Wszystkie wpisy, których autorem jest Kamil Suskiewicz

Opoczno – miasto rodzinne

Opoczno to moje miasto rodzinne. W najdawniejszej zachowanej księdze ślubów parafii św. Bartłomieja – jest to najstarszy z istniejących kościołów opoczyńskich – na pierwszej stronie, w pierwszym wierszu, pod rokiem 1790 widnieje niejaki Grzegorz Suskiewicz, który dnia 30 stycznia poślubił Urszulę Jelonkównę. Pan młody miał lat czterdzieści jeden, panna dziewiętnaście. Przynajmniej od tamtych czasów (a pewnie i wcześniej, ale o tym wiadomo niewiele) Suskiewiczowie żyli w Opocznie, rodzili się, umierali, żenili, zmieniali zawody i miejsca zamieszkania. Aż po początek XX wieku, kiedy to wielu przodków rozjechało się po bliższej okolicy i nieco odleglejszych stronach. Ale nawet dzisiaj w miasteczku nad Wąglanką mieszka wciąż kilku krewniaków (chociaż siódma woda po kisielu).

O tym wszystkim nie wiedziałem jednak jeszcze kilka lat temu, do czasu spotkania z pierwszym rodzinnym genealogiem – Arturem Brzozowiczem, ojcem znanego dziennikarza muzycznego, Grzegorza, i bliskim krewnym mojego dziadka. Spotkania długo nie udawało się zorganizować, a gdy już miało ono dojść do skutku, dzień przez zaplanowanym terminem wuj Artur dostał udaru i wylądował w szpitalu. W końcu spotkaliśmy się dopiero kilka miesięcy później, gdy wrócił już nieco do siebie, choć pozostały pewne problemy z mową. Urywanymi zdaniami opowiadał mi więc, jak przez wiele lat grzebał w papierach urzędowych, parafialnych, rodzinnych – zapełniając białe plamy drzewa geologicznego. Mówił o swoich pościgach za księdzem z Żarnowa, aby wydobyć od niego poszukiwane księgi; i o historii pradziada Ignacego, który podczas pierwszej wojny światowej, stacjonując z armią austriacką w Wiedniu i sprzątając cesarski park, znalazł perłę księżniczki, za co został później sowicie wynagrodzony. Nie starczyłoby tego tekstu, żeby przytoczyć wszystkie opowieści wuja Artura. Pod koniec spotkania przekazał mi swoje zapiski i dyskietkę z danymi. W tych danych znalazłem później informacje o Tomaszu Suskiewiczu, które to informacje zapoczątkowały moje własne poszukiwania i odkrycie opoczyńskiego szlaku rodzinnego. Sprawiły także, że zacząłem bywać w Opocznie – a wizyty tam stały się z czasem czymś podobnym do sentymentalnych odwiedzin Kielc, gdzie się urodziłem, czy rodzinnego (ze strony mamy) Opatowa.

***

 „O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju” – powiada XI księga Pana Tadeusza o czasach, gdy Litwa szykowała się na przyjście Napoleona. Ale i Opoczno było w tamtym okresie świadkiem wzmożonych patriotycznych nastrojów. W 1809 świętowano przyłączenie miasteczka do Księstwa Warszawskiego; była uroczysta msza święta, po niej procesja, która przeniosła z kościoła do ratusza napoleońskiego orła (godło państwowe), zakończona odśpiewaniem Te deum. Niedługo potem obchodzono urodziny Napoleona i ślubowano mu wierność. W roku 1812 – czyli roku „owym” – „deputaci na sejmik powiatowy, obradujący w Opocznie pod przewodnictwem Bartłomieja Rudzkiego, zawiązali natomiast konfederację, potwierdzając przysięgą przywiązanie do cesarza Francji”.

Miasto liczyło wtenczas trochę ponad dwa tysiące mieszkańców, z czego więcej niż połowę stanowili Żydzi (ta proporcja utrzymywała się zresztą przez cały wiek XIX). Zabudowę tworzyło 229 domów, w większości drewnianych i parterowych, co wynikało także z tego, że przy dużym zawilgoceniu terenu niechętnie budowano z okolicznych skał wapiennych. Istniały dwa rynki i osobna dzielnica żydowska. Była to społeczność – jak wspominał Pinchas Eilon – „najczęściej biedaków, dla których zamożność była czymś tak odległym, jak Wschód od Zachodu. Większość z nich była skupiona w żydowskim getcie. Było to jedno z nielicznych miast w Polsce, w którym była ulica Żydowska”. Ale stosunki narodowościowe nie rysowały się chyba tak ponuro, jak można by wnioskować z przytoczonego fragmentu. Żydzi zajmowali się głównie krawiectwem, prowadzili też szynki i handlowali; w 1811 roku działało w mieście jedenastu kupców. Chrześcijanie trudnili się szewstwem, kowalstwem, wielu utrzymywało się z rolnictwa. Były to główne gałęzie lokalnej gospodarki. Do tego dochodziły korzyści płynące z położenia na przecięciu traktów handlowych, z południa do Gdańska prowadzącego przez Oksę, Małogoszcz, Radoszyce, Końskie i Inowłódz; oraz ze wschodu na zachód, na Śląsk i do Wielkopolski, przez Radom, Przysuchę i Sulejów. Przejezdni korzystali z opoczyńskich zajazdów z wyszynkiem napojów alkoholowych.

qt Magistrat posiadał prawo szynkowania piwa i wódki w granicach miasta […] Prowadziły one ostrą walkę ekonomiczną z karczmami starościńskimi pn. Wójtowska (na Starym Mieście) i Zazdrość (przy folwarku miejskim), przyciągającymi chętnych niższymi cenami.

Chociaż wielu mieszkańców zalegało z zapłatą podatków, budżet miasta rok rocznie notował nadwyżkę pieniężną, którą przekazywano do Banku Polskiego w Warszawie na oprocentowany rachunek.

W początkach XIX wieku istniała w Opocznie murowana synagoga – budynek ten stoi do dzisiaj, przy ulicy Zjazdowej, mieszcząc sklep z materiałami budowlanymi (wcześniej było tam kino) – drewniany cheder [żydowska szkoła], łaźnia i dwa żydowskie cmentarze. Chrześcijanie mieli dwie świątynie: wspomniany już kościół św. Bartłomieja oraz mały drewniany – św. Marii Magdaleny. Wokół tego drugiego istniał (i nadal istnieje, podobnie jak sam kościółek, pełniący funkcję kaplicy pogrzebowej) cmentarz, który kilkadziesiąt lat później otoczono murem.

Po tym cmentarzu chodziłem wielokrotnie w poszukiwaniu rodzinnych grobów. Któregoś razu, było to jesienią pięć lat temu, stałem przed grobem Suskiewiczów i Brzuchowskich. Obok mnie przystanęła starsza pani i przez dłuższy czas przyglądała się, co robię; w końcu zapytała, dlaczego fotografuję grób jej rodziny. Powiedziałem, że to także moja rodzina i od słowa do słowa ustaliliśmy, kto jest kim. Była to pani Julia Kowalska, córka Marii z Suskiewiczów Ciesielskiej, urodzona w latach 20. XX wieku. Zaprosiła mnie do swojego mieszkania, gdzie bardzo namawiała na kanapki i herbatę, i pokazywała zdjęcia swojej rodziny. Okazało się przy okazji, że jej mężem był Wojciech Kowalski, syn Stanisława Albina Kowalskiego, słynnego opoczyńskiego pedagoga, twórcy szkolnictwa konspiracyjnego i powojennego. Wśród zdjęć była także fotografia mamy pani Julii, Marii, ze swoją siostrą Apolonią z Suskiewiczów Kłodawską. Były one dwojgiem z dziewięciorga dzieci Wincentego Suskiewicza, urodzonego w 1855 roku, ławnika sądu opoczyńskiego.

Czasy napoleońskie to także początek opoczyńskiego szkolnictwa. Staraniem ówczesnego burmistrza, Jana Amszyńskiego, w roku 1811 otworzono pierwszą szkołę elementarną, którą finansowano ze składkowych pieniędzy mieszkańców Opoczna, Gorzałkowa i Woli Załężnej oraz z dotacji pochodzącej z miejskiego budżetu. Środki te przeznaczano na pensję nauczyciela, pomoce szkolne i wynajem lokalu. Edukacja nie była obowiązkowa. Do szkoły uczęszczało początkowo kilkadziesiąt dzieci, w roku 1817 było już ponad stu uczniów, chrześcijan i Żydów. Nauczyciele zmieniali się w początkowym okresie często i sprawowali się różnie, na przykład niejaki Szneyder, piastujący to stanowisko w 1819 roku, „zasłynął awanturami wywołanymi pod wpływem alkoholu”. Dopiero jego następca, Jan Nepomucen Albrycht, przez ponad dwadzieścia lat swojej działalności przysłużył się rozwojowi szkoły, „nawet w roku 1831 rewolucyjnym, gdzie wszędzie szkoły elementarne ustały, młodzież sobie powierzoną ciągle i nieoderwanie uczył”. Kilka lat po roku rewolucyjnym otworzono również szkołę dla rzemieślników. Majstrowie mieli urzędowy obowiązek posyłać do niej swoich czeladników. Nauka odbywała się w niedzielę, gdyż w pozostałe dni uczniowie pracowali. W 1839 roku uczęszczało do szkoły: 15 szewców, 5 stolarzy, 4 ślusarzy, 2 krawców i jeden bednarz.

Opoczno miało wtenczas dwa szpitale, jeden żydowski (pod numerem 227) i jeden chrześcijański (pod numerem 122, u zbiegu Końskiego Targu i ul. Kuligowskiej; był on wyjątkowo wilgotny, ale dobrze wyposażony, posiadał osiem sal dla chorych). Czołowym lekarzem był chirurg, Jan Nepomucen Tarnopolski, praktykujący wcześniej w Krakowie i Warszawie. Wspomagało go kilku felczerów i cyrulików. Miasto posiadało także aptekę. Pracownicy związani z lecznictwem stanowili, obok duchownych obu wyznań, nauczycieli i notariusza, elitę umysłową miasta, która liczyła zapewne 30-40 osób.

W drugiej dekadzie XIX wieku topografię miasta wyznaczała siatka ponad dwudziestu ulic posiadających nazwy zwyczajowe (Kołomurna, Błotna, Ku Młynowi) i oficjalne (Inowłodzka, Stare Miasto, Warszawska) oraz jednolitą numerację domów. Za najlepsze lokalizacje uchodził Rynek, okolice zamku, ulice Szewska, Błotna i Piaseczna. W roku 1812: burmistrz Jan Amszyński mieszkał pod numerem 34, na Długiej; w Rynku pod 14 obywatel Tomasz Saski, trzy domy dalej jego brat Tomasz; mieszkanie przy Żydowskiej 255 należało do Herszla Fuxa, krawca, a numer 125 przy tejże ulicy do Bereka Junga, kotlarza. Dnia 9 sierpnia tegoż roku „umarł w domu swoim pod numerem 131, mieszkający na Targowicy” Grzegorz Suskiewicz.

***

„W latach osiemdziesiątych ubiegłego [XIX] wieku – pisze w swojej książce o Kielcach Jerzy Jerzmanowski – powstanie styczniowe było już wspomnieniem. Najlepiej pamiętał je w Opocznie, osiadły tu rejent Józef Hübner, uczestnik walk. Prawie umierającego wydobyła go rodzina z warszawskiej cytadeli”. Opoczno znalazło się poza głównym nurtem działań powstańczych. Wiadomo jedynie, że już kilka lat wcześniej działała w mieście komórka konspiracyjna. Zagadką pozostaje, dlaczego Opocznianie nie zorganizowali w 1861 roku antyrosyjskiej manifestacji, których wiele przetoczyło się wtedy po kraju (choć rok później wystawiono przy ulicy Piotrkowskiej 59 kapliczkę upamiętniającą tamte wydarzenia). Po rozpoczęciu Powstania, gdy z miasta wymaszerowały wojska rosyjskie, zostało ono zajęte przez oddział Józefa Łakińskiego (stanowiący część wojsk Langiewicza). Mianował się Łakiński naczelnikiem sił zbrojnych powiatu opoczyńskiego. Aby powiększyć swój oddział zarządził powszechną mobilizację młodych mężczyzn, co wzbudziło niechęć do władz powstańczych, zwłaszcza wśród okolicznych chłopów. Zresztą oddział Łakińskiego po kilku dniach opuścił miasto, na wieść o nadciągających jednostkach majora Dońca-Chmielnickiego, które w konsekwencji zajęły Opoczno. Kolejne miesiące przyniosły szereg potyczek prowadzonych w okolicznych lasach m. in. przez oddziały Jana Rudowskiego, dowódcy Pułku Opoczyńskiego. W samym mieście było już jednak spokojnie, echa powstańcze odzywały się jedynie w takich miejscach, jak carskie więzienie z celą śmierci w kamienicy przy ulicy Szpitalnej 12. Może o tym więzieniu jest mowa w jednym z fragmentów Wiernej rzeki Stefana Żeromskiego:

qt Jeden Żyd, karczmarz tutejszy, co końmi handluje, a właściwie koniokrad, widział się z wujenką, jak wracała skądś z Sandomierskiego. To znowu była wieść między tutejszymi chłopami, co teraz wyłapują powstańców, żeby ich do Cyngiera odstawić – że się stara o uwolnienie wujaszka z więzienia w Opocznie.

Jedenaście numerów dalej stał budynek szpitala. W szpitalu tym Hilary Suffczyński, ówczesny miejski lekarz wspierający powstańców, leczył Andrzeja Kozerawskiego, jednego z kilkunastu Opocznian uczestniczących w walkach, który wskutek odniesionych ran ostatecznie zmarł. Zarówno Suffczyński jak i Kozerawski są pochowani na cmentarzu św. Marii Magdaleny.

Spoczywa tam również wspomniany już Józef Hübner. Po Powstaniu dokończył on studia prawnicze i został notariuszem w Opocznie. Pod koniec wieku jego dom „był ośrodkiem życia towarzyskiego miasteczka, zwłaszcza kiedy dorosły dzieci: dwie córki i dwóch synów”. Działał tam amatorski zespół teatralny. Jeden z synów Józefa, Zygmunt, też wybrał później zawód prawnika, w 1923 roku został Ministrem Spraw Wewnętrznych w rządzie Władysława Grabskiego, po wojnie był notariuszem w Warszawie. Drugi syn, dziedziczący imię po ojcu, poszedł ścieżką artystyczną, dyrygował m. in. orkiestrze ludowej w Spale.

Codzienne życie miasta niewiele się zmieniło. W latach 60. XIX wieku ówczesny burmistrz, niejaki Samborski pisał:

qt Utrzymanie tutejszych mieszkańców katolików, którym brakuje ducha spekulacji i przemysłu, stanowi rolnictwo, któremu nieco profesje, zwłaszcza szewstwo, posiłkują. Żydzi zwykle profesjami [tzn. rzemiosłami] i handlem zajmują się. Z profesji najwięcej u katolików szewstwo, a u Żydów krawiectwo pomnaża się, których wyroby w miejscu i na jarmarkach w sąsiednich miastach zbywają.

Mimo powracających co jakiś czas (1831, 1837, 1850) epidemii cholery, ludność Opoczna systematycznie rosła: w 1871 roku wynosiła prawie 3,5 tysiąca osób, w 1895 już ponad 5 tysięcy. W tych samych latach odnotowano odpowiednio 268 i 326 domów, przy czym w ostatniej dekadzie XIX wieku prawie połowę stanowiły domy murowane. Rozbudowywano też infrastrukturę, zaczęła działać poczta i urząd telegraficzny, wyremontowano mosty na ulicach Żydowskiej, Kuligowskiej i Szewskiej. W 1885 roku z Koluszek doprowadzono odnogę kolei dąbrowsko-iwanogrodzkiej.

Rolę miejskiego deptaka, miejsca popołudniowych spacerów pełniła ulica Kościelna prowadząca do Rynku (dzisiejszego Placu Kościuszki) i przebiegająca obok fary św. Bartłomieja. W latach siedemdziesiątych XIX wieku ulicę tą wyprostowano i wyposażono w trotuar, zastępując nim dotychczasowy bruk. Wieczorami gazowe latarnie rozświetlały ciemność. Również obecnie Plac Kościuszki jest miejscem centralnym, zwłaszcza w dzień świąteczny, gdy po mszy wierni ustawiają się w kolejce do lodziarni w jednej z kamienic rynku. Pełno wtedy ludzi, hałasują masowo odjeżdżające samochody. Później jednak, ku popołudniowi, wszystko cichnie, ulice pustoszeją, stoją parterowe domki z otwartymi drzwiami, jak wtedy, pewnego upalnego dnia, gdy – po sumie u Bartłomieja – szliśmy z rodziną na spacer Kościelną i Staromiejską. Odchodzące na boki ulice Piwna, Garncarska, Szewska z parterowymi zabudowaniami, niskimi oknami i szerokimi dachami trwały zamyślone, jakby przeniesione z wieku XIX.

W tamtym czasie, przed ponad stu laty, Opoczno miało jeszcze drugi rynek zwany Końskim Targiem, który mieścił się w okolicach dzisiejszego Placu Kilińskiego. Nazwę nosił nieprzypadkową, jeszcze w międzywojniu odbywały się tam bowiem wystawy rolnicze (jedną uwieczniono nawet na fotografiach), gdzie hodowcy prezentują najdorodniejsze świnie, krowy, konie. Przy skrzyżowaniu dróg na Piotrków i na Inowłódz stał (wyburzono go w 1975 roku) długi parterowy dom, biały z czarnym zmurszałym dachem i okiennicami. W domu tym niemal sto lat przed jego rozbiórką, bo w 1877 roku urodził się Włodzimierz Perzyński, prozaik, komediopisarz i dziennikarz, może najbardziej znany swego czasu opocznianin. Uczył się w Warszawie i Petersburgu, studiował, a później także pracował jako dziennikarz „Głosu Narodu”, w Krakowie, gdzie zaprzyjaźnił się ze śmietanką artystyczną początku XX wieku: Orkanem, Nowaczyńskim, Przybyszewskim, Boyem-Żeleńskim. Mieszkał we Francji, Szwajcarii, Włoszech, po czym osiadł w Warszawie. Zasłynął kilkoma komediami wystawianymi w teatrach Lwowa, Krakowa, Warszawy – począwszy od 1904, gdy zadebiutował Lekkomyślną siostrą. Tam, jak i w innych swoich utworach – z których najbardziej znane to Aszantka i Szczęście Frania – eksploatuje tematykę mieszczańskich intryg, podwójnej moralności, uwikłań uczuciowo-pieniężnych. W owych czasach były to chyba jednak bardziej problemy kosmopolitycznej Warszawy czy dekadenckiego Krakowie, aniżeli ubogiego prowincjonalnego Opoczna.

Choć i tutaj wkradał się pomału wielki świat, zwłaszcza od czasu uruchomienia linii kolejowej. Żyjące dotychczas z rzemiosła, rolnictwa i małego handlu miasteczko – pod koniec XIX wieku doświadczyło skutków rewolucji przemysłowej. Najbardziej spektakularną inwestycją była założona w 1895 roku fabryka ceramiki zlokalizowana przy ul. Staromiejskiej. Wywodziła się ona z powstałej kilka lat wcześniej cegielni stworzonej przez Jana Dziewulskiego oraz braci Władysława i Józefa Lange. Siedziba firmy mieściła się początkowo w starym dworku modrzewiowym przy ulicy Cichej. Niedługo jednak centrala przeniosła się do Warszawy, a nazwę zmieniono na Towarzystwo Akcyjne Fabryk Ceramicznych „Dziewulski i Lange”. Zakłady te, posiadające drugą fabrykę w guberni charkowskiej, rozwijały się bardzo prężnie. Zyskały międzynarodową sławę, o czym zaświadczają medale wystaw powszechnych w Kijowie, Petersburgu, Paryżu. W 1913 roku firma zatrudniała ponad 700 robotników. Około 25% swojej produkcji sprzedawała na terenie Królestwa Polskiego, resztę eksportowano do Rosji. Przed pierwszą wojną „Dziewulski i Lange” dokupili drugą działkę, przy ulicy Piotrkowskiej, gdzie zaczęli stawiać piece do produkcji płytek szkliwionych.

Na przełomie XIX i XX wieku powstawały również mniejsze, bardziej lokalne inicjatywy przemysłowe, jak zakłady produkcji cementu należące do Towarzystwa Akcyjnego „Opoczno”, olejarnia Icka Fuksa czy browar braci Kunkel. Patrzę na zdjęcie rodziny Kunklów z 1907. Nestor rodu – Fryderyk Kunkel, który przeniósł się z Wielkopolski do Opoczna i założył tutaj browar w 1872 roku – siedzi pośrodku, wokół niego kilkadziesiąt osób: dzieci, wnuków, krewnych. Byli najbogatszą rodziną w Opocznie tamtych czasów, posiadali wiele zakładów produkcyjnych i ogromne majątki ziemskie. Dzisiaj kwartał pomiędzy Piwną, gdzie mieściły się browary Kunklów, a Garncarską, z której wjeżdżało się do ich obszernej posiadłości – wypełniają senne parterowe domki. Gdzieniegdzie widać jednak fragment starego muru z jakimiś kawałkami ogrodzenia i bramy, a spoza nich wyglądają stare drzewa, może pozostałość dawnego parku i sadu.

Splendor bogaczy nie udzielał się jednak przeważającej większości mieszkańców. W 1891 roku zaledwie około stu opocznian mogło uchodzić za zamożnych. W gronie tym było siedmiu kupców prowadzących własne sklepy (Batawia, Fajgenblat, Mortkowicz, Szydłowski, Rabe, Rozenbaum, Wajnsztok). Ostatni z nich posiadał także cztery domy w centrum Opoczna. Poza tym, wspomniani i inni przemysłowcy oraz przedstawiciele miejskiej inteligencji z profesji urzędniczej, lekarskiej, prawniczej. Urząd Miasta zatrudniał wtenczas burmistrza (w drugiej połowie wieku, zapewne w wyniku represji popowstaniowych, pełnili te funkcje głównie Rosjanie), kilkunastu urzędników, dwóch stróży, dozorcę miejskich latarń i akuszerkę.

Lata 80. XIX wieku przyniosły pewną stagnację opoczyńskiego szkolnictwa. Dlaczego tak się działo, pomimo rosnącej liczby ludności i rozwoju gospodarczego? Powiada się, że powodem był brak budynku szkoły (a więc tułaczka po różnych wynajmowanych, zawilgoconych lokalach) oraz koedukacyjny charakter kształcenia (zgorszenie?). W 1893 roku magistrat postarał się więc o nowy budynek, dziewczynki i chłopców rozdzielono, stworzono bibliotekę (liczącą 250 pozycji). Powstały również prywatne inicjatywy kształceniowe, w tym niewielkie szkoły szczebla średniego. Jednak budynek szkoły początkowej najwyraźniej szybko okazał się niewystarczający, gdyż już około 1910 podjęto plany budowy nowego gmachu:

qt Dom szkolny zaprojektowano na rogu ulic Inowłodzkiej i Koński Targ. Zachowany projekt przedstawia piętrowy, ładny budynek, mający tworzyć kompleks z sąsiadującym z nim placem zabaw i sadami-ogrodami dla szkoły.

Uczniowie pojawili się tam prawdopodobnie jeszcze przed pierwszą wojną. Jest to ten sam budynek, w którym dziś mieści się Szkoła Podstawowa nr 2. Dawne Opoczno miało jeszcze jeden znany budynek szkolny, przed wojną siedzibę tzw. preparandy nauczycielskiej. Stał on już za zamkiem, na rogu obecnych ulic Szewskiej i 17 sierpnia. Zachowało się kilka jego fotografii z różnych okresów. Na jednej z nich (lata 20. XX wieku) widać kawałek muru przyzamkowego i trzech młodzieńców stojących na tle świeżego piętrowego gmachu z szerokim balkonem na rogu. Po wojnie budynek mieścił wspomnianą Dwójkę (przed przenosinami na Plac Kilińskiego), później internat, w końcu mieszkania, a na dole pralnię i PZMOT. W latach 80. spłonął i został rozebrany. Jak dotąd nic na jego miejscu nie zbudowano, zostawiając teren roślinom.

Przełom XIX i XX wieku obfitował w nowe inicjatywy społeczne. Powołano do życia Towarzystwo Ochotniczej Straży Ogniowej, którego inicjatorami byli m. in. Władysław Lange i Karol Kunkel. Po kilku latach działalności zrzeszało już ono ponad dwieście osób. Dzieliło się na cztery oddziały: toporników, sikawkowy, wodny i ochronny. Jednym z głównych celów straży, obok walki z pożarami, była działalność kulturalna. W 1905 roku stworzono więc dwunastoosobową orkiestrę. Trzydzieści lat później jej prowadzenie powierzono Janowi Suskiewiczowi. W 1893 staraniem mieszkańców powiatu opoczyńskiego, na czele z hr. Zofią Broel-Plater, utworzono stowarzyszenie spożywców. Kilka lat później powołano do życia kasę pożyczkowo-oszczędnościową. Natomiast z inicjatywy opoczyńskiej inteligencji powstało Powiatowe Kuratorium Trzeźwości Ludowej „mające propagować poprzez tworzenie herbaciarni, jadłodajni i bibliotek ideę abstynencji alkoholowej”. Zasięg tego przedsięwzięcia i skala realizacji jego celów pozostają sprawą nieznaną, choć herbaciarnię i bibliotekę rzeczywiście utworzono; zorganizowano także kursy dokształcające dla dorosłych oraz teatr amatorski. W takim to stanie wzmożonej aktywności społecznej wkraczała w wiek XX licząca już ponad 7 tysięcy mieszkańców społeczność opoczyńska. Bariery dalszego rozwoju pozostawały już tylko po stronie czynników politycznych. Ale wkrótce i one miały zniknąć.

***

„Gdy w lipcu 1914 r. – pisał Stanisław Ucholc, późniejszy urzędnik opoczyński – wiadomość o sarajewskim zamachu na austriackiego następcę objęła cały świat i doszła do naszego miasta, spokojne zazwyczaj i ciche miasteczko poruszyło się jakimś niespokojnym odruchem. Mieszkańców przeszedł dreszcz niepokoju i trwogi”. Wkrótce potem wybuchła pierwsza wojna. Wojna, która mocno – w przeciwieństwie do wcześniejszych zrywów niepodległościowych – dała się Opocznu we znaki. Zamieniło się ono na kilka lat w miasteczko przyfrontowe. Mieszkańcy przywykli do huku artyleryjskich wystrzałów, zakłady przemysłowe (w większości) wstrzymały działalność. Na skutek problemów żywnościowych powołano Komitet Ratunkowy, bowiem – jak pisano – „gdy choroby, głód i chłód zabierają setki ofiar, dziś właśnie należałoby szczególniejszą pieczą otoczyć suteryny, poddasza i te klitki, skąd w zastraszającym tempie rozchodzi się groźna dla wszystkich […] epidemia duru brzusznego. Nie ma już dnia, żeby nie było kilku skromnych pogrzebów”. Jednak wojna przyniosła także stopniowe odzyskiwanie pola na froncie niepodległościowym. Z armią austriacką przybyli do miasta Legioniści. Zainstalowali się w domu Makarewiczów przy Rynku i rozpoczęli akcję werbunkową. Odpowiadali także za większość akcji patriotycznych, jak założenie czytelni w 125. Rocznicę Konstytucji 3 maja (1916 rok), odsłonięcie popiersia Kościuszki na rynku w stulecie jego śmierci (1917 rok) czy wystawianie polskich sztuk teatralnych.

Jedną z czołowych postaci w lokalnych strukturach Piłsudczykowskich był Stefan Janas. Stanął on na czele oddziałów POW, które w 1918 roku dokonały rozbrojenia wojsk austriackich. Odbyło się to w sposób pokojowy, broń składano w cerkwi, która stała wtenczas na dziedzińcu przed zamkiem. Janas urodził się w 1876 roku w Paradyżu. Był popularnym społecznikiem opoczyńskim na długo przed pierwszą wojną. Przy wsparciu – znanej nam już – rodziny Hübnerów stworzył amatorski zespół teatralny, który wystawiał m. in. patriotyczne przedstawienia o Powstaniu Kościuszkowskim. Założył także sierociniec „Samarytanin”, spółdzielnię spożywców „Przyszłość” i pierwsze kino w Opocznie pod wiele mówiącą nazwą – „Flirt”. Prowadził patriotyczny pochód, który przeszedł ulicami miasta w 1905 roku. W czasie pierwszej wojny był redaktorem pism: „Prawda” i „To i Owo”. Zgłosił się jako ochotnik na wojnę 1920 roku, z której nigdy nie wrócił. Połowę swojego majątku zapisał na cele społeczne.

Rok 1918 stał się początkiem upragnionej niepodległości. Jak pisał Karol Kozerawski (syn Ewy z Suskiewiczów):

qt Byłem świadkiem, kiedy dokonano aktu historycznego zasadzenia czterech drzewek dębu pod budynkiem Miejskiej Rady Narodowej przy Placu Kościelnym w Opocznie. Ówczesny burmistrz miast obywatel Ślepowron Mieroszewski, przemawiając okolicznościowo do zebranych obywateli, powiedział m. in. że dla upamiętnienia historycznej chwili odzyskania przez Polskę niepodległości nadaje posadzonym drzewkom symboliczną nazwę Dęby Wolności. Oddając drzewka w opiekę miejscowego społeczeństwa apelował, aby wieść o tym wydarzeniu przekazywali potomnym.

Dzisiaj tamte dęby są już potężnymi drzewami, które dają cień (lecz również aurę szemranego miejsca) Placowi Kościuszki. Trudno powiedzieć, na ile przekazują one wciąż wieść o wydarzeniu. Wiadomo jednak, że drzewa okazały się po raz kolejny trwalsze od państw, a dęby wolności przyszło nam od zakończenia pierwszej wojny sadzić jeszcze nie raz.

Lecz wróćmy z tej niepotrzebnej może dygresji. Jest rok 1918. Odrodzone państwo polskie odbudowuje (tworzy na nowo, próbując spiąć w całość trzy zabory) struktury administracyjne. Powiat opoczyński zostaje przypisany do województwa kieleckiego, pozostanie w nim przez prawie całe dwudziestolecie. Opoczno wyszło z pierwszej wojny ze zwiększoną – głównie za sprawą migracji z bardziej zagrożonych części kraju – liczbą ludności. W 1918 wynosiła ona ponad 8 tysięcy. Powoli odradzał się przemysł (w 1939 roku istniało 28 zakładów zatrudniających tysiąc osób), handel (132 sklepy detaliczne w 1939 roku), rozrywka (restauracje, herbaciarnie, piwiarnie, cukiernia), organizowano cotygodniowe targi, na którym okoliczni chłopi sprzedawali płody rolne, a zaopatrywali się w produkty rzemieślnicze.

Gdy przeglądam fotografie z tego okresu, uwagę wzbudzają liczne zdjęcia zbiorowe przedstawiające różne grupy zawodowe lub społeczne. Legioniści w charakterystycznych mundurach. Pracownicy kolejowi w błyszczących butach, z takimiż guzikami przy dwurzędowych marynarkach. Pracownicy urzędu miasta, w trzech rzędach – stojący, siedzący i pół-leżący, pod krawatem lub w muchach, niektórzy z frywolnymi nieco kapeluszami. Dalej sztab straży miejskiej trzymający mundurowe czapki na kolanach i funkcjonariusz Komendy Powiatowej Policji w długich płaszczach. Pracownicy Urzędu Skarbowego w wysokich białych kołnierzykach i prążkowanych krawatach. W końcu przedstawiciele Spółdzielni Spożywców, drużyna opoczyńskiego Sokoła, hufce junackie, orkiestra dęta i chór, teatr amatorski, pracownicy Zakładów Ceramicznych „Dziewulski i Lange”, klasy szkolne, sportowcy. Można by tak jeszcze wymieniać. Może się mylę, ale mam wrażenie, że przebija z tych zdjęć jedna ważna rzecz – poczucie wspólnoty. Lub lepiej, różnych wspólnot, istniejących na różnych poziomach życia. Każda z nich ma swój kod przynależności: odpowiedni strój (zawsze bardzo staranny), sposób uczesania, nawet prezencję. Jest w tym coś krzepiącego, niemalże rodzinnego, jakieś zakorzenienie w lokalnej społeczności.

To lokalne osadzenie wzmacniały z pewnością wyrosłe po 1918 roku inicjatywy wydawnicze. Lecz i pod tym względem miało Opoczno wcześniejszy, najwyższej klasy wzór. Jakub Mortkowicz przyszedł na świat w 1876 jako syn Eliasza Mortkowicza, z pewnością mieszkającego w żydowskiej części miasta, choć trudno ustalić dziś, gdzie dokładnie. Musiała to być jednak – w przeciwieństwie do całej dzielnicy – rodzina zamożna, gdyż oddała syna na nauki do Radomia. Tam Jakub ukończył gimnazjum. Później studiował w Monachium, Brukseli, Antwerpii. Zamieszkał w Warszawie. Związał się PPS-em, za kolportaż nielegalnej prasy osadzono go najpierw w X pawilonie Cytadeli, a następnie zesłano na Kaukaz. Po powrocie w 1903 roku do Warszawy założył firmę wydawniczo-księgarską, która później kilkakrotnie zmieniała nazwę, dołączając do swej działalności także drukarnię. Przez prawie trzydzieści lat działalności pod kierownictwem opocznianina wydała ona ponad 700 pozycji i stała się niewątpliwie jedną z najważniejszych oficyn międzywojnia. Drukowała m. in. dzieła Nietzschego i wiele powieści Żeromskiego, a także kilka tytułów prasowych, w tym skamandryckie „Pro Arte et Studio”. Nie wiadomo, czy Mortkowicz miał w tym czasie jakieś związki z Opocznem. Czy przyjeżdżał tu często? Czy odwiedzał rodzinę w żydowskie święta?

Wiadomo natomiast, że około roku 1930 jego firma popadła w kłopoty finansowe wskutek kryzysu gospodarczego. W wyniku tego, rok później Mortkowicz popełnił samobójstwo, pisząc w liście pożegnalnym: „Nie byłem kupcem i nie umieram jako kupiec”. Wydawnictwo jednak przetrwało i miało istnieć jeszcze do lat 50. prowadzone dzielnie przez jego żonę Janinę i córkę Halinę (mamę współczesnej pisarki Joanny Olczak-Ronikier), którym pomagała, zwłaszcza podczas okupacji, Anna Żeromska.

Pierwsza drukarnia w Opocznie powstała natomiast w 1907 roku. Mieściła się w kamienicy przy rynku i należała do Ignacego Adamczyka. Przedsiębiorca ten, już po odzyskaniu niepodległości, uruchomił dużą drukarnię w formie spółki akcyjnej. Równolegle powstało kilka innych zakładów drukarskich: Szymchy Praszkera, Romana Klimkiewicza (od 1929 burmistrza Opoczna) czy Ignacego Figura przy Placu Kilińskiego. Praszker drukował m. in. gazetę „To i Owo”, której redaktorem był przedstawiony już PPS-owiec, Stefan Janas. Linia pisma, uruchomionego w 1917 roku, sprowadzała się do sekwencji: „garść myśli politycznych, odrobinę wierszy, humoru i satyry”. Nieco później Janas wydawał także „Prawdę” – dwutygodnik poświęcony sprawom robotników. Z innych tytułów warto wymienić: tygodnik „Ziemia Opoczyńska” (redakcję stanowili m. in. ks. Walenty Popowski i rejent Józef Hübner), dwutygodnik „Gazeta Opoczyńska” (za którą stał Stefan Jasiński – prokurent Banku Ziemi Polskiej), kwartalnik „Wiadomości Opoczyńskie” (Kazimierz Stańczykowski). Swoje gazety miały także środowiska nauczycielskie, spółdzielcze, lokalne stronnictwa polityczne. Chociaż nie wszystkie z powyższych tytułów miały charakter trwały, a niektóre były jedynie wynikiem powojennego niepodległościowego entuzjazmu – to jednak uderza skala aktywności wydawniczej. Znów, jak w przypadku zdjęć różnych grup zawodowych, pojawia się pytanie – stawiane może z nutą zazdrości czy sentymentu – jak tak mała społeczność (trzykrotnie mniejsza od dzisiejszej społeczności opoczyńskiej) była w stanie wydać z siebie tak duże dzieło? I znów jednej z odpowiedzi można by szukać w więziach wspólnotowych, w zapale zrodzonym z wspólnej pracy, z poczucia wspólnego celu.

Im dalej w dwudziestolecie, tym mniej chyba z tego wspólnego ducha pozostawało. Opoczno, które u progu niepodległości było silnym ośrodkiem PPS-owskim (co pokazały też pierwsze wolne wybory), stało się w latach 30. świadkiem powracających starć między sanacją o Stronnictwem Narodowym. Przypomnijmy: pierwsza z nich wprowadzała wtenczas coraz bardziej autorytarne rządy, druga walczyła o odzyskanie wpływów. Działalność opozycyjna SN zaowocowała stworzeniem narodowych związków zawodowych w fabryce „Dziewulski i Lange” w Opocznie (zakładali go Antoni Kularski i Kaziemierz Morawski) i w fabryce braci Kobylańskich w Drzewicy (ta rola przypadła Marianowi Suskiewiczowi). Dochodziło też do bójek między zwolennikami stronnictw, jak np. w 1937 roku, gdy „powracająca z Opoczna furmanką delegacja placówki SN z Odrzywołu została napadnięta przez 20 członków PPS z Drzewicy. W czasie zajścia członkowie SN doznali lekkich obrażeń i stracili proporzec”. Antagonizmy rysowały się też we wspomnianych tytułach prasowych. Np. gdy upadła „Ziemia Opoczyńska” uważana za organ prawicy, kojarzona z PPS-em redakcja „Prawdy” przyjęła to następującym oświadczeniem: „Nie żałujemy jej, nie płaczemy nad jej trumną, bo nie odczuwamy najmniejszego żalu i nie mamy powodu do płaczu. Gryzła nas czasem, no bo jak każda endecka gazeta posiadała wilcze kły”. Niestety, w końcu lat 30. wilcze kły były widoczne po obu stronach politycznego sporu. Kryzys ekonomiczny przyniósł także nawoływania ze strony prawicy do bojkotu żydowskiego handlu i rzemiosła. Ten niechlubny proceder skutkował wybijaniem szyb w sklepach, przewracaniem straganów, pobiciami – również w powiecie opoczyńskim, choć sama stolica powiatu nie zanotowała większych incydentów antyżydowskich. Polityczna kłótnia i społeczna walka były smutną kodą odzyskanej dwadzieścia lat wcześniej niepodległości. By jeszcze raz posłużyć się słowami wieszcza: „Była to maszkarada, zapustna swawola/ Po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola!”.

***

Druga wojna była dla Opoczna wydarzeniem dziejowym. Rozgrywała się na różnych poziomach – od walki czynnej, przez konspirację, po tajne nauczanie – których nie sposób tu wyczerpująco opisać. Była także końcem epoki, końcem dawnego świata. Przede wszystkim doszło tu – jak w tylu innych miasteczkach i miastach Polski – do całkowitej zagłady Żydów, których w listopadzie 1940 roku Niemcy zgromadzili w getcie. Na smutnych fotografiach widać stłoczonych ludzi – w sumie było tu ponad 7 tysięcy Żydów z Opoczna i okolicy – na tle (dobrze nam już znanych) ulic Szpitalnej, Błotnej, Zjazdowej, Kilkaset osób zginęło podczas pobytu w getcie. Pozostałych w styczniu 1943 przewieziono do Treblinki. Cytowany już Pinchas Eilon pisał: „Niesamowitym jest, że miasteczko to zostało zmiecione z powierzchni ziemi, a jeśli nawet ktoś do niego zabłądzi, w ogóle go nie pozna i nie znajdzie w nim żadnego Żyda. Ani na ulicy Berka Joselewicza, ani na Grobelnej, ani na pobliskich ulicach nie spotka się już Żydów – ani rabinów, ani bogacza, ani żebraka, ani przedsiębiorcy, ani mędrca. Oni wszyscy tu żyli, a teraz ich nie ma. Nie wiadomo nawet gdzie są ich groby”. Była to pierwsza rana na ciele miasta. Drugą, nie tak ogromną w swojej skali, ale równie brzemienną w skutki zadano opocznianom wyznania chrześcijańskiego.

Pani Julia Kowalska opowiadała, jak jej ciotka, Apolonia z Suskiewiczów Kłodawska była świadkiem przewiezienia na cmentarz choleryczny ciała swojego bratanka, Mariana Suskiewicza. Rzecz działa się wieczorem, w ścisłej tajemnicy, zwłoki przywieziono chłopskim wozem, ukryte w sianie i złożono w nieznanym miejscu. Marian Suskiewicz, pseudonim „Sosna”, przed wojną działacz SN w Drzewicy, był bowiem w 1943 roku komendantem NSZ-AK Obwodu Opoczno i zginął w walce z oddziałem niemieckim w Białaczowie. Kilka miesięcy wcześniej podczas starcia Gwardii Ludowej „Lwy” z NSZ – które było jednym z wielu epizodów, toczącej się w cieniu głównych starć, wojny domowej – w zakładach Gerlacha, śmierć poniosło trzech jego młodszych braci: Edward, Stanisław i Józef.

Z kolei Jan Suskiewicz, który przed wojną prowadził orkiestrę strażacką, został aresztowany przez gestapo w związku z akcją konspiracyjną (13 października 1942 roku w kawiarni przy ul. Piotrkowskiej 50 jeden z członków Komendy Powiatu NOW zastrzelił dwóch niemieckich żandarmów; w ramach działań represyjny aresztowano kilkanaście osób, z których część rozstrzelano na miejscu). Jan został wywieziony do Dachau, gdzie zginął w 1944 roku. To m. in. on pochowany jest – chyba tylko symbolicznie – w grobie, przed którym poznałem panią Julię Kowalską. Przy jego imieniu oraz imieniu jego młodszego brata, Zdzisława, widnieje napis „ofiary hitleryzmu”. Ich ciotka, Maria z Suskiewiczów Ciesielska stała na czele zorganizowanej w 1945 delegacji do Oświęcimia, która przywiozła stamtąd urnę z prochami spalonych. Dała ona początek pomnikowi wystawionemu na cmentarzu, tuż obok kościółka św. Marii Magdaleny.

Tragedię dwóch – żydowskiej i chrześcijańskiej – społeczności Opoczna metaforycznie ilustrują może dzieje najbardziej charakterystycznego budynku w mieście. Zamek – bo o nim mowa – został wzniesiony za czasów Kazimierza Wielkiego. Król chętnie się w nim zatrzymywał – podobno dlatego, że w Opocznie mieszkała jego żydowska kochanka o imieniu Estera, której dom (tzw. Dom Esterki) był ponoć połączony specjalnym tunelem z zamkiem. To połączenie też może w jakiś symboliczny sposób opisuje losy miasta: dwie grupy różnych wyznań, żyjące pozornie obok siebie, ale w rzeczywistości nierozerwalnie złączone.

W czasie drugiej wojny Niemcy postanowili poszerzyć opoczyńską drogę w kierunku Radomia. Z tego powodu wyburzyli część zamku. Zachowało się zdjęcie, na którym widać budynek już po rozbiórce. Jedna połowa przestała istnieć, druga stoi odrapana, nadkruszona, z odsłoniętym wnętrzem. Trochę tak, jak społeczność Opoczna: jedna jej część zniknęła, a ta która pozostała nie potrafi samodzielnie funkcjonować.

***

W czasach informatyzacji stosunkowo łatwo dotrzeć do dawnych dokumentów. Stąd największym problemem dzisiejszego genealoga nie są wcale poszukiwania odległej historii. Dużo trudniej jest – paradoksalnie – odkryć historię najnowszą, powojenną, połączyć brakujące ogniwa między dawnymi a dzisiejszymi pokoleniami. Dlatego wciąż nie znam pochodzenia, powiązań, stopnia pokrewieństwa wielu współczesnych Suskiewiczów, także tych żyjących w Opocznie. Powodem jest może fakt, że nie utrzymujemy już dzisiaj tak bliskich stosunków z dalszą rodziną, nie opowiadamy sobie wieczorami o rodzinnych parantelach. Swoje robi na pewno tempo życia i zwiększona mobilność.

Wydaje mi się, że przed podobnym problemem stają współcześnie polskie miasteczka, a może w ogóle wszelkie polskie społeczności. Potrafimy dowiedzieć się wiele o tym, jacy byliśmy dawniej, mamy dostęp do naszej historii. Nie wiemy jednak, jak współczesność wiąże się z tą historią. Nie wiemy, co nam się stało i kim my się staliśmy. Nie wiemy więc również, jak powinniśmy żyć. Są to białe plamy naszej tożsamości. Dopóki ich nie zapełnimy, wszelkie rozprawianie o rozwoju gospodarczym prowincji będzie zwykłym budowaniem na piasku. Tymczasem trwała budowla wymaga solidnych, kamiennych podstaw. Niechby i takich, jak wilgotna skała wapienna, na której kiedyś zbudowano Opoczno.

 

opoczno

1. Zamek, obecnie Muzeum Regionalne
2. Kościół św. Bartłomieja
3. Cmentarz przy starym kościele Marii Magdaleny
4. Stary cmentarz choleryczny
5. Ulica Piotrkowska
6. Dawna synagoga, obecnie skład budowlany

Kossak znaczy Polska

Trudno chyba o gwarniejsze miasto niż wakacyjny Sopot. A w tym wakacyjnym Sopocie o tłumniejsze miejsce niż plac będący zakończeniem ulicy Monte Cassino i wyjściem na tzw. skwer kuracyjny, a dalej na molo. Turyści idący w różnych kierunkach, głośni, roześmiani. Rodziny z plażowym ekwipunkiem. Modnie ubrane dziewczyny w towarzystwie nie mniej modnych chłopaków. Setki stoisk z pamiątkami – bursztynową biżuterią i chińszczyzną. Tabuny ulicznych grajków. A pośród tego wszystkiego, w otoczeniu dwóch lokali o swojsko brzmiących nazwach (Unique Club and Lounge oraz Billy’s American Restaurant) stoi sobie Państwowa Galeria Sztuki. Na afiszach zaś obraz przedstawiający młodzieńca na białym kucyku i duży napis – „Kossakowie”.

Jest to wystawa godna podziwu przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, organizatorom udało się zebrać ponad dwieście obrazów z wielu różnych miejsc (m.in. Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki, Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Narodowego w Warszawie, Fundacji PBG). Po drugie, przedmiotem zainteresowania stały się nie tylko dzieła najsławniejszych przedstawicieli malarskiego rodu, Wojciecha i Juliusza, ale również mniej znanych Leona, Jerzego i Karola Kossaków. Toteż wchodząc do chłodnych sal Galerii, wchodzi się niejako w rodzinną genealogię, tym bardziej, że obrazom towarzyszą przedmioty osobiste artystów (głównie Wojciecha) oraz kilka eksponatów związanych z żeńską linią Kossaków, tj. Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, Magdaleną Samozwaniec i Zofią Kossak Szczucką.

Dla porządku wypada więc może w paru słowach przypomnieć ową genealogię. Najstarsi, Leon i Juliusz to rodzeni bracia. Pierwszy z nich, zawodowy żołnierz walczący m.in. w korpusie generała Bema na Węgrzech i armii Garibaldiego we Włoszech – był artystą amatorem o wielkim talencie, malował głównie sceny batalistyczne. Umarł bezdzietnie. Drugi, o którym będzie jeszcze mowa, miał piątkę dzieci, w tym syna Wojciecha. Ten z kolei – najsławniejszy z rodziny – był ojcem Jerzego, Marii (Pawlikowskiej) i Magdaleny (Samozwaniec). Brat Wojciecha, Stefan, miał syna Karola. Był on najmłodszy z wspominanych, najsolidniej wykształcony artystycznie, z czasem też najbardziej odbiegł od stylu Kossaków i zasłynął głównie jako malarz-huculista. Grono dopełnia Zofia Kossak-Szczcucka, córka Tadeusza, czyli brata-bliźniaka Wojciecha.

Kształtów temu, co później nazwano stylem Kossaków, nadał Juliusz. Urodzony w 1824 roku należał on do drugiego pokolenia romantyków i jego kariera artystyczna odzwierciedla tę przynależność. O jego talencie początkowo głośno zrobiło się  na Podolu i Wołyniu, gdzie malował najpierw dla Dzieduszyckich, a później także dla wielu innych magnackich rodów („Z kolei Braniccy – pisał – nie chcieli mnie puścić i tam malowałem i konie, i psy, i wilki, i Kozaków”). Szczególnie interesowały go sceny historyczne i konie – te dwa tematy pozostaną na zawsze dominantami rodzinnego stylu. Z Józefem Brandtem przygotowywał się do zobrazowania Odsieczy Wiedeńskiej. Koni – ich anatomii, ruchu, zachowań – uczył się od Piotra Michałowskiego. „I tak zawód mój zacząłem” – stwierdza Juliusz. Później przyszły wyjazdy do Paryża i Monachium, gdzie wzbogacał swoją wiedzę o malarstwie. Przez pewien czas mieszał w Warszawie, by w 1869 osiąść na stałe w Krakowie i dać początek słynnej „Kossakówce” – rodowej siedzibie.

Popularnym tematem obrazów Juliusza były sceny codzienne, obyczajowe, rodzinne. Jak na Powrocie z koszenia traw ukazującym gromadkę dzieci generała Hauke – trójkę młodszych na wozie drabiniastym, na sianie i starszego chłopca na kucyku – wracających z sianokosów. Sielski ten obrazek ma w sobie i elementy portretowe, i fragment wiejskiego pejzażu, i studium dwóch koni – stanowiących nieodłączny element sceny. Występują one, tzn. konie , także w Jarmarku na Pradze pod Warszawą. Tu jednak są elementem dynamicznym, który nadaje scenie żywiołowości, ruchu, nie do końca kontrolowanej energii – z pojawiającymi się gdzieniegdzie wyspami spokoju, jak śpiący na wozie handlarz czy elegancki dżentelmen dobijający targu. Życie dworskiej wsi, powiązane ściśle z porami roku obrazuje zestaw ilustracji do Roku myśliwca Wincentego Pola: mamy tu więc zimowy atak wilków, wiosenne polowanie na kaczki, lipcowe żniwa czy wrześniowy wypas krów, w końcu także poruszające błogosławieństwo podczas mszy polowej z miesiąca zmarłych, listopada.

Twórczość Juliusza Kossaka to także sceny historyczne – kronika XIX-wiecznych walk o niepodległość. Są to często bohaterskie (np. Władysław Sanguszko pod Grochowem), ale i tchnące ciepłą bezradnością (np. Wierny towarzysz) obrazy z pola bitwy, ujęcia realistyczne, rzeczowe. Ale jest także rodzaj mitologii narodowej (np. Hasło i odzew – przegląd nocny­) magicznej, mglistej nieco legendy ku pokrzepieniu serc. Dzieło protoplasty malarskiego rodu pełniło bowiem rolę przekaziciela i wskrzesiciela polskich wartości w czasach najtrudniejszych. Ukoronowaniem tego dzieła był późny cykl ilustracji do Pieśni Legionów, czyli naszego dzisiejszego hymnu, wydany w formie albumu przez Altenberga we Lwowie. Jak mawiał Stanisław Witkiewicz o Juliuszu: „Cokolwiek żyło w obszarze Polski, wszystko to żyje i żyć będzie w dziełach Kossaka”.

Kontynuatorem tradycji zapoczątkowanej przez Juliusza, był jego syn Wojciech urodzony w ostatni dzień grudnia 1856 roku w Paryżu. Owo połączenie – krwi Kossaków i Paryża – sprawiło może, że należał on do śmietanki towarzyskiej kraju na przełomie XIX i XX wieku.

qt Na te ogromne sukcesy towarzyskie wpływ na pewno miał urok osobisty, znakomite formy towarzyskie, wrodzona dystynkcja, a nade wszystko wspaniała powierzchowność, które uzupełniały temperament i poczucie humoru, znawstwo koni, pasja automobilowa, namiętność do brydża, nonszalancja stroju (fantazyjnie zawiązany krawat, kapelusz borsalino).

W twórczości konsekwentnie podążał wyraźnie wytyczoną ścieżką, z której nie mogły go zwieść młodopolskie mody i awangardowe eksperymenty. Malował ludzi (Portret Teresy Sapieżyny, Studium dziewczyny), sceny rodzajowe (Ułan i dziewczyna, Burza, Portret konny Aleksandry i Włodzimierza Saysse-Tobiczyków) – w końcu wielokrotnie i w wielorakich ujęciach sceny polskiej batalistyki: wojny napoleońskie, Olszynkę Grochowską, Somosierrę. Zachowując manierę malarską ojca, Wojciech Kossak idzie przecież w stronę mniej wyrazistej kreski, złagodzenia konturów, rozmycia kolorów. Samo to nadaje wielu jego dziełom aurę sennej wizji. W dwójnasób widać ją jednak w obrazach, które są wizjami par excellance, jak Sułkowski pod Piramidami (błyskotliwy dowódca, adiutant Napoleona wpatrzony w potężną głowę Sfinksa) czy Wizja żołnierska – szarża w lesie (przed oczami drzemiących kawalerzystów przesuwają się dawne formacje wojsk: ciężka średniowieczna konnica, skrzydlata husaria, napoleońscy ułani).

Ów wymiar wizyjny potęguje się jeszcze bardziej w obrazach sygnowanych przez Jerzego Kossaka (Cud nad Wisłą, Huzar z koniem w pejzażu zimowym), który zresztą przez pewien czas tworzył wspólnie z ojcem. Popularność Wojciecha i wynikająca zeń liczba zamówień sprawiła bowiem, że powstało coś na kształt „fabryczki” Kossaków – Jerzy przygotowywał obraz z grubsza, a Wojciech cyzelował go i podpisywał swoimi inicjałami. Ta „fabryczka” miała też konieczność niejako finansową. Żyjąca na wysokiej stopie rodzina Kossaków utrzymywała w tamtym czasie „nie tylko krakowską Kossakówkę, lecz także niewielki dom-pracownię w Zakopanem, willę w Juracie, pracownię w warszawskim hotelu Bristol […] Kolejny problem finansowy stwarzały córki zwane kukłami – Lilka i Madzia, które wychodziły za mąż, rozwodziły się; potrzebne były pieniądze na unieważnienie małżeństw, na eskapady zagraniczne, pobyty w Nicei i Monte Carlo, na dobre samochody, futra”. Zakłopotany Wojciech mówił nawet: „Żebym tylko nie zbankrutował przez te kochane córki”, lecz zaraz dodawał z prawdziwie polską beztroską: „ale myślę, że będzie na wszystko”.

Jakże inna na tym tle – ale chyba równie polska – wydaje się biografia stryjecznego brata „kukieł”, Karola Kossaka. Po studiach malarskich w Wiedniu i Krakowie (u Kazimierza Pochwalskiego) zamieszkał we Lwowie, a w końcu osiadł w Tatarowie na Huculszczyźnie. Tam malował akwarele portretujące codzienność huculskich górali. Tchną one prostotą wiejskiego życia, pokazują trud i urok pracy. Czuć w nich wielkie duchowe pokrewieństwo z „pejzażową” częścią twórczości Juliusza Kossaka.

Życie i dzieło Kossaków – to rzecz zupełnie niezwykła. Można zarzucać im – co wielokrotnie czyniono – stereotypowość, konserwatyzm, brak twórczego rozwijania wyuczonego stylu, kopiowanie tych samych technik i motywów. Nie sposób zaprzeczyć jednak, że bez ich malarstwa – podobnie jak bez twórczości Mickiewicza, Sienkiewicza, Żeromskiego – stracilibyśmy bezpowrotnie znaczną część polskiej kultury. Kultury, do której dzięki Bogu możemy się odwoływać, stojąc na sopockim deptaku przed Unique Club i Billy’s Restaurant.

Notatnik łódzki

W samochodzie słucham ostatnio Przygód człowieka myślącego Marii Dąbrowskiej. Końcówka powieści rozgrywa się w czasie Powstania Warszawskiego. Kilkunastoletni Michaś, bratanek Ewy, przyjechawszy do stolicy niedługo przedtem, uczestniczy w Powstaniu. Roznosi pocztę, ale marzy mu się stanowisko łącznika – aby je zdobyć raz po raz ryzykuje życiem. Jest przy tym – przez cały właściwie czas – bardzo ożywiony, entuzjastyczny. Jakby ta odpowiedzialność, którą los na niego nałożył, uwznioślała go, czyniła bardziej szlachetnym, odważnym, radosnym. Moment, w którym młody człowiek po raz pierwszy odczuwa swoją sprawczość. Przypomina mi to – zachowując oczywiście należne proporcje, gdyż to moje wspomnienie nie ma w sobie za grosz tragizmu w porównaniu z sytuacją Michasia – scenę, gdy jako młodzi chłopcy pomagaliśmy przy zbieraniu porzeczek w gospodarstwie dziadków, i jak przed nadchodzącą burzą musieliśmy sprowadzić z pola wszystkich pracowników, zwieść towar itp. Był wielki pośpiech, nerwy, zmęczenie – ale czuliśmy się świetnie z tą dorosłą sceną, w której przyszło nam zagrać główną rolę. Co z tego wynika? Módlmy się, aby nasze dzieci (i ich dzieci itd.) nie musiały nigdy walczyć w powstaniu. Ale może pozwólmy im czasem znaleźć się w sytuacji, w której nie będą mogły liczyć na naszą pomoc. Nawet za cenę pewnego ryzyka.

Znajoma z osiedla, mama czwórki dzieci, opowiadała nam, jak ludzie reagują, gdy widzą ją z całą tą gromadką na spacerze. Niektórzy (raczej nieliczni) się uśmiechają, niektórzy (liczniejsi) patrzą z lekką dezaprobatą – a największa część rzuca uwagi w rodzaju: „Gdzie pani prowadzi te dwa tysiące?”. Takie piękne przejawy erudycji i moralności zrodził w społeczności łódzkiego Teofilowa program 500+, i nie jest to chyba wina samego programu. Jakieś skrzywienie charakterów, małostkowość, odrzucona na bok wrażliwość, koniec świata na własnym nosie – raczej o to chodzi. Ale skąd to przyszło? I – tego pytania się trochę obawiam – dokąd zmierza?

Z zapisków Lwa Tołstoja: „nie chcemy wiedzieć, że tak samo [jak z bronią] ostrożnie trzeba obchodzić się ze słowem. Słowo może nie tylko zabić, ale wyrządzić też zło gorsze od śmierci[…] Złe mówienie o ludziach szkodzi od razu trzem: temu, o kim mówią źle, temu, do kogo mówią źle, ale najbardziej temu, kto mówi źle o innych.” W życiu publicznym mamy dzisiaj do czynienia z taką inflacją słów (żeby użyć określenia z artykułu pewnego księdza) i taką słowną nienawiścią, że jest to trochę przerażające. Wszystko można powiedzieć, każdego można zmieszać z błotem, bez patrzenia, czy to ma coś wspólnego z prawdą, czy nie ma. To samo w polityce, to samo na forach internetowych, to samo – chyba coraz częściej – na ulicy. To już nie jest kwestia różnych poglądów, to niechęć ludzi do siebie nawzajem. I z pierwszego chyba łatwiej byłoby wyjść, niż przyjdzie nam wychodzić z drugiego.

Moja żona K. która czyta dokładnie (prawie) wszystkie moje teksty, każe mi zawsze wykreślać fragmenty, które nazywa pretensjonalnymi. Zaskakujące, że są to te same fragmenty, które mnie rażą, gdy widzę je ponownie, np. na drugi dzień – a które cisną mi się pod pióro (lub klawiaturę), gdy piszę. Tak więc notatnik z pierwszego numeru „Sumy” nazwała K. w całości bardzo pretensjonalnym. Starałem się więc specjalnie tym razem, ale chyba wyszło niewiele lepiej. Widać nie można oduczyć się pretensjonalności z numeru na numer. Nie tracę jednak nadziei; ora et labora – jak mawiali mistrzowie.

Nie warto pisać mało istotnych książek

Opowieść o Zofii Trojanowiczowej (1936-2015) i polonistyce poznańskiej

Wzdłuż wąskiej jezdni ulicy Iłłakowiczówny rosną lipy. Przed nimi rzędy zaparkowanych samochodów. Za nimi parkany ogrodzeniowe i bramy, kryjące w głębi podwórek majestatyczne poznańskie wille. Stoję przed jedną z nich, gdzieś pośrodku ulicy. Ma dwie kondygnacje i wyniesione poddasze, jest posadowiona na planie kwadratu. Z jednej strony proste schody wejściowe prowadzące ku drzwiom na wysokości podwyższonego parteru. Z drugiej romantyczny wykusz werandy z okami wychodzącymi na ogród. Na dachu duże i małe facjaty okienne sąsiadują z „wolimi okami”, żywcem jakby wyjętymi z polskiego dworku. Budynek jest podniszczony, dawno niemalowany, ma barwę popielatą – lecz sprawia wrażenie solidnego. A w ogrodzie grządki starannie pielęgnowane. I biała konewka ozdobiona kwiatowymi wzorami.

***

W domu tym, w latach 30. XX wieku mieszkał Stanisław Muszyński. Dawny powstaniec wielkopolski, przed drugą wojną znany poznański kupiec, posiadający sklep z bielizną pościelową na Starym Rynku (w wąskiej kamienicy zachodniej pierzei rynku, mieszczącej do niedawna lokal o nazwie Piccolo), mąż Kazimiery z Schubertów, ojciec trójki dzieci. Najstarsze z nich, Anna miała zostać w przyszłości profesorem Uniwersytetu Ekonomicznego. Syn Antoni – inżynierem i żeglarzem. Najmłodszej, Zofii – poświęcony jest ten artykuł.

Urodziła się w 1936 roku, 1 października. W tym samym domu. Ulica nazywała się Marynarska. Czy bawiła się w przydomowym ogródku? Czy widziała, jak sadzono aleję lipową? Czy chodziła wraz z ojcem do oddalonego o ponad cztery kilometry sklepu, na poznański rynek? Wiele lat potem, w jednym z wywiadów, wspominała, że najbardziej lubiła zawsze tamte okolice, Grunwald i Stary Rynek, lecz czy pamiętała je jeszcze z przedwojnia?

Później była przerwa. Wypędzenie do Generalnej Guberni, gdy do rodzinnego mieszkania kazano wprowadzić się Niemcom przesiedlonym z Litwy czy Estonii. Muszyńscy mieszkali w Warszawie, w różnych mniejszych miasteczkach, przez dłuższy czas także w Radomiu. Jak mała Zosia zapamiętała stolicę czasu wojny? Czy powracała ona w pamięci w jej dorosłych latach, gdy zaprzyjaźniła się z profesor Zofią Stefanowską, która w Powstaniu Warszawskim walczyła jako łączniczka słynnego Batalionu, nomen omen, Zośka. Ponoć wielokrotnie namawiała swoją imienniczkę do napisania wspomnień z okresy Powstania, Stefanowska konsekwentnie odmawiała.

Wrócili do Poznania zaraz po wojnie. Do tego samego domu. Ulicę przemianowano na Szyszkowskiego. Zosia poszła do trzeciej klasy szkoły podstawowej. Niedaleko, przy ulicy Berwińskiego, naprzeciw Parku Wilsona, któremu w 1951 roku nadano imię Marcina Kasprzaka, a pomnik amerykańskiego prezydenta, stojący pośrodku parku, zastąpiono pomnikiem rewolucjonisty.

Ale wtedy Zofia Muszyńska była już uczennicą szkoły średniej, położonej zaledwie kilkaset metrów dalej. Liceum im. Generałowej Zamojskiej mieściło się bowiem (i mieści nadal) pod adresem Matejki 8, na niewielkim wyniesieniu, ponad poziomem parku. Swój powojenny start szkoła zawdzięczała dyrektorce, która piastowała tę funkcję jeszcze przed 1939 rokiem, dr Irenie Hoppe. Należała ona do pokolenia nauczycieli-społeczników, wypełniających organicznikowski, „siłaczkowy” testament Żeromskiego. Była więc pedagogiem, ale także naukowcem botanikiem, zaangażowanym w ostatnich latach życia w działalność lokalnej Ligi Ochrony Przyrody. Zapewne to głównie dzięki niej udało się w latach stalinowskich uchronić młodzież licealną przed „różnymi formami indoktrynacji” – jak to, nieco enigmatycznie, stwierdza zredagowany współcześnie tekst o historii szkoły.

Maturę zdała Muszyńska w 1953 roku. Poszła na polonistykę, choć rodzice doradzali jej zawód lekarza, powodowani tą samą może troskliwością, co inna matka kilka pokoleń wcześniej: „W dzisiejszym położeniu kraju, gdzie wszystko zależy od chwili fantazji, gdzie nikt pewnym jutra być nie może, jeden tylko zawód lekarski jest niezawisłym od nikogo, zatem zapewniający byt dobry, którego ani ogień nie spali, ani woda nie zaleje, ani złodziej nie ukradnie” (z listu matki Henryka Sienkiewicza, 1866 rok). Ale nie poszły te nauki rodzicielskie całkiem na marne, bo w 1961 roku Zofia Muszyńska stała się Zofią Trojanowiczową, a jej wybrankiem został – Roman Trojanowicz, lekarz. Lecz wybiegamy tu mocno w przyszłość, na razie mamy dopiero rok 1953 i początki drogi  polonistycznej, która okazała się drugą – obok tej pierwszej, osobowej, dopiero co wspomnianej – miłością życia naszej bohaterki. Kierunek, na którym studiowała i z którym miała być przez całe życie związana, zasługuje, jak sądzę, na dłuższą dygresję.

***

„Dzieje poznańskiej polonistyki uniwersyteckiej – pisze w swoim monograficznym opracowaniu Jarosław Maciejewski, jeden z najbliższych współpracowników Zofii Trojanowiczowej w latach 70. i 80. – rozpoczynają się w Berlinie[sic!] w roku 1842”. Wtedy to Wojciech Cybulski, polski filolog slawista, został docentem przy świeżo utworzonej katedrze języków i literatur słowiańskich na Uniwersytecie Berlińskim. Była to więc – można by dodać – poznańska polonistyka na uchodźstwie. Większość słuchaczy wykładów Cybulskiego stanowili bowiem Wielkopolanie. Tak się złożyło, że lata te – piąta dekada XIX wieku – wiążą się również z początkiem starań o założenie uniwersytetu w Poznaniu. Jego zarzewiem miały być publiczne prelekcje organizowane w Pałacu Działyńskich, wygłaszane m. in. przez Karola Libelta i Jędrzeja Moraczewskiego. Otoczenie Działyńskiego wystosowało oficjalny wniosek do sejmu krajowego tyczący powołania uniwersytetu. Zamiar ten długo jednak nie został ziszczony. Starania o uniwersytet miały swoje renesanse i okresy zapomnienia – które korelowały ściśle z burzliwą historią polityczną XIX; nie miejsce tu, by szerzej o niej wspominać. Warto przywołać jednak kilka nazwisk profesorów, którzy mogli stać się wykładowcami poznańskiej polonistyki (gdyby uniwersytet powstał na skutek owych starań), takich jak – poza wspomnianym już Cybulskim – Jan Rymarkiewicz (nauczyciel, mesjanista, badacz średniowiecza i renesansu), znany skądinąd Hipolit Cegielski (poza działalnością przemysłową, także filolog, autor prac o języku polskim i podręcznika poetyki), Antoni Małecki (literaturoznawca, historyk, profesor uniwersytetów we Lwowie i Krakowie) czy Władysław Nehring (nauczyciel, slawista, profesor we Wrocławiu).

Koniec końców, mimo licznych zabiegów we wcześniejszym okresie, uniwersytet w Poznaniu powstał dopiero w momencie, gdy nastąpiło odrodzenie większości instytucji państwowych, tj. po odzyskaniu niepodległości. Swego rodzaju wstępem do powołania Uniwersytetu Poznańskiego stało się zorganizowane w 1913 roku Towarzystwo Wykładów Naukowych, w ramach którego z gościnnymi prelekcjami przyjeżdżali do Poznania profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego: Ignacy Chrzanowski (mówił głównie o poezji romantycznych wieszczów) i Tadeusz Grabowski (m.in. o Piotrze Skardze i historii krytyki literackiej). Ten ostatni zadomowił się w stolicy Wielkopolski na tyle, że w 1919 roku stanął na czele nowo utworzonej Katedry Historii Literatury Polskiej. Oprócz niego Katedrę stanowili dwaj docenci: Romana Pollaka i Stanisława Pigonia. Obaj byli jednocześnie nauczycielami w gimnazjum. Pigoń niebawem przeniósł się na etat profesora do Wilna, a następnie do Krakowa. Pollak z biegiem lat stawał się coraz bardziej znaczącą postacią polonistyki poznańskiej. W przededniu wojny miał objąć jej przewodnictwo (w 1939 roku na emeryturę odszedł Grabowski), reprezentował ją w latach okupacji – jako rektor tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, który zawiązał się na wysiedleniu w Warszawie, a po upadku Powstania działał w Częstochowie – w końcu wprowadził ją w nową epokę (najbardziej nas tutaj interesującą), gdy w 1945 roku powrócił do Poznania.

***

Roman Pollak pochodził z Żywiecczyzny, urodził się w 1886 roku w Jeleśni. Uczył się w gimnazjum klasycznym w Samborze, a następnie, od 1905 do 1910 roku studiował filologię polską w Krakowie. Słuchał wykładów najwybitniejszych przedstawicieli ówczesnej polonistyki: Chrzanowskiego, Łosia, Tarnowskiego. W Krakowie grał też w piłkę nożną, był jednym z założycieli klubu Cracovia. W czasie pierwszej wojny był m. in. porucznikiem I pułku Strzelców Podhalańskich; napisał też rozprawę o tłumaczeniu Gofreda Tassa, a dokładniej – jak na czasy wojenne przystało – o jego warstwie batalistycznej. Prosto z pułku przyszedł na katedrę uniwersytecką w Poznaniu. Zajmował się literaturą staropolską, wydał m. in. Pamiętniki Paska, Dworzanina Górnickiego, Opis obyczajów Kitowicza, odkrył kilka mniej znanych utworów barokowych (niektóre z nich zachowały się, wskutek zniszczeń drugiej wojny, tylko w jego odpisach). Był także zwolennikiem patrzenia na literaturę przez szeroki pryzmat kultury, historii, architektury, procesów politycznych.

Zza katedry wykładowcy wrócił do wojska na czas kampanii 1920 roku. W latach następnych dzielił zajęcia poznańskie z wykładami na uniwersytecie w Rzymie. Po roku 1930 stał się czołową postacią poznańskiej polonistyki. Starał się systematyzować, nieco chaotyczną wtenczas, organizację studiów. Przykładał wielką wagę do seminariów, rozmów egzaminacyjnych ze studentami. „Pilnował i prowadził swoich uczniów” – jak pisze Maciejewski – dzięki czemu wykształcił zastępy absolwentów, którzy najczęściej trafiali potem jako nauczyciele do szkolnictwa średniego. Co bardziej krnąbrni adepci polonistyki przydali uczniom Profesora miano „Pollakowej szkółki”.

W 1939 roku Pollak szykował się do objęcia Katedry Historii Literatury. Został jednak zmuszony do opuszczenia Poznania. W Warszawie jego formacja akademicka i formacja wojskowa zbiegły się w jedno. Profesor tajnego uniwersytetu, jego dziekan, a następnie rektor – każde z tych stanowisk mogło stać się bezpośrednią przyczyną aresztowania i rozstrzelania. Działalność uniwersytecka oznaczała w zasadzie działalnością konspiracyjną, wojskową. Oprócz nauczania i rektorowania w Warszawie, od pewnego momentu Pollak dojeżdżał także na zajęcia do Częstochowy, gdzie utworzono filię (drugą obok Kielc) Uniwersytetu Ziem Zachodnich. Po Powstaniu Warszawskim, w którym stracił syna, przeniósł się na stałe do Częstochowy. Tu zainstalował się tajny Uniwersytet. Przedwojenna doktorantka profesora, Stefania Land prowadziła seminaria, Wacław Kubacki uczył teorii literatury, Pollak wykładał literaturę staropolską. Po wejściu Rosjan, w styczniu 1945 roku, konspiracyjna struktura ujawniła się, uniwersytet dostał salę wykładową w budynku dawnej szkoły handlowej. Naprzeciwko, w kamienicy, był rosyjski szpital wojskowy.

qt [Rosjanie] usiedli w oknach i lusterkami zaczęli świecić. Profesor Pollak miał wykład, a te światła od lusterek migały po całej sali […] Aż jedno światełko mignęło na twarz profesora i całą twarz mu oświetliło, a on się oparł o katedrę i powiedział z taką ironią: Ex oriente lux [Światło ze wschodu]. Profesor wychowany w kulturze zachodniej, rozmiłowany we Włoszech, stworzył przecież polonistykę w Rzymie, przesiąknięty najlepszą literaturą, tej nowej cywilizacji, która weszła do Polski, tak nie lubił! (ze wspomnień Barbary Surzyńskiej-Zakrzewskiej pt. Polonistyka w konspiracji)

Pod przewodnictwem tej nowej cywilizacji przyszło mu odbudowywać polonistykę poznańską. Wysłany na zwiady asystent profesora, Bogdan Zakrzewski na początku 1945 roku donosił:

qt Dostaliśmy inne pomieszczenia [poprzednia siedziba została zrujnowana wskutek działań wojennych] – przy ulicy Stolarskiej, w dawnym probostwie, które graniczyło z kościołem św. Michała, gdzie w podziemiach jest mnóstwo książek zwiezionych przez Niemców z wielkopolskich dworów. Okna są już oszklone, ławek nie ma, ale są stoły i krzesła, półki są i książki poukładane. Nawet są wieszaki na płaszcze, i właściwie można by zacząć studia.

Wkrótce potem, zadbawszy o transport biblioteki tajnego Uniwersytetu, prof. Pollak wrócił do Poznania. Katedra dostała dwie małe sale wykładowe na pierwszym piętrze plebanii, dwa pomieszczenia dla asystentów i jeden pokoik dla Koła Polonistów. Grono historyków literatury stanowili – poza Romanem Pollakiem – jeden profesor, Zygmunt Szweykowski (mianowany na tę katedrę jeszcze przed wojną), jeden adiunkt (wspomniany już dr Wacław Kubacki) oraz trzech asystentów (Bożena Osmólska-Piskorska, Bogdan Zakrzewski, Zofia Skorupska). Tak rozpoczęto pierwszy rok akademicki, który trwał od kwietnia do października 1945 roku. Pierwszy zaciąg powojenny, choć nieliczny, był bardzo zróżnicowany wiekowo, a także w zakresie przygotowania studentów (co oczywiście było wynikiem rozproszonej edukacji wojennej). Wydał jednak wielu wybitnych filologów, by wspomnieć tylko Jarosława Maciejewskiego, Zbigniewa Raszewskiego czy Alojzego Sajkowskiego.

Rosło grono studentów, rosło grono nauczycieli. Wskutek tego, już w 1947 roku zdecydowano się przenieść polonistykę w inne miejsce, do gmachu przy ul. Matejki 48/49. Historyków literatury ulokowano na pierwszym piętrze, językoznawców na trzecim. Niedługo potem, w 1949, powołano do życia trzecią – obok prowadzonych przez Pollaka i Szweykowskiego – Katedrę Literatury Polskiej, którą objął Wacław Kubacki. Lata powojenne przyniosły rozpoczęcie prac nad wielkimi projektami zbiorowymi, takimi jak „Polska Bibliografia Literacka Nowy Korbut”. Ale przyniosły również narastającą ideologizację studiów, np. przez wprowadzenie obowiązkowych zajęć z literatury radzieckiej. Trzeba w tym miejscu przyznać, że Poznań wyróżniał się pod tym względem – in plus, choć dla ówczesnych władz z pewnością in minus – na tle uczelni w Łodzi, Wrocławiu czy Krakowie. Dowodem niech będzie fakt, że nigdy nie przyjął się na tutejszej polonistyce marksizm – niemal powszechna, a z pewnością stanowczo przez władze zalecana w tej epoce metoda badań literackich. Nieprzecenioną, choć nieudokumentowaną rolę odegrali w tym procesie zapewne prof. Pollak i prof. Szweykowski.

Przełom lat 40. i 50. to także chaotyczne i częste zmiany modelu studiowania – najpierw na system trzy plus dwa (od 1949), następnie studia jednolite czteroletnie (od 1951), w końcu jednolite pięcioletnie (od 1955) – które służyły władzom także jako instrument dyscyplinujący niepokorne uniwersytety. Jak w sposób elegancki zauważa Jarosław Maciejewski:

qt System ten w dużym stopniu burzył nie najgorszą przecież w zakresie sprawności studiów poznańskiej polonistyki i wprowadzał nowy styl pracy, do którego nie tak łatwo można się było przyzwyczaić. Styl ten wyniknął z nowych tendencji widocznych w ówczesnej polityce władz centralnych – postawy i metody naukowe reprezentowane przez poznańskich historyków literatury nie znalazły tam uznania.

Z wewnętrznych zmian strukturalnych należy odnotować – ważne z punktu widzenia losów naszej bohaterki – powołanie w 1953 Zespołowej Katedry Literatury Polskiej (pod kierownictwem prof. Pollaka), w której skład wchodziły Zakłady: Literatury Staropolskiej, Literatury Wieku XIX, Literatury Wieku XX.

***

Tak mniej więcej prezentuje się poznańska polonistyka w momencie, gdy w jej podwoje wkracza Zofia Muszyńska. Przypomnijmy: jest rok 1953, świeżo upieczona absolwentka Liceum im. Generałowej Zamojskiej odrzuca nęcącą karierę lekarską i wybiera studia polonistyczne. Warto może dodać, że nie były to studia łatwe i jako humanistyczny kierunek uniwersytecki posiadały wysoki etos. Roman Pollak mawiał podobno: „Nie daje pani sobie rady na polonistyce, to niech pani idzie do pigularzy! Niech pani idzie do stomatologów, to są tacy lepsi rzemieślnicy”. Profesor dbał także o to, aby młodzi poloniści otrzymywali możliwie wszechstronne wykształcenie kulturalne, by chodzili do opery, do teatru, na koncerty. Uczył studentów topografii i zabytków Poznania, w ich wspomnieniach powracają wspólne wycieczki do katedry na Ostrowie Tumskim, romańskiego kościoła św. Jana na Malcie, zamku kórnickiego mieszczącego sławną bibliotekę; czy do Torunia na inscenizację Romea i Julii („Wyprawa odbyła się w typowy na owe czasy sposób. Dość dużą grupą jechaliśmy pociągiem towarowym w wagonie bez okien”). Opiekował się też Kołem Polonistów, które poza rozwijaniem zainteresowań naukowych odkryło wiele talentów poetyckich, aktorskich i dziennikarskich. Uczniowie profesora wspominają jego życzliwość (której nie przeszkadzała surowość i wysokie wymagania) wobec studentów i młodszych pracowników naukowych. Żona Bogdana Zakrzewskiego, który w 1953 został wyrzucony z Uniwersytetu Poznańskiego (za pochodzenie) i zmuszony do przenosin do Wrocławia, wspominała:

qt Profesor Pollak nie mógł rozstać się z moim mężem i jak za synem tęsknił. Odwiedzał nas, przyjeżdżał zawsze razem z Profesorową. Cieszył się, jak kolejne dzieci się rodziły, bardzo się nimi interesował. Potrafił z dziećmi rozmawiać i one zawsze czekały na jego przyjazd.

W latach 50. darzono profesora wielkim szacunkiem, otaczała go swoista legenda – także dzięki „próbie ogniowej” z obydwu wojen, jak to ładnie określił prof. Fiećko – legenda, z którą musiały liczyć się nawet władze komunistyczne. Zapewne w nimbie tej legendy widziała go także Zofia Muszyńska. Dla młodej studentki był jednak prof. Pollak przede wszystkim wykładowcą literatury staropolskiej. Nauka tego przedmiotu miała charakter stopniowy. Najpierw komplet zdanych sprawdzianów z lektur, następnie dopuszczenie do końcowego kolokwium przed profesorem. A na zakończenie jeszcze egzamin końcowy z całej historii literatury polskiej (coś niewyobrażalnego na dzisiejszych polonistykach). Swoje seminaria Pollak dzielił na kilka sekcji, każda prowadzona przez jednego asystenta i grupująca studentów zajmujących się podobną problematyką. Sekcje pracowały w swoim gronie, by ich członkowie mogli wystąpić na koniec – z prezentacją swojego tematu – na spotkaniu ogólnym z profesorem. Była więc i hierarchia, i przekazywanie części odpowiedzialności młodszym pracownikom naukowym, lecz zawsze pod czujnym okiem profesora.

qt Dziś było pierwsze seminarium z profesorem Pollakiem. Naturalnie srożył się bardzo, postawił nowe warunki do przyjęcia na wyższe seminarium, ale jak się wykrzyczy to mu przejdzie. Po pewnym czasie jak zwykle złagodnieje” (z listu Izabelli Teresińskiej do rodziców, 1947).

Lecz Zofia Muszyńska nie wybrała seminarium u Romana Pollaka. Nie chodziło przy tym chyba o owo profesorskie srożenie się, raczej o zakres naukowych zainteresowań. Ciągnęło ją do wieku XIX, któremu – uprzedźmy nieco przyszłe fakty – pozostała wierna przez całą swoją akademicką drogę. A na froncie – żeby wrócić z powrotem do żargonu epoki – XIX wieku królował niepodzielnie Zygmunt Szweykowski.

***

Był on nieco młodszy od Pollaka, urodził się w 1894, w Krośniewicach (niedaleko Kutna). W latach 1915-20 odbył studia na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem Juliusza Kleinera, by zająć się dalszą pracą naukową nad powieścią polską. Pisał o Rzewuskim, Dygasińskim, o Trylogii Sienkiewicza; przygotował wydanie dzieł m.in. Kaczkowskiego i Czajkowskiego. Ale największą sławę – a także habilitację w 1928 roku na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie – przyniosły mu książki o Bolesławie Prusie. Monografię Lalki jego autorstwa kończy zdanie: „Kto Lalkę przeżył – wiele przeżył – powiedział sam Prus o swej powieści”.

Ale i Szweykowski przeżył niemało. Po habilitacji wykładał na Uniwersytecie Warszawskim, w 1932 został także profesorem Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie, a później również w Łodzi. W 1939 – jak już wspomniano – miał przenieść się do Poznania. I znów ten sam „szlak bojowy”, co u Pollaka: wykłady na tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich, w Warszawie, potem w Częstochowie, praca nad kolejną książką o Prusie (gdy pewnego dnia na wykład w Częstochowie przyszedł z raną na policzku po odprysku granatu, powiedział tylko: „Szczęście, że gdzieś nie wyżej głowy, bo byście o Prusie nic nie słyszeli”), po „wyzwoleniu” objęcie jednej z dwu katedr historii literatury w Poznaniu. Szybko stał się autorytetem w poznańskim środowisku. Uznania przymnażał mu aktywny udział w życiu społecznym: naukowym, literackim i teatralnym, a także – jak sądzę – niechęć, jakim darzyły go komunistyczne władze.

Ponoć Szweykowski chciał w młodości zostać aktorem. Posiadał w tym kierunku istotne uzdolnienia, co predestynowało go do zajmowania się teatrem (był opiekunem tej sekcji w Kole Polonistów), ale także ubarwiało jego wykłady: „Jego wykłady o komedii pozytywistycznej – wspomina Izabella Teresińska – cieszyły się ogromnym powodzeniem, bo każdy fragment utworu przez niego cytowany stawał się małą scenką teatralną”.

Jednak w badaniach literackich stawiał przede wszystkim na wnikliwą pracę z tekstem. Jego kurs literatury składał się z trzech stopni, z trzech jakby kręgów wtajemniczenia: najniżej poetyka opisowa, gdzie uczono się strukturalnych elementów budowy dzieła literackiego; następnie, na tzw. seminarium niższym, poznawano narzędzia historycznoliterackie, aby dopiero na trzecim roku, w ramach seminarium wyższego, zająć się dziełami literackimi w sposób przekrojowy i syntetyczny. Profesor Szweykowski – pisze Jarosław Maciejewski – „uczył myślenia racjonalnego i empirycznego oraz przyzwyczajał do mniemania, że głównym przedmiotem polonistycznych studiów jest utwór literacki – nosiciel określonych wartości ideowych i doznań estetycznych”.

Takie podejście przejęła od Szweykowskiego Zofia Muszyńska. Jak podkreślają zgodnie jej uczniowie, szacunek dla tekstu, rzetelność, chęć zrozumienia, „niedogmatyczność” lektury – były jedną z osi opisujących osobowość badawczą pani profesor. Szweykowskiemu zawdzięczała coś jeszcze: przekonanie, że nie warto zajmować się tematami błahymi, że nie warto pisać mało istotnych książek. Dlatego zapewne wybrała Norwida (gdy prof. Krzysztof Trybuś wiele lat później chciał iść w jej ślady, decydując się na doktorat poświęcony poezji tegoż autora, powiedziała mu: „Jak spadać, to z wysokiego konia”) i – w ramach seminarium doktoranckiego – zajęła się przede wszystkim wczesną twórczością romantyka. W 1965 roku odszedł na emeryturę profesor Szweykowski, w tym samym roku Zofia Muszyńska-Trojanowiczowa (cztery lata wcześniej miał miejsce ślub) na podstawie dysertacji Rzecz o młodości Norwida uzyskała stopień doktora, a w rezultacie także stanowisko adiunkta. Pałeczka w uniwersyteckiej sztafecie pokoleń została przekazana. A Norwid stał się później jednym z podstawowych motywów w naukowej, i chyba nie tylko naukowej, biografii pani profesor. Pisała o nim jeszcze po wielokroć. Zapoczątkowała też poznańską szkołę norwidologiczną (zwieńczoną powstaniem Pracowni Życia i Twórczości Norwida) – jeśli nie pierwszą, to z pewnością jedną z najważniejszych w Polsce.

***

Także Norwidowi, choć pokazanemu przez pryzmat sporu z Julianem Klaczką (emigracyjnym krytykiem literackim i politykiem ze środowiska Hotelu Lambert) poświęciła Trojanowiczowa swoją drugą ważną publikację, której wstępna wersja stała się podstawą jej habilitacji w 1978 roku (Ostatni spór romantyczny. Cyprian Norwid –  Julian Klaczko wydano w 1981 roku). Książka ta była znakomitym przykładem charakterystycznej dla prof. Trojanowiczowej metody badawczej. Cechowała ją szeroka perspektywa, w ramach której – nie rezygnując z rzetelności badania tekstu – należało ujmować literaturę wielopłaszczyznowo, wiązać ją z problemami historycznymi i politycznymi, wpisywać w porządek historii idei. Była to metoda stosowana przez Szweykowskiego, mistrza Zofii Trojanowiczowej, oraz przez jej starszych kolegów, Jarosława Maciejewskiego i Edwarda Pieścikowskiego – swoiste signum poznańskich polonistów. Jednak każdy z nich wykorzystywał owo szerokie spojrzenie w sobie właściwy sposób, do zogniskowania uwagi czytelników i studentów na kwestiach, które uważał za fundamentalne.

Taką kwestię stanowiła dla Trojanowiczowej konieczność społecznego, obywatelskiego zaangażowania, niestania z boku. Jak wspominała, znaczenie przełomowe miał dla niej w tej sprawie rok 1968: „Wtedy uświadomiłam sobie ostro, że dalsza moja postawa wobec siebie i rzeczywistości politycznej wymaga wewnętrznego opowiedzenia”. Różne działania podejmowane w kolejnych latach były logicznym następstwem tej decyzji. Naturalna i moralnie oczywista była obrona Stanisława Barańczaka, którego pod pretekstem incydentu w bibliotece w Puszczykowie (będącego jawną prowokacją) usunięto z poznańskiej polonistyki. Aktywna postawa Trojanowiczowej i Jarosława Maciejewskiego, mocno powiedziane „nie” – wyraźnie odznaczyły się wtedy na tle nieporadności, żeby nie rzec więcej, władz uniwersyteckich.

O duecie Maciejewski-Trojanowiczowa po raz kolejny stało się głośno – i to nie tylko za murami uniwersytetu – gdy, wskutek przyspieszenia historii w epoce Solidarności (1980-81),  możliwa stała się publikacja książki o Poznańskim Czerwcu 1956. Opracowana w ciągu zaledwie kilku miesięcy księga zawierająca dokumenty źródłowe, relacje świadków i analizy politologiczne – była pierwszą „monografią” tego wydarzenia. Miała jednak wymiar nie tylko naukowy. Dzięki niej po raz pierwszy powiedziano publicznie o zbrodniczych działaniach rządu w pamiętnym czerwcu. Książka wpisała się też w pewną mitologię walki o niepodległość, mitologię, w logice której po czerwcu następowały strajki lat 70., a po nich działalność Solidarność. Stąd rozgłos Poznańskiego Czerwca 1956, stąd żywe komentarze najważniejszych historyków tamtej epoki (z podziemia i z nurtu oficjalnego), stąd autentyczny rezonans społeczny.

Poza walorami syntezy książka zawierała coś jeszcze: indywidualne świadectwa konkretnych osób. Dla Trojanowiczowej – jak podkreślają jej uczniowie – było to nie mniej ważne od wymiaru ogólnego, więcej nawet: bez jednostkowości wymiar ogólny nigdy by się z taką mocą nie pojawił.

***

W tej samej optyce – ważnego jednostkowego świadectwa, które domaga się głosu – można widzieć podjęcie przez panią profesor, szerokiego jak „suchego przestwór oceanu” (by podeprzeć się słowami wieszcza szczególnie jej bliskiego, o czym będzie jeszcze mowa) tematu literatury zesłańczej. Dr Jerzy Borowczyk wspomina pieczołowitość towarzyszącą pracy nad książką Sybir romantyków, którą z pomocą swojego ucznia, prof. Fiećki, Zofia Trojanowiczowa opublikowała w 1992 roku. Praca nad biografią zesłańców, kwerendy w archiwach Petersburga i Irkucka, mozolne gromadzenie tekstów – a dopiero potem opis, rzetelna próba uchwycenia tamtych realiów, oddzielenia rzeczywistości od mitów o Sybirze (ale również tym mitom przyznanie należnego miejsca na mapie narodowej wyobraźni). 

Dla porządku dopowiedzmy tutaj o pozostałych sferach aktywności społecznych Zofii Trojanowiczowej. Obrona członków Studenckich Komitetów Solidarności, wspieranie poznańskiego KOR-u, założycielska rola w uniwersyteckiej Solidarności w 1980 roku i ważna (buforowa dla zagrożonych uczniów) funkcja wicedyrektora Instytutu ds. studenckich, w końcu także członkostwo w Komitecie Obywatelskim Lecha Wałęsy, a po 1989 w ROAD, Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Akces do tych inicjatyw nie oznaczał jednak nigdy ślepej zgody na wszystko, co się w nich działo. Z dużą dezaprobatą przyjmowała pani profesor np. niegodne jej zdaniem, przepychanki w kręgach władzy na początku lat 90. I w takich wypadkach zawsze mówiła swoje osobne, głęboko ugruntowane i przemyślane veto. „Uosabiała dla wielu z nas – pisze Jerzy Fiećko – patriotyzm czystej próby, obywatelski, norwidowski z ducha, któremu obcy był zarówno pociąg do nadużywania frazesu, jak i język wrogości czy podziału”.

***

Czytała regularnie „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Powszechny”. Ceniła Mazowieckiego, Kuronia, Turowicza. Jaki dogodny pretekst – w czasach politycznych antagonizmów– do uproszczeń, klasyfikacji, zwężania perspektywy. To samo można by zrobić z rewersem takiego stereotypu. Tylko po co? Czy coś nam to powie o ludzkich wyborach, o tragiczności polskiego losu? Czy może raczej wzbudzi niechęć do sąsiada, który myśli inaczej? Wydaje mi się, że głos pani profesor kazałby nam dzisiaj zawrócić z tych niszczących pozycji. Skupić się na jednostkowym świadectwie, zobaczyć człowieka. W całej jego brzydocie i pięknie. I w mocnych uczuciach. Nie lubiła bowiem letniości, także u ludzi, którymi się otaczała. Nietrudno zauważyć, że dzisiejsze grono profesorskie poznańskiej szkoły badań nad romantyzmem to w dużej mierze osoby zaangażowane w latach 80. w działalność opozycyjną. Przykładem niech będą prof. Fiećko, prof. Trybuś, dr Borowczyk czy prof. Zbigniew Przychodniak. Wszyscy oni byli jej uczniami. W tym miejscu przychodzą mi na myśl słowa, które usłyszałem od prof. Jacka Brzozowskiego, mojego promotora z łódzkiej polonistyki, kolegi po romantycznych fachu Zofii Trojanowiczowej: „miała dobrą rękę do ludzi”.

To chyba prawda. Bez tego nie stworzyłaby „własnej” szkoły badawczej, poznańskiej szkoły badań nad romantyzmem. Lecz nie była to szkoła w rodzaju tej, która powstała w otoczeniu Marii Janion. Dla tamtego środowiska wspólnym mianownikiem była metoda badawcza (specyficzny rodzaj hermeneutyki) i obszar badań (romantyzm polski i europejski). Wszystko, co stworzyli uczniowie prof. Janion było w mniejszym lub większym stopniu rozwinięciem jej koncepcji.

Tymczasem w Poznaniu rzecz wyglądała inaczej. Tak, jak prof. Trojanowiczowa „dziedziczyła” po prof. Szweykowskim, lecz zajęła się tym, czego nie eksploatował badawczo jej mistrz – tak i jej uczniowie, podejmując czasami tematy jej bliskie (jak twórczość Norwida i Mickiewicza czy problematyka zesłańcza), zawsze szli – za jej zachętą – własnymi drogami, wypracowując własne metodologie i tematyczne obszary.

W romantycznej „szkole” Trojanowiczowej (by już zachować ten termin, nie oddający chyba jednak w pełni wewnętrznych relacji tego środowiska polonistów) ważną rolę odgrywały także więzi osobowe. Lecz nie było tam – jak twierdzi prof. Brzozowski – żadnego kumoterstwa, „prawie wszyscy zwracali się do niej: Pani Profesor”. Przy tym jednak nigdy nie zostawiała ludzi samych sobie, tak w sprawach naukowych, jak i prywatnych.

qt Wiedzieliśmy – wspominała Elżbieta Nowicka, jedna z pierwszych uczennic Zofii Trojanowiczowej – że jeśli zdarzy się trudna sytuacja osobista, życiowa, ona – obok osób najbliższych – będzie tym człowiekiem, do którego można pójść. A czasem była pierwszą osobą, do której się szło. Wiadomo było, że niekoniecznie nas pochwali, ale z całą pewnością nie zostawi nas samych sobie.

***

I tu wraca po raz kolejny dom rodzinny. W trudniejszych czasach stojący wciąż przy Szyszkowskiego, w łatwiejszych, tj. po 1989 roku przy Iłłakowiczówny. Był on przedłużeniem Instytutu, tu odbywały się najważniejsze – w opinii uczniów pani profesor – wielogodzinne spotkania, zarówno przyjacielskie, jak i naukowe – nierzadko inspirujące pomysły badawcze, które później przynosiły owoce w postaci książek, artykułów etc. Również sama gospodyni, która była doskonałym słuchaczem, z tych rozmów potrafiła czerpać pomysły, choć przede wszystkim występowała w roli inspiratora. Ten styk miejsca pracy i domu rodzinnego wydaje się czymś niezwykłym, rzadko już chyba spotykanym. Pokazuje pewną harmonię życia, jego integralność. W tym życiu intelektualno-domowym uczestniczyła też zawsze rodzina, w szczególności mąż, Roman, który poza tym, że był – przypomnijmy – lekarzem, był także człowiekiem o stylu przedwojennego inteligenta, żywo zainteresowanym filozofią, kulturą, literaturą. Stanowili z Zofią Trojanowiczową bardzo zgrane małżeństwo – mówią mi uczestnicy owych spotkań w salonach starej poznańskiej willi – choć różnili się diametralnie. Romek – cytując za relacjami świadków – gawędziarz, lubił długie potoczyste opowieści, Zosia mu przerywała, prostowała fakty, on mówił dalej.

Pasją, którą oboje podzielali, były również podróże. To skądinąd ciekawe, rodowici wielkopolscy mieszczanie, przywiązani do swojego miejsca na poznańskim Łazarzu, do swoich zajęć (lekarskich, uniwersyteckich) – a jednak ciągnęło ich do dalekiego świata. Pytałem o lokalność Zofii Trojanowiczowej, o jej poznańskość. Profesorowie niby się zgodzili (bo sumienna, dokładna, można na niej polegać), ale po chwili zgłaszali jednak zastrzeżenia. Że wybrała Norwida, pisarza wybitnie nielokalnego. Że rzadko pisała o Wielkopolsce (w przeciwieństwie do Maciejewskiego). Że szczególną sympatią obdarzyła XIX-wiecznych zesłańców. Że lubiła poznawać ludzi spoza swojego środowiska (np. utrzymywała wieloletnie przyjaźnie nawiązane podczas wakacji gdzieś na Suwalszczyźnie czy na Podhalu).

Nieoczywista dynamika zakorzenienie-podróż musiała być dla Zofii Trojanowiczowej ważnym elementem jej osobowości, twórczym pierwiastkiem, może tą „odrobiną szaleństwa”, o której wspominała w jednym z wywiadów. Dowartościowanie stałości, otwarcie się na nieznane.

Jerzy Borowczyk opowiadał mi, jak zwiedzał z panią profesor Petersburg (przy okazji wyjazdów do tamtejszych archiwów) w epoce Rosji Jelcynowskiej, jak słuchał jej opowieści przy gruzińskim koniaku, jak w tych opowieściach pojawiały się wątki nieznane, ledwie muśnięte: wspomnienie przyjaźni z rodziną Barańczaków, zamiłowanie do poezji współczesnej (Miłosz, Szymborska), plany obszernego studium o Jerzym Czartoryskim, wspomnienia Paryża i Rzymu. Opowiadał też, jak jechali wspólnie na pogrzeb Zofii Stefanowskiej, przyjaciółki Zofii Trojanowiczowej, jej intelektualnego partnera, osoby o niezwykłej biografii (o której można by napisać oddzielne, obszerne wspomnienie). Słuchając tych opowieści miałem przed oczyma bogactwo osobowości pani profesor, które trudno uchwycić, a jeszcze trudniej opisać.

W takich wypadkach można odwołać się tylko do największych. A tym największym był dla pani profesor chyba jednak Mickiewicz, którego „dziedzictwem zajmowała się nieprzerwanie – pisze prof. Fiećko – od czasu zajęć na seminarium magisterskim, i który bodaj był jej największą, choć po trosze skrywaną miłością naukową, którego twórczość w całości uznawała za wybitną, pozbawioną rzeczy słabych lub nieprzemyślanych”. Myślę, że obok tej „naukowej miłości” i podziwu dla dzieł mistrza, Zofia Trojanowiczowa znajdowała w Mickiewiczu coś jeszcze. Wymiar etyczny, który uznała za swój. To romantyczne z ducha przekonanie, że literatura nie ma sensu – jeśli nie traktuje się jej poważnie; w taki sposób, by być gotowym podporządkować jej wszystkie życiowe wybory. „Życie na miarę literatury” – można by powiedzieć za Michałem Pawłem Markowskim. Pani profesor szukała w literaturze wartości – nie arbitralnych przecież, ale odwiecznych, ludzkich, zwyczajnych – których gotowa była bronić bez względu na konsekwencje. I potrafiła żyć w zgodzie z nimi. Bez prostych rozwiązań, bez pobłażliwości, z ciepłą ironią i dobrocią dla ludzi – autentycznie.

***

Bliscy, przyjaciele, współpracownicy pani profesor z trudem wspominają ostatnie lata jej życia, kiedy – chociaż obecna fizycznie – traciła stopniowo kontakt z otoczeniem. Mówią, że był to najtrudniejszy okres, bo nie można było mówić o niej, jak o zmarłej, a przecież jakby już jej nie było. Mówią, że teraz jest – mimo wszystko – łatwiej.

Nie ma słów, które potrafiłyby dotknąć ludzkiego cierpienia. Choroby, umierania. Dramatu rodziny, która jest świadkiem wypełniania się nieuniknionego wyroku. Nie ważę się umniejszać wagi tych doświadczeń, ich – może na krótką metę niszczącego – charakteru. Czuję jednak, patrząc na to wszystko z pewnego oddalenia, że i tutaj ukrywa się jakaś lekcja, jakiś ostatni wykład pani profesor, na którym z filologiczną skrupulatnością, dbałością o rzeczywistość – wyciąga się niezwykłą (i niezwykle trudną) prawdę o naszej ziemskiej kondycji. Mówi ona o chorobie i śmierci jako integralnych, harmonijnych pierwiastkach życia. Jego nieodłącznej części, którą oduczyliśmy się przyjmować z pokorą. I o tym, że należy ją przyjąć.

***

W czasie rozmów o pani profesor nie mówiliśmy wiele o religii. Bo też jej religijność była cicha, nienarzucająca się. Rozumiana po dominikańsku, intelektualnie, „wrażliwościowo”, wymagająca przede wszystkim od siebie. Ale – jak twierdzą uczniowie Zofii Trojanowiczowej – była to duchowość bardzo głęboka. Element życiowej harmonii. Nienamacalne zakorzenienie opierające się dynamice przemijalności, podróży. A pani profesor – jak powiedział w pierwszych słowach pogrzebowego przemówienia Jerzy Fiećko – lubiła podróżować.

***

Zofia Trojanowiczowa zmarła 17 listopada 2015 roku. Pozostała poznańska „szkoła romantyczna” składająca się z ludzi o różnych zainteresowaniach, charakterach, temperamentach. Pozostały (uwypukliły się?) podziały w postrzeganiu otaczającej nas, nie najprostszej przecież rzeczywistości.

Lecz – jak powiedział mi na koniec naszej rozmowy jeden z profesorów – ich mistrzyni apelowała do tego, co w człowieku najlepsze. Może dlatego jej duch działa dziś na obecny zespół „co najmniej tonująco”, stawiając przed oczyma godną tradycję Pollaka, Szweykowskiego, Maciejewskiego… Trojanowiczowej.

***

A w ogrodzie grządki starannie pielęgnowane. I biała konewka ozdobiona kwiatowymi wzorami.

Nie chciałem pisać laurki Zofii Trojanowiczowej. Co najwyżej oddać hołd tradycji poznańskiej polonistyki, tak unikalnej na mapie akademickiej Polski. Jednak ludzie, z którymi rozmawiałem o pani profesor, jej współpracownicy, znajomi, przyjaciele zamknęli w swoich opowieściach tyle szczerości, uroku i dyskretnego ciepła, że pozostając wiernym „tekstowej rzetelności” – mogłem napisać jedynie to, co napisałem powyżej. Czy jest to obraz prawdziwy – nie mnie oceniać.

Serdecznie dziękuję pracownikom Instytutu Filologii Polskiej UAM w Poznaniu: prof. Jerzemu Fiećce, prof. Krzysztofowi Trybusiowi, dr. Jerzemu Borowczykowi, prof. Zbigniewowi Przychodniakowi, że zechcieli poświęcić słoneczny wrześniowy dzień na długie rozmowy ze mną w dostojnym budynku Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej, i w okolicznych kawiarniach. Mam nadzieję, że nie byłem dla nich rozmówcą za nadto irytującym i nudnym. W sposób szczególny dziękuję prof. Jackowi Brzozowskiemu za pierwsze informacje o pani profesor i „przepustkę” do Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Ilustracja: źródło: link; czas dostępu: 22:00 dnia 29.10.2016 r.

W poszukiwaniu formy rzymskiej

(czasopisma)‎

mediach i okolicach rozgrywa się następny akt sporu o tak zwaną demokrację. Jedni niby niszczą, drudzy niby bronią – mało kto wie, czego i po co. Tymczasem gdzieś obok, na obszernych łamach rocznika redaktorzy „Teologii Politycznej” skłaniają nas do zastanowienia, czy owa demokracja – będąca w praktyce dyktaturą większości, kultem instytucji i porządkiem zrodzonym z pozytywizmu prawniczego – jest rzeczywiście czymś, o co warto toczyć te krwawe boje. I czy nie mamy czasem w swojej wspólnotowej tradycji, w swoich bogatych dziejach, ale także w swojej polskiej tożsamości współczesnej pierwiastków bardziej szlachetnych i godnych większej atencji? Wędrówka przez kolejne artykuły tomu My, Rzymianie rozbija czarno-biały obraz, za pomocą którego coraz częściej przedstawia się nam bieżące sprawy.

Cóż to zatem mogłyby być za pierwiastki? „Katolicyzm (w sferze ducha) – pisze we wprowadzającym artykule Dariusz Karłowicz – republikanizm (w obszarze politycznego ideału i doświadczenia) oraz łacińskość (w dziedzinie kultury duchowej i cywilizacji)”. Brzmi to jak oczywistość, gdy uwzględni się perspektywę historyczną i zaakceptuje jej doniosły wpływ na współczesność. Z drugiej strony, tym, którzy chcieliby zaprojektować Polskę w duchu nowoczesności takie wytyczenie najważniejszych dla naszej wspólnoty rysów musi wydawać się anachroniczne, opresyjne, może nawet niebezpieczne. Te dwa stanowiska określają pole, na którym toczy się dzisiaj gra o polskie dusze. Można by zatem przyjąć – z czym pewnie zgodziliby się apologeci nowoczesności – że poruszanie się po tym polu i zbliżanie się do jednego bądź drugiego stanowiska zależy od indywidualnych decyzji, od powiedzenia sobie, kim chcę być. Najnowszy tom „Teologii Politycznej” pokazuje jednak z całą stanowczością, że wspólnotowa tożsamość, nie jest (lub jest w bardzo małym stopniu) kwestią wyboru. W podstawowym wymiarze zależy zaś od realnie istniejących, długotrwałych procesów, których pochodzenie i zasięg przekraczają z pewnością zdolności projekcyjne nie tylko poszczególnych jednostek, ale i całych filozoficznych szkół. Procesami, które ukształtowały tożsamość polską są w tym znaczeniu właśnie katolicyzm, republikanizm i łacińskość składające się na – jak to nazywa Karłowicz – formę rzymską.

Rzymski katolicyzm nie sprowadza się tu do kwestii wiary. Chodzi raczej o – mówiąc słowami Brzozowskiego, które cytuje w artykule poświęconym jego późnej myśli Tomasz Herbich – pewien fakt społeczny, zasadę wspólnotowego trwania, która znajduje potwierdzenie w tym, co istnieje realnie (choć oczywiście nie zaistniałaby ona bez pierwotnego doświadczenia religijnego, co autorLegendy Młodej Polski doskonale rozumiał). „Zwrot ku Kościołowi – twierdzi Herbich – wiąże się w myśli Brzozowskiego z odkryciem katolicyzmu jako tego, co kulturze naszego kręgu cywilizacyjnego gwarantuje trwałość i dziejową ciągłość oraz rzeczywistą sprawczość w historii”. Ta trwałość objawia się między innymi w tym, że Kościół jest gwarantem istnienia instytucji i struktur politycznych. Jest także pomostem łączącym Polskę z kulturą łacińską, ponieważ – notuje w Pamiętniku Brzozowski – „jest najrzetelniejszą, o wiele rzetelniejszą i o wiele zupełniejszą niż renesans spuścizną starożytności”. Stanowi w końcu swego rodzaju bezpiecznik ustroju republikańskiego. Karłowicz pisze:

Właśnie mające źródło w katolicyzmie pojmowanie polityczności jako celu pośredniego[…]ratuje polskość z jednej strony przed totalitarną pokusą uniwersalnych utopii urzeczywistnionych, z drugiej zaś – przed zapałem do absolutyzacji narodu”.

Stąd pochodzi moralny wymiar polityki, jej aksjologiczny punkt odniesienia.

Polski republikanizm to w głównych punktach: „podmiotowość wspólnoty politycznej, równowaga sił, samoograniczenie władzy i umiłowanie wolności (zwłaszcza tej do tworzenia kształtu własnego domu)”. Ukształtowany w XVI i XVII wieku, wywodzi się w prostej linii z tradycji antycznego Rzymu, przyniesionej za pośrednictwem włoskiego renesansu, którego elity polskie tamtego czasu – wyjeżdzające na studia najczęściej do Włoch – były bezpośrednimi uczniami. Warto dodać, że ideał polityczności, który głosili Modrzewski, Goślicki, Petrycy, Fredro (Andrzej Maksymilian) równie dużo, co rzymskim retorom, zawdzięczał Arystotelesowi. W artykule Doroty Pietrzyk-Reeves (autorki książki Ład rzeczypospolitej. Polska myśl polityczna XVI wieku a klasyczna tradycja republikańska) czytamy: „Dominowało przekonanie, że moralne podstawy ładu politycznego (cnota) mają znaczenie kluczowe dla jego trwania, co nadaje polskiemu republikanizmowi specyficznego charakteru”. Do cnót należał miedzy innymi obowiązek służenia dobru wspólnemu, ten charakterystycznie polski ideał wolności „do”, który sprawia, że ludziom spoza naszej wspólnoty (a także i jej wyrodnym synom) trudno pojąć powody naszych chaotycznych konfederacji, straceńczych powstań, temperatury dyskusji o polityce. Jednak prawdziwe zaangażowanie obywatelskie jest spoiwem narodu, które przydaje się zwłaszcza w chwilach próby, bo – jak powtarza za Fredrą Krzysztof Koehler – wolni obywatele znacznie lepiej bronią państwa niż zaciężne armie. Podczas gdy w kraju wolnym nie strach jest, żeby każdy miał broń i robił „zbrojne popisy”, to w państwie rządzonym autorytarnie boją się uzbroić lud, żeby nie zwrócił się przeciwko władcy, poza tym „bezbronny łacniej się daje powodować”. Gwarantem wolności są zaś w Polsce nie wola króla, a prawa, przy czym prawa rozumiane bardziej jako obyczaj ustalony przez przodków niż produkt prawniczej inżynierii. Im bardziej obyczaj ten daleki jest od dosłownych carskich ukazów, tym bardziej musi być pilnowany, bo jedno przekroczenie powszechnej praktyki może podkopać cały system zasad. Nawiasem mówiąc, przypomina to chyba w jakimś stopniu dzisiejszy system prawny w Wielkiej Brytanii, również mocno uzależniony od obyczaju.

Łacińskość to przede wszystkim kultura. Złożona z dwóch elementów: chrześcijaństwa i dziedzictwa antyku. „Za sprawą katolicyzmu – pisze Dariusz Karłowicz – kultura antyczna stała się integralnym elementem polskiego życia – nie tylko na poziomie architektury, literatury czy wyobraźni narodowej, lecz także w sferze praktyki duchowej, kategorii myślenia, aksjologii, samej koncepcji myślenia”. Wystarczającym dowodem na żywotność tego dziedzictwa są intelektualne genealogie naszych największych twórców: Kochanowskiego, Mickiewicza, malarzy XIX stulecia, Herberta czy Miłosza. Ale łacińskość to także obyczaj, życie codzienne, gdyż „świadomi czy nie – religii uczyliśmy się od św. Augustyna, polityki od Marka Tuliusza, rolnictwa zaś od cystersów (a więc Ksenofonta czy Wergiliusza)”. Nie bez znaczenia są też takie fakty, że ciągnie nas na włoską prowincję, że czujemy się tam dobrze, że jesteśmy tam prawie u siebie. Można chyba nawet zaryzykować tezę, że właśnie na poziomie obyczaju przenieśliśmy najwięcej z tej formy rzymskiej. Albowiem polskie życie, ze swoim niezbywalnym rysem przednowoczesnym, mimo ciągłego podmywania fundamentów naszej wspólnoty (zabory, komunizm, współczesne ideologie) ma się całkiem dobrze.

Tylko co z tego wynika? Czy z okruchów tamtych tradycji, które tkwią w naszej tożsamości może wyrosnąć nowa polska wspólnota? Czy ta wspólnota ma prawo żyć w dzisiejszej Europie? Cóż, są to pytania chyba niepotrzebne. Albo inaczej, nasze próby odpowiedzi na nie nic nie zmienią. Bo, jak pisał Stanisław Brzozowski:

Możemy być zdania, że wola zbiorowa Polski byłaby o wiele wyższą, głębszą, gdyby wytwarzana była bez udziału katolicyzmu; tymczasem jednak, jedyna znana nam i rzeczywista zbiorowa wola wytwarzana jest z jego współudziałem”.

Sądzę, że można by odnieść tę myśl do całej formy rzymskiej. Możemy negować jej istnienie, możemy projektować polskość wbrew niej – lecz to ona nas stworzyła, to ona istnieje w nas w sposób rzeczywisty – i prędzej czy później zawsze da o sobie znać.

Władysław Łoziński, Życie polskie w dawnych wiekach

(książki)‎

Musieli sprzedać te wszystkie książki” – usłyszałem z rozmowy dwóch starszych panów, którzy stali przy sąsiednim regale w jednym z warszawskich antykwariatów. Okazało się niebawem, że mówią o książkach, które właśnie przeglądam. W większości przedwojennych, małych i dużych, oprawnych w podniszczone półskórki lub płótna, traktujących o historii różnych czasów i miejsc. Wszystkie one miały jeden element wspólny – pieczątkę z prostym, geometrycznym exlibrisem Jerzego Łojka.

Do dzisiaj nie wiem, kto musiał je sprzedać i dlaczego. Czy była to rodzina znanego polskiego historyka czy jacyś przypadkowi spadkobiercy? Faktem jest, że ów zbiór książek trafił najpierw na aukcję, a następnie do zwykłej sprzedaży w rzeczonym antykwariacie, skąd kilka ciekawszych egzemplarzy przytargałem do domu ku nieustannemu utrapieniu mojej żony.

Była wśród nich książka innego, dawniejszego historyka – a także powieściopisarza, dziennikarza oraz wydawcy, który prowadził we Lwowie dużą drukarnię – Władysława Łozińskiego. Jest to postać dziś nieco zapomniana, o czym świadczy między innymi zaniedbany grób pisarza i jego brata, Walerego, na Cmentarzu Łyczakowskim. Tymczasem na przełomie XIX i XX należał Łoziński do ważnych postaci życia kulturalnego Galicji. Pracował w prasie, pisał powieści i książki historyczne, posiadał bogatą (ponoć najcenniejszą w całym zaborze austriackim) kolekcję malarstwa, rzeźby i wyrobów złotniczych. A książka, o której ma być tutaj mowa – czyli Życie polskie w dawnych wiekach – przyniosła mu już prawdziwą sławę. Pierwsze jej wydanie z 1907 roku sprzedało się w ciągu dwóch miesięcy, drugie z roku 1908 – czyli to Łojkowe, które teraz leży przede mną – niewiele wolniej. Gazety zasypał grad pochwalnych recenzji. Ponoć popularnością Życie polskie dorównywało samej trylogii Henryka Sienkiewicza.

Tym większy to zaszczyt, gdy się pamięta, że jest to książka historyczna i w jakimś wymiarze naukowa. Szeroko sięgając do źródeł pamiętnikarskich i pochodzących z akt sądowych, opisuje Łoziński życie szlacheckiej braci w czasach I Rzeczpospolitej. Opisuje pańskie siedziby: pałace i dwory. Odsłania tajniki (wraz z potężną dawką egzotycznie brzmiących nazw, bo kto wie jeszcze, co to szuba, delia czy ferezja) strojów i przedmiotów codziennego użytku. Opowiada, jak to jeżdżono za granicę, jak się odwiedzano, jak spędzano czas wolny. Właśnie – opowiada. Zadziwiające jest, w jaki sposób potrafi łączyć Łoziński wielość historycznych faktów z wciągającą, niemalże powieściową narracją. Nie znam żadnej współczesnej książki historycznej, którą czytałoby się tak przyjemnie. Niezwykła jest także panorama, którą autor pozwala nam objąć wzrokiem. Tyle spraw pojedynczych, konkretnych przedmiotów, tylu bohaterów i bohaterek – nie tracąc swojej odrębności składa się na wielki obraz życia dawnej Polski.

Cóż to jest za obraz? Trochę taki, jak w niemieckiej anegdocie z epoki, która powiada, że Polacy życie przepędzają na: gadaniu, hulance i podróżach. Dodać do tego można niespożyty apetyt, bo – według obserwacji nuncjusza apostolskiego, Giulio Ruggieriego – jeden nasz rodak jadł za pięciu Włochów. Na ślubie Konstancji Lubomirskiej i Felicjana Potockiego „zjedzono 60 wołów, 300 cieląt, 50 baranów, 150 wieprzów i prosiąt, 21 sztuk drobiu, 12 740 ryb, 10 korcy raków […] wypito 270 beczek węgrzyna, 6 lad włoskiego wina”, a na bankietach u wojewody Wiśniowieckiego podawano wśród innych specjałów także łapy niedźwiedzie, bobrowe ogony i chrapy łosia. Lubił też dawny Polak wystroić się w złotem wyszywany kontusz, przypasać karabelę wysadzaną szlachetnymi kamieniami, nakryć się sobolową szubą – wszak od Opalińskiego wiemy, że sobole to główny zbytek polski. Jaskrawości stroju zaczerpniętej z Azji towarzyszyło też umiłowanie świecidełek, cacek, a nawet farbowanie koni, które nadawało im maści iście nienaturalne.

Lecz jest to także obraz swojski i jakoś ciągle bliski. Na przykład, gdy czytamy, że Polska „stała rodziną”, która przy słabości instytucjonalnej państwa „spełniała ten wielki obowiązek, że była najsilniejszym fundamentem obywatelskim i narodowym”. Wbrew temu, co próbują utrzymywać ideologowie nowoczesności ważną pozycję w tej rodzinie odgrywała żona, która stanowiła nie tylko ozdobę domu, czyli „klejnot drogi”, ale była też „miłym i wdzięcznym, a tobie równym towarzyszem”, była przyjacielem najpierwszym ze wszystkich. Mieszkanie szlacheckie było z zasady raczej skromne i funkcjonalne. „Dwór staropolski powstawał odśrodkowo, rozwijał się i uzupełniał od wnętrza na zewnątrz, a nie przeciwnie”, co podaje w wątpliwość pogląd, iż taki sposób budowania – od pomieszczeń i funkcji do zewnętrznego kształtu – odkrył dopiero modernizm. Co więcej, w przeciwieństwie do tego ostatniego, klasycznej architekturze dworków udało się zachować przy tym regularność bryły, proporcje, smak w zdobieniach. Prawda, że budowano też pełne przepychu i blichtru pałace. Ale magnatów, którzy je stawiali ocenia Łoziński surowo:

Pierwsi, co burzyli starodawne dwory i na ich miejsce stawiali pałace, byli to nowi ludzie, co na gruzach wielkich fortun historycznych i kosztem ich szczątków przyszli do bogactwa, a zaczynając świat od samych siebie, chcieli go mieć nowiuteńkim i oderwanym od starej tradycji, do której całkiem świeży jeszcze splendor nie dał się nawiązać

Całkiem to podobne do tych polskich „ludzi nowych”, którzy dorobiwszy się w latach 90. XX wieku pokupowali sobie zabytkowe siedziby – by zniszczyć je i pobudować inne, wedle własnych horyzontów pomyślane albo skopiowane z zachodu.

Ale i dawniej nie obce nam była skłonność do naśladowania tego, co zobaczono w Europie. A podróże były ważnym elementem szlacheckiej edukacji. Na studia jeżdżono najpierw do Włoch, do Padwy, Bolonii czy Rzymu; później także do Niemiec, Francji i krajów niderlandzkich. Już od czasów Reja słychać jednak przestrogi przed podróżami, które nie przyniosą pożytku, a nauczą próżnowania i hulanek. Bo wielu było takich, co – jak pisze Jakub Sobieski – „cielętami przyjeżdżają do cudzej ziemi, a wyjeżdżają z niej wołami”. Poza obyciem i nauką, którą można było zdobyć za granicą, ceniono niezmiernie umiejętności towarzyskie. A z tych za najważniejsze uchodziły sztuka prowadzenia rozmowy (która miała też wymiar umiejętności politycznej) i staropolska grzeczność. Kto, chociaż uczony, nie znał grzeczności tego nazywano „po łacinie mądrym, a po polsku błaznem”. Liczyła się też gościnność, a goszczono się wtenczas po dworach bardzo często i długo, a nieraz do tego stopnia, że po wyjeździe gościa gospodarz zostawał całkiem zrujnowany. Te gościny różnie się odbywały, raz porządniej, innym razem niekoniecznie. Wspomina na przykład wojewoda miński, Zawisza taką wizytę:

Byłem w Cisowie u Jegomości pana Paska, człowieka haniebnie poczciwego, który jako mi rad był, niepodobna wypisać. Przez trzy dni nie znaliśmy, co dzień, co noc, piliśmy i hulali. Dam miał siła u siebie et quidem pięknych. Darował mi szkatułę kieleckiej roboty, mosiądzem nabijaną, piękną gotowalnię tejże roboty, szkatułę wielką i stół marmurowy, nakładany, puzdro szlifowane et caetera, et ceatera

Ucztowanie też było swego rodzaju umiejętnością, bo nie chodziło w nim tylko o to, kto poda na obiad łapy niedźwiedzie, ale przede wszystkim o ceremoniał, odpowiednie usadzenie przy stołach (nie bez przyczyny opis zasiadania do uczty pojawia się w Panu Tadeuszu kilka razy), kolejność pełnych, jak nazywano toasty. Towarzyszyły temu z dawien dawna znane obyczaje, jak choćby gest po wypiciu toastu, który wspominał hetman Chodkiewicz: „Stłukłem szklanicę o głowę, a król rzecze: Miły Panie Hetmanie, nie tłuczcie tej głowy, siła nam na niej zależy”.

Przeczytawszy Życie polskie nikt raczej nie powie, że mieszkańcy I Rzeczpospolitej mogą być dla nas wzorem we wszystkim i zawsze. Jest jednak coś pociągającego w owej bujności życia, którą uosabiali. Że jak ucztowali to do rana, że jak hulali to przez trzy dni, że jak stawali w obronie ojczyzny to do upadłego. Tę cechę może warto pamiętać w czasach wszechobecnej letniości charakterów.

Czy jednak pamiętamy? Czy potrafimy pamiętać? Twórczość Władysława Łozińskiego przychodzi nam tu na pewno z pomocą. A jego dziedzictwo, podniesione przez Jerzego Łojka, który był przecież przede wszystkim historykiem XVIII wieku i gromił Stanisława Augusta Poniatowskiego (może prekursora owej dzisiejszej letniości, ale to już temat na zupełnie inną okazję) za przypieczętowanie upadku I RP – pokazuje, że nie był to koniec końców upadek całkowity. Że, parafrazując słowa Miłosza, gdy ludzi już nie ma, pozostaną książki na półkach, dobrze urodzone. Nasza sprawa – ale może nie tylko nasza – czy zechcemy po nie sięgać.

Notatnik łódzki

Przy drodze z Kielc do Opatowa widziałem pierwszego w tym roku bociana. Kołował nad małą łąką otoczoną nie bardzo jeszcze zielonymi drzewami. Taka to znana trasa, przemierzana po stokroć od dzieciństwa, a różne detale krajobrazu widzę po raz pierwszy. Może młodość żywiącą się sama sobą nie potrzebuje wcale tego, co nas otacza i dopiero z czasem, gdy mniej już tej witalności dojrzewania, zaczynamy uzupełniać sobie jej braki witalnością z zewnątrz. Jeśli tak, nie dziwi narzekanie młodzieży na opisy przyrody w Nad Niemnem i późniejszy, dojrzały zachwyt dla tychże.

Czytam Szwy Wacława Holewińskiego. Bardzo gładko napisana powieść o byłym solidarnościowcu, który próbuje odgrzebać i opisać historię młodego chłopaka, zabitego w stanie wojennym przez milicjantów. To się oczywiście szarej eminencji III RP nie podoba: „Oni argumentują, że nie wolno burzyć społecznego ładu – dlatego o przeszłości należy milczeć. To prowadzi jednak do pozornego ładu. Sprzyja starym układom, ludziom dawnego systemu i ich sprzymierzeńcom. Poszkodowana większość nic z tego nie ma”. Nie potrafię powiedzieć, ile jest prawdy, a ile patologicznej obsesji w wizji Polski jako folwarku służb peerelowskich. Jednak jakoś ujmuje mnie ten typ solidarnościowy, który zawsze toczy boje i jest w tym trochę po dziecięcemu uparty, trochę śmieszny, może nawet dziwaczny. Z horyzontem intelektualnym zawieszonym w przeszłości, bez wpływu na współczesność. Ale też z nieocenioną czystością moralną i bezkompromisowością, których tak mało dzisiaj. I z dużą odwagą czy wręcz dezynwolturą, bez zbytniego nabożeństwa wobec własnego życia.

To, co czasem utożsamiamy z wrogim otoczeniem, złymi czasami, ich bylejakością – czyli z zewnętrznościami, które jakimś przypadkiem nas dotykają i sprawiają, że nie możemy być lepsi – jest jednak stworzone specjalnie dla nas. I nie bez przyczyny te właśnie, a nie inne trudności przychodzi nam pokonywać. Powinno to być lekarstwem na marzenia o innych czasach, miejscach, zajęciach, którą są nieraz odskocznią od realnych codziennych rzeczy i sprawiają, że się w tych ostatnich zaniedbujemy. Myśląc ciągle, że gdzie indziej, kiedy indziej – byłbym na pewno lepszym człowiekiem. Jest to wielkie i niebezpieczne złudzenie.

Jechałem dzisiaj do Warszawy pociągiem. Czytałem Zamieć Żeromskiego, powieść o tak łatwo traconej szlachetności. Pełne ideałów, rozterek, a w końcu i wielkich możliwości działania (vide milionowy spadek Ogrodyńca) życie Ryszarda Nienaskiego – źle i głupio się kończy, z ręki biednych robotników, którym myślał pomagać. A za nim upada Ksenia, nie na tyle silna, by sama mogła odeprzeć pokusy otoczenia, które pcha do rozwiązłości i rozkoszy. To samo niezawinione zło, grzech, który nas zagarnia, mimo wewnętrznych postanowień o czystości – dotyka Ewy z Dziejów grzechu. Ilu z nas dotyka dzisiaj, może nie tak efektownie, bo po cichu, w drobnych sprawkach? I czy przez to nie groźniej? Marzy się życie proste, praca najzwyklejsza, uczciwa. A tutaj – jak to w Warszawie – rozmowy o pieniądzach, kontraktach, projektach.

Biłgoraj. Śladami sitarzy i rodziny Singerów

Po raz pierwszy byłem w Biłgoraju siedem lat temu, kiedy – korzystając z wolnych studencko-kawalerskich wakacji – podróżowaliśmy z bratem po Polsce. W czasie kilku sierpniowych tygodni zjeździliśmy kawał południowo-wschodniej części kraju. Zaskoczyło nas wtedy, że to niewielkie miasteczko położone pośród lasów pełne było młodzieży, spacerujących z wózkami rodziców, ładnych dziewczyn z uśmiechami na twarzach – słowem, tętniło życiem. Zaszliśmy na kilka chwil do kościoła WNMP. Później spacerem w stronę rynku. Na jego skraju, przy zbiegu z ulicą Nadstawną, w Domu Książki kupiliśmy pisemko „Akcent” – gazetę lokalnych literatów – i zbiór wierzy Tomasza Gluzińskiego. Księgarnia była całkiem dobrze wyposażona, także w liczne publikacje o regionie. Włóczyliśmy się trochę wąskimi ulicami okalającymi główną ulicę Kościuszki, wzdłuż której rozciąga się miasto. Nasza wizyta nie trwała długo, zaledwie kilka godzin. Gdy wyruszaliśmy w dalszą drogę, w stronę Zwierzyńca, nie myślałem, że w nieodległej przyszłości przyjdzie mi bywać w Biłgoraju regularnie.

II

Wieczór po upalnym późnowiosennym dniu. Na ulicy 3-maja nie ma żywej duszy. W oknach hotelu pogaszone światła. Tylko na parterze, przy wejściu kręci się jeszcze recepcjonista, bierze moje dokumenty, wypisuje kartę pobytu. Hotel Sitarska (ale dlaczego nie Sitarski albo Sitarzy?) zbudowany za unijne pieniądze ma nawiązywać do lokalnej tradycji gospodarczej. Rzemieślnicy robiący sita z końskiego włosia i jeżdżący po całym świecie z obwoźnym handlem stanowili sporą część mieszkańców Biłgoraja przez kilkaset lat, aż po drugą wojnę światową, a ponoć kilku pozostało do dzisiaj (choć zamiast włosia używają syntetycznych materiałów i chyba nie jeżdżą po świecie). Ich sposób życia wpływał na wygląd gospodarstw z warsztatami pracy i domów mieszkalnych, często całkiem zasobnych ze ścianami w świętych obrazach przywożonych ponoć nawet z Azji, ze stosami haftowanych poduszek na łóżkach. Atmosfery tych drewnianych izb, które obejrzeć można w nieodległym skansenie przy ulicy Nadstawnej, próżno by szukać w hotelowych wnętrzach. Pokoje – klimatyzowane, standardowo umeblowane, z płatną telewizją dla dorosłych – przypominają raczej setki podobnych hoteli w całej Europie. Może trochę o to chodzi w tak zwanych środkach unijnych, żeby wszędzie było mniej więcej tak samo i żeby nazwy się nie odmieniały.

Czytam artykuły z konferencji Singerowskiej, która odbyła się kilkanaście lat temu. Przeglądam zdjęcia, szacowne grono naukowców, syn pisarza po raz pierwszy odwiedzający Polskę, z niewyraźną miną wyrażającą nieco wzruszenia, nieco niechęci. Isaac Bashevis Singer, laureat literackiego Nobla z 1978 roku, jedyny noblista piszący w jidysz, nie urodził się w Biłgoraju, chociaż stąd (i z nieodległego Tomaszowa) pochodziła jego rodzina. Tu odbył się ślub jego rodziców. Tu przyszła na świat dwójka starszego rodzeństwa Isaaca, siostra Hindele i brat Israel Joszua, również pisarze. Potem Singerowie przeprowadzili się do Leoncina, a następnie do Warszawy. Ale wrócili do Biłgoraja w roku 1917 , gdy Isaac kończył trzynaście lat. I to tu na rodzinnej ziemi – a nie w innych powiatowych miasteczkach, nie w metropolitarnej Warszawie, dokąd później już jako dorosły wyjedzie – następuje najżywszy rozwój wyobraźni pisarza, wchłanianie tego miejsca, które powracać będzie wielokrotnie w powieściach, w mniej lub bardziej rzeczywistej topografii.

Trzeba zawsze podążać z czegoś – twierdził Singer – od korzeni. Przez wiele lat ciągle pisałem o małym polskim miasteczku z mojej młodości i ludzie, których spotkałem w Nowym Jorku, zmieszali się jakby z ludźmi, których znałem w dzieciństwie – nos od jednego, oko od drugiego – i wszyscy skończyli na ulicach Biłgoraja lub Frampola.

Dom Jakuba Zylbermana, rabina , dziadka Isaaca po kądzieli – stał niedaleko rynku, w okolicach ulic Lubelskiej i Nadstawnej, gdzie znajdowały się też synagoga, dom modlitwy, szkoły i łaźnie. Dom był drewniany, z grubych bielonych bali, typu tatarskiego z półokrągłym wejściem od strony ulicy. Pod jego oknami stała długa ława.

Biłgorajski rabin – pisze Agata Tuszyńska w biografii Singera – żył według precyzyjnego planu. O wpół do jedenastej szedł spać, o trzeciej rano budził się, mył, nastawiał samowar i pisał komentarze aż do świtu. Podczas pracy pił herbatę […]O ósmej szedł do pobliskiej synagogi. Wielu ludzi wstępowało tu na poranną modlitwę przed pracą. Śniadanie – chleb z masłem i kaszę z mlekiem – jadł reb Mordechaj w gabinecie […]Po dwugodzinnej drzemce wracał do swoich wiernych. Odpowiadał na religijne pytania, uczestniczył w ceremoniach ślubu i obrzezań. Obdarowywano go różnymi smakołykami

Najbliższą okolicę zamieszkiwali głównie Żydzi. W rynku stały jednopiętrowe murowane domy, na środku budynek magistratu, po północnej i południowej stronie ubogie żydowskie sklepiki. Schodziło się do nich schodkami, miały ceglaną podłogę, a na półkach zazwyczaj tylko kilka produktów: trochę towarów spożywczych, świece, naftę, mydło. Plac był niebrukowany, gdzieniegdzie rosła trawa, którą pogryzały kozy.

Zachowało się zdjęcie zrobione podczas wojny, widok rynku z wież kościoła WNMP. Resztki budynków, pustynny krajobraz. Miasto, w którym dominowała drewniana zabudowa, spłonęło prawie całkowicie w początkach wojny. Na fotografii widać jeden ocalały pawilon, pewnie ów budynek magistratu. Dziś odbudowany mieści sklepy z telefonami komórkowymi, jakiś bar czy pijalnię piwa z ogródkiem wokół. Resztę Placu Kościuszki (bo tak nazywa się obecnie rynek) wypełnia powojenna zabudowa, dwukondygnacyjne kamienice i bloki wokół, pośrodku zaś niepiękny gmach urzędu miasta. Jeden z urzędników mówił mi kiedyś, że bardzo źle się tu pracuje, bo nadmierna liczba przeszkleń sprawia, że latem jest gorąco a zimą wieje. Dużo przyjemniej było zapewne przepędzać obie te pory roku w domu rabina Zylbermana. Wokół urzędu roztacza się park – ale nie ten dawny, z potężnymi drzewami kasztanowymi – sprawia wrażenie pustego, tylko co jakiś czas ktoś przemknie alejkami dążąc tam, gdzie toczy się dzisiaj miejskie życie. Kiedyś toczyło się tutaj.

„W dni targowe cały rynek wypełniały furmanki, tak że nie można było przejść. Jeśli koń miał ucho okręcone słomą, to znaczyło, że gryzie. Przed magistratem od strony wschodniej drobni sprzedawcy, głównie Żydzi, ustawiali prowizoryczne stragany z odzieżą, obuwiem zabawkami. Polacy, najczęściej sitarze, sprzedawali sita, przetaki, koła do wozów, drewniane łyżki, fujarki, proste zabawki. Garncarze z Soli i Bidaczowa sprzedawali garnki gliniane, donice siwaki, zabawki-kogutki, które piszczały, gdy się w nie dmuchało.”

Dwa obrazy rynku. Ten dawny, wyobrażony pełen gwaru dnia targowego, krzyki handlarzy, odgłosy zwierząt, w oddali stukot kopyt z brukowanej ulicy Zamojskiej. I dzisiejszy: senny, zawieszony w tkance miasta, niepotrzebny nikomu poza policjantami, którzy pod budynkiem urzędu ucinają sobie pogawendkę.

III

Majowy poranek. Idę w stronę kościoła WNMP, drogę wskazują mi dwie majestatyczne wieże dobudowane do świątyni w ostatnich latach XIX wieku. Pachnie roślinnością. Gdzieś pomiędzy zabudowanymi działkami ostała się, otoczona dziurawą siatką pusta parcela, gdzie trawy, łopiany, rozmaite krzewy i dzikie drzewa owocowe rozrosły się potężnie. Słychać owady, czuć parującą wilgoć, co przywodzi na myśl rozkwitłe, wybujałe lato w Drohobyczu Schulza; w końcu to niedaleko stąd. Mijam gwarną szkołę podstawową, która graniczy z terenem kościoła. Trwa poranna msza, dzień powszedni, ale tuż przed Bożym Ciałem, więc świątynia pełna ludzi, niektórzy stoją na zewnątrz, siedzą na ławkach.

Zaraz przy wejściu do kościoła dwie tablice nagrobne. Jedna upamiętniająca Stanisława Nowakowskiego, właściciela miasta z przełomu XVIII i XIX wieku, posła tarnogrodzkiego, a także szambelana króla Stanisława Augusta. Ponoć, obyczajem dworu warszawskiego, wyprawiał on w Biłgoraju obiady czwartkowe. Pewnie odbywały się w pałacu Rożnówka, należącym wtenczas do Nowakowskiego, zlokalizowanym na wyjeździe w stronę Zamościa. Dzisiaj jest tam jeszcze park nazywany przez mieszkańców małpim gajem (czy ma to jakiś związek z dawnymi obiadami, trudno ustalić). Druga tablica upamiętnia ks. Józefa Chmielewskiego, który w czasie wojny oddał się dobrowolnie na gestapo, w zamian za swojego proboszcza. Zginął później w wieku 35 lat w Dachau. Nazywają go lokalnym Maksymilianem Kolbe.

Na przeciwległej ścianie duży fresk. Na pierwszym planie klęczącym w modlitwie żołnierz, rodzina (ojciec, mama i mały synek), smutni, z pochylonymi głowami, w prostych chłopskich ubraniach. W tle płonący Biłgoraj. Jest to przedstawienie pożaru miasta z początków wojny. Nad całą sceną, w górnej części kompozycji Matka Boska z Dzieciątkiem i jej sługa (św. Florian?) gaszący płomienie wodą.

Drewnianej zabudowy – właśnie wskutek wspomnianego pożaru – pozostało po wojnie niewiele. Ale jeszcze do lat 60. XX wieku istniało kilkanaście zagród sitarskich, głównie na zachód od rynku. Później do Biłgoraju dotarła Gomułkowska i Gierkowska miłość do wielkiej płyty, a jak wiadomo nowoczesne bloki trzeba było stawiać na miejscu anachronicznych chłopskich chat. Z tej modernizacji uratował się tylko jeden obiekt, a i to nie w pełni, bo zburzono przynależące doń stodoły. Dzisiaj mieści się w nim skansen Zagroda Sitarska. W dzień powszedni raczej nie cieszy się wielką popularnością. Przez nikogo nie niepokojony wchodzę przez drewnianą bramę krytą gontowymi deseczkami i zwiedziwszy już prawie wszystko spotykam panią kustoszkę, która oferuje mi bilet. Później oprowadza mnie jeszcze po wnętrzu domu sitarzy. Część gościnna pełna świętych obrazów i przywożonych z Rosji samowarów, bogaty kredens z ozdobną zastawą, przy piecu kołyska dziecięca. Po drugiej stronie sieni warsztat pracy. W sitarskiej rodzinie obowiązywał ścisły podział obowiązków. Kobiety tkały z końskiego włosia płócienka na ręcznych warsztacikach (krojscach), stojących w owych izbach do pracy. Mężczyźni zaś przygotowywali drewniane otoki (łuby) i montowali na nich płócienka, pracując w drewutni przylegającej do domu. Następnie zajmowali się obwoźną sprzedażą sit, gdyż na mocy obowiązującego prawa handlować nimi mogli jedynie wytwórcy. Oznaczało to wyjazdy z domu na długie miesiące, ale gwarantowało też całkiem dobre zarobki. Dopiero na początku XX wieku, gdy sitarstwem zajęli się również Żydzi, którzy wprowadzili pół-przemysłowe metody produkcji i właściwie zmonopolizowali handel – rodzinnym manufakturom zaczęło powodzić się gorzej.

Pani kustosz każe mi odwiedzić kirkut położony w innej części Biłgoraja. Mówi, że kiedyś był bardzo zniszczony, a teraz go odnawiają, że przyjechali przy tej okazji jacyś goście z Izraela i postawili pomnik. Obok tego miejsca budują za to dużą galerię, chociaż tyle już jest tych sklepów w Biłgoraju, ale jak ma się dużo pieniędzy – powiada pani o biznesmenie, który ma ową galerię budować – to chce się mieć jeszcze więcej. A kiedyś tacy ludzie nie byli, mówili sobie dzień dobry i pomagali sąsiadom. Dzisiaj co innego, dzieci tylko grają w gry komputerowe i „te dzieci nie bardzo mają zasady”. I „jak to, mówię panu, na tym społeczeństwie ma rosnąć kraj, rozwijać się? Rodzice to samo – kontynuuje pani kustosz – nic nie wychowują, tylko kupują wszystko, co sobie dziecko zażyczy i wożą do szkoły samochodami. Po prostu sic transit gloria mundi.

Ale może jeszcze nie wszystko stracone. Pod szkołą widziałem dziesiątki małych rowerów, poprzypinanych gdzie się da, nawet do żywopłotu. Na swoje dzieci, odchodzące od ortodoksyjnych zasad do świeckich (a czasem i rewolucyjnych) poglądów skarżyli się – jak to wspomina Singer (sam w pewnym okresie buntownik) – już Żydzi z początków XX wieku. A i z tymi biznesmenami jest przecież różnie. Jeden z nich, dawny wspólnik pewnego znanego polityka, założył fundację Biłgoraj XXI, która buduje tak zwane Miasteczko Kresowe niedaleko Zagrody Sitarskiej, w dolinie rzeki Białej Łady. Ma to być zespół budynków nawiązujących do historycznej zabudowy Biłgoraja, ale i innych tradycji budownictwa kresowego. Gdy byłem na tym placu budowy w początkach wiosny tego roku stała już drewniana synagoga i otaczające ją kamienice z podcieniami. Stało też muzeum Dom Singera, choć jeszcze nie wykończone i bez eksponatów. Pan O., znajomy cukiernik, który pokazał mi to miejsce (chociaż słyszałem już o nim wcześniej od mojego brata architekta), zaprowadził nas do jednego z lokali. Okazało się, że właśnie kupiła go pani, która prowadzi pensjonat gdzieś pod Biłgorajem. Ten pensjonat chciałaby sprzedać, a tu zacząć nową działalność: nie do końca zrozumieliśmy, co miałoby to być, trochę muzeum, trochę sklep ze sztuką, trochę hotel, a i pani ze swoim mężem zamierza tu zamieszkać. Jej lokal leży naprzeciw synagogi. Opowiadała nam, że na wyższych piętrach (tzn. pierwszym i poddaszu, bo więcej nie ma) są mieszkania, i że już dużo osób te mieszkania pokupowało, w tym syn pana cukiernika, lekarz ginekolog i jakiś dyplomata, który wrócił ze Stanów. Na pożegnanie powiedziała, żeby koniecznie przyjechać latem, jak wyschną błota wokół budynku i wykończą synagogę. Miasteczko Kresowe ma się powiększyć w następnej kolejności o rynek polski (z kościołem), rosyjski (z cerkwią) i szereg innych budowli. Niedawno jednak pojawiły się problemy z odkupem ziemi pod któryś z rynków, bo właściciele zwęszywszy interes życia (zgodnie z biłgorajską przedsiębiorczością) i możliwość korzystnego sprzedania swoich podmokłych łąk, podbijają cenę.

IV

Współczesne życie Biłgoraja toczy się, jak się już rzekło, wzdłuż ulicy Kościuszki, rozpoczynającej się dawnym rynkiem. Na drugim końcu tej drogi, w miejscu gdzie przechodzi ona w ulicę Tarnogrodzką, znajduje się tak zwana puszcza (od dawnej nazwy tego miejsca Puszcza Solska), czego nauczyłem się z czasem, nie wiedząc początkowo, co to oznacza, gdy ktoś dzwonił i mówił, że spotkamy się w puszczy. Nad okolicą góruje wyniesiony nad rondem Kościół p. w. św. Marii Magdaleny. Pierwszym fundatorem tutejszej świątyni (drewnianej) był Jan Zamojski. Później pozostawała w rękach Franciszkanów. Obecną świątynię postawiono zaś w okresie międzywojennym jako wotum za zwycięstwo w wojnie z bolszewikami.

Niedaleko niej mieści się zaprzyjaźniona cukiernia, gdzie wypiłem niejedną kawę, rozmawiając z właścicielem, który wprowadzał mnie w sprawy biłgorajskie, mówił o mnożących się marketach, o firmach funkcjonujących w regionie, na czele ze znanym producentem mebli. Mówił tym samym trochę i o sobie, o zakładzie który prowadzi od dwudziestu kilku lat zatrudniając ponad trzydzieści osób, o swoich dzieciach, które rozjechały się po Polsce i Europie. Nigdy nie wychodziłem od niego z pustymi rękami, dostając zawsze – chcąc nie chcąc – pudło pełne słodkości. Przed cukiernią spotykałem zazwyczaj pana S., któremu przez jakiś czas wynajmowałem garaż. Pojawiał się zawsze, gdy przyjeżdżałem, chodził elegancko ubrany, zimą w czapce z nausznikami, latem w jasnym kaszkiecie, mówił przy pomocy aparatu do generowania głosu. Gdy przychodziłem na nasz plac wyglądał ukradkiem z garażu i pokazywał półkonspiracyjnym gestem znaczek swojego mercedesa. W tym garażu spędzał zresztą wiele czasu, często w towarzystwie jakichś znajomych, nierzadko w najmniej sprzyjających warunkach pogodowych. Nigdy się nie dowiedziałem, co tam robili.

Za naszymi budynkami rozciągało się osiedle bloków, zwykłe, z wielkiej płyty, takie samo, jak tysiące innych w Polsce. W jednym z takich bloków mieszkał pan Henryk, prezes wspólnoty mieszkaniowej, a kiedyś, jak mi ktoś powiedział, założyciel biłgorajskiej Solidarności. Spotykaliśmy się kilkakrotnie, pierwszy raz, z tego co pamiętam w piwnicznym pomieszczeniu suszarni, w jednym z bloków, gdzie stały ławki przygotowane na spotkania wspólnoty. Pan Henryk pomagał mi w pewnej sprawie administracyjno-sądowej, poświęcając na to mnóstwo czasu, gdyż sprawa wymagała wielokrotnego odwiedzenia wszystkich mieszkań (a było ich dobrze ponad pięćdziesiąt), wypełniania i składania przeróżnych wniosków, słowem była kwintesencją naszej bezsensownej biurokracji, odziedziczonej, tak jak blok pana Henryka, po PRL-u. W ostatnich latach pan Henryk przeprowadził się do domu pod Biłgorajem, podobnie zresztą jak wielu mieszkańców osiedla, na którym coraz częściej pojawiają się puste mieszkania. Może z czasem takie osiedla całkiem znikną z lokalnego krajobrazu (czegoś podobnego należałoby życzyć biurokracji), a za domami – jak za czasów Singera – rosnąć będą malinówki i rozciągać się kartofliska. Nie byłoby to nigdy możliwe, gdyby nie fakt, że nieludzka architektura (i wiele innych nieludzkości) nie zdołała przez te wszystkie lata zmienić mieszkańców Biłgoraja. Że pan cukiernik jest dumny ze swojej firmy, że pan S. chce mieć kawałek własnego garażu, że pan Henryk za całą swoją pomoc nie chciał nigdy nic w zamian.

V

Była to któraś z krótkich wizyt w Biłgoraju, gdy po raz pierwszy zajechałem do Restauracji Dworek, mieszczącej się przy ul. Kościuszki (a jakże), w niewielkim drewnianym domku, nieco cofniętym wobec nowszej linii zabudowy. Chcieliśmy szybko coś zjeść przed wyjazdem, niespecjalnie zwracając uwagę na to miejsce, traktując je z wyższością podróżnych. Tak się jednak stało, że z tego jednego obiadu wyniknął zwyczaj, by zawsze jeść w Dworku. Tym bardziej, że cały obiad nie kosztował więcej niż 15 złotych, a i o taką sumę trzeba się było dobrze postarać. W karcie były pierogi z kaszą gryczaną, lokalny przysmak (w ogóle kasza jako nadzienie, także w bułkach, pasztecikach itp.) i coca cola. A przy sąsiednich stołach w nieco ciemnej izbie przeróżni ludzie, zawsze miejscowi. Nie raz spotykało się tu grupkę starszych panów, którzy przy piwie (a czasem i wódce) rozprawiali o tym, kto wyjechał, kto umarł, o rodzinach, które się rozpadły, bo któryś z małżonków posmakował w amerykańskiej wolności – a Stany to był swego czasu popularny cel podróży zarobkowych dla Biłgorajan, podobnie jak dla całej Polski południowo-wschodniej i Podlasia – o pracy, którą kiedyś wykonywali. Nie było w tym narzekania, raczej dużo życiowej pokory i wyrozumiałości dla świata, wyuczonej może w poprzednich pokoleniach od żydowskich sąsiadów, ich zwyczajów i trudnego losu.

Innym razem spotykało się tu uczennice, które przychodziły na pizzę w drodze ze szkoły. Ładnie i skromnie ubrane, rozmawiające cicho o swoich młodzieńczych sprawach, spotkaniach z chłopakami, surowych rodzicach – jakby nie dotknięte globalnymi modami z telewizora i Internetu. Skupione na przyjaźniach, swoim otoczeniu, bliskich sprawach. Może to tylko pozory, wrażenie, ale może tak właśnie żyje młodzież w Biłgoraju, skoro nie chce masowo wyjeżdżać. Kiedyś założą tu rodziny, urodzą dzieci, które wychowają się w tych samych domach, w których mieszkali ich rodzice.

Takie rodziny, żyjące w Biłgoraju od pokoleń, też widywałem w Dworku. Babcia, mama i dwie córki bliźniaczki. Wszystkie o ciemnej karnacji, czarnych (w przypadku babci siwiejących) włosach zaplecionych w grube warkocze, z ostrymi – jakby nieco tatarskimi – rysami twarzy. Podobne rysy widzi się tu na ulicach często, takie rysy ma nieszczęsny pan B., który wynajmował od nas lokal i nie chciał płacić, a później pisał odręczne listy, że ma dużo dzieci i nie stać go na czynsz. Bliźniaczki zamówiły coś i kłóciły się o jakieś wydarzenia związane z odrabianiem lekcji, na co babcia zaczęła bardzo stanowczo im tłumaczyć, że muszą się dobrze zachowywać, gdy są w takim eleganckim lokalu. Później nie było już żadnych kłótni. Zjadłem swój obiad i czytałem w gazecie artkuł o niezbędnych reformach edukacji. Patrzyłem na tę żeńską część wielopokoleniowej rodziny, patrzyłem jak, znowu za delikatną sugestią babci, dziewczynki powiedziały głośne „do widzenia” – i pomyślałem, że może zanim zacznie się coś reformować dobrze byłoby pobyć jakiś czas w małym miasteczku pośród lasów.

VI

Gdy sitarze wyjeżdżali na handel, żegnano ich hucznie, była to cała ceremonia, którą tak opisywał Oskar Kolberg:

„Do zwyczajów miejscowych należy i to, iż gdy sitarze wyjeżdżają w drogę z sitami, wtedy żony ich, krewni i przyjaciele odprowadzają ich aż pod figurę św. Jana Nepomucena tuż za miastem na trakcie Zamojskim stojącą, częstując wódką i arakiem, co się nazywa: Żałosne”

Jak wyjeżdżał z Biłgoraja Isaac Singer? Nie wiadomo. Zamieszkał w Warszawie, później już na stałe w Stanach Zjednoczonych. Zza oceanu obserwował ostatnią drogę, wielkie Żałosne, tutejszych Żydów. Czy chciał kiedyś wrócić? Czy takim powrotem był przyjazd jego syna? Jak wyjeżdżają dzisiejsi mieszkańcy Biłgoraja? Pewnie po cichu, bez wódki i araku (tego nowoczesność nie pochwala, a zresztą nie lubi wszelkich rytuałów). Czy wrócą tu, by postawić swoje drewniane domy na miejscu niszczejących blokowisk? Czy i ja przyjadę jeszcze kiedyś, by zobaczyć Miasteczko Kresowe bez otaczających je błot, letnią Schulzowską porą? Nie wiem, czy każdy wyjazd ma swój powrót. Stary sitarski zwyczaj podsuwa jednak – Singerowi, Biłgorajanom, przygodnym turystom – niejaką nadzieję:

„Podobnież, gdy sitarze wracają z drogi i dali już o tem znać listownie wychodzą ciż sami na ich spotkanie pod wspomnioną figurę, gdzie równie jak i przy odjeździe, piją wszyscy, witając się z Sitarzami, co znów nosi nazwę: Radosne”

1. Miasteczko Sitarzy
2. Muzeum Dom Singera
3. Dawny rynek, dzisiejszy Plac Kościuszki
4. Restauracja Dworek
5. Skansen Zagroda Sitarska
6. Kościół Wniebozwięcia Najświętszej Marii Panny
7. Cerkiew pw. św. Jerzego

Spisek w Hampton-Court

W październiku 1919 roku, po ponad dziesięciu latach przymusowej emigracji, Stefan Żeromski wrócił do Warszawy. Mimo całej sławy, która go już wtedy otaczała, mimo wielkiego uznania współczesnych – nikt nie pomyślał o uroczystym powitaniu pisarza. Nikt, poza młodziutkimi artystami ze Skamandra. Tylko oni, ze swoją ekstrawagancją i żywiołowością, ze szczerym sercem i wzruszeniem – choć i z obawą, że ta ich demonstracja może się uwielbianej postaci wydać niewłaściwa – podążyli na dworzec z zaproszeniem na powitalne przyjęcie. „Żeromski przyjął nasze zaproszenie z tą właśnie nigdy nie opuszczającą go powagą” – wspominał ten jesienny wieczór Jan Lechoń. Była to powaga:

nie mającą nic wspólnego z patetyczną celebracją, ze stronieniem od wesołości – przeciwnie zwykle wstydliwie ukryta w głębi myślenia i czucia, ale o każdej chwili w nich przytomna, nie dająca zapomnieć ani na chwilę o boskości i tragizmie życia i każąca nam patrzeć na ludzi, zdarzenia i nas samych z wyżyn tego pojęcia.

Poszli do restauracji „Pod Bachusem”, przybytku przeciętnej renomy, ale dla kieszeni młodych poetów dość ambitnej, co miało ten skutek, że biesiadnicy – poruszeni podniosłością wydarzenia i nie zważający na ciągłe dolewanie do kieliszków – nie mieli w końcu na opłacenie rachunku; aż z pomocą przyszedł im wydawca, Jakub Mortkowicz. Po jednej z takich dolewek nastąpiło wystąpienie bohatera wieczoru: „Kiedy Żeromski podniósł się, aby podziękować za witające go przemówienia, ogarnęło nas wszystkich wzruszenie takie, jakby nagle hetman Żółkiewski wrócił z tamtego świata i miał się do nas odezwać”. Swoją mową pełną „wstrząsającego liryzmu i wykluczającej wszelką poufałość godności”, swoją szczerością w słowach o śmierci jedynego syna, w końcu swoim toastem na część poezji – zjednał sobie Żeromski serca młodych i, jak ładnie ujął to poeta Skamandra, „nadał im tę powagę, wydobył ją z nich”. Lechoń, któremu przyszło później bywać na wielu wytworniejszych przyjęciach (między innymi wielkich bankietach na cześć Chestertona i Tomasza Manna; ten ostatni ponoć jeszcze wiele lat później wspomniał ich świetność i porównywał do oszczędności, z jaką gościli go Francuzi) – stwierdził, że „żaden z bankietów mego życia nie miał tego nastroju płynącego z głębokiego wzruszenia, z prawdziwego wzniesienia uczuć i myśli”, co tamto przyjęcie. Miał bowiem Żeromski właśnie tę rzadką umiejętność „wznoszenia uczuć i myśli”, trwania na wyżynach ducha (acz jednocześnie blisko ludzi), nieustannego i głębokiego przejęcia się sprawami najwyższej wagi. To tam szukać można źródła, siły witalnej wszystkich przewodnich idei, które – jak to mają w zwyczaju najwięksi pisarze – powtarzał po wielekroć w swojej twórczości.

Powstała w latach 1909-1910 powieść Uroda życia nie należy do najpopularniejszych dzieł Żeromskiego. Trudno nawet powiedzieć dlaczego. Stylistycznie i kompozycyjnie nie odbiega bowiem od Przedwiośnia, z pewnością przewyższa Syzyfowe prace, zapewne też Ludzi bezdomnych. Mnogość i waga problemów, które porusza także powinny dać jej wysokie miejsce na liście szkolnych lektur, a przynajmniej lektur w ogóle. Tak się jednak nie stało. Może Uroda życia nie pasowała komunistom do tez, które chcieli udowodnić? Nie było w niej przecież Cezarego Baryki, któremu dało się przypisać (zresztą na siłę) akces do rewolucji, nie było Tomasza Judyma wyciągającego na jaw jedynie biedę klas nieposiadających. Może nie trafiła w żadne mody w historii literatury? A może jest po prostu za trudna? Im rzadziej do niej sięgamy, tym bardziej warto przypomnieć, że sam Żeromski przyznawał jej miejsce szczególne, nazywając ją „ostatnią swoją powieścią” i „dziełem swojego życia”. Trudno zignorować takie stanowisko. Ale trudno też, wczytawszy się w karty Urody życia – co jednak powinno być w wartościowaniu literatury argumentem rozstrzygającym – nie przyznać autorowi racji w tej samoocenie.

Trzy są postaci najważniejsze w tej powieści. Jedna główna – Piotr Rozłucki, syn powstańca styczniowego (z opowiadania Echa leśne), wykształcony i zruszczony w carskiej szkole oficerów, przyjeżdża do Polski i tu, poznając kraj rodzinny, poznaje jednocześnie swoją tożsamość. Dwie poboczne – ksiądz Wolski, kapłan katolicki, który za swoją niepokorność, dobroć i pomoc unitom zostaje wrobiony w proces i wydalony z Kościoła; oraz Bezmian – polski patriota zesłany przed laty na Syberię, gdzie stał się badaczem języka i kultury ludu Ajnów, teraz przez Amerykę chcący wrócić do kraju.

I jedna jest – co postaram się pokazać – najważniejsza w tej powieści scena. Rozgrywa się w Anglii, dokąd trafiają krętymi ścieżkami nasi trzej bohaterowie. Rozłucki z Wolskim płyną do Ameryki, na statku poznają Bezmiana. Po kilku latach wracają razem zza oceanu i osiedlają się w Londynie. Tam były ksiądz pracuje jako optyk, dawny zesłaniec jest tłumaczem języka Ajnów, a niegdysiejszy carski żołnierz interesuje się raczkującym wtenczas przemysłem samolotowym.

Pewnego dnia wyjechali z ulic City wrących od najgwałtowniejszego na ziemi ruchu – do Hampton-Court, starego i cichego królewskiego zamku. Zwiedzili nagromadzone tam dzieła sztuki, samą budowlę i, stęsknieni do drzew, zanurzyli się w parku.

W czasie przechadzki po parku, obfitującej w ekstatyczne podziwy dla pól kwiatowych, uznanie majestatu tysiącletnich drzew, w końcu spotkaniu stada jeleni (wszystko to w swym szczegółowym opisie jest bardzo ważne i otwiera różnorodne pola interpretacyjne; wszak wszystkie najdonioślejsze sceny Żeromskiego posiadają taki entourage przyrodniczy, który należy umieć właściwie ocenić) Polacy zaczynają rozmowę, czy może lepiej byłoby powiedzieć, rozmowa wypływa z ich serc, wzniesionych niezwykłym otoczeniem. Pada to pytanie, które się tliło przez wszystkie lata tułaczki: „I cóż komu z nas? Cóż my jesteśmy?”. Zdania, które następują potem są próbą odpowiedzi. I nie jest to już tylko odpowiedź na pytanie o tożsamość trzech życiowych rozbitków – ale próba definicji trzech wielkich nurtów polskiego losu. Nurtów uosobionych w tych trzech bohaterach. Nurtów zbiegających się w jedno w dziedzictwie Stefana Żeromskiego.

Rozpoczyna ksiądz Wolski: „Trzeba Królestwo Boże w Polsce osadzić. Trzeba podnieść ręce tego ludu do Boga. Trzeba wskrzesić ducha bożego w tym rolnym tłumie”. Od tego należy zacząć. Od uczynienia chrześcijaństwa żywotnym polskim prawem. Od przypomnienia szczerej religijności. Od zaproszenia Ducha Świętego między Polaków. Jest to projekt głęboko mesjanistyczny. Nie bez przyczyny był Żeromski wielkim następcą romantyków. Wziął od nich nie tylko demokratyzm, umiłowanie przyrody – które tak często wspomina się, mówiąc o jego twórczości. Przeniósł w wiek XX także ideę chrześcijaństwa jako nadrzędnej zasady polskiego losu, bez której nie możemy istnieć, której zaniedbywanie – „zaleniwianie ducha” jak powiedziałby Słowacki – jest niebezpieczne dla naszej wspólnoty. Dwa wymiary tej projektowanej duchowości szczególnie łączą Żeromskiego z uwielbianymi przezeń romantycznymi poprzednikami.

Pierwszy wiąże się z nieoczywistym, a niekiedy może nawet wrogim stosunkiem do instytucji kościelnych. Mickiewicz spotkał się z Piusem IX prawdopodobnie dwa razy. Chciał zainteresować go sprawą narodową, ale bardziej jeszcze pragnął uzyskać błogosławieństwo dla legionu włoskiego, który właśnie formował. Gdy papież powiedział, że będzie błogosławił Polsce, ale tylko katolickiej, Mickiewicz – może nieco zdziwiony jego niewiedzą (bo jaka inna Polska miałaby być?) – dowodził, że to właśnie jedynie Polacy są zawsze gotowi umrzeć za wiarę katolicką, po czym ujął go za nogi, ale – jak twierdzą kronikarze tych wypadków – „tak silnie, że Ojciec św. aż musiał się o stół oprzeć”. Mimo tych zabiegów wieszcz nasz usłyszał od papieża tylko „piano, piano”, jako odpowiedź na swoje natchnione słowa (złośliwi mówią, krzykliwe), a w odniesieniu do sprawy polskiej: „bądźcie cierpliwi”. Nie udało się także uzyskać błogosławieństwa dla legionu, o które jeszcze wielokrotnie zabiegano (raz nawet dosłownie, zastępując drogę papieskiemu orszakowi podczas procesji św. Andrzeja). Te zabiegi warto swoją drogą odnotować jako silny związek Mickiewiczowskiej koncepcji walki wyzwoleńczej z dawną arcypolską ideą chrześcijańskiego przedmurza. Ostatecznie jednak drogi polskich emigrantów i Watykanu rozeszły się. Mickiewicz, jakkolwiek rozczarowany postawą papieża, z którym wiązał początkowo duże nadzieje (poświęcił mu zresztą artykuł w „Trybunie Ludów” z 1849 roku), przyczyny tego faktu widział bardziej ogólnie. Mówił: „hierarchia rzecz popsuła i przekonanie, że tylko urząd może mieć wiarę, a nieurząd nie!”.

Podobny zarzut mógłby sformułować wobec Kościoła swoich czasów Stefan Żeromski. Poczucie nieomylności, dostatek hierarchów, swoisty arystokratyzm (z krzywdą prostego ludu), a przy tym niejednokrotnie uległość wobec zaborców czy wręcz kolaboracja – były to postawy, które spotykał najczęściej, przez pryzmat których oceniał księży. Jednak im bardziej był w tej krytyce zapalczywy (wzorem intelektualnego idola wczesnej młodości, Ernesta Renana), tym bardziej doceniał prawdziwą religijność, tak indywidualną, jak i zbiorową. Przykładem tej ostatniej może być sportretowany w zakończeniu powieści Nawracanie Judasza klasztor, położony gdzieś u podnóża gór, gdzie cele mieszkalne ledwo mieszczą człowieka, a bracia zakonni radują się ze śmierci (z narodzenia do nowego życia) jednego z nich i gdzie – nota bene – znajduje ukojenie stary ksiądz Wolski.

Myślę, że to napięcie pomiędzy wiarą jednostki (i wspólnoty), a wiarą instytucji – jest w jakiś sposób właściwe polskiemu losowi. Nie chodzi oczywiście o naiwne odrzucenie Kościoła i sprowadzenie religijności po prostu do tzw. dobrego życia. Raczej o pewną nieoczywistą dynamikę człowiek-instytucja, która sprawia, że polski katolicyzm zachowuje zawsze delikatny dystans do hierarchii kościelnych. Jest to może zresztą nieuniknione tam, gdzie od wieków republikanizm łączy się z mesjanizmem.

Klasztor z Nawracania Judasza, unicka wspólnota z Urody życia, w końcu wizerunek księdza Wolskiego – wszystkie te rzeczywistości mają jeden wspólny mianownik – ubóstwo materialne, na którym wyrasta bogactwo ducha. To ów drugi wymiar, gdzie Żeromski podąża ścieżkami wytyczonymi przez romantyków.

Polistopadowa emigracja, na czele z Mickiewiczem i Słowackim, w sposób szczególny dostrzegła konieczność budowania duchowości na ascezie, ubóstwie, pracy nad sobą. Na tego rodzaju ćwiczenia duchowe (np. „to jest post ducha – zależący na wstrzymaniu się od wszelkich myśli, rozmów i prac umysłowych, nie będących w związku ze Sprawą Bożą”) kładziono wielki nacisk w Kole Sprawy Bożej, założonym przez Andrzeja Towiańskiego, a prowadzonym później przez starszego z wieszczy. Juliusz Słowacki, który wystąpił z Koła po zaledwie kilku miesiącach, nigdy już nie zrezygnował z ascetycznego życia. Stało się ono dlań jednym z warunków poetyckiego i filozoficznego poznania. Okazało się też pomocne w zbliżeniu do wiary i Kościoła katolickiego. Św. Zygmunt Szczęsny Feliński, późniejszy arcybiskup a wtenczas najbliższy przyjaciel wieszcza wspominał to tak:

Czuć w nim było zawsze mędrca i poetę, zajętego wyłącznie kwestiami ducha i wieczności[…]Nawet nierozdzielne z ludzką naturą uczucia serca umiał on podnieść do wyżyn nadziemskich[…]Żadnej burzy, żadnego narzekania, żadnej nawet niecierpliwej żądzy dusza jego nie znała, pomimo iż po ciernistej postępował drodze.

Rozliczni bohaterowie Żeromskiego, jak ksiądz Wolski lub doktor Judym, są w tym względzie wiernym odbiciem autora. Zawsze ubogiego. Nawet wtedy, gdy honoraria zapewniały mu wysokie zarobki, pamiętał o czasach studenckiej głodówki i o tych wszystkich głodnych, których spotykał na ulicach polskich miast. Dlatego, jak pisze Lechoń:

żył Żeromski jak Piłsudski po spartańsku w atmosferze kultury i schludności, pozbawionej przecież wszelkiej wystawności i blichtru, i jego mieszkanie na Zamku, które mu wielbiący go Prezydent Wojciechowski ofiarował, było to, mimo sal sklepionych, typowe mieszkanie warszawskiego inteligenta[…]ubrany zawsze skromnie, ale z tą schludnością, po której nieraz poznaje się duchową czystość człowieka.

Trzeba przyznać, że polski los naznaczony jest w jakiś szczególny sposób ubóstwem, do którego często przymuszani jesteśmy wracać i do którego powinniśmy umieć też wracać dobrowolnie z wyżyn pychy i dostatku. Chyba warto to powtórzyć i dzisiaj. Bez ograniczenia potrzeb nie ma bowiem prawdziwej religijności. Nie ma również pracy i dyscypliny, o których teraz przyjdzie nam powiedzieć.

A więc wracamy do Hampton-Court. Do trzech naszych emigrantów, stojących tam pośród wiekowych drzew. Piotr Rozłucki:

Trzeba nauczyć ich [Polaków] dyscypliny ducha, przemienić wszystkich w żołnierzy, których oczy i uszy powinny być otwarte, a usta milczeć jak u Anglików. Trzeba nauczyć ich trzymać się prostej linii w szeregu. Niech raz wiedzą, że bez pozwolenia władzy z ducha, bez rozkazu z urzędu najwyższej myśli nie wolno nic, nie wolno nawet za ojczyznę i lud umierać!.

Idea nadrzędna, wypowiedziana wcześniej przez księdza Wolskiego, nie może istnieć sama dla siebie. Jej polityczna – a nie tylko idealna – realizacja następuje dopiero wtedy, gdy w niej (tzn. w tej chrześcijańskiej idei) ogniskują się wysiłki członków wspólnoty, gdy do niej zmierzają. Daje nam więc Żeromski wielki projekt pracy dla dobra wspólnego. Czerpiąc tym razem z drugiego zbiornika swej intelektualnej genealogii – z pozytywizmu. Praca organiczna, praca u podstaw, Świętochowski, Prus – są to rzeczy dobrze znane, jedne ze spraw wciąż (komunistycznym rozpędem?) najdokładniej omawianych w szkolnej klasie. Żeromski przejmuje pokoleniową pałeczkę. Ale szybko, dostrzegając zdolność programu pozytywistów do wprowadzania Polaków w narodową apatię, idzie znacznie dalej. To dalej oznacza wpisanie pracy w porządek polskiego losu (idea pracy pozytywistycznej była wpisana raczej w oświeceniowo-naturalistyczny porządek nowoczesności). Powraca więc, z jednej strony, Norwidowskie „praca jest po to, by się zmartwychwstało”. Z drugiej zaś dyspozycje – w sensie arystotelesowskim – do „dobrej roboty”: dyscyplina, powściągliwość, dokładność. Zawsze jednak ze znacznikiem metafizycznym: „dyscyplina ducha”, „urząd najwyżej myśli”.

Tym połączeniem realizmu i idealizmu pracy rozpina Żeromski ogromny łuk pomiędzy ludem (który znał tylko realizm) a warstwami wyższymi (zajętymi głównie idealizmem). W roli gwaranta tej wątłej, ale jakże oczekiwanej przez polską polityczność konstrukcji obsadza inteligencję, jednak nie tę salonową, ale taką, której istnienie oparte jest na zasadzie holistycznie rozumianej pracy.

Tu właśnie powraca trzeci nurt polskiego losu. Wypowiedziany ustami Bezmiana (wzorowanego swoją drogą na Bronisławie Piłsudskim, starszym bracie Marszałka):

Trzeba najprzód zwalić od przyciesi gwałt brata nad bratem. Nie oszczędzać krzywdy, drzeć ją zębami i pazurami, palić żagwią, oddać dla jej zniszczenia wszystko, do ostatniej koszuli i do ostatniego marzenia. Wtedy dopiero w weselu duszy trzeba rozpocząć pracę od nowa.

Doświadczenie ludzkiej niedoli – to chyba pierwsza sprężyna całej twórczości Żeromskiego . W Kielcach, w Warszawie, w niezliczonych powiatowych miasteczkach i wsiach obserwował pisarz tych, którzy żeby przeżyć godzą się na poniżenie, nieludzkie warunki pracy za głodową pensję, na przedmiotowe traktowanie. Judym idąc ulicami stolicy widzi, jak „z dziedzińców, drzwi, nawet ze starych dachów krytych blachą lub cegłą, gdzie szeregiem tkwiły okna facjatek, wychylały się twarze chore, chude, długonose, zielone, moręgowate i patrzały oczy krwawe, ciekące albo zobojętniałe na wszystko w niedoli, oczy, które w smutku wiecznym śnią o śmierci”. Te same obrazy ma przed oczami młody lekarz, gdy występuje przed starszymi kolegami z odczytem o higienie, wspomina nędzę zaułków paryskich i mówi nagle „I my mamy swój własny Paryż”, po czym tenże własny Paryż opisuje zaczynając od słów: „Warto choć raz w życiu przejść się zaludnionymi ulicami w stronę żydowskiego cmentarza…”. Żeromski jest właśnie kimś takim, co to „się przechodzi”, nie zamyka oczu, gdy widzi cuchnące zaułki, zapuszcza się w miejsca, które inni omijają – i daje świadectwo tamtejszej nędzy. Wchodzi do fabryk, tych cudów cywilizacyjnego postępu, w którym pozytywiści (jakkolwiek nie wszyscy i nie zawsze) widzieli piękny owoc gospodarczego rozwoju. Fabryk, które dla zamkniętych w ich czeluściach pracowników przypominają raczej dziedzinę piekielną:

Z szopy kowalskiej wchodziło się do odlewni żelaza i stali. Dym słomy wolno węglęjącej, zapach przeróżnych kwasów i duszne, do ostatka wynaturzone powietrze wypełniały te hale grobowe, czarne, ziejące ogniem. Grunt ich zryty i sprzewracany dymił się i parzył nogi. Czarne, ranami okryte ściany dygotały jak gdyby z wiecznego bólu.

Spotyka więc Żeromski wiejskich parobków nie mogących wykarmić swoich dzieci (Słowo o Bandosie), fabrycznych robotników pracujących przy rozgrzanych piecach hutniczych (Ludzie bezdomni), studentów próbujących zarobić na codzienny posiłek korepetycjami (W sidłach niedoli). Ale i on sam dzieli to ich ubóstwo. Gdy opuszcza Kielce i podejmuje studia medyczne w Warszawie, nieraz przepędza szereg dni nie jedząc nic prawie, chorując z niedożywienia i niedogrzania. W Dziennikach notuje:

Palta nie mam, wpisu nie mam czym opłacić, mieszkania też, żyć nie ma z czego[…]obiadów nie jadam Bóg wie odkąd, żyjąc chlebem i herbatą[…]Wychudłem jak pies. Składam się z kości, wystających zza każdego mięśnia – a podobny jestem do jakiegoś sentymentalnego złodzieja. Nigdy jeszcze nie byłem tak głodny[…]Ile to dni przeżyłem o bocheneczku chleba razowego za 12 groszy! A ileż to razy muszę zbiegać pół Warszawy zanim wystaram się o 12 groszy. Ile razy brak dwu groszy rujnuje moje marzenie o kupnie chleba.

Barbara Wachowicz pisze: „Te miesiące, kiedy «prawdy uczył go głód i Szekspir», wrócą w młodości Ryszarda Nienaskiego z Nawracania Judasza i z Zamieci, w liście Łukasza opowiadającego Ewie swe życie samotne i głodne w Dziejach grzechu”. I wracają ciągle – w biografii i w utworach Żeromskiego – mówiąc głośnie „nie ma zgody” na wyzysk, na biedę, na poniżenie człowieka.

Z tego doświadczenia wyrasta przekonanie, że nie będzie polskiej wspólnoty bez elementarnej dobroci człowieka dla człowieka. Stąd też pochodzi przeświadczenie – chyba nie całkiem bezzasadne – że zaprowadzenie (choć to może złe słowo, bo sugeruje jakąś zewnętrzną ingerencję, lepiej byłoby powiedzieć: zrodzenie się) solidarności musi być momentem trudnym, dziejowym, okupionym ofiarami. Dla Żeromskiego są to jednak zawsze przede wszystkim ofiary z siebie, z tego co się posiada, choćby to były tylko marzenia – bo nawet ich może przyjdzie się wyzbyć.

Ksiądz Wolski, Piotr Rozłucki, Bezmian – trzy emanacje polskiego ducha. I ich idee, ujęte w triadę: „Władza polska – Praca polska – Dobro w Polsce” – trzy nurty polskiego losu. Żeromski kładzie nam je przed oczami. Z tą samą powagą, z którą witał Skamandrytów na warszawskim dworcu. Z tą samą gotowością do „wznoszenia uczuć i myśli”. Ciągle powtarza: „Pamiętajcie na ten nasz spisek w Hampton-Court – Kto by ustał w pracy albo się wrócił, albo zaniechał dla bezwładu – temu pogarda[…]Kto wytrwa i wypełni temu pochwała.”