularnej). Po drugie, Shugar da wyraz swojemu własnemu antyredukcjonizmowi w opublikowanym już w Polsce, w 1957, intrygującym artykule „O potrzebie rozwinięcia prac biofizycznych w Polsce”, któremu chciałbym poświęcić ostatnie akapity tego artykułu.

W tekście tym dowartościowanie różnych poziomów materii nazywane jest „materializmem”, zbyt daleko idące podejście redukcyjne zaś – „idealizmem”. „Dziedzina biologii, a szczególnie zagadnienie pochodzenia życia było zawsze polem walki między filozofią idealistyczną i materialistyczną” – pisze Shugar, a następnie krytykuje porównywanie organizmów żywych do „mechanizmu zegarka” (przez Schrödingera w „Czym jest życie?”) i umysłu ludzkiego do komputera (przez amerykańskich cybernetyków). „U tych »naukowców« – ironizuje Shugar – wszystko daje się wyrazić w terminach mechanicznego ruchu i elektronów, a Pawłow ze swoją nauką dla nich nigdy nie istniał” (Pawłow przywołany zostaje jako odkrywca nieredukowalnych praw właściwych organizmom żywym). Podsumowanie ma zaś wydźwięk polityczny:

Te idealistyczne koncepcje nie są przypadkowe. Doskonale odpowiadają one ideologii współczesnego amerykańskiego imperializmu i służą jako podstawa »filozofii« amerykańskich naukowców i techników, których wprzęgnięto do wojennej maszyny Pentagonu i którzy chcą wierzyć, że myślenie jest procesem czysto mechanicznym, chcą wyzbyć się wszelkich ludzkich uczuć, aby tym łatwiej brać udział w produkcji bomb atomowych i bakterii dla celów masowego zniszczenia.

Przywołane tutaj paragrafy to tylko mała część całego tekstu Shugara, który w dużej mierze stanowi opis nowych metod fizycznych stosowanych w biologii (wspomniane są między innymi ultrawirówka, spektroskopia, elektroforeza, metody izotopowe) i apel o ich rozwijanie. Ale właśnie te fragmenty wydają mi się najciekawsze, bo – choć niewątpliwie widać w nich wpływ ówczesnej propagandy – są jakimś manifestem filozoficznym i kolejnym kluczem do zrozumienia Davida Shugara. Większość swoich badań poświęcił on małym molekułom, ale życie nigdy się dla niego do nich nie redukowało. Widać w jego podejściu to, co Engels zaczerpnął do swojego materializmu dialektycznego od Arystotelesa: świadomość, że realne są nie tylko owe drobiny, ale też sprawy społeczne, a nawet zwykłe sprawy codzienne, jak rozmowa ze współpracownikiem czy obiad z żoną. Wiara, że wszystko jest mechanizmem – przestrzegał Shugar, gromiąc nielitościwie „amerykańskich naukowców” – prowadzi zaś do „wyzbycia się wszelkich ludzkich uczuć”.

Nie napisałem tutaj o bardzo wielu rzeczach – o kontaktach Shugara z zagranicznymi, w tym także amerykańskimi (sic!) naukowcami, które skutkowały stażami dla jego uczniów, o tym, komu pomógł w znalezieniu opieki medycznej (we wspomnieniach, które dostałem od profesor Haliny Sierakowskiej mam całą listę takich osób), o organizowanych przez niego konferencjach, o tym wreszcie, że Shugar miał jeszcze raz w życiu problem z władzami – tym razem w komunistycznej Polsce, w czasie stanu wojennego. Nie napisałem może o większości ważnych spraw, zbaczając niepotrzebnie w boczne uliczki. Mam jednak nadzieję, że udało mi się uchwycić coś z tajemnicy jego życia.

Za pomoc przy pisaniu tekstu autor pragnie podziękować prof. Magdalenie Fikus, prof. Halinie Sierakowskiej, prof. Kazimierzowi Lechowi Wierzchowskiemu, prof. Barbarze Bokus, prof. Aleksandrowi Włodawerowi i prof. Mariuszowi Jaskólskiemu. Wszystkie błędy i kontrowersyjne opinie należy przypisywać wyłącznie autorowi.