Wszystkie wpisy, których autorem jest Kamil Suskiewicz

Jak sztubak w Nałęczowie

Jest taka anegdota, którą gdzieś kiedyś opowiadał Tomasz Burek. Była połowa lat 60., czasy tak zwanej Małej Stabilizacji, która w sferze duchowej zdawała się młodym ludziom szarzyzną, zaduchem, traceniem resztek nadziei na zmianę, obudzonych przez sławetny październik niecałą dekadę wcześniej. Burek i dwóch jego kolegów, spacerując po Warszawie, trafiają w końcu na Dworzec Wschodni, skąd w spontanicznym odruchu postanawiają gdzieś pojechać. Wsiadają w pierwszy lepszy pociąg, który, jak się okazuje, zawozi ich do Lublina. Przez kolejne tygodnie podróżują więc po Lubelszczyźnie, od miasteczka do miasteczka, bez planu i celu. Ale podróże, jak wiadomo, wymagają jakiego takiego grosza. Gdy szczupły budżet się kończy, studenci wpadają na pomysł, aby – w miejscach które odwiedzają – wygłaszać swoje wieczory autorskie – wszak jeden jest początkującym poetą, drugi prozaikiem, a trzeci krytykiem. Za takie odczyty, o ile zgodził się na nie włodarz lokalnego domu kultury, dało się ponoć co nieco zarobić. „Najradośniej przyjął nas kierownik w Nałęczowie – mówi dalej Burek – [witając słowami] jak najbardziej, proszę bardzo, czekałem na panów”. Ów kierownik rozwiesił później „na mieście” dwa-trzy plakaciki zapowiadające wydarzenie, a wieczorem powitał twórców ponownie, tym razem w przygotowanej na ten cel sali, do której poza organizatorem przybyła jeszcze jedna osoba. Poeta powiedział jakiś swój wiersz, który miał zapisany albo zapamiętany, prozaik nic zapisanego co prawda nie miał, ale przeczytał fragment książki, którą akurat zabrał w podróż, a krytyk wygłosił pogadankę na temat aktualnej sytuacji polskiej literatury. Artystom podziękowano, honorarium wypłacono, a jedynym przedstawicielem audytorium, który zresztą czekał na nich po występie okazała się ciocia owego młodego prozaika. „To są takie kolorowe anegdoty – konkludował Tomasz Burek – ale w gruncie rzeczy, jak takich sytuacji przybywa, to człowiek ma wrażenie duszenia się w przedłużonej niedojrzałości, przedłużonym figlowaniu, błazenadzie, niepoważnym stosunku do siebie…”

Gdy jechaliśmy do Nałęczowa z moim bratem, Marcinem, podczas naszej wielkiej podróży po Polsce, nie tak niestety spontanicznej i bardziej zaplanowanej – nie znaliśmy chyba powyższej anegdoty. Nie udaliśmy się więc do domu kultury, nie zaproponowali odczytu – a grosz przecież by się przydał na studenckiej wyprawie. Cóż zresztą mielibyśmy przeczytać? Prawda, jakaś książka wieziona w bagażniku by się znalazła, tym bardziej, że po drodze tu i tam zdarzyło nam się kilka tytułów przygarnąć, a drugie tyle zabraliśmy ze sobą z Łodzi. Inna sprawa, że nie wiedzieliśmy też o żadnej naszej ciotce, która by miała akurat w Nałęczowie bawić. No cóż, przepadło.

Ale spacerując wtedy po alejkach nad słynnym nałęczowskim stawem, przechodząc się przed dawnym pałacem Małachowskich, w którym lubił zatrzymywać się Bolesław Prus, wśród kuracjuszy leniwie spoczywających na ławkach, idąc dalej ku Chacie Żeromskiego czy jedząc obiad w Hotelu Przepióreczka – my również mieliśmy wtedy poczucie jakiejś „przedłużonej niedojrzałości”. Wstyd nam może było tak powolnie, beztrosko i – co tu dużo gadać – bezproduktywnie, spędzać czas, podczas gdy gdzieś tam, w wielkich miastach ludzie właśnie solidnie pracowali.

Jakimś dziwnym zbiegiem przypadków wróciło do mnie to uczucie właśnie teraz, w czasie epidemii, w dobie zmniejszonej prędkości życia, mniej intensywnej pracy, w okresie skłaniającym do rozważań i sentymentów. Lecz tym razem nie wydało mi się ono „niedojrzałe”. Przeciwnie, odnalazłem w nim pewną zapoznaną, czy może częściowo utraconą przestrzeń, którą chciałoby się przywrócić jakoś sobie, ku własnemu i cudzemu pożytkowi. Tym samym postanowiłem wrócić jeszcze raz do Nałęczowa. A że, jak wiadomo, podróżować tak sobie (to znaczy bez „ważnych życiowych powodów”) teraz nie można – musiałem zadowolić się podróżą wyobrażoną, taką z kartką papieru i piórem w ręku, tudzież z dokumentem tekstowym i klawiaturą. Swoją drogą – ciekaw jestem, czy i w tej formule podróży dałoby się wygłosić jakiś odczyt? Niechaj słucha, kto ma nieco czasu do stracenia.

***

„Chyba już piętnaste wakacje przepędzam w Nałęczowie – pisał w swoich Kronikach Tygodniowych Bolesław Prus – i jeszcze nie mam go dosyć, czego nie mógłbym powiedzieć o innych letnich miejscowościach”. Dlaczego zaczynam mą podróż od tego cytatu? Przecież nie po to, aby drążyć psychologię wielkiego powieściopisarza, który był zresztą człowiekiem nie pozbawionym dziwactw i fobii; mogłaby więc ta jego miłość do Nałęczowa być jednym z takich właśnie dziwactw. Ale przecież nie tylko on okazał się podatny na uroki tego miasteczka-uzdrowiska. Byli i inni dziwacy: Henryk Sienkiewicz, Deotyma, Henryk Siemiradzki, Jan Karłowicz, Michał Andriolli. No i Stefan Żeromski, który znalazł tu żonę, napisał dwie powieści, w końcu zbudował dom, posadził drzewo i pochował syna. Był też cały zastęp nazwisk mniej dzisiaj znanych, choć – na tle swojej epoki – wyróżniających się i jakoś wybitnych; któż dziś pamięta: doktora Kazmierza Sacewicza, sybiraka Konrada Chmielewskiego, jednego z założycieli uzdrowiska, sławną „siłaczkę” Faustynę Morzycką, znanego warszawskiego lekarza Karola Benniego? Wszyscy oni tutaj przebywali, przyjeżdżali z różną częstotliwością, pomieszkiwali przez kilka tygodni albo wiele lat. Wszyscy oni żyli tutaj i część swojego życia pozostawili w tym miejscu.

To mnie właśnie interesuje. Jakim sposobem Nałęczów stał się takim miejscem, w którym szereg wybitnych indywidualności znalazło swoje schronienie? Tego rodzaju schronienie, które pozwoliło im osiągać wyżyny ich możliwości twórczych, realizować pasje społecznikowskie i artystyczne, a jednocześnie umożliwiło bycie częścią pewnej społeczności zrodzonej na gruncie wspólnych zainteresowań intelektualnych, wspólnej pracy, mimo różnić klasowych czy, jeszcze bardziej może trudnych do przezwyciężenia, jawnych różnic w temperamentach, wrażliwości, poglądach i sposobach życia.

W jaki sposób tutaj trafiali? Co stanowiło tę magnetyczną siłę przyciągającą do Nałęczowa? Jakimi argumentami tłumaczyli sobie i światu – bo przecież na tych dwóch płaszczyznach musimy się nieodmiennie ze swoich wyborów tłumaczyć – konieczność pobytów w tym miejscu? By to zrozumieć trzeba chyba nakreślić nieco dzieje nałęczowskiego uzdrowiska, ze szczególnym uwzględnieniem kontekstu politycznego, społecznego, kulturalnego – w jakich dokonywało się jego powstawanie czy, należałoby raczej powiedzieć, odrodzenie. Albowiem jest bardzo możliwe, że w innych okolicznościach historycznych, w innym miejscu, w gronie innych ludzi – nigdy nie powstałby taki właśnie Nałęczów, jak ten, który stworzono na przełomie XIX i XX wieku. Jeśli chcecie nazwijcie to przypadkiem, lecz czy nie jest to raczej tak szczegółowy, z precyzją dopasowany splot różnych czynników, który właśnie „przez przypadek” nigdy nie mógłby się wydarzyć?

Mówię o odrodzeniu, gdyż Nałęczów istniał już wcześniej. Ba, istniało tutaj nawet swego rodzaju uzdrowisko. Dobra te, należące w latach ich magnackiej świetności do rodu Małachowskich – dawno już okazały się szczególne z uwagi na swoje właściwości zdrowotne; źródła bogatej w wapń i żelazo wody odkryto na terenie parku pod koniec XVIII wieku. W 1821 roku jedna w warszawskich gazet donosiła zaś:

Wody mineralne w Nałęczowie opatrzone zostały coraz większymi wygodami i przyjemnościami. Piękne łazienki nowe, na wzór warszawski murowane i urządzone. Dom gościnny, nowo ukształcony, o 20 stancjach oberża, bilard, restauracja z trunkami i wszelkimi artykułami do dobrego stołu służącymi. Pałac i kilka dworków do najęcia przeznaczonych. Apteka, ogród, w nowy sposób dla przechadzki ukształcony, oślice dla mleka sprowadzone i serwatka w tymże sposobie, jak w Reinerz urządzona, wszystko to stanowi wygody miejsca tego.

Czy ogłoszenie nie podziałało na wyobraźnię potencjalnych kuracjuszy, których nie zachęciła oberża i trunki, ani bilard, ani nawet ośle mleko? Czy może koszta „najęcia dworków” przekraczały ich możliwości? (istnieje co prawda wzmianka, że w 1808 roku kurował się tu Adam Kazimierz Czartoryski, ale ten jegomość z kosztami akurat nie musiał się liczyć). A może brakło gospodarskiej ręki? A może snobizmu, mody, koniunktury na „bady”, która przyszła dopiero w drugiej połowie XIX wieku? A może po prostu Małachowskim się odechciało i wraz ze spadkiem znaczenia tego rodu – ucichły aspiracje stworzenia polskiego Bad Reinerz (znanego współcześnie pod nazwą Dusznik Zdroju)? Swoje zrobiło także powstanie listopadowe i jego konsekwencje. Co zaważyło najmocniej – trudno więc jednoznacznie stwierdzić. Faktem jest jednak, że majątek stopniowo popadał w ruinę. Pod koniec lat 50., po śmierci ostatniego męskiego dziedzica, Ludwika Małachowskiego, został sprzedany na licytacji. Nowi właściciele, Rakowscy, niedługo tu urzędowali. W konsekwencji powstania styczniowego majątek przeszedł na własność carskich namiestników, zapewne chwalebnie odznaczających się w czasie tłumienia polskiego buntu, a może i za inną jaką zasługę. W 1878 roku wdowa po rosyjskim generale, Konstancja Czemirzina sprzedała dobra zamożnemu inżynierowi kolejowemu Michałowi Górskiemu.

I tu zaczyna się nowy rozdział w historii Nałęczowa. Inżynier Górski, bogaty i przedsiębiorczy (była to już wszak epoka rozmaitych Wokulskich) niebawem wydzierżawił pałac i park wraz z przyległościami. Dzierżawcami byli trzej lekarze, wywodzący się z Kresów, wszyscy trzej sybiracy, nota bene skazani na zesłanie za udział w powstaniu styczniowym – Konrad Chmielewski, Fortunat Nowicki, Wacław Lasocki – którzy zawiązali spółkę mającą na celu utworzenie zakładu leczniczego w Nałęczowie. Wyremontowany przez ową spółkę dawny pałac Małachowskich stał się centralnym punktem uzdrowiska. W kolejnych latach wokół pałacu wyrósł szereg budowli, przede wszystkim domów i pensjonatów. Wśród nich jako jedna z pierwszych znalazła się wzniesiona w 1880 roku staraniem Chmielewskiego, a nazwana na cześć jego żony – Willa Oktawia.

Do Willi wraz z Chmielewskimi przeniósł się ich warszawski „salon”. Trzeba bowiem nadmienić, że praktykujący wcześniej w stolicy doktor – podobno wyjątkowo popularny i lubiany – a zwłaszcza jego żona, Oktawia z Medunickich – wdowa po innym lekarzu Ignacym Radziwiłłowiczu (z którym miała synów Stanisława i Rafała oraz córkę, także Oktawię, późniejszą żonę Stefana Żeromskiego) – zgromadzili wokół siebie najwybitniejszych artystów tamtej epoki. Do grona ich przyjaciół, żeby wymienić tylko najbardziej znanych, należeli: Henryk Sienkiewicz, Adolf Dygasiński, Aleksander Świętochowski, Stanisław Witkiewicz, Józef Chełmoński, Adam Chmielowski, Bolesław Prus. Większość z nic zaczęła bywać później w Nałęczowie, początkowo zapewne z sympatii dla Chmielewskich. Byłby to zatem pierwszy impuls do powstania „nałęczowskiej społeczności” – stworzona na innym gruncie wspólnota, zrodzona ze wspólnych zamiłowań, pasji, intelektualnych fascynacji, skupiona wokół rodziny, która ma tę wyjątkową zdolność gromadzenia ludzi wokół siebie – przenosi się w nowe miejsce, by tu jeszcze mocniej – być może właśnie dzięki właściwościom owego nowego miejsca – promieniować na rzeczywistość, w wymiarze nie tylko lokalnym.

Zobaczmy – to taka dygresja o przypadkowości i prowidencjalizmie – ile rzeczy musiało się zdarzyć i zbiec w jednym punkcie, żeby do tego doszło. Po pierwsze istnieć musiało w Warszawie grono pisarzy, malarzy, uczonych; a wtenczas było to zjawisko całkiem świeże, które pojawiło się w Polsce w zasadzie dopiero w wyniku działalności Szkoły Głównej, instytucji, której rola w budowaniu polskiej kultury drugiej połowy XIX wieku jest nie do przecenienia. Nie ma chyba na świecie szkoły, która przez zaledwie siedem lat istnienia wydała na świat tyle wybitnych osobistości. Od Jana Niecisława Baudouin de Courtenay’a (światowej sławy językoznawcy) przez Karola Jonschera (wybitnego lekarza, twórcy systemu opieki zdrowotnej w Łodzi), Stanisława Kontkiewicza (inżyniera, prawodawcy nowoczesnego górnictwa, inicjatora powstania AGH), Zygmunta Glogera (historyka, jednego z prekursorów polskiej etnografii), Edwarda Korniłowicza (lekarza psychiatrę, ojca księdza Władysława Korniłowicza, współtwórcy Lasek) po Świętochowskiego, Prusa, Sienkiewicza – a to tylko szczyt góry złożonej z wybitnych postaci. Absolwenci Szkoły Głównej bez wątpienia stworzyli polski pozytywizm, mieli także niemały wkład w formację duchową kolejnych epok, nie mówiąc o działalności naukowej, przemysłowej, działalności w szeroko rozumianej gospodarce – bez których trudno wyobrazić sobie zadziwiającą nas po dziś dzień modernizację gospodarczą z lat Międzywojnia. No więc istniało wtedy, w ósmej, dziewiątej dekadzie XIX wieku coś na kształt środowiska intelektualnego. Po drugie istnieć musiały miejsca, gdzie środowisko to mogło się spotykać; a może lepiej byłoby powiedzieć, że istnieć musieli ludzie, którzy takie spotkania animowali. Kto próbował kiedyś zebrać w jednym miejscu grupkę postaci temperamentnych, o wyrazistych poglądach, silnych charakterach – ten wie, że trzeba nie lada zdolności, żeby nie dopuścić do kłótni, śmiertelnych obrażeń, co dopiero sprawić, żeby wszyscy obecni czuli się na tyle dobrze, by chcieli na kolejne spotkania wracać – słowem, parafrazując wieszcza, nie jest to sztuka łatwa ani mała. Takie miejsce potrafili stworzyć państwo Chmielewscy. W końcu musiał pojawić się pomysł, który mógł się natenczas wydawać szalonym, a z pewnością nie należał do pomysłów powszechnych, żeby stworzyć – właściwie z niczego – uzdrowisko. I ostatni warunek sine qua non – że to uzdrowisko powstało w tym właśnie Nałęczowie, a nie innym jakimś miejscu, pozbawionym krajobrazu zachodniej Lubelszczyzny, tamtejszej przyrody, lasów i wąwozów, po których kilkanaście lat później grupka nałęczowskich przyjaciół (w tym Żeromski i jego późniejsza żona, w tym doktor Sacewicz, w tym Prus, zawsze uwielbiający przebywać z młodszymi i zawsze ciekawy wszystkiego) tak zwaną „trupiarką” (wozem, którego innych przeznaczeń można się domyślać) jeździła na wycieczki. Powiecie, że uzdrowisko równie dobrze mogłoby powstać gdzie indziej – i że genius loci nie ma tu nic do rzeczy – że to, znów, czysty przypadek. Cóż, nie jestem przekonany.

***

Anegdota powiada, że Prusa na pierwszy przyjazd do Nałęczowa namówił doktor Karol Benni. I on także prowadził w Warszawie salon, w którym spotykało się grono zbliżone do tego, które widywano u Chmielewskich. Gdy w 1884 roku został udziałowcem spółki organizującej zakład leczniczy, a kilka lat później stał się właścicielem willi „Widok” i „Podgórze” – dołączył do grona wielbicieli Nałęczowa. Małżeństwo Bennich zaczęło spędzać tu okres letni, podczas którego żona Karola, Ludwika, prowadziła w „Podgórzu” ekskluzywny pensjonat, on sam natomiast przenosił na ten czas z Warszawy swoją praktykę lekarską. Wśród gości pensjonatu wymienia się m. in. Henryka Sienkiewicza, Antoniego Edwarda Odyńca, Jadwigę Łuszczewską (Deotymę) czy Jana Karłowicza. Było to więc kolejne „kółko” nałęczowskiego środowiska.

Prus jednak – od pierwszego przyjazdu w 1882 roku najwierniejszy nałęczowski kuracjusz, „kąpielnik” jak mówiło się jeszcze za Małachowskich – pomieszkiwał zwykle nie u Bennich, a w głównym gmachu Zakładu Leczniczego. Spotykał się zaś najczęściej z ludźmi będącymi w otoczeniu Chmielewskich. Tym bardziej, że szczególnie upodobał sobie długie spacery po okolicy w towarzystwie pasierbicy Konrada Chmielewskiego, Oktawii, którą literaturoznawcy powszechnie uważają za pierwowzór Madzi z Emancypantek (w wykładach z astronomii, jakich udziela jej profesor Dębicki dopatrują się natomiast ech ich wspólnych nocnych przechadzek). Również Oktawia towarzyszyła „dziadziowi Głowackiemu” – jak nazywały go w Nałęczowie nie tylko dzieci, dla których miał zawsze torbę pełną cukierków – w wielogodzinnych obserwacjach okolicznych wsi, w tym takich wsi, które rozparcelowano z myślą o niemieckich osadnikach – układały się wtenczas zręby napisanej niedługo później Placówki. Zdaje się, że złożone były uczucia, którymi całkiem młody Dziadzio darzył jeszcze młodszą, bo zaledwie dwudziestokilkuletnią imienniczkę jego własnej żony, troszkę starszej, chyba nie tak sympatycznej i urodziwej. Świadczyć o tym może także – utrwalona w listach między obojgiem – reakcja Prusa na wieść o tym, że nałęczowska Oktawia chce wyjść powtórnie za mąż (przez krótki czas była żoną dużo starszego od siebie sybiraka, Henryka Rodkiewicza, który zmarł w kilka miesięcy po narodzinach ich córeczki, Henryki). Drugim kandydatem był już nie byle kto, bo sam Stefan Żeromski. Prus z godnością i właściwym sobie dobrotliwym humorem przełknął słodko-gorzką pigułkę. Koniec końców został świadkiem na tym ślubie, który odbył się 2 września 1892 roku w kościele w nieodległej Policznej, a później odwiedzał małżeństwo między innymi podczas ich pobytu w Rapperswilu, dokąd Żeromski wkrótce wyjechał, by objąć posadę w tamtejszej Bibliotece Polskiej.

***

Doktor Benni namawiał Prusa na Nałęczów, podkreślając zdrowotne walory tego miejsca. Zachwalał właściwości tutejszych wód żelazistych, które zdolne były leczyć anemię, osłabienie i wyczerpanie nerwowe. Podobno miały pomóc również na towarzyszący pisarzowi od lat lęk przestrzeni, zwany agorafobią. Być może argumenty te przekonały Prusa. Ale przecież Nałęczów nie sprowadzał się dla niego do wymiaru kuracyjnego.

Prawdę mówiąc nikt z pamiętnikarzy nie wspomina o tym, żeby pisarz ze szczególnym upodobaniem poddawał się tutejszym kuracjom. Zdaje się, że poniechał ich prędko, nawet jeśli z początku chciano mu je aplikować. Pisze o tym w Kronikach z łatwo wyczuwalną ironią:

Doktor Doliński twierdzi, że pod względem akuszeryjnym moje zdrowie nie pozostawia nic do życzenia, doktor Chmielewski zalecił mi mydło glicerynowe do użycia zewnętrznego, a dr Bauerertz tak mnie elektryzuje, że dzięki tej gorliwości cały zapas elektryki atmosferycznej został wyczerpany i nie będzie tego lata ani grzmotów, ani błyskawic.

Wspomnienia pełne są natomiast Prusa w innych nałęczowskich okolicznościach. Prusa na spacerach w parku, w meloniku i z laseczką, rozrzucającego dzieciom cukierki, Prusa żartobliwie rozmawiającego z kuracjuszkami, Prusa w pokoiku na parterze, gdzie zamykał się z ogórkiem i kawałkiem chleba, by przez noc napisać swe kroniki, które posyłał do gazet („Ja sztyftuje korespondencje z Nałęczowa, ale mi jeszcze idzie opornie”), w końcu Prusa uprawiającego jazdę na rowerze, na wielkim bicyklu z kołami różnej wielkości, z którego – próbując jazdy po krętych i pagórkowatych parkowych alejkach – co i raz spadał w krzaki.

Widzimy więc raczej pisarza bawiącego się – by użyć jego własnego określenia – „jak sztubak”, nie do końca poważnego, jakoś beztroskiego (w te ślady pójdzie Tomasz Burek i jego towarzysze jakieś 70-80 lat później), choć także zapadającego się na długie godziny w pisarską robotę albo uczestniczącego w pełnym nostalgii i powagi wspominaniu czasów powstania styczniowego ze starszymi przedstawicielami uzdrowiskowej socjety. W tle powyższego przedstawienia przebija się pierwsza istotna cecha Nałęczowa jako miejsca szczególnego. Nazwałbym tę cechę – tworzeniem mikroklimatu. Ustanawianiem nietypowej przestrzeni, pozostającej jakby nieco w zawieszeniu, z jednej strony oderwanej od pełnej pośpiechu rzeczywistości wielkiego miasta, które każe nadążać za właściwym sobie pędem, z drugiej zaś nie osuwającej się w bezproduktywność wczasów, które z kolei namawiają do wszechstronnego lenistwa i nic-nie-robienia. Przestrzeń nałęczowska dawała Prusowi sposobność harmonijnego, dopasowanego do jego potrzeb, łączenia pracy i odpoczynku. Nie narzucała jednostajnego, bliźniaczo podobnego do siebie porządku kolejnych dni, nie rozdzielała godzin na te poświęcone pracy i te zarezerwowane dla rozrywki. Tym samym, wiele z tych godzin mogło być jednym i drugim zarazem, owym niepróżnującym próżnowaniem, którego istotę lepiej chyba rozumieli twórcy barokowi niż dzieci wczesnej nowoczesności z drugiej połowy XIX wieku, a tym bardziej my, jej późni wnukowie. Bo czymże były przejażdżki z Oktawią do Tomaszowic, Przybysławic, Płouszowic, gdzie Prus obserwował stosunki społeczne owoczesnej wsi – bardziej pracą były czy zabawą?

***

Tak rozumiana integralność indywidualna – integralność, która pozwala człowiekowi zachować równowagę między różnymi jego aktywnościami życiowymi – zdaje się trudna, jeśli nie niemożliwa do zrealizowania w otoczeniu, które samo w sobie, jako miejsce, jest jakiejś podstawowej integralności pozbawione. W miejscu, które ma zachwiane proporcje, któremu brak równowagi. Mam tu na myśli, mówiąc w skrócie, balans pomiędzy naturą i tym, co przekształcone przez człowieka, między brukowanym miejskim placem a dzikimi ostępami puszczy.

W fabularyzowanej biografii Prusa – zatytułowanej W cieniu nałęczowskich drzew – Gabriela Pauszer-Klonowska znakomicie dostrzega ów kontrast pomiędzy otoczeniem wielkomiejskim a tym, którego doświadczał pisarz w Nałęczowie. Symptomatyczny jest pod względem zwłaszcza rok 1905. Wtedy to, w końcu stycznia, przetaczają się przez Warszawę pierwsze wydarzenia rewolucji robotniczej, manifestacje, rozbijanie sklepów, walki z policją, są pierwsi ranni i zabici. Prus krąży pomiędzy redakcją „Tygodnika Ilustrowanego” a swoim mieszkaniem na ulicy Wilczej, wieczorami, patrząc z okien swojego gabinetu w ciemność miasta (gdyż niszczono latarnie), nasłuchuje wybuchów i odgłosów walk. Wydaje się osaczony, przytłoczony tym, co się dzieje dokoła. Żywioł miasta – tłum – spotęgowany w tych dniach, jakby wyolbrzymiony – staje się ucieleśnieniem tego, co najbardziej przerażało pisarza w społeczeństwie – tego momentu, gdy jest ono bezrozumną masą, potokiem ludzi wyzbytych indywidualnych cech i indywidualnych sumień, w imię idei – choćby i najsłuszniejszych – depczącym godność, wrażliwość, braterską miłość. Prus wierzył w porządek świata, w jego rozumność i celowość, w postęp, który prowadzi do jego, tego świata, lepszego urządzenia pod auspicjami człowieka. Takie wydarzenia jak rewolucja 1905 roku były głębokim zachwianiem tej pozytywistycznej wiary.

Kilka miesięcy później Prus, jak każdego lata, udaje się do Nałęczowa. Dopiero tu stopniowo odzyskuje spokój, być może również tę wiarę, choć wątpię, czy w takim samym kształcie, raczej przefiltrowaną przez świeże jeszcze doświadczenia robotniczego buntu, okrutnej bezwzględności władzy, strajków szkolnych. Trudniej mu już zapewne myśleć o społeczeństwie w duchu poglądów Augusta Comte’a. Czy trudniej także zaufać człowiekowi? W Nałęczowie wita go przecież przede wszystkim ludzka życzliwość, w osobie Kazimiery Żółtowskiej, zarządzającej w tamtym czasie wynajmowanymi w zakładzie leczniczym mieszkaniami, która opowiada o unowocześnieniach, remontach, jakie poczyniono, zachwala nowy pokój przygotowany dla pana Głowackiego. Wita go także – i tu zarysowuje się ów wspomniany kontrast – rzeczywistość o innych proporcjach, taka, w której gwarantem porządku jest bardziej przewidywalna, i mądrzejsza być może, przyroda. Pauszer-Klonowska pisze:

Dni w Nałęczowie zdawały się płynąć po dawnemu – spokojnie i wesoło. Spacerując wieczorami po parku Prus cieszył się, że znów dane mu jest oglądać jasny nałęczowski księżyc, słuchać kukułki i rechotania żab. – Niech wszystko zmiecie rewolucja, byle zostawiła zieloność, księżyc i świętojańskie robaczki – żartował.

To byłby drugi ważny atrybut nałęczowskiego uniwersum. Obecność przyrody. Brzmi to może banalnie – obecność przyrody w uzdrowisku, powiecie, wielkie mecyje. Lecz chodzi mi o obecność głębszą. Nie jako tło. Nie jako przedmiot powierzchownego westchnienia albo ziewnięcia, które towarzyszą nam, gdy czytamy przydługie opisy przyrody (wspaniałe skądinąd) w powieściach Orzeszkowej. Obecność na zasadzie współuczestnictwa w tworzeniu rzeczywistości, współdzielenia odpowiedzialności za porządek świata.

Znamienne, że autor największej mieszczańskiej powieści w dziejach polskiej literatury, ów autor kojarzony z dziennikarstwem, które również na miejskim bruku wyrosło, ten pan w meloniku, z laseczką, w okularkach, ze starannie wypielęgnowaną bródką – stawał się w Nałęczowie powolnym admiratorem przyrody, dostrzegającym każdy szczegół zmieniających się pór roku. Miasto było dla Prusa źródłem tematów, ale ich właściwe opracowanie nie byłoby możliwe bez tego niemiejskiego azylu, który umożliwiał spojrzenie z dystansu, w szerszym, przekraczającym ludzkie sprawy kontekście. Gdy, w czasie pisania Lalki, którą rozpoczął w Warszawie, pisarz ciężko się rozchoruje, to w Nałęczowie dopiero wróci do zdrowia i skończy powieść. W jakiś więc sposób – choć bez użycia mydła, elektryczności i innych „odkryć” XIX wiecznej medycyny – uzdrowisko służyło jego zdrowiu.

***

Ze stanu ciężkiego przygnębienia i kilku dolegliwości somatycznych – wydobył się tu też Stefan Żeromski. Młodszy o pokolenie od Prusa (Antoni Gustaw Bem, absolwent Szkoły Głównej, prawie rówieśnik Głowackiego, był nauczycielem Żeromskiego w Kielcach) – trafił do Nałęczowa innymi ścieżkami, choć także przez Warszawę. Porzuciwszy studia medyczne w stolicy, znalazłszy się w skrajnej biedzie – zaczął parać się korepetytorką. Jako nauczyciel trafił najpierw do Szulmierza w guberni płockiej, później była świętokrzyska Oleśnica, następnie Łysów na Podlasiu. Gdy ta ostatnia posada miała się ku końcowi, polecony został przez szkolnego kolegę inżynierostwu Górskim z Nałęczowa. Ci przyjęli rekomendację, a początkujący pisarz nie wahał się ani chwili. Przyjechał więc, wioząc ze sobą sercowe i egzystencjalne rozterki, gruźlicę, która coraz mocniej dawała się we znaki i rękopis Siłaczki.

Spacerując sam po parku – pisze Hanna Mortkowicz-Olczakowa – w czasie pierwszej jesieni, zimy, a nawet wiosny odczuwał Żeromski tylko cierpienia fizyczne i duchowe, poczucie osamotnienia, lęk przed śmiercią a nawet nastroje samobójcze.

Jednak kolejne miesiące pobytu zdają się mieć działanie kojące. Tak wrażliwy na przyrodę Żeromski, tak z nią stopiony w pierwszych latach życia i oderwany od niej później, w czasach kieleckich i warszawskich, wraca w tę scenerię jak do siebie. W sposób niemalże symboliczny wiosna – budzenie się do życia drzew i kwiatów – również dla pisarza oznaczała w roku 1891 koniec zimy, owej smutnej pory umierania.

Szczególnie serdecznym uczuciem darzył – czytamy w książce Moniki Warneńskiej „Wiatr za progiem. Opowieść o Żeromskim” – park tutejszy. Co dzień pozdrawiał wzrokiem, jak starą, dobrą znajomą aleję wjazdową prowadzącą do bramy żelaznej. […] Aleje i szpalery, rozległe trawniki i gazony, fontanny, mostek i staw z małą wysepką, gdzie latem, w altance grywała orkiestra; inne mostki, wąziutkie i stare, tu i ówdzie klamrami spinające dwa brzegi strumienia… Przywiązywał się do tych zakątków coraz bardziej.

Przełamana zostaje także samotność Żeromskiego, która przez poprzednie miesiące nie mniejszą dla niego stanowiła bolączkę niż niezliczone przypadłości. A dzieje się to, a jakże, za sprawą rodziny Chmielewskich. Jeśli wierzyć relacji Konrada Chmielewskiego juniora zapoznanie wyglądało tak:

Przyjechałem na Święta Bożego Narodzenia z bratem do domu. Ojciec powiada: – „Słuchajcie chłopcy, tam na pocztę łazi grać w szachy jakiś nowy nauczyciel ze dworu Górskich, podobno człowiek inteligentny, literat – zajmijcie i sprowadźcie go tu do nas.

No i się zajęli. Do tego stopnia, że Żeromski stał się częścią środowiska skupionego wokół nałęczowskiego domu doktora Chmielewskiego. I znów, trzeba było pewnie nie lada ciepła, dobroci i wyrozumiałości, żeby tego mruka, odludka i sensata zatrzymać wśród ludzi. Swoje zrobił tu przecież urok Oktawii, przyrodniej siostry młodego Konrada, którą kilkanaście miesięcy później pisarz poślubił – lecz stanowczą przesadą byłoby twierdzić, że swoje „odrodzenie się” Żeromski, kochliwy zresztą człowiek, zawdzięczał jedynie miłości. Tym bardziej, że nie było to – w przeciwieństwie do wcześniejszych jego romansów – zauroczenie nagłe, jak przysłowiowy grom z nieba spadające. W Dziennikach pisarza czytamy:

Pani Oktawia – to złota kobieta. Mam wiele dla niej wdzięczności za to, że często ze mną po koleżeńsku rozmawia, że mię przyciąga i po prostu chce „zrobić ze mnie istotę ludzką”.

Wdzięczność, przyznajmy, to nie jest najlepsze określenie żarliwego romansu. Dodajmy zresztą, że początkowo Oktawia próbowała swatać Stefana ze swą przyjaciółką z Lublina, Jadwigą Truszkowską. Nie, tu chodziło o coś innego. O dojrzewanie do pełniejszej, bardziej integralnej miłości. A także, być może, do pełniejszego człowieczeństwa, pełniejszego bycia „istotą ludzką”. To właśnie dokonywało się w pisarzu począwszy od lata 1891 roku, gdy razem z gromadą młodzieży uczestniczył w wycieczkach, zabawach, spacerach. Gdy, może po raz pierwszy w życiu, otoczony został troskliwą życzliwością. Nałęczowski duch miejsca był zaś akuszerem tych wszystkich, jakże doniosłych dla późniejszych losów pisarza, przemian. A także – co z perspektywy czytelnika nie mniej ważne – źródłem literackich tematów i godnych sportretowania charakterów. Była to bowiem młodzież nie tylko rozrywkowa, ale także pełna pasji: naukowych, intelektualnych, społecznikowskich. Wtedy to zapoznaje Żeromski Faustynę Morzycką, wychowankę Fortunata Nowickiego, która w pobliskim Paulinowie prowadzi szkołę dla wiejskich dzieci. Jej rysy odnajdujemy w pisanej w tamtym czasie Siłaczce (choć to nie Faustyna – wbrew temu, co się powszechnie sądzi – była pierwowzorem głównej bohaterk)i. Wtedy też spotyka pisarz doktora Kazmierza Sacewicza, który poza obowiązkami lekarskimi prowadzi nałęczowską stację meteorologiczną i zbiera lokalnie rosnące rzadkie rośliny oraz pamiątki z dziejów regionu. Chodzili więc z Żeromskim odkopywać jakieś stare grodziska, opukiwali zmurszałe mury ariańskich wież. Gdyby nie Sacewicz, toczący z dyrektorem uzdrowiska, Konradem Chmielewskim, boje o osuszenie malarycznych stawów – nie byłoby też najzabawniejszych (choć równocześnie poważnych) stronic Ludzi bezdomnych opowiadających dzieje Cisów, które zresztą nie tylko w tym wymiarze przypominają nałęczowski światek.

***

Czy wtedy już, w czasie pierwszego zauroczenia Oktawią i przejażdżek po okolicy, w myślach Żeromskiego pojawiło się marzenie o nałęczowskim domu? Zdaje się to naturalne, żeby nie powiedzieć stereotypowe: żona, rodzina, dom… Czyż człowiek nie miewa czasem takich marzeń? Zdajmy sobie jednak sprawę, że mówimy o człowieku, który jedną z najważniejszych swoich powieści zatytułował Ludzie bezdomni, który pozbawiony był właściwie rodzinnej siedziby (w wymiarze klasowym i ściśle indywidualnym), którego ulubionymi wersami ze Słowackiego był fragment wiersza Smutno mi Boże: „Żem prawie nie znał rodzinnego domu”. Taki człowiek nie myśli sobie o domu ot tak, po prostu, w sposób stereotypowy, nie rzuca tych słów na wiatr. Nie, ten dom był dla Żeromskiego prawdziwą realizacją jednego z ideałów, tych najbardziej skrywanych i najmocniej upragnionych.

Nałęczowski dom Żeromskiego nazywano niekiedy „Popiołówką”, gdyż zbudowanie go, podobnie jak zakup morgowej parceli na Górze Armatniej, umożliwiły wpływy z Popiołów. Tej powieści, którą – przypomnijmy – kończył pisać tu, w Nałęczowie, gdzie przywieziony po dwóch krwotokach nie rokował najlepiej. Stan był zapewne poważny, jeśli wydawcy przyjeżdżali zobaczyć pisarza, obawiając się, że opłacony już utwór nie zostanie dokończony. Lecz, znów, uzdrowisko – zrobiło swoją robotę.

Najczęściej nazywano jednak ten dom Chatą, bo od początku pomyślany był jako budowla najprostsza, skromna, stosunkowo niewielka, zrobiona z drewna i wypełniona takimiż, drewnianymi i prostymi meblami, podobna może do tej, którą Joanna projektuje Judymowi, kreśląc plany zamieszkania w Zagłębiu:

My tu stworzymy źródło poczucia piękna, nowego piękna, sztuki jeszcze nie znanej, która obok nas śpi jak zaczarowana królewna. Będą to stołki sosnowe, ławy, stoły. Będą je okrywały proste kilimy […] Chodnik do sieni, utkany w chłopskim warsztacie ze skrawków niepotrzebnej materii, jest tak samo miły jak perski dywan. Ściany wyłożone drzewem świerkowym są cudnie piękne.

Fakt, że Chata zaprojektowana przez Jana Witkiewicza (bratanka Stanisława, kuzyna Witkacego, zresztą męża Heni Rodkiewiczówny, córki Oktawii z pierwszego małżeństwa) jest – o czym ciągle można się przekonać – obiektem pięknym. Lecz jest to ten rodzaj piękna, tak trudno uchwytny, który nie uchybia prostocie i skromności, nie przekracza małej skali. „Ileż to zabiegów i kłopotu – pisał Żeromski – wchłonęła w swe ściany ta chata za osiemset rubli, pracownia, a raczej leżalnia”, a wcześniej jeszcze narzekał: „Gdyby nie Jan Witkiewicz, którego nazwałem dla cnót – divus – już bym był dawno zmarniał pod ciężarem belek, krokwi, łat, płotów i gontów.” Ale tak naprawdę pisarz całe serce włożył w ten dom i jego otoczenie. Najstarsi mieszkańcy Nałęczowa wspominali po latach jak, ku ich wielkiemu zdziwieniu, Żeromski sam malował płot przed Chatą. Z czułością czytamy też, gdy pisze do żony w 1909 roku:

Napisz z Nałęczowa obszerny list, jak też wszystko jest w ogrodzie i w ochronie, o drzewach, które poginęły, a które ocalały. […] Nie zapomnijcie nasadzić wina koło altany. Czy stolik kamienny ocalał, nie popękał i jak jest w chacie.

Wędrował wtedy po świecie, był w Paryżu, na francuskim wybrzeżu albo we Włoszech – a w sercu pozostawał dziedzicem na jednej mordze, jak sam żartobliwie nazywał swojego syna, Adasia.

Bóg chciał, że Adaś nigdy nie został dziedzicem. Umarł na gruźlicę w wieku 18 lat. Umierał w Chacie, w środku lata, tego samego nałęczowskiego lata (choć niemalże 30 lat późniejszego), które przywróciło zdrowie jego ojcu. Umierał, gdy Polska odzyskiwała niepodległość.

Po to człowiek w trudzie, w mozole buduje dom – pisał zrozpaczony Żeromski – żeby pod jego dachem, u ściany głównej, syn boleść, żałość i zabicie duszy cierpiał.

Trudno wyobrazić sobie nawet te uczucia ojca; jak przeraźliwie brzmi owo „zabicie duszy”. Czy jednak ta śmierć nie dopełnia w jakimś sensie domu? Czy dom nie staje się domem tylko wtedy, gdy rodzimy się w nim i w nim umieramy? Czy wtedy nie zostaje dopiero uświęconym miejscem? Tak wiem, dziś ani jedno ani drugie nie odbywa się tam, gdzie mieszkamy. Może dlatego tak wyglądają dziś nasze domy, może dlatego tak mało znaczą. Są tylko częścią naszego bogatego i ciekawego życia. A gdy życie się skończy, o czym zresztą nie myślimy, po co nam dom, są przecież cmentarze, urny i rozrzucanie prochów ze szczytów gór – jakże to symboliczne. Czy komuś w ogóle przyszłoby dziś do głowy pochować bliskiego w ogródku, przy domu? (jest to chyba zresztą prawnie zakazane). Tymczasem w Nałęczowie, koło Chaty, stoi niewielki budyneczek, mauzoleum Adasia.

***

Uzdrowisko to miejsce odpoczynku, regeneracji, dochodzenia do zdrowia. I takim miejscem Nałęczów dla nich obu – Prusa i Żeromskiego – był bez wątpienia. Ale był dla nich także miejscem wytężonej pracy. Zobrazujmy to sobie: Prus, który „zamykał się zwykle na noc w swoim pokoju, zabrawszy ogórek kwaszony i kawałek czarnego chleba”; palące się długo w noc wątłe światełko widoczne w przepięknym, na troje dzielonym, oknie Chaty.

Jesień zgadza się z moim charakterem – to z Dzienników Żeromskiego. – Lubię tę jesień dżdżystą i posępną, ale wtedy tylko, jeśli przychodzi na mnie mania pisania. Zawinąć się w stare palto, zadymić pokój papierosami, kasłać swobodnie i łapać z gwizdania wiatru i szelestu deszczowego myśli półironii i półdobroci. Jest to także pewnego rodzaje zdrowie duszy…

Lalka, Emancypantki, Placówka. Popioły, Ludzie bezdomni, Dzieje grzechu. Wszystkie te powieści, w całości lub części, powstawały w Nałęczowie. Wyobrażacie sobie polską literaturę bez tych dzieł? Wyobrażacie sobie polską literaturę bez Nałęczowa?

Jak to się działo, że praca taka – zdawałoby się praca ponad siły – była w Nałęczowie do udźwignięcia? Jak to możliwe, że dzieła, które gdzie indziej pisane, zdawały się przygniatać pisarzy do ziemi, prowadzić ich na skraj zdrowotnego wyczerpania – tutaj mogły zostać ukończone, przybierając tak arcydzielne kształty. Czy – po raz kolejny – nie decydujący był w tym przypadku jakiś unikatowy tryb życia, jaki otrzymywało się dzięki temu miejscu? To połączenie natury i ludzkiej obecności, zintegrowanie pracy i odpoczynku, pogodzenie rozległych horyzontów z namacalną lokalnością.

Czy pamiętacie jeszcze, jak w broszurze Organizacja inteligencji zawodowej projektował Żeromski kolonię artystów, którą powinno się stworzyć „obok wielkich jodłowych lasów w górach Świętokrzyskich”?

Na tej to przestrzeni winnoby powstać miasto-ogród dla pracującej inteligencyi, z domami murowanymi, hygienicznymi, z kanalizacyą, światłem elektrycznem, drogami w lesie, z budynkami publicznymi, jak hale na mięso, jarzyny, masło i mleko, z teatrem, salą zabaw i odczytów, z salą koncertową i kinematograficzną, z wannami ciepłemi i kąpielą w rzece.

Czy nie przypomina to Nałęczowa? Czy nie jest jakąś sublimację najlepszych jego cech, które stwarzały takie właśnie miejsce pracy i odpoczynku? Gdzie zgubiliśmy ten model? Dlaczego go porzuciliśmy? Ba, dlaczego nigdy nie potraktowaliśmy go poważnie? W jakimś sensie realizacją idei Żeromskiego miały być PRL-owskie domy pracy twórczej, jakkolwiek pozbawione naturalności, rozmachu i fantazji, od początku były jakoś skażone, tak jak skażona była literatura tego okresu – stały się raczej spłaszczeniem, wulgaryzacją owej idei. Czy jednak wypada nam czynić wymówki? Bo czym my, żyjący w wielokrotnie zamożniejszej i pozbawionej ideologicznego kagańca Polsce – możemy się w tej dziedzinie pochwalić? Czy uczyniliśmy cokolwiek, żeby ludzie – nie tylko artyści – pracowali w bardziej sprzyjającej atmosferze? Czy sprawiliśmy, że praca jest bardziej sensowna i twórcza, że odpoczynek jest zdrowy i wesoły?

Uczyniliśmy przecież – wprost przeciwnie. Kultura współczesna wstydzi się odpoczynku. Nie wypada dziś przyznawać się do marnowania czasu. Nawet hobby – to nowe słowo w naszym nowoczesnym wokabularzu – kształtować należy na wzór pracy, profesjonalnie, z pełnym zaangażowaniem. Lecz i tak w centrum świata powinna stać praca, najlepiej wielogodzinna, wyglądająca na odpowiedzialną i poważną. Jest w tym oczywiście jakaś hipokryzja, gdyż ta sama kultura godzi się z faktem, że kompulsywna, wydłużona do niemożliwości praca będzie w jakiejś części fikcją, będzie udawaniem pracy; że ludzie przez długie godziny swoje bytności w biurze, robią rzeczy poboczne, służące oderwaniu się od pracy (co jest oczywiście naturalne, bo żaden człowiek nie będzie efektywnie pracować przez dwanaście godzin z rzędu). Pozorowanie, że „udawana praca” nie jest czasem wolnym, poprawia być może naszą samoocenę. Jednocześnie jednak ten czas udawany staje się jakąś luką w porządku dnia, jakimś limbo zawieszonym pomiędzy pożytecznym i dającym satysfakcję wysiłkiem a odprężającym i twórczym próżnowaniem, okaleczając być może i jedno, i drugie. Może dlatego – zastygłszy w symulakrum pracy i symularkum odpoczynku, zapomniawszy co jest prawdziwe, a co udawane – z tęsknotą spoglądamy w stronę Nałęczowa, gdzie próżnując więcej, więcej roboty można było wykonać.

***

Gdy o pracy mowa, i o lokalności (której, wbrew inicjalnym zamiarom, było w tym tekście dotąd niezbyt wiele) trzeba wspomnieć koniecznie o jeszcze jednym zajęciu, jakiemu oddawał się w Nałęczowie Żeromski. Wyrastało ono z odwiecznych marzeń pozytywistów. Z tych samych korzeni, które rozkrzewiły się na przełomie wieków w szereg inicjatyw powszechnych – od spółdzielni i kas pożyczkowych po szkoły dla wszystkich. Myślę oczywiście o pasji społecznikowskiej. Był to jeden z największych tematów Żeromskiego, najbardziej podstawowy budulec jego twórczego DNA. Zdaje się jednak, że zadania z tego obszaru, jakie pisarz zadekretował polskiej kulturze, nie zawsze udawało się z powodzeniem realizować. O tym także mówią przecież powieści Żeromskiego. Z jakim przyjęciem elity Łżawca spotyka się Raduski, który próbuje stworzyć w tym prowincjonalnym mieście nowoczesną gazetę? Jak reagują okoliczni chłopi, gdy Nienaski – w Nawracaniu Judasza ­– postanawia stary ariański zbór przerobić na szkołę? Jak kończą się reformatorskie projekty Judyma? Zawsze znajdzie się jakaś grupa ludzi – zdaje się mówić po wielekroć Żeromski – która staje na przeszkodzie planom śmiałym, wielkodusznym, bezinteresownym. To doświadczenie było mu bliskie na każdym etapie, począwszy od godnej Don Kichota walki o zbiory biblioteki rapperswilskiej. A jednak i w tej dziedzinie – Nałęczów jawi się jako chlubny wyjątek na mapie zmagań pisarza z ułomnościami tego świata.

Prawda, że od początku swojego istnienia obfitował Nałęczów w życie kulturalne. Prus – w korespondencji z lat 80. XIX wieku – wspomina o koncercie Paderewskiego i zabawie z odczytem. Legendarne, i momentami męczące pisarza, były tutejsze bale – owa nieodłączna instytucja wszelkich kurortów uzdrowiskowych. Trzeba było jednak kolejnego pokolenia, owego pokolenia społeczników właśnie, by tutejsza działalność kulturalna zaczęła zataczać szersze kręgi, zarówno tematycznie, jak i w sensie społecznym.

W krótkim czasie, na przestrzeni zaledwie kilku lat – z apogeum przypadającym na okres 1905-1907, gdy Żeromscy mieszkali w Nałęczowie – powstało tu kilka instytucji, czy (żeby lepiej nazwać nie do końca formalne niekiedy aktywności) – inicjatyw. Po pierwsze więc – teatr, którego początków upatrywać można kilkanaście lat wcześniej, gdy młody Żeromski grał w amatorskiej inscenizacji opowiadania Sienkiewicza, Oktawia je reżyserowała, a wśród publiczności zasiadał Bolesław Prus. Teraz teatr zyskał znacznie większą częstotliwość, stałą animatorkę w osobie Walentyny Nagórskiej (która w tamtym, wspomnianym przedstawieniu grała razem z Żeromskim) oraz przyczółek lokalowy w postaci sławnej „Szopy na Pałubach”, które ofiarował społecznikom niezawodny inżynier Górski.

W tej szopie odbywały się też wykłady, skierowane przede wszystkim do rzemieślników. Głównymi prelegentami byli z początku Gustaw Daniłowski i sam Żeromski, ale z czasem dołączyli do nich zaprzyjaźnieni specjaliści z przeróżnych dziedzin – od ekonomii po anatomię – a i grono słuchaczy rosło, wraz z rosnącą sławą tego miejsca. Najwięcej widzów przychodziło ponoć, gdy poza prelekcjami wyświetlano też przeźrocza.

Oktawia Żeromska, poza utrzymywaniem pensjonatu, zaangażowana była w prowadzenie ochronki dla dzieci chłopów i robotników. Pomagała jej córka, Henia, oraz doktorowa Julia Rudzka. Panie uczyły dzieci śpiewu i haftu, gimnastyki i lepienia z gliny. Gdy lokalny ksiądz, który uprzednio z ambony nazwał placówkę siedliskiem demoralizacji i ateizmu, został w końcu doń zaproszony – nie mógł się nadziwić, ile pożytecznych rzeczy dzieci tu robią i, jak głosiła plotka, bardzo się zawstydził swego przemówienia. Ochronka mieściła się początkowo w Willi Oktawia, później szukała kąta po wynajmowanych siedzibach, by w 1907 roku przenieść się do własnego lokum. Budynek wzniesiony według projektu Jana Witkiewicza, sfinansowały został głównie przez wpływy z Dziejów grzechu – powieści nota bene też posądzonej o demoralizację. Pod koniec życia pisarz darował ten budynek miastu. Przez wiele dziesięcioleci mieściło się w nim przedszkole. Gdy w 2017 roku przeniosło tu swą siedzibę Muzeum Bolesława Prusa, na inauguracyjnym wydarzeniu przemawiał między innymi ksiądz. Tak oto bezbożnicy i demoralizatorzy łączą się z moralistami/katechetami w jeden nurt, który można by nazwać kulturą polską.

W 1906 roku Faustyna Morzycka, powróciwszy z Warszawy, założyła w Nałęczowie dwuklasową szkołę. Lekcje odbywały się w Willi Tolin, a latem podobno także w szopie na Pałubach. Uczono w niej języka polskiego, arytmetyki, przyrody, kaligrafii, a także religii by, jak pisała sama organizatorka szkoły:

roznieść w tej okolicy nieco światła, bo wierzę w olbrzymią potęgę oświaty, przez nią nie tylko pojedynczy ludzie, ale i całe narody wznoszą się na szczyt największej chwały, pod wpływem zaś ciemnoty opadają na dno najmroczniejszych przepaści.

Szkoła przetrwała tylko dwa lata, gdyż w 1908 Faustyna Morzycka i Janina Decjusz, druga z nauczycielek, zostały aresztowane za działalność spiskową. Po pobycie z lubelskim więzieniu, ucieczce, w której „udział brała” również Chata Żeromskich, trafiwszy do Krakowa – Morzycka faktycznie na dobre zajęła się spiskami. Współorganizowała zamach na carskiego generała Lwa Uthoffa. Generał jednak nie zginął, a śmierć poniosło kilku przypadkowych ludzi, z czym dawna nauczycielka nie mogła się pogodzić i niedługo później również sobie samej odebrała życie.

Raz zasiane ziarno nie obumarło jednak całkiem. Niebawem – w budynku ochronki – założono kolejną szkołę, o którą dbały Maria Bogdanowicz i Felicja Sulkowska. W 1915 roku zaś powstała także czteroklasowa szkoła prywatna, mieszcząca się w tak zwanym Białym Dworku, a prowadzona przez siostry Helenę i Jadwigę Truszkowskie (czy pamiętacie swatanie Żeromskiego przez Oktawię?).

Nie będzie chyba nadużyciem powiedzieć, że ukoronowaniem nałęczowskiego szkolnictwa, a także rzadkim w polskich losach przykładem długiego trwania i kontynuacji – jest tutejsze liceum plastyczne. Wywodzące się ze Szkoły Rzemiosł – powołanej do życia za sprawą miedzy innymi Karola Benniego, w drugiej i trzeciej dekadzie XX wieku mającej swą siedzibę w gmachu zaprojektowanym przez Jana Witkiewicza, na działce w tak zwanych „Wąwozach” – skupia w sobie najlepsze cechy, które wykształciły tutejsze placówki oświatowe: wymiar artystyczny i praktyczny nauczanych przedmiotów, poczucie wspólnoty uczniów i nauczycieli, swoisty – rzadko dziś spotykany – etos szkoły.

Żadna z tych inicjatyw nie powstałaby, gdyby nie społecznikowskie pasje, ogromna determinacja i wysiłki założycieli. Nie będzie już chyba nigdy w dziejach Polski ludzi tak pracowitych i zdolnych do poświęceń, jak tamto pokolenie. Jednak nie byłoby tych miejsc – ochronek, szkół, sal oświatowych – również bez swoistego podłoża, które zapewnił im Nałęczów. Bez tej wspólnoty, niewielkiej i świadomej swej roli, bez wątpienia wybitnej, lecz zarazem otwartej na innych, w jakiś sposób – w swej miłości bliźniego – głęboko chrześcijańskiej. Bez tego sposobu życia, wykształconego tutaj, który pozwalał godzić porządek i rytuał codziennych zajęć z indywidualnymi ich modyfikacjami; który zapewniał delikatne ramy, punkty odniesienia, ale jednocześnie nic nie narzucał. W końcu bez tutejszej przyrody, osłaniającej ludzi, którzy się w niej znaleźli także wymiarze w symbolicznym, metafizycznym. Z pewnością dużo wielkich spraw rodzi się w gwarnych miastach, na brukowanych ulicach, w pełnym słońcu. Lecz ich rafinacja i przetrwanie – wymagają już chyba „cienia nałęczowskich drzew”. Bo – jak mawiał ponoć Prus porównując Zakopane i Nałęczów – w tym pierwszym jest dużo siły, ale w tym drugim więcej miłości.

***

Gdyśmy z moim bratem jechali wtedy, jak sztubacy, do Nałęczowa – odwiedziliśmy po drodze Pułtusk. A w tym Pułtusku, przy niewielkiej uliczce, odchodzącej od podłużnego, rozciągniętego do niemożliwości rynku była miejska biblioteka. A w tej bibliotece wyprzedawano książki, te które uznano za niepotrzebne, niezbyt wartościowe, takie, co to się po nie nawet stary bibliofil, w swoich grubych szkłach rogowych okularów, nie schyli. I spośród tych groszowych, niepotrzebnych arcydzieł, rzuconych bodaj w jakąś skrzynkę przy wejściu – wydobyliśmy wspominany tu już tomik – W cieniu nałęczowskich drzew. Wiem, wiem. Opiekuńcza i czujna racjonalność znów podpowiada wam, że to czysty przypadek. I ja tak myślałem. Lecz, gdy kilka tygodni temu, bodaj w tym dniu, w którym możni tego świata ogłosili, że mamy wszyscy siedzieć w domach i nigdzie nam jechać nie wolno, owa książeczka niemal spadła mi na głowę z wysokiej półki, gdzie się od dawna kurzyła – wtedy właśnie straciłem tę wszechwiedzącą pewność.

Sądzicie, że to wy wybieracie się w podróż? A może to podróże, nieproszone, przychodzą do was w najmniej spodziewanym momencie? I może tylko takie podróże mają naprawdę znaczenie. Nawet jeśli akurat jakiś przypadek (przypadek?) zamknął was w domu, w upojnym próżnowaniu, więc siedzicie przy biurku, spoglądacie przez okno na falujące, obleczone pierwszą wiosenną zielenią drzewa i przypomina się wam, jak Tomasz Burek jechał do Nałęczowa.

 

Notatnik łódzki

Dopiero wczoraj, na autostradzie pomiędzy Poznaniem i Łodzią, w zwyczajny, choć może nazbyt słoneczny dzień marcowy, od niechcenia słuchając radia – uświadomiłem sobie z całą doniosłością, że dzieje się coś niezwykłego. Prawda, od kilku dni pojawiały się znaki, które dla bacznego obserwatora niechybnie zapowiadać musiały katastrofę. Najpierw zaczęły się spekulacje na maseczkach chirurgicznych; myślałby kto, że spekuluje się drogocennymi kruszcami, jaką platyną, złotem albo chociaż walutą – otóż nie, zyskowniejszy okazał się kawałek materiału z gumkami przyszytymi po obu jego stronach. Prosty ten przedmiot – że chciałoby użyć się starego porównania: prosty jak konstrukcja cepa – z kilkudziesięciu groszy za sztukę zaczął, na giełdach, względnie na czarnych rynkach osiągać ceny stukrotnie wyższe. Bogacze kupowali w milionach, drobni ciułacze w setkach, transakcje szły, sprzedawano, przemycano, popyt zdawał się niewyczerpany. Następnie, punktem oblężenia stały się apteki. Nie, nie z powodu maseczek. Te już dawno stamtąd zniknęły i przeniosły się na owe czarne rynki, a przezorni aptekarze powywieszali naprędce wypisane długopisem kartki, że produktu brak, że nie będzie i że w ogóle, panie, można zapomnieć. Tedy zaczęto gwałtem kupować inne leki, a to przeciwbólowe, a to przeciwgorączkowe, rutinoscorbin i witaminę C (a co, też się przyda), przeciwgrypowe, przeciw wszystkiemu. A już szczególnie rozkochano się w lekach przeciwwirusowych, których reklamy opanowały nagle wszystkie rozgłośnie radiowe, trąbiące wszem i wobec, jakie to dobroczynne skutki zagwarantować może posiadanie w domowej apteczce takiego specyfiku. Gdy ktoś napomknął, że jakiś tam lek działa ponoć na tajemniczy chiński wirus, przezorni Polacy – którzy są oczywiście na bieżąco ze światowymi badaniami naukowymi w dziedzinie medycyny – wykupili natychmiast całą partię tego cudownego antidotum (aż żal, że chyba jednak nie pomaga…). W końcu fala popłynęła także w kierunku marketów, tudzież drobniejszych sklepów spożywczych i drogeryjnych. W niewytłumaczalnych okolicznościach półki wyczyszczono z makaronów, kasz, ryżów, a także z mydła i spirytusu (to ostatnie może jeszcze dałoby się jakoś wyjaśnić lokalną tradycją). Lecz już zupełne tajemnicze wydawało się zniknięcie zapasów papieru toaletowego. Jakaś niemiecka gazeta napisała nawet (gdyż i tam – jak się okazało – udzielił się ów fetysz), że ta epidemia zostanie skojarzona na zawsze z brakiem papieru do…, tzn. toaletowego. Ciekawe, czy ów publicysta długo jeszcze powtarzał swój błyskotliwy bon mot, kiedy dotarło do ludzi, że to może jednak bardziej na serio.

A do mnie dotarło wtedy właśnie, na tej nieszczęsnej autostradzie, płaskiej jak stół, nudnej i nijakiej. Bo znaki znakami – lecz cóż? Nie takie się przecież znaki widziało. Przeżyło się kilka końców świata wieszczonych przez Nostradamusa, przetrwało wirus milenijny, wyszło się nawet cało z polskiej akcesji do Unii Europejskiej. Co więc po tym wszystkim może człowieka zaskoczyć? Tym razem otrzymałem jednak dowód, by tak niefortunnie rzec, koronny.  Bo żeby w poważnej stacji radiowej, w porze dobrej słuchalności (nie żadne tam kwadranse przed północą albo pogańska piąta rano), w popularnej audycji rozmawiać o literaturze? Na to trzeba specjalnych uzasadnień i sporej dozy niezwykłości. Od razu wiesz, że „czasy nadchodzą nowe” – jak śpiewał kiedyś Bob Dylan.

Temat rzeczonej audycji też nie był bez znaczenia. Żadnego owijania w bawełnę, meandrowania subtelnymi, pustymi tytułami, żadnych zawołań bojowych w sprawach politycznej bieżączki. Nic z tych rzeczy. Tytuł brzmiał konkretnie i poważnie: „książki na kwarantannę”. Ton tej audycji, a w zasadzie rozmowy z Przemysławem Czaplińskim, nie był już tak całkiem poważny, choć jak refren przebijało się z niej odwołanie do dwóch wielkich toposów kultury antyczno-chrześcijańskiej: mitu o Edypie (który, zachorowawszy, zostaje wygnany z miasta) i Hiobie (który wiadomo co). Są to jakoby dwa podstawowe wzorce reagowania na zarazę zapisane w naszej tradycji. Wybrzmiał także cały szereg tytułów traktujących o epidemiach, które napisano przez wieki, aż po czasy najnowsze. Dwie rzeczy z tej rozmowy wryły mi się jednak w pamięć, jak nie przymierzając ów millenijny wirus (przepraszam, naprawdę nie wiem skąd on mi się tu wziął). Po pierwsze uświadomiłem sobie, jak wielkie bogactwo literackich świadectw epidemii posiadamy w naszej kulturze. Po drugie – dźwięczało mi jeszcze długo w uszach tytułowe pytanie – co czytać w czasie kwarantanny? Pytanie, które postawione nieco bardziej uniwersalnie mogłoby brzmieć: co czytać w momentach wyjątkowych, kiedy nie wypada rozmieniać się na drobne, powinno się zaś, ba, należy nawet – skupić uwagę na rzeczach bezsprzecznie fundamentalnych.

***

Myśląc o dawnych świadectwach epidemii natknąłem się od razu na pewien zgrzyt. No bo jak to być może, że z jednej strony mamy taką literaturę o zarazach, o wszelkich trądach, dżumach, (pardon le mot) cholerach i grypach – że powinniśmy być tymi doświadczeniami po brzegi wysyceni. Powinniśmy je czuć przez skórę. Odnajdywać się z nich od razu, jak, powiedzmy katolik sprzed dwustu lat, który jechał do innego kraju i wchodził na mszę świętą po łacinie sprawowaną, taką jaką znał ze swojego parafialnego kościoła. Tak i my, mając doświadczenie zarazy zapisane w genotypie, powinniśmy je witać jak starego dobrego znajomego. A tu nic z tych rzeczy. Żadnej łacińskiej mszy. Fakt, że wybuch epidemii spowodował zwiększone zainteresowanie książkami o tych sprawach traktujących. We Francji ponoć lawinowo wzrosła sprzedaż słynnej książki Alberta Camusa. Jest to jednak fakt, że tak powiem, raczej obciążający. Jakby dowód na to, że przyszło coś o czym nic nie wiemy, więc chcemy na szybko doczytać. A że tylko Dżuma nam przychodzi wtenczas do głowy – to chyba tym bardziej corpus delicti. No może przesadziłem; bo jaka w tym zbrodnia, że nasza kultura wyparła jakieś doświadczenie. Nie potrzebowała to wyparła. Wyrzuciła na śmietnik, jak czek bankowy w epoce kart kredytowych, jak telegraf w dobie pięknych smartfonów, co wszystko potrafią. Sądziła, że nigdy nie będzie już tego doświadczenia potrzebować. A tu proszę – czeki wróciły, i telegrafy także. Dziwna rzecz.

Zdałem sobie jednocześnie sprawę, że zatarcie doświadczenia epidemii nie jest kwestią tak znowu odległą. Przypomniała mi się bowiem pewna opowieść naszej starszej cioci, jedna z tych opowieści, którychśmy w nieskończoność słuchali wieczorami w Opatowie, często bez należnej im uwagi, z nonszalancją młodego wieku. Takiego wieku, który na wszystko ma czas, wszystko zapamięta, wszystko zdąży zapisać. Wiele z tych opowieści uleciało jak wilgotny, ciepły wiatr wpadający przez duże drewniane okna w tamte lipcowe wieczory. Ale niektóre z nich czasem wracają. Ta, o której teraz myślę dotyczyła rodzinnej wsi cioci, a więc i rodzinnej wsi mojego dziadka, z okresu bodaj wczesnych lat trzydziestych XX wieku. Szalał tam wtedy tyfus, przez całe długie miesiące. Tak, że gdy było już po wszystkim, ostała się mniej niż połowa mieszkańców. Zmarł też mój pradziadek Władysław, w młodym całkiem wieku (zdaje się, że młodszy był niż ja jestem dzisiaj). Różne chodziły wersje na temat jego śmierci. Niektórzy w rodzinie utrzymywali, że spadł z dachu i z tego później go słabość dopadła, gorączka i zgon. A inni na to, że to właśnie tyfus, a upadek z dachu nic temu nie winny; że nie był to przecież pierwszy upadek, bo ów pradziadek dorabiał trochę jako cieśla, więc często po dachach chodził, a czasem z nich spadał. Cóż to zresztą za wysokość dla dorosłego mężczyzny taki dach chłopskiej chaty, żeby spadając z niego zrobić sobie krzywdę. Co innego mój dziadek Józef, który parę lat później, dziecięciem będąc, spadł z bardzo wysokiego drzewa i na kilkadziesiąt minut stracił przytomność – wszyscy myśleli, że umarł, ale jednak się potem obudził. Lecz to już inna opowieść. Nie wierzyliśmy więc za bardzo w ten upadek z dachu. Ale jeszcze bardziej nie mogliśmy sobie wyobrazić jakiegoś tyfusu, którego nigdyśmy nie widzieli. Szanowaliśmy jednak ową tajemniczą aurę, w której opowiadano o tej i o innych rodzinnych śmierciach. Pobrzmiewał w niej jakiś ton deterministyczny. Bo nikt się tak naprawdę, mimo pozornych sporów, nie zastanawiał nad przyczyną śmierci; wszyscy wiedzieli, że pradziadek Władysław miał po prostu wtedy umrzeć, to i umarł. Wola Boża, nad którą się zapewne płakało, ale jednocześnie jakoś łatwiej przechodziło się nad nią do porządku dziennego. Śmierć była bowiem blisko, umierały dzieci, zdychały zwierzęta, trzeba było się z tą śmiercią borykać na co dzień. Więc doświadczenie epidemii, która przynosiła śmierć w większym może nieco natężeniu, ale przecież nie odbiegając drastycznie od ciągle obecnego jej doświadczania – musiało być jakoś w ten porządek wpisane. Wiedziano, że jak jest czas zbioru i czas siewu, jak jest czas burzy i pogody – tak samo są pory zdrowia i umierania. Zaraza stanowiła okresowe przesilenia drugiej z tych pór.

***

„Co czytać w czasie zarazy?” – przelatywało mi przez myśl to zasłyszane pytanie, gdy przeglądałem grzbiety książek na półkach. Wiadomo, różne są strategie lekturowe. Czytanie autorami, tematami, czytanie kompulsywne (książka w jedną noc) i kontemplacyjne (strona w jedną noc). Czytanie dla rozrywki, dla mądrości, dla wprowadzenia się w stan rozpaczy, do czego pomocne wydają się, wciągające zresztą bardzo, literackie portrety depresji, samobójstw, cichej rezygnacji spod znaku Saturna. Czy się mylę, że w ostatniej dekadzie zyskały one na popularności? Są więc strategie rozmaite, lecz nie ma strategii na taką niespodziewaną okoliczność. Bo tak jak zapomnieliśmy doświadczenia zarazy, tak – zdaje mi się – utraciliśmy zdolność do poważnej lektury, takiej która ocala, ratuje przed ostatecznym upadkiem. A tylko coś takiego, myślę sobie, warto czytać w poważnych czasach. Bo w normalnych – to z grubsza wiadomo. W maju bujną zmysłowość Schulza, w upalne dni lipcowe di Lampedusę, w sierpniu Myśliwskiego, na jesieni koniecznie Rosjan, Tołstoja, Turgieniewa, a w listopadzie można nawet Dostojewskiego (i oczywiście, cały polski romantyzm), długie zimowe wieczory są dla sążnistych powieści Manna, a może i dla Dickensa. Tymczasem mamy już marzec, więc można by sobie powoli przygotować na biurku jakieś delikatne opowiadania Iwaszkiewicza, może po raz setny Żeromskiego, dajmy na to Wierną rzekę; albo coś w tym guście. Teraz jednak wszystko wydawało się niewłaściwe i nie na miejscu. Jakim sposobem rzuciła mi się w oczy stara powieść Dygasińskiego? Co mnie na nią nakierowało? Trudno powiedzieć, jak to zwykle w takich wypadkach. Zdało mi się zrazu, że jest to wybór najgorszy z możliwych. Co za sens – myślę sobie – gdy tu się ważą losy świata, czytać te stare ramoty? Po co mi teraz pisarz, przeciętny raczej, który, żyjąc pół wieku po Mickiewiczu nie złapał nawet nowoczesnego języka, przez tegoż Mickiewicza stworzonego, i zdaje się tkwić w jakimś idiomie sprzed romantycznego przełomu, w jakichś gawędach Rzewuskiego, żeby nie powiedzieć Jana Chryzostoma Paska. A jednak przylgnął do mnie ten Dygasiński i nie chce się czegoś odlepić. A że takie dziwne przypadki, takie pomysły, które się wydają bezsensowne i bezcelowe – okazują się czasem na swój sposób opatrznościowe – więc go nie odlepiam, niech zostanie. Zobaczymy, może coś ciekawego powie. Może tak będzie, ale może być też całkiem inaczej – jak mawia mistrz prognostyki Jarosław Marek Rymkiewicz. Z epidemią takoż: może będzie tak, a może całkiem inaczej. Ci co udają, że wiedzą, niech lepiej poczytają poetę z Milanówka.

***

Warszawka poszła na pracę zdalną. Od razu, zanim jeszcze wszystko na dobre się zaczęło, zanim nastąpiły wspomniane braki materiałowe, jak zwykle wyprzedzając resztę kraju. Jakby na to tylko czekała, jak na wakacje, jak na kolejny długi weekend. Kolega E. – murowany warszawiak, choć ujmujący niezwykle człowiek, do tego bogacz wyznaczający ton w kategorii drogich aut, zegarków i ekscentrycznych garniturów, w ogóle tres chic – powiada mi przez telefon tonem wystudiowanej, przyjemnej nonszalancji: „Wiesz… byłem dzisiaj na jednym spotkaniu, ale już wracam do home-office’u… jakoś nie chce mi się spotykać z ludźmi…” Wyobraziłem go sobie, jak siedzi w przestronnym gabinecie, w pikowanym szlafroku, z fularem pod szyją (albo raczej w jakiejś nowoczesnej wersji ekskluzywnego stroju) i popija z cebulastej szklaneczki dobry francuski koniak, a co jakiś czas od niechcenia wciska enter w komputerze. I od razu przypomniał mi się cytat z Wielkiego Gatsby’ego. „They were careless people […] they smashed up things and creatures and then retreated back into their money or their vast carelessness or whatever it was that kept them together, and let other people clean up the mess they had made.” Czy E. narobił bałaganu? Nie sądzę, nie bardziej niż tysiące jemu podobnych. Czy posiada enklawę beztroski, w której może się schronić w ciężkich czasach, by przeczekać, ile będzie trzeba, miesiąc, trzy miesiące, rok? Zapewne, lecz czy to jego wina. A jednak budzą jakiś niesmak te nasze dzisiejsze prace z papieru, oderwane od swoich korzeni, wyżywające się w kompulsywnie odbywanych spotkaniach, w klikaniu w bezduszne klawiatury, prace sterujące wyimaginowanymi milionami, w Bóg wie jakich walutach, w taki sposób, aby jakieś boczne dopływy tych strumieni trafiały na nasze konta. My, więźniowie giełdowych indeksów, wzrostu gospodarczego, pustych, napompowanych balonów, które szumnie nazywamy rynkiem i ekonomią. My, aferzyści (określenie nie moje, tylko Stacha Połanieckiego) początków XXI wieku.

Kilka dni później rodzina z prowincji donosi: „u nas przez ten wirus to nic się właściwie nie zmieniło. Pracować trzeba. Bo jak to można na wsi nie pracować. Roboty nie zrobisz to kto zrobi za ciebie? Wiadomo, że trzeba zrobić”. Znów zazdroszczę im tego zmęczenia, które czuć w kościach po całodziennej zwózce słomy, po wyrąbaniu wozu drewna na opał; nawet cierpkiej woni amoniaku wydzielanej przez wyrzucany obornik im zazdroszczę. Zazdroszczę pierwotnej radości, jaka płynie z tych prostych prac, tej radości, której oni nie potrafią docenić. Rozumiem zresztą dlaczego nie potrafią. Bo ledwo wiążą koniec z końcem. Bo się boją o to, czy ktoś łaskawy, jakiś wielki współczesny pan, za grosze kupi to, co wyprodukują. Bo w zmęczeniu i troskach nie mogą w pełni być z najbliższymi, nie mają czasu ani głowy na dobry odpoczynek i wartościowe rozrywki. Powiecie, że to ich wina i ich wybór? Nie jestem przekonany.

Zapewne słusznie grzmi „Nowy Obywatel”, że epidemia ujawniła nierównorzędność zawodów i niesprawiedliwość, która stoi u podstaw wyceny wartości pracy. Niezmordowany redaktor Okraska dowodzi, że dopiero sytuacje kryzysowe – takie jak ta – pokazują, które zawody zasługują na szczególne dowartościowanie. Bo czy ktoś z nas potrzebuje w tych dniach specjalistów od PR, menedżerów od tego i owego, bardziej niż kurierów, sprzątaczy, kasjerek w sklepach? Dlaczego więc – grzmi dalej redaktor – tym pierwszym płaci się „jak za zboże” (abstrahując od dewaluacji tego przysłowia), a drugich zostawia na progu godnej egzystencji.

Coś w tym świecie nie gra. Musiała wypaść jakaś sprężynka w mechanizmie świata – pisał wielki Julian Ursyn Niemcewicz. Czy ktoś z was wierzy jeszcze w ten mechanizm, w spójność i celowość pracy kół zębatych, tak jak wierzył on, poeta uformowany w wieku oświecenia? Niemcewicz pisał to, jak się zdaje, na okazję jakiegoś niezwykłego roku, pełnego katastrof naturalnych, powodzi albo trzęsień ziemi, może nasilonych erupcji wulkanicznych, których XIX wiek przyniósł co nie miara. Ale sprężynka naszego świata nie wypadła teraz, podczas naszej obecnej epidemicznej katastrofy. Ona wypadła już dawno temu. Teraz jedynie uświadomiliśmy sobie, że ten mechanizm, na którym jedziemy to stary gruchot, który zgrzyta, kopci i ledwo ciągnie. Czy jednak rzeczywiście sobie uświadomiliśmy? My, ci na górze, w swojej beztrosce? My, ci na dole, w swoim przytłoczeniu codzienną egzystencją?

***

Chyba nie potrafię wzbudzić w sobie poczucia katastrofy. Czy współczuję? Bez wątpienia. Myślę o staruszkach skazanych na samotne pozostawanie w mieszkaniach, o tych wszystkich biednych pacjentach podłączonych do respiratorów, o ich rodzinach, które nie będą mogły pożegnać ich po raz ostatni. Czy się obawiam? Zapewne. Boję się o bliskich, zwłaszcza tych szczególnie narażonych. O przepełnione szpitale, które nie będą potrafiły pomagać ludziom. Czy mnie to chwilami śmieszy? I to również. Jak każde niebłahe doświadczenie, które jest połączeniem wzniosłości, grozy, ironii i żartu. Nie obwiniajcie mnie o to. To tylko próba znalezienia właściwej proporcji.

Musi budzić pewien lęk to, co widzi się na ulicach. Nieufni przechodnie mijający siebie nawzajem dużymi łukami. Niespokojni ludzie przebierający nogami w kolejkach do sklepów, które z racji rządowych ograniczeń ustawiają się na zewnątrz (mam na myśli kolejki, ale i sklepy czasem też wychodzą z lokali). Uważne i spięte ekspedientki w piekarni, z ledwie widocznym drżeniem rąk podające bułki. Niemal puste arterie komunikacyjne, na których zwykle stoi się w korkach. Tramwaje jeżdżą, ale w każdym zaledwie kilka osób, jak w środku nocy. Wrażenie niepokoju potęgują także wszechobecne komunikaty nakłaniające ludzi do pozostania w domu. Kolejne wystąpienia premiera i ministrów informujące o wprowadzanych ograniczeniach: zamknięciu szkół i przedszkoli, restauracji, centrów handlowych, przywróceniu kontroli granicznej i ustanowieniu przymusowej kwarantanny dla tych, co do Polski przyjeżdżają, limitach osób przebywających w kościołach. Przenoszenie poszczególnych poziomów życia, w takiej formule do jakiej przywykliśmy, w ściany własnego domu i porzucanie tych, których przenieść się nie da. Do tego natłok medialnych informacji. Codzienne komunikaty ministerstwa zdrowia – ile się zakaziło, ile zmarło – póki nie spowszednieją i nie staną się pustymi liczbami, każdorazowo potęgują strach. Na początku epidemii, w Krakowie czy Poznaniu można było usłyszeć: „u nas jest już jeden zakażony”, „w naszym mieście dzisiaj dwa nowe przypadki”, „u nas pierwsza osoba zmarła” itd. Teraz jest podobnie, tylko w większej skali.

Masowo umierają ludzie we Włoszech, Hiszpanii, Francji i Iranie – i to jest dojmująco smutne. Obrazy z ukochanej Toskanii, zawsze tak pełnej życia. Pusty Piazza del Campo w Sienie, na którym powinny się już rozpoczynać ćwiczenia prze lipcowym palio; zamknięta galeria Uffizzich we Florencji. Czy to serce Europy, esencja tego co w niej najlepsze – pogody ducha, dobrego wina i dobrego, prostego jedzenia, starych kościółków z obrazami mistrzów quatroccenta – czy to wszystko wróci jeszcze do życia?

A więc: lęk, może nawet panika, strach, nostalgia, poczucie utraty. A równolegle ile groteski, ile małości, nad którą trudno nie uśmiechnąć się z politowaniem. Gazety publikują wywiad z pierwszym pacjentem w Polsce, u którego stwierdzono wirus. Ten, kto wymyślił tytuł tej publikacji, będący jednocześnie cytatem z pacjenta – „Nie wierzyłem, że mam koronawirusa” – jest prawdziwym mistrzem zachęty, bo choć, wybaczcie, szczegółowo nie czytałem całej rozmowy, to jednak zacząłem sobie wyobrażać, jakie pytania zadałbym takiemu jegomościowi, co to zachorował jako pierwszy. „Czy pamięta Pan, podczas pobytu za granic, żeby ktoś na Pana nakasłał? Jakie to było uczucie”, „Czy mierzył Pan sobie temperaturę”, „Jak czuł się Pan zarażając innych?”, czy może w końcu: „co Pan sądzi o tego rodzaju sławie?”. Śmiejecie się? Z samych siebie się śmiejecie. Jest w tym coś z Gogola, czyż nie?

Czy zatem nie noszę w sobie poczucia katastrofy? Nie. Nie bardziej niż przed epidemią. Lub może inaczej – od dawna noszę w sobie świadomość tak wielu katastrof, że ta jedna, kolejna i – jak się wydaje – wcale nie najstraszliwsza, nie zmienia w sposób rewolucyjny tego krajobrazu współczesnego świata, jaki wyłania się przed każdym, zwykłym, statystycznym, takim jak ja mieszkańcem tegoż świata, zanurzonym w sieci informacji docierających nieustannie z każdego zakątka planety. Wydaje mi się też, że to zagadnienie można by odwrócić, zapytując, czy mamy prawo w sposób szczególny podkreślać doniosłość naszej obecnej katastrofy, na tle światowych katastrof związanych z klimatem, brakiem wody, głodem i pustoszącymi ubogie kontynenty plagami chorób i wyzysku. Powiedzieć, że w tej pierwszej katastrofie, znaczy się naszej, epidemicznej, za którą – pomijając rozmaite teorie spiskowe – nie ponosimy winy, upatruję niekiedy szans, aby te inne katastrofy, które niestety wiele nam zawdzięczają – dostrzec i zrozumieć – to byłoby może za dużo. Więc nie mówię, przynajmniej na razie.

Jest cicha noc. Za oknem białe światło latarń i ciepła, pomarańczowa poświata kościelnej wieży. Spokój. Gdzieś w Polsce wyludnione place wielkich miast. Gdzieś w szpitalach ludzie pod respiratorami walczą o życie. Gdzieś giną zwierzęta, gdzieś umierają rośliny. W jakim świecie obudzimy się jutro?

 

Autobiografia każdego z nas? Wokół „Pomyłki” Marty Kwaśnickiej

Nie od wczoraj wiadomo, że Świętym Graalem, idee fixe, fetyszem – nazwijcie to zresztą jak chcecie – polskich roczników osiemdziesiątych jest powieść pokoleniowa. Ludzie ci, uchodzący kiedyś za młodych i dobrze rokujących, zrzeszeni dziś w rozmaitych środowiskach, grupkach, społecznościach czy internetowych bańkach – porzuciwszy swą młodość (z konieczności) i dobre rokowania (z rozsądku), nie pozbyli się wszakże tego jednego marzenia: że ktoś kiedyś opowie ich unikalne pokoleniowe losy. Czy można im się dziwić? Też chcieliby mieć swojego Żeromskiego, Brzozowskiego, Gombrowicza. Lub choćby Romana Bratnego – autora sławnych Kolumbów. Rocznik 20 – albo Marka Hłaskę, który w sposób aintelektualny, lecz przecież szczery i pełen energii wykrzyczał bunt przeciwko polskiej powojennej stabilizacji. Kolejne pokolenia opowiadały same siebie przede wszystkim w poezji – Nowa Fala, Pokolenie ’76, Brulion. Jeszcze młodsi, urodzeni w latach 70., zajęci robieniem karier i zarabianiem grosza (także na literaturze), nie zdążyli siebie opowiedzieć; Mariusz Sieniewicz pisał wprost: „nie podejrzewałem, że ktoś nasze książki ujmował będzie w kategoriach pokoleniowości. Są to pojedyncze głosy”. Pewne wytłumaczenie takiego stanu rzeczy przynosi może niedawna książka Michała Tabaczyńskiego, Pokolenie wyżu depresyjnego – ale o tym później. Tymczasem, po kilku dekadach powieściowo-pokoleniowej posuchy – tęskno zrobiło się nam, którzyśmy przyszli na świat w ostatnim nie-wolnym dziesięcioleciu – właśnie za powieścią, właśnie za pokoleniem.

„Kiedy to wreszcie nastąpi?” – zdawaliśmy się pytać w początkach nowego millenium. Niewielu z nas bowiem potrafiło utożsamić się z dresiarską definicją pokolenia zaproponowaną wtedy przez młodziutką Dorotę Masłowską. Zbyt odległe generacyjnie, zbyt wykluczające ideowo, a w niektórych przypadkach także zbyt prymitywne – wydawały się nam wydawane w owym czasie powieści Michała Witkowskiego, Mariusza Sieniewicza, Marty Dzido czy Piotra Czerwińskiego. Być może najbliżej nam było do Mirosława Nahacza – i jego Osiem cztery – ale stał się on Rafałem Wojaczkiem naszego pokolenia (skądinąd zupełnie zadziwiająca jest wielość podobieństw między tymi twórcami). Kilka lat później z niepokojem patrzyliśmy na to, co pisze Jakub Lubelski, a później wypłakiwaliśmy nad Boidudą nasze zawiedzione nadzieje; „gazetowyborcza generacja rodziców, krakowski światek naukowo-artystyczny, nieprzekonujące budzenie się świadomości – to przecież nie o nas” – mówiliśmy. Równie trudno było nam zachwycać się umoralniającą powiastką z egzotycznym tytułem autorstwa Agnieszki Urbanowskiej (Paląc trawę na rykowisku). W wyniku wieloletniego znużenia, w akcie desperacji gotowiśmy byli uznać za swój manifest Duchologię polską Olgi Drendy (godząc się na to, że opisują nas jedynie kasety wideo i kolorowe gumy do żucia z lat 90.) albo – skierowane jakby w odwrotnym kierunku: zamiast przeszłości w przyszłość, nie ku realnemu przedmiotowi, a w internetową próżnię – książki Anny Cieplak. Nie, to wciąż nie były nasze pokoleniowe powieści, choć baczny obserwator mógłby z wymienionych przykładów wyciągnąć taki przynajmniej wniosek, że jeśli takie powieści kiedyś w końcu przybędą – to niewątpliwie z południa Polski (a najpewniej ze Śląska) i bezsprzecznie za sprawą płci piękniej (czy można tak jeszcze mówić w epoce genderu?).

I proszę. Gdy porzuciliśmy już niemal wszystkie nadzieje; gdy samych siebie gotowi byliśmy przekonywać, że może naprawdę nie da się nas opowiedzieć (bo tacy jesteśmy wspaniali albo tacy nijacy); gdy przestaliśmy już czytać, co piszą nasi rówieśni; gdy zaczęliśmy się mościć w beznadziei wiecznego braku samoświadomości – wtedy właśnie, w przededniu epidemii, która i tak ponoć wszystko wywróci do góry nogami, dostaliśmy wreszcie tę opowieść, upragnioną, wyczekaną, tę, w której istnienie prawie zwątpiliśmy. Dostaliśmy wreszcie naszą pokoleniową powieść. Nosi tytuł Pomyłka.

***

Wsłuchaliśmy się w nią bez reszty, z rozpalonymi policzkami (nie, nie z powodu epidemii) przeczytaliśmy każdy rozdział lub, jak kto woli, każde opowiadanie – z uznaniem kiwając głowami: „tak to o nas”. Bo dostrzegliśmy siebie: chodzących po obdartych klatkach bloków z wielkiej płyty, pracujących w nic-nie-wartych pracach, cierpiących poniżenie na emigracyjnym angielskim bruku, zachwycających się rzymskimi zabytkami, czytających książki i wędrujących wyobraźnią po ich niedostępnych światach. I teraz, po nocach – tak samo bezsennych, jak do tej pory – zadajemy sobie pytanie: czy naprawdę chcieliśmy to przeczytać? Po co nam to było? Czym jest to „nasze pokolenie”? Kim jesteśmy my?

Było, jak miało być. Marta Kwaśnicka przyszła ze Śląska. I, co może jeszcze bardziej znaczące, Marta Kwaśnicka jest kobietą. Nie wyrzekajcie na infantylność tego ostatniego zdania, nie każda pisząca kobieta jest kobietą w swojej literaturze, tak jak nie każdy mężczyzna jest mężczyzną. A Kwaśnicka jest. Co przez to rozumiem? Umiejętność wydobywania treści ze spraw codziennych, jak, powiedzmy, Dąbrowska. Skłonność do psychologizacji, jak u Nałkowskiej. W końcu także tematyka, która stawia pytania o miejsce kobiet w świecie, niekiedy mimochodem, innym razem wprost. O tym mówi duża część opowiadania (rozdziału) o Vittorii Colonie, poetce i przyjaciółce Michała Anioła. Tekst ten, który mógłby być równie dobrze osobnym esejem, przypomina – najmocniej ze wszystkich rozdziałów Pomyłki – poprzednie, eseistyczne właśnie książki Kwaśnickiej, poświęcone w znacznej mierze rozmaitym postaciom kobiecym, od Safony przez Jadwigę Andegaweńską po hiszpańską rzeźbiarkę, Luisę Roldan. Znamienny jest stosunek Kwaśnickiej do opisywanych kobiet. Można dostrzec w nim próbę zaprzyjaźnienia się z nimi, zniwelowania dzielącego autorkę/narratorkę i jej bohaterki dystansu czasowego i kulturowego – co widać już choćby w tytule drugiej z wspomnianych książek, jakoś delikatnie poufałym tytule Jadwiga. Dążenie do nawiązania przez autorkę relacji z opisywanymi postaciami jest także przeglądaniem siebie samej w ich losach. Lecz nie o osobisty użytek jedynie tu chodzi. Z kilku deklaracji, poukrywanych tu i ówdzie w Pomyłce, wyłania się potrzeba opowiedzenia na nowo wielu opowiedzianych już historii, ale tym razem z kobiecej perspektywy czy też z kobiecą wrażliwością, pozwalającą uchwycić nieznane dotąd aspekty.

Jeśli podobne zdarzenia [jak historia nawiedzenia z Loudun] – czytamy w opowiadaniu „Nieszczelność” – zwykle przedstawiano w ten sposób, to może dlatego, że opisywali je mężczyźni, a ich zawsze nieco mniej interesują subtelności uczuć.

Śląska proweniencja Kwaśnickiej też nie jest bez znaczenia. Bo czymże jest dziś Śląsk na mapie Polski? Prowincją, ale z silnym poczuciem lokalnej tożsamości. Peryferium – jeśli za centrale uznać Warszawę, Kraków, Wrocław czy Gdańsk – lecz nie wyzbyte przekonania o własnej wartości. W wymiarze kulturowym ta rola jest jeszcze bardziej znacząca. Wiele z tego, co najciekawsze w polskiej humanistyce, dzieje się dziś na Śląsku; dla takich postaci jak Tadeusz Sławek czy Ryszard Koziołek trudno byłoby szukać intelektualnej przeciwwagi w innych częściach kraju.

Nie bez wpływu jest także fakt, że w przypadku Kwaśnickiej owa śląska tożsamość nie jest wielopokoleniowa, jak na przykład tożsamość Szczepana Twardocha, a nabyta – wszak rodzina autorki pochodzi z różnych części Polski, w dzisiejszym i dawniejszym kształcie: z Kujaw, z Podlasia, z Zamojszczyzny, z ukraińskich Kresów. To zmieszanie w śląskim kotle, nie tylko przecież afiliacji geograficznych, ale przede wszystkim charakterów, stylów życia, wrażliwości – nadaje istotny rys pisarstwu Kwaśnickiej. Pozwala jej oglądać rzeczywistość na różne sposoby, zachować nieufność wobec obiegowych opinii funkcjonujących w danych społecznościach, zderzać ze sobą wielorakie optyki; momentami może być także zagrożeniem, prowadząc do wykorzenienia, jakiejś swoistej dekonstrukcji własnego rodowodu, o czym przyjdzie jeszcze powiedzieć.

***

Jeśli odważyliśmy się nazwać autorkę prowincjuszką – ale oczywiście w tym szlachetnym sensie, w którym prowincja oznacza stary wspaniały, częściowo już utracony świat – to także dlatego, że ona sama stawia się w tej roli. Kraków, Anglia, Warszawa i Rzym – wszystkie te miejsca widziane są przez narratorkę z perspektywy przybysza. Część z nich udaje się z czasem oswoić. Kraków staje się nawet przestrzenią własną, zastępującą w końcu wcześniejsze zadomowienia. Najsurowiej potraktowana zostaje stolica, która kiedyś, oglądana przez maturzystkę, była przedmiotem estetycznego zauroczenia:

mogłam ogarniać wzrokiem wszystko: fasady kamienic u wylotu Krakowskiego Przedmieścia, kolumnę Zygmunta, fragment murów otaczających Starówkę, pierzeję budynków przy Placu Zamkowym, wreszcie, odwracając głowę, sam zamek. Chłonęłam ten widok, bo od wielu lat należał do moich ulubionych. Uwielbiałam zwłaszcza spiętrzenie kamieniczek przy Placu z charakterystyczną, łamaną linią dachów, zza której wyłaniał się szczyt archikatedry. […] ja zaś siedziałam nad Trasą W-Z, ciesząc się ich urodą. Tak wyglądała Warszawa, której doświadczałam, mając dziewiętnaście lat.

Kolejne zetknięcie z tym miastem – zarejestrowane w opowiadaniu Winda – jest już jednak bezlitosne dla dawnych, naiwnych może, a może tylko powierzchownych doświadczeń. Warszawa, jak każda stolica, zasysa, kusi obietnicą kariery, by wykorzystać i wypluć człowieka lub pozostawić go na prawach mało znaczącego trybiku w wielkiej maszynerii miasta.

Wszystkie historie, które opowiadają o stołecznych karierach, mówią o tym, jak przyjezdny przegrywa z miastem: trwoni majątek lub go zdobywa, całkowicie się przy tym zatracając, czasem zaś wraca na prowincję, do punktu zero, w metropolii nie osiągnąwszy niczego.

W pierwszym odruchu gotowi jesteśmy podpisać się pod tymi zdaniami. Ilu bowiem znamy takich, których to bezlitosne miasto wessało. Ilu takich, których wypluło, nie pozostawiając złudzeń. I przecież zgadzamy się z Kwaśnicką, że „sztuka życia w stolicy […] polegała zaś przede wszystkim na umiejętności poruszania się w świecie złożonym z samych pogłosek.” lub, że „spośród wszystkich algorytmów, które można było zastosować, aby zrobić karierę, najważniejszy i najpewniejszy był właśnie klucz środowiskowy”. Moglibyśmy uzupełnić ten katalog przewin metropolii o wiele kolejnych występków. Moglibyśmy przywołać na świadków Davida Fostera Wallace’a – który powiada o „odporności na nudę” jako jedynym kryterium, od którego zależy możliwość przetrwania na wielkomiejskim bruku – albo Douglasa Couplanda, twórcę popularnego terminu Generacja X, który w książce pod tymże tytułem tak portretuje codzienność pracownika korporacji:

okna w biurowcu, w którym pracowałem, nie otwierały się, a ja siedziałem w mojej kanciapie, czule nazywanej klatką dla brojlera. W miarę jak wentylatory mieszały wokół mnie powietrzną zupę biurowych toksyn i wirusów, czułem się coraz gorzej i coraz bardziej bolała mnie głowa.

A jednak wydaje się nam, że Pomyłka nie jest w tym przedstawieniu metropolii całkiem sprawiedliwa. Że nie udało się wyjść Kwaśnickiej poza dychotomię rozpiętą pomiędzy zachwytem i pogardą. Że patrząc z windy na jadących w górę, zbyt mocno może ma już wyrobione zdanie o ich motywacjach, ambicjach i szlachetności. Zbyt intensywnie myśli o tym samochodzie, który stoi na dole i wywiezie ją wreszcie, w upalny dzień sierpniowy, z tego współczesnego Babilonu. Nie zauważa więc, że i w królestwie pieniądza, bezwzględności i plotki – „w tym wiecznie rozgorączkowanym mieście z manią awansu” – zdarzają się (i trwają) rzeczy całkiem odmienne. Że są tu dość ciekawe środowiska intelektualne. Że nawet w wielkim biznesie można spotkać postaci dużego formatu, szlachetne i uczciwe, a w najgorszym razie barwne i niepozbawione fantazji; od czasów Tyrmandowskiego Dziennika 1954 wiele się pod tym względem nie zmieniło. Ludzie ci mogliby mieć autorce za złe, że symbolem ich miasta stają się w jej prozie młody oportunista niosący teczkę za swoim przełożonym czy, w końcowej scenie opowiadania – kloszard, który pragnie wyjechać do Krakowa.

Lecz nawet gdyby to była prawda. Gdyby stolice zamieszkane były – jak chce Balzac w odniesieniu do XIX wiecznego Paryża, jak chce Kwaśnicka mówiąc o Warszawie sprzed kilkunastu lat – przez arywistów i groszorobów, to nawet wtedy można by w sposób bardziej zniuansowany próbować uchwycić tło ich wyborów, rozłożyć na czynniki pierwsze propagandę sukcesu, ukazać, do czego ona prowadzi – jest to temat, z którego taki na przykład Don de Lillo potrafi robić całe duże powieści. Tak, obraz Warszawy naszkicowany przez Kwaśnicką nazbyt mocno przypomina powiastki z tezą. Gładko wkomponowuje się on w środowiskowe i pokoleniowe wyobrażenie o „złej metropolii”. Czy jednak nie jest to wyobrażenie zbyt łatwe, by można, z czystym sumieniem, na nim poprzestać? Chyba nadmiar w nim kalki, brakuje natomiast własnej kreski, która w wielu innych miejscach prowadzi autorkę w rozpoznania oryginalne i głębokie, bez łatwych odpowiedzi, bez ślizgania się po powierzchni.

***

Jakże pełniej, jakże ożywczo jawi się na tym tle inny cel podróży – Wielka Brytania. Emigracja zarobkowa – jedno z naszych kluczowych pokoleniowych doświadczeń, w jakimś sensie unikalnych, dla nas tylko zarezerwowanych. Bo tylko my w roku akcesji do Unii mieliśmy nie za dużo lat, ani nie za mało, żeby gremialnie ruszyć na podbój anglosaskich krain dostatku. Z dyplomami w kieszeni (lub w trakcie ich pozyskiwania), z resztkami kompleksów oddziedziczonych po rodzicach, z naszą łamaną angielszczyzną obdarzoną pięknym wschodnioeuropejskim akcentem – jechaliśmy po zarobek w obcej walucie, jechaliśmy po wakacyjną przygodę. Nasi starsi koledzy z podstawówki już się nie załapali, mieli swoje prace i swoje rodziny – najstarsi spośród nich byli nierzadko beneficjentami transformacji – mieli więc i swoją wyższość menadżerskich stanowisk (owszem, również niektórzy z nich wyjeżdżali, lecz nas cechowała większa tymczasowość tych wyjazdów i znacznie większa liczba migrujących). Młodsi byli jeszcze za młodzi, grali w gry komputerowe i czytali Harry’ego Pottera, mgliste mając wyobrażenie o tym, jak wygląda zielona, pełna starych murów kraina ich marzeń. Owo pokoleniowe doświadczenie – pełne najrozmaitszych emocji, uczuć, sukcesów i zawodów, satysfakcji z pierwszych zarobionych pieniędzy, nienawiści polonijnych środowisk, pogardy, z jaką patrzono na przybyszów z dalekiego kraju – to doświadczenie tak bezbrzeżne, bogate, niemalże przekraczające możliwości percepcyjnie – powinno, jak się zdawało, zakiełkować równie bogatą twórczością. Powieściami inicjacyjnymi. Powieściami psychologicznymi i socjologicznymi. Powieściami drogi. Bo ja wiem, może nawet powieściami grozy? Słowem: powinno stać się wielkim literackim tematem naszego pokolenia. Tymczasem literatura emigracyjna (czy raczej, jak mówią badacze zagadnienia, „migracyjna” dla odróżnienia od innych emigracji wszelkiej maści, których w naszej historii dostatek) jest smakowita jak angielskie jedzenie, błękitna jak niebo nad Szkocją i sucha jak północna Irlandia.

Dlaczego literatura „wyspiarska” jest kiepską literaturą? – pytał w 2016 roku Dariusz Nowacki – Co przesądziło o tym, że w zasadzie żadna publikacja […] nie zdołała się wyróżnić? Dlaczego każda – przynajmniej jak dotychczas – próba znarratywizowania doświadczenia pobytu na Wyspach kończy się artystyczną i komunikacyjną klęską? Czy stoi za tym jakieś fatum?

W przywołanym powyżej szkicu – Wyspy obiecane. Rekonesans krytyczny – Nowacki rozróżnia trzy typy wyspiarskiej prozy: proza lamentacyjna, proza „przebojowych Polek”, proza inicjacyjno-formacyjna. Nazwy dwóch pierwszych kategorii dają do myślenia. Znaczna część literackiej produkcji migracyjnej znajduje się na dwóch biegunach. Jeden to pełna frustracji krytyka „wysp obiecanych”. Drugi, przeciwny wobec pierwszego, stanowią hura-optymistyczne peany na cześć nowego życia, pisane przez tych (lub częściej te), którym się udało; są to narracje budowane w opozycji do pozostałych, mówiących gorszą angielszczyzną, mających gorsze prace, a co za tym idzie także gorsze życie. Trzecia grupa, najmniej liczna, to opowieści, w których „prototypowy bohater to student, który przybywa do Irlandii lub Wielkiej Brytanii nie tyle po zarobek, ile po przygody”. Przygody te okazują się jednak najczęściej powielaniem kalek „emigracyjnych”, zbiorem trywialnych w gruncie rzeczy doświadczeń, które niewiele mają wspólnego z prawdziwą inicjacją czy formacją.

Narratorka Pomyłki nie jedzie na Wyspy po przygody. Pekuniarny charakter jej podróży nie staje jednak na przeszkodzie, by widzieć nowo poznawaną rzeczywistość nie z perspektywy stanowiska pracy, a przez pryzmat swoich dawniejszych doświadczeń, własnej formacji kulturowej, swojej – nie bójmy się tego słowa – tożsamości. Rozważania na temat możliwości zamieszkania w Anglii na stałe prowadzone są przez bohaterkę Kwaśnickiej bez emocji, są intelektualnym rozpoznaniem możliwości oraz ich jasnych i ciemnych stron:

W Polsce nic na nas nie czekało: byliśmy zaraz po studiach, bezrobotni, na Wyspach tymczasem była praca i pewność, że damy radę zarobić na życie. Chodziliśmy już nawet po uliczkach maleńkiego Alston […] i sprawdzaliśmy ceny wynajmu kamiennych domków. Zaglądałam ludziom w okna, oswajałam się z angielskim układem kuchni, dziwnymi piekarnikami i podwójnymi kranami; przyzwyczajałam się też do szklanych drzwi wejściowych […] Wiele rzeczy wyglądało tutaj inaczej – na przykład lata były chłodne i deszczowe, a wieczory psuła obecność małych, agresywnych muszek. […] Początkowo byłam przekonana, że mogłabym przyzwyczaić się do tych wszystkich odmienności.

Ów dylemat wielu migrantów naszego pokolenia – wrócić czy zostać? – zostaje w Pomyłce pokazany dwuwarstwowo. Pierwszą warstwę stanowi konkretny, chłodny opis, którego próbkę przywołaliśmy, czy na przykład delikatnie ironiczne portrety współtowarzyszy „wygnania”. Gdyby na tym poprzestać, mielibyśmy kolejne – napisane lepszym językiem i bardziej eleganckie – lecz wciąż jednak nie zasługujące na miano dobrej literatury – świadectwo migranta, podobne do tych, o których pisał Nowacki. Ale u Kwaśnickiej nad tą pierwszą warstwą, przypominającą osobiste zapiski w dzienniku, nadbudowuje się warstwa druga, która uniwersalizuje to jednostkowe i konkretne doświadczenie. Rozważania o sensie migracji zostają bowiem niejako wpisane w grę w szachy, którą ze starym polskim emigrantem, właścicielem antykwariatu, toczy w Londynie T., mąż narratorki. Rozgrywka ta, zdająca się nie mieć końca, zmierzająca, jak się wydaje, do pata (taki jest też tytuł tego opowiadania, Pat), kończy się zwycięstwem młodego człowieka. Trofeum jest nie byle jakie – stare wydanie Odysei w oryginale, z odręczną angielską dedykacją: „To my dear son T. from his affectionate mother. Please come home”. Ujęcie opowiadania w tę pełną wymownych symboli ramę – szachy, Odyseja, „please come home” – tworzy coś na kształt wielkiej metafory losu współczesnych migrantów. Nie trywializuje go, nie ocenia, lecz stara się przedstawić na głębszym poziomie. Jest to zresztą metoda, którą spotkamy także w innych częściach Pomyłki – wyjście od konkretu oraz osobistej, może nawet autobiograficznej perspektywy, i nadbudowanie na nich literackiego sensu. Ma rację Piotr Legutko, gdy pisze – w recenzji pt. Fascynacje Marty Kwaśnickiej – że „zamiast socjologicznego opisu autorka wybiera metaforę”. Z pewnością metaforyzacja jest głównym artystycznym zabiegiem tej książki.

***

Nie jest to jednak metafora, o jakiej zwykliśmy myśleć, gdy przychodziło nam, na lekcjach polskiego, analizować wiersze wielkich poetów. Można by wręcz powiedzieć, że Pomyłka zawiera bardzo niewiele tradycyjnych środków stylistycznych, że – na pewnym poziomie – jest to książka bardzo niepoetycka. Styl Kwaśnickiej jest jasny a język pozbawiony ornamentyki. Starannie zbudowane zdania unikają zawiłości, dygresji i dopowiedzeń. Nie przeszkadza to jednak, żebyśmy z pełnym przekonaniem stwierdzali, że mamy przed sobą rzecz napisaną piękną polszczyzną, rzecz elegancką i wysublimowaną. Niewiele utworów współczesnej polskiej prozy wchodzi na ten poziom estetyczny. Do chlubnych wyjątków, wśród autorów młodszych, należą Maciej Płaza i Jacek Dehnel. Pierwszy to przedstawiciel roczników 70., choć późno debiutujący z własną twórczością (wcześniej był autorem przekładów). Drugi, zgodnie z datą urodzenia rozpoczynający ósmą dekadę, nieznacznie starszy od Kwaśnickiej, jest bodaj najbardziej rozpoznawalnym pisarzem naszego pokolenia (także z powodów pozaliterackich). Obaj tworzą prozę kunsztowną, staranną, estetycznie atrakcyjną. Lecz jest to piękno inne od tego, które gotowi jesteśmy przypisać Kwaśnickiej. Gdybyśmy mogli posłużyć się pewnym uproszczeniem – powiedzielibyśmy, że źródłem, tradycją literacką, z której tych dwóch autorów się wywodzi jest modernizm, jakkolwiek w przypadku Dehnela – z uwagi na wielość gatunkową i tematyczną tworzonej przez niego literatury – trudno mówić o jednym wzorcu (np. poezja jego jest wyraźnie neoklasycystyczna). A więc – znów w uproszczeniu – poetyka skupiona wokół słów, symbole i metafory skupione wokół słów – z umniejszeniem roli innych komponentów prozy, choć – u Płazy zwłaszcza – widać także pewną artystyczną dbałość o frazę, konstrukcję zdania.

Proza Kwaśnickiej zbudowana jest inaczej. Słowo nie służy w niej za nośnik symbolu. Słowo ma być precyzyjne, przystawać do rzeczywistości, nawet kosztem jego warstwy estetycznej, brzmieniowej – stąd zapewne w Pomyłce sporo określeń, które mogą uchodzić za specjalistyczne i pewna, spotykana miejscami, naukowość wywodu, znamionująca warsztat historyka czy filozofa. W tym wymiarze należy widzieć w Kwaśnickiej kontynuatorkę prozy realistycznej, uczennicę Balzaca czy Herlinga-Grudzińskiego. Ten ostatni patronuje autorce także na innych poziomach jej poetyki, która wykorzystuje na przykład narratora pierwszoosobowego – co rodzi rozmaite pułapki i pokusy interpretacji autobiograficznej, ale umożliwia również grę tymże autobiografizmem – czy wykazuje skłonność do eseizacji fabuły.

Zdania Pomyłki wydają się proste, przeźroczyste, ale odczytane na głos odsłaniają swoisty rytm. Gdybyśmy mieli za sobą więcej lekcji łaciny, bez trudu dostrzeglibyśmy w nich charakterystyczną frazę starożytnych autorów. Gdybyśmy czytali za młodu Cycerona, moglibyśmy śledzić figury retoryczne, kształtujące pozorną prostotę i klarowności kolejnych akapitów Pomyłki. Styl ten stoi w opozycji do większości współczesnych powieści, w których zadomowiła się fraza ekspresjonistyczna, a także tendencja do skracania komunikatów czy ich zwielokrotniania, tudzież do daleko idącej poetyzacji zdania.

Ma również Kwaśnicka skłonność do aforystyki, co w powyższym kontekście nie dziwi, bo mistrzowie tego gatunku – Marek Aureliusz, La Rochefoucauld czy Julian Tuwim – to autorzy z ducha klasyczni. Mogłoby się zdawać, że aforyzm w prozie to w dzisiejszej epoce (epoce kpiny z jednej strony i głupio-poważnych poradników z drugiej) czyste szaleństwo, samobójstwo autora, pomysł skazany na klęskę. A jednak Kwaśnickiej się udaje. Nie zawsze co prawda, niektóre zdania brzmią nieco jak przepisane ze szkolnej rozprawki lub w skrócie próbują uchwycić istotę rzeczy nie w pełni może znanych (zastanawiam się na przykład, co o takim fragmencie sądziłby Jerzy Pilch, który tematowi owemu poświęcał obszerne części swoich powieści: „Gorzałka najpierw wyostrza zmysły, a potem z każdym kolejnym kieliszkiem zmienia rzeczywistość w feerię jasnych obrazów. Rzeczy rozkwitają przed oczami jaskrawymi konturami, jakby je właśnie stwarzano, a potem gasną i znikają w otchłani niepamięci. Można jedynie oglądać je w zadziwieniu.”). Ale w znacznej większości przypadków się udaje. Do tego stopnia, że mamy ochotę wpisywać te myśli do sztambucha, odczytywać je wieczorami po wielekroć, powtarzając: „jakie to mądre”. Przywołajmy zatem kilka na chybił trafił:

Zbyt wiele czasu marnuje się tylko dlatego, że zbyt późno pojmujemy jakieś prawdy o sobie lub tracimy czas, aby sprawdzić to, co nie wymaga sprawdzenia.

Każdy człowiek nieustannie zmaga się z nawałą różnorakich pokus i toczy niewidzialne bitwy; nasze „ja” przeciska się przez świat, ciągle się odkształcając i dziurawiąc.

W pewnym wieku równowaga staje się celem samym w sobie i bardzo trudno jest wtedy skłonić kogoś do tego, aby z własnej woli ją naruszył.

W zestawieniu powyższych przykładów dostrzec można, że te krótkie myśli – rozsiane w różnych miejscach książki – układają się w jej całościowym planie w pewną opowieść. W zapisaną w aforyzmach opowieść o dojrzewaniu, nabywaniu doświadczenia.

Takie opowieści o charakterze filozoficznym niosą w sobie również wielkie metafory, być może najważniejszy literacki instrument tej książki. Bo – jak się rzekło – metafory w Pomyłce są dużymi obrazami, rozciągniętymi zazwyczaj na całe opowiadania. O ich doniosłości świadczy także ciężar gatunkowy problemów, które owe metafory próbują sobą udźwignąć. Krakowski kloszard jako symbol losu polskich nerwowców, wspomniana już partia szachów rozstrzygająca życiowe wybory emigrantów, kamienica będąca przykładem pozrywanej wspólnoty, mucha rozbijająca się o szybę lekarskiego gabinetu, w której poczynaniach widzieć można parabolę usiłowań młodej dziewczyny („W szybę okienną uderzała mucha, coraz bardziej leniwie. Już się objadła życiem, ale nadal była łakoma; chciała więcej, tylko chorowała już na wrzesień i opadała z sił”) – czy w końcu powracające do narratorki omyłkowe rozmowy telefoniczne (które dały tytuł jednemu z opowiadań, jak i całej książce) odzwierciedlające przypadkowość egzystencji.

Z uwagi na problematykę i sposób jej przedstawienia – aforystyczny i metaforyczny – prozy Kwaśnickiej mają w sobie coś z przypowieści. Ich zwieńczeniem jest ostatnie, krótkie opowiadanie Owoc, będące już przypowieścią per se, wychodzącą wprost z biblijnej historii i niejako interpretującą ją w kontekście losów narratorki. Kończy się ona takimi słowami: „– Damy radę, zobaczysz – powiedział do drzewka. – Zaowocujesz mimo wszystko”. Zdawać by się mogło, że słowa te niosą jakąś nadzieję, że są, być może bardzo oszczędnym, ale jednak happy endem. Jednak jakby dla równowagi, żeby ostudzić nadmierny optymizm, pojawia się po nich takie zdanie, które jest zarazem zdaniem zamykającym książkę: „To było chłodne zmaganie człowieka z przyrodą, z samym sobą i z losem, na który zasłużył”. Takimi dychotomiami, dialogującymi ze sobą myślami – jak u Dostojewskiego – gra się w tej książce wielokrotnie.

***

Z uwagi na przynależność do zarysowanej powyżej tradycji literackiej – tradycji klasycznej i realistycznej – Pomyłka wymyka się współczesnej krytyce, przyzwyczajonej chyba do literatury innego rodzaju. Być może tym należałoby tłumaczyć milczenie, jakie spotkało Kwaśnicką – nie po raz pierwszy – w mediach głównego nurtu (lecz cóż jest dzisiaj głównym nurtem? – więc powiedzmy precyzyjnej, w mediach nie-konserwatywnych, choć to również określenie dalekie od doskonałości). Jeśli przywykliśmy do czytania pewnego typu literatury i przyzwyczailiśmy się do określonej estetyki, to trudno nagle znaleźć upodobanie w estetyce zgoła odmiennej. Jeśli przez całe życie stosujemy narzędzia krytyczne do opisu próz modernistycznych, to stajemy bezradni wobec utworów wywodzących się z innych nurtów. Istnieją także mody intelektualne, mody salonowe, mody ideologiczne – do których realistyczny klasycyzm od dwóch przynajmniej wieków raczej nie należy – i również one dyktują wzorce recepcji literatury. Może zresztą pobudki owego milczenia są niższe, może wynikają nie tyle z estetycznego czy aksjologicznego odrzucenia, co z uprzedzeń i stereotypowych opinii. Ich próbkę dał kiedyś Jacek Dehnel, w sposób raczej małostkowy punktując różne drobne błędy w pisarstwie Kwaśnickiej, przy okazji publikacji jej poprzedniej książki, Jadwigi (za którą autorka otrzymała Nagrodę Literacką „Skrzydła Dedala”; debiutancka Krew z mlekiem została uhonorowana Nagrodą Literacką Identitas). Czytając ów komentarz Dehnela z 2016 roku nie sposób ustrzec się wrażenia, że poetę, prozaika i, jak widać, okazjonalnie także krytyka – do niechęci wobec autorki doprowadziła nie tyle lektura jej książki (bo chyba nawet jej nie czytał), co zbyt euforyczne opinie komentatorów prawicowych (szczególnie Andrzeja Horubały), tudzież przyznane nagrody. Coś jakby urażona duma własna?

Lecz przecież ma trochę racji również Dehnel. Bo źle służy doprawdy Kwaśnickiej ta konserwatywna recepcja. Jak wtedy, gdy ukazała się Krew z mlekiem, jak w momencie publikacji Jadwigi – tak i teraz, po wydaniu Pomyłki media nie-konserwatywne – jak się rzekło – milczą, a prawicowe rozdają nagrody i wystawiają laurki. Nie chcę przez to powiedzieć, że Kwaśnicka na takie reakcje nie zasłużyła – bo zasłużyła na jedno i na drugie – choć może recenzje utrzymane w tonie bezkrytycznych laudacji, które z marszu okrzyknęły Pomyłkę najlepszą książką 2019 roku, a autorkę mianem wybitnej – zawsze budzą pewną nieufność. Ale nie o to chodzi. Najdotkliwszym skutkiem zaszeregowania Kwaśnickiej w poczet pisarzy prawicowych jest, de facto, zepchnięcie jej do pewnej kulturowej niszy. Jakkolwiek bowiem byśmy nie sympatyzowali z konserwatywnymi mediami, jak dobrze nie życzylibyśmy ich redaktorem – to i tak przyznać musimy, że nie jest to przestrzeń o najwyższym stężeniu artystycznych dokonań i wysokich lotów twórczości – a nawet, co tu kryć – za literaturę nieraz uchodzi w tej przestrzeni zwykłe grafomaństwo czy, w lepszym razie, epigoństwo. Sytuacja jest tym boleśniejsza, że Kwaśnicka – przynajmniej w Pomyłce – nie daje żadnego przyczynku do takiego zaszeregowania. Bo niby jaki? Że pisze o religijności? Zresztą pisze pobocznie i w duchu, dla niektórych, dalekim od dewocyjnej pobożności, żeby zacytować taki na przykład fragment:

Gdyby poszukać psychologicznych skutków, jakie wiara w Boga niesie w życiu codziennym, to byłoby nimi uznanie, że świat, nawet jeśli nie jest dobry i piękny, to z pewnością czasem może taki być. Byłoby to też pogodzenie się z faktem, że na ogół nie jest ani dobry, ani piękny, właśnie dlatego, że kiedyś pojawiło się w nim zło. Widziana od strony praktycznej, wiara była zatem czymś na kształt podszytego nadzieją stoicyzmu czy doświadczonej naiwności – i wcale nie była łatwą postawą.

Że słucha Chopina i zachwyca się polskim krajobrazem? I to dalekie jest od młodzieńczego wykładu Mickiewiczowskiego Tadeusza o wyższości polskiego nieba nad włoskim:

W moich żyłach płynęła krew zmieszana i od wielu lat nie byłam już podatna na patriotyczną melancholię.

Że szuka inspiracji w dalekiej przeszłości i krytykuje niektóre aspekty nowoczesności, a od stolicy ucieka na prowincję? Również tym sprawom towarzyszy zawsze szereg zastrzeżeń i wątpliwości.

Głęboka prowincja, taka z której niezwykle trudno jest wyrwać się i odmienić swój los, niemal zawsze zaludniona jest stoikami, bo odwieczny brak perspektyw każe tamtejszym ludziom żyć bez przesadnych ambicji: współczuć bardziej pokrzywdzonym od siebie (stąd i o zwykłe dobro jest tam łatwiej) i nie zazdrościć przesadnie tym, którzy są postawieni wyżej, nade wszystko jednak – nie pytać o zbyt wiele.

Jeśli to mają być dowody potwierdzające „prawicowość” Kwaśnickiej, to za konserwatywnych pisarzy powinniśmy uznać także Gombrowicza, Miłosza czy T.S. Elliota.

Lecz, skoro nie ma innej recepcji, dać trzeba szansę tej, która jest. Czy jednak ta konserwatywna krytyka, która tak chętnie anektuje autorkę do swojego obozu, przylega do Pomyłki… lepiej niż jej nowoczesne – powiedzmy liberalne i lewicowe – wcielenie? Czy potrafi mówić o Pomyłce tak, żeby wypchnąć ją poza swoją niszę, w jakąś przestrzeń ogólną, w której pomieści się każdy polski człowiek czytający. Jeśli nawet potrafi – najwyraźniej nie chce tego uczynić. Woli uprawiać rozważania o gatunkach literackich żywcem jakby wyjęte z podręczników strukturalistów, nie zauważywszy, że od jakichś kilkudziesięciu lat literatura odchodzi od czystych form gatunkowych. Tymczasem konserwatywna krytyka lubuje się w nieustannym zadawaniu autorce pytań rodzaju: „co pani w końcu napisała, opowiadania, eseje czy powieść?”. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Z wyższością starszych autorytetów udziela szczodrych rad młodej piszącej osobie (halo, nie jesteśmy już młodzi!): „może lepiej, gdyby pani to pisała w trzeciej osobie”; „a może spróbowałaby pani powieści historycznej”. Jakby szczytem krytyki literackiej było mentorowanie. A może cały ten akademizm, szukanie szufladek, dopasowywanie do definicji, przykrawanie do znanych wzorców i dobre rady – ma jedynie przykryć nieumiejętność mówienia o tym, co w literaturze żywe? Lub może w ogóle nie ważne co się dziś mówi, bo na końcu zawsze i tak jest ideologia?

Cóż, żal nam Kwaśnickiej. Nam, którzy chcemy widzieć w niej przede wszystkim głos pokoleniowy, lecz bez ideologicznych czy politycznych metek. Żal nam Kwaśnickiej, bo mamy wrażenie, że – mimo woli – wciągnięta została w nie swoją i nie naszą grę. W grę podstarzałych panów z „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej”, z „Polityki” i z „Do Rzeczy”. Stała się jedną z kart w ich odwiecznej rozgrywce wokół okrągłego stołu. Tymczasem my nie mamy nic wspólnego z ich solidarnościowymi przyjaźniami i nienawiściami, z ich ideowymi i personalnymi krucjatami, z ich bóstwami i obsesjami. „Dajcie nam myśleć po swojemu” – zdajemy się krzyczeć, lecz krzyczymy, stojąc po jednej lub drugiej stronie muru. I – czy tego chcemy czy nie – do naszych krzyków przyłączają się inni, którzy po tej samej stronie stoją. Mamy rację czy nie mamy – to nie ważne – po danej stronie krzyczy się zawsze tym samym głosem. Zaraz… czy nie o tym jest właśnie Pomyłka? O konieczności życia w świecie zaprogramowanym przez inne pokolenia? O konfrontacji idei, w które kazali nam wierzyć nasi nauczyciele z urzeczywistnieniem tych idei przez tychże nauczycieli uczynionym? O niemożności przemówienia własnym głosem?

Jest to opowieść o tym – mówi Zbigniew Chojnowski – że wyrosło w Polsce pokolenie, które zostało pozbawione znaków orientacji, które nie może żyć na własnych prawach, według własnych reguł, według własnych oczekiwań.

Chojnowski powiada również, że Kwaśnicka portretuje „pokolenie przejściowe”, lecz to zakłada jakieś „dokądś” – a czy my rzeczywiście dokądś przechodzimy? Może nie przejście, a wyjście należałoby raczej tu widzieć – wyjście zamknięte przez tych, którzy urządzili ten świat i zostawili nas, byśmy sami sobie z nim radzili. Może więc, jesteśmy pokoleniem wyjścia, pokoleniem exodusu.

***

Gdybyśmy zechcieli pochwycić eseistyczny wymiar Pomyłki i przeczytać ją komparatystycznie z inną eseistyczną książką – a mianowicie z Pokoleniem wyżu depresyjnego Michała Tabaczyńskiego – to być może dowiedzielibyśmy się jeszcze czegoś o tym przepływaniu pokoleń, które postawiło nas tu, gdzie jesteśmy. Jakże uderzająca jest odmienność tych książek. Różni je niemal wszystko. Styl, prosty i harmonijny u Kwaśnickiej, u Tabaczyńskiego jest do granic możliwości chaotyczny, rozedrgany, nieciągły. Spokojny i pozostający blisko rzeczy język Pomyłki kontrastuje z grą językową, słowotwórstwem i pełnym cytatów językiem Pokolenia… Nawet siatka kulturowych odwołań obu autorów jest całkowicie odmienna – możliwe, że nie dałoby się znaleźć ani jednej takiej samej książki, którą przywołują, ani filmu czy płyty – a kulturowych tropów jest w obu książkach niemało. Czy to możliwe, żeby dwie osoby urodzone w odległości zaledwie kilku lat (Tabaczyński to rocznik ’76), były aż tak bardzo różne? Coś tu chyba jest na rzeczy. I to coś nie tyle indywidualnego – bo przecież mogłoby zdarzyć się tak, że jest to kwestia li tylko różnic jednostkowych biografii – co pokoleniowego właśnie. Bo bez wątpienia są to książki aspirujące do portretu swojego pokolenia. Tabaczyński formułuje to już w tytule, a później – na przestrzeni całego eseju – zaświadcza nie tylko narratorem w liczbie mnogiej, ale i mnogością przywoływanych doświadczeń, które nie byłyby w stanie zmieścić się w żaden, nawet najdłuższy dzień (taka jest konstrukcja tej książki, jej „akcja” rozgrywa się w ciągu jednego dnia), nawet w najobszerniejszą indywidualną biografię. Kwaśnicka powiada zaś w posłowiu:

Pomyłka to zatem nie tyle opowieść o mnie, ile historia przedstawiciela pewnego pokolenia, człowieka urodzonego nie w porę, niewystarczająco ustosunkowanego, zmuszonego zająć stanowisko wobec całego szeregu rozczarowań.

Z powyższym cytatem właściwie powinien się zgodzić także autor Pokolenia… I jego bohater bowiem urodzony jest nie w porę, z pewnością też nie jest ustosunkowany, jeszcze pewniejsze, że na okrągło doznaje rozczarowań. Lecz jest to podobieństwo jedynie na poziomie ogólników. Gdy zejść do szczegółów, zobaczymy dwa odmienne pokolenia ludzi zasadniczo od siebie różnych. Ich jedynym bodaj wspólnym mianownikiem jest to, że czytają książki, choć – jak się rzekło – nie te same.

Słowem-kluczem opisującym pokolenie Tabaczyńskiego – jeśli wierzyć jego rozpoznaniom – jest depresja.

My, pierwsze pokolenie wyżu depresyjnego, pierwsze pokolenie zdiagnozowanej depresji, pierwsze pokolenie, które zna z doświadczenia mityczne wnętrza gabinetów psychiatrycznych, psychologicznych, psychoterapeutycznych, w których zapamiętale ćwiczymy wynurzenia z naszych odmętów. Pierwsze pokolenie, które zna dziwacznie brzmiące nazwy psychoaktywnych farmaceutyków […] Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które mówi o tym – w chwilach niezwykłej odwagi i brawurowej szczerości – otwarcie, a nawet namiętnie […] Czytamy depresyjne książki, oglądamy depresyjne filmy, gramy w depresyjne gry wideo, naszymi ulubionymi lekturami stały się […] biografie depresyjnych bohaterów masowej kultury. Żyjemy aktualizowanymi co jakiś czas statystykami samobójstw.

Depresja zaś jest konsekwencją – to już nasze rozpoznanie, chociaż Tabaczyński na nie naprowadza – głębokiej samotności tego pokolenia. Z kolei samotność ta – jeśli pokusić się o pewną interpretację – wynika z zerwania bądź rozluźnienia wszystkich więzi osadzających w istnieniu, jakoś ukorzeniających, tych więzi, które, jak się zdaje, uchroniły wcześniejsze generacje od wiedzy o „psychoaktywnych farmaceutykach”. W istocie dla dzisiejszych czterdziestokilkulatków – znów, jeśli wierzyć autorowi Pokolenia… – oparcia nie stanowi ani ich przestrzeń życiowa („miasto jest fantastyczną wprost maszynką do melancholii, instrumentem pędzącej depresji”), ani ich praca („ziewamy w pracy jak najęci – taki uroczy kalambur. Ziewamy, bo jesteśmy najęci, najemni robotnicy, galernicy biur i fabryk”), ani ludzie, którzy ich otaczają (bo wszystkie relacje z ludźmi odbywają się w cieniu własnych lęków, hipochondrycznych stanów czy obsesji). Jest to także „chwilowo jedyne może takie pokolenie – powiedziałbym – religijnie indyferentne, a może nawet (wedle polskich, dość wyśrubowanych norm) żarliwie ateistyczne” – a więc i duchowość nie przynosi im żadnego schronienia. Jakim więc cudem – moglibyśmy zapytać – tkwiąc w tak głębokiej i wielowymiarowej zapaści – ludzie ci jeszcze w ogóle żyją? A jednak żyją i – przynajmniej na powierzchni – mają się względnie dobrze. Myliłby się ten, kto wyobraziłby ich sobie jako egzystencjalnych ponuraków, ze smutną miną, w czarnych golfach, palących papierosy i zaczytanych w Sartrze. Ich strategia przetrwania jest inna. Polega na zgrywie, przymrużeniu oka, gorzkim uśmiechu i smutnej wyrozumiałości dla przywar tego świata, czasem może na wypisaniu się z niektórych jego obszarów (jak np. z automobilizmu albo religii), często na zobojętnieniu na bodźce, na indyferentyzmie, niekiedy na miękkiej negacji, która sprowadza się do Melvillowskiego „Wolałbym nie”. Postawa ta upodabnia ich do bohatera słynnej powieści Douglasa Couplanda, Pokolenie X, który po buntowniczych próbach zmagania się z rzeczywistością ustanowioną przez yuppies – wybiera ostatecznie strategię ironicznego dystansu. Czy jednak nie czyni to bohaterów Tabaczyńskiego jeszcze bardziej tragicznymi?

Trudno byłoby jednoznacznie wskazać, co doprowadziło do stworzenia owej depresyjnej przestrzeni, w której przyszło żyć polskim rocznikom 70. Prawdopodobnie jest to składowa wielu spraw, niekoniecznie od siebie zależnych; „to w nas – pisze Tabaczyński – zbiegły się wszystkie plagi, wszystkie katastrofy nałożyły się bezlitośnie na siebie”. Swoje zrobił zapewne kapitalizm (najbardziej depresjogenny z systemów, jak utrzymywał David Foster Wallace), w tym rodzimy tryb jego instalowania, który – nie patrząc na zasługi i przymioty charakteru – jednych wywyższył, innych skazał na „galery” w biurach i fabrykach. Przysłużył się – podążający w ślad za kapitalizmem – konsumpcyjny model życia, ze swą rozchwianą równowagą pomiędzy wzbudzaniem aspiracji i możliwościami ich zaspokojenia. Cegiełkę dołożył rozwój technologiczny, wymuszający większe tempo życia, co przyniosło – ramię w ramię z kapitalizmem i konsumpcjonizmem – kolejne katastrofy: ekonomiczne, społeczne, klimatyczne. Trudno pominąć również kulturowe mody, które uformowały ludzi, wchodzących w dorosłość na początku lat 90. „Jesteśmy pokoleniem fanów” – pisze Tabaczyński, myśląc o powszechnym zasłuchaniu w kultowe zespoły rockowe, na czele z Joy Division. Do tego literatura amerykańska. Na deser – skandynawscy pisarze. W końcu także kulturowy rewizjonizm w Polsce, przypadający na lata bezpośrednio po transformacji: środowisko Brulionu, „demitologizacja” i sprozaizowanie sztuki – co się dokonywało równolegle do zanikającej religijności, czy szerzej, duchowości. Skutkiem tego wszystkiego, a zapewne również wielu innych rzeczy, jest owo pokoleniowe poczucie bezsensu egzystencji. Tak jakby końcowym stadium nowoczesnego kapitalistyczno-demokratycznego projektu była doskonała indywidualizacja prowadząca do chronicznej depresji.

Doprawdy zadziwiające jest, jak pewne formacyjne konteksty pojawiają się, jak znikają nagle, jak przechodzą w coś innego. Nie sposób powiedzieć, dlaczego zaczynają się one w tym, a nie innym momencie, i dlaczego się kończą, gdy wydawałoby się, że powinny trwać dalej. Skąd biorą się te ostre cięcia, oddzielające jedno pokolenie od drugiego? Jak wytłumaczyć ich gwałtowność i – by tak rzec – bezwzględność?

Nasze pokolenie – to, które Marta Kwaśnicka właśnie nam opowiedziała – różni się od pokolenia Tabaczyńskiego. Inne jest w nim nawet to, co może wydawać się podobne. Wojciech Rusinek powiada, że „Melancholia to […] chyba najważniejszy temat Pomyłki” – ale czy nastrój tej książki można porównać do nastroju głęboko melancholijnego Pokolenia…? Czy w ogóle można go nazwać melancholicznym? Gdzież ma się podbarwiona rozczarowaniem, ale i nie pozbawiona wyższości diagnoza Kwaśnickiej do często uśmiechniętej, lecz zawsze na smutno, opowieści Tabaczyńskiego? Tu rysuje się zasadnicza różnica. Pokolenie wyżu depresyjnego jest bowiem głęboko pesymistyczne. A Pomyłka to w zasadzie konstruktywny projekt intelektualny. Owszem, Kwaśnicka punktuje współczesność na każdym kroku – nie mamy wątpliwości, że uważa ją za epokę podłą, promującą miernotę i konformizm, blokującą lub wręcz pogrążającą ludzi wrażliwych; epokę nieuzasadnionych nierówności ekonomicznych i społecznych; epokę rozchwianą moralnie, z której usunięto – by użyć określenia Chojnowskiego – znaki orientacji. Lecz wszystkie wymienione przymioty naszych czasów sprawiają, że narratorka Pomyłki, pozostając trochę na uboczu tych czasów, niejako równolegle, świadomie i konsekwentnie – konstruuje swój egzystencjalny program. Jest to projekt, który w sprzyjających okolicznościach można by wdrożyć w życie. Nie ma aż tak wielkiego znaczenia, że okoliczności te jeszcze nie nadeszły, bo samo posiadanie w szufladzie gotowego programu daje w tym przypadku dużo nadziei. Gdybyśmy musieli wskazać jeden zasadniczy temat tej książki – nieco abstrahując od losów jej bohaterki, pamiętając jednak o kontekście w postaci innych książek Kwaśnickiej – byłoby nim właśnie to: wykuwanie własnego programu na tle zastanej rzeczywistości. Przyznać musimy, że jest to gest twórczy, konstruktywny i optymistyczny.

***

Program Kwaśnickiej budowany jest na europejskiej kulturze. Brzmi banalnie, lecz nikt z naszego pokolenia w taki sposób i tak szeroko tego nie robił. Gdy mówimy o sposobie – mamy na myśli swoistą dekonstrukcję i rekonstrukcję wybranych tradycji kulturalnych. Kiedy wspominamy szerokość tego gestu – chodzi nam o swobodne sięganie do różnych punktów historii, wydobywanie z niebytu wybranych wydarzeń i postaci. Nie jest to więc komentarz do modnych zagadnień naszej epoki, a raczej próba stworzenia własnego, wynikającego z osobistych poszukiwań – katalogu kulturowych wzorców. Patrząc na efekty, nazbyt skromne wydają się opisy drogi (zresztą także właściwej dla pokolenia pozbawionego nauczycieli), która prowadziła do tego dokonania:

Moje lektury były kapryśne i nieprzewidywalne, jak zwykle bywa w przypadku samouków, którym los nie postawił na drodze żadnego prawdziwego doradcy. Jedna książka sprowadzała drugą, a ta kolejną. Wyważałam wiele otwartych drzwi, dokonywałam fascynujących odkryć, które dla nikogo poza mną nie były ciekawe.

Katalog ten często ociera się o dzieła uniwersalne, o kanon, choć chętnie uprawia Kwaśnicka również szperactwo wokół głównego nurtu tego kanonu. Są więc długie rozważania o Hamlecie czy Braciach Karamazow, ale także nieznane prawie zupełnie postacie, jak przywoływana już Vittoria Colona, przyjaciółka (mieszczącego się zapewne w kanonie) Michała Anioła.

Warte podkreślenia jest owo nieco postmodernistyczne podejście do tradycji. Bo jak inaczej nazwać esej o pisarzu nieistniejącym, niejakim Miguelu Quirodze? Ów Borgesowski gest – zresztą przepięknie poprowadzony – to czytelna deklaracja Kwaśnickiej: jeśli czegoś mi w naszej tradycji brakuje – wymyślam to. Jeśli przydałby się w nam taki pisarz jak Quiroga – niech zostanie dopisany. Kryje się w tym geście jakiś ogromny potencjał dla współczesnej kultury polskiej, która jest w wielu obszarach kulturą zapomnienia, kulturą braku i kulturą tabu – co trafnie punktował Gombrowicz, mówiąc o naszej narodowej niedojrzałości. Bo niedojrzałość wynika także z niedostatku wspólnotowych doświadczeń, z przekłamywania własnej historii, z próby przemilczenia tego, co nas ukształtowało. Chyba tylko odważna i twórcza rekonstrukcja tradycji może coś na to poradzić.

W jednym jednak pokolenie roczników 80. – przynajmniej to, które wyłania się spod pióra Marty Kwaśnickiej – kontynuuje linię wytyczoną przez poprzedników. Jest to pokolenie indywidualizmu. Albowiem Pomyłka to manifest osobisty. Poszukiwania Kwaśnickiej mają charakter kameralny. Jej dylematy rozstrzygają się we wnętrzu jednostki. Jej wybory dotyczą przede wszystkim jej życia. Co prawda diagnoza współczesności odbywa się być może w optyce pokolenia, wspólnoty, jest doświadczeniem współdzielonym. Jednak już ów pozytywny program, czyli ta ważniejsza, wypracowana przez autorkę odpowiedź na nasze pokoleniowe rozterki – zdaje się być odpowiedzią prywatną.

Niech dowodem na to będzie potraktowanie wątku rodzinnego. Pojawia się on przede wszystkim w dwóch opowiadaniach. W Moskiewskiej świadkujemy rodzinnej uroczystości u dalszych krewnych na polskiej prowincji (ulokowanej w południowo-zachodniej części kraju, ale jest to w tym przypadku bez większego znaczenia). W Ignazu przy pomocy ciekawej formuły narracyjnej (pianino, czy nawet szerzej, kultura muzyczna robi tu za przewodnika po dawnych czasach) poznajemy główne gałęzie drzewa genealogicznego narratorki. Obie te części Pomyłki są wciągające, ładnie skonstruowane i po prostu ciekawe. Czytelnik mógłby mieć jednak nadzieje, że będą czymś ponad to. Jakimś osadzeniem losów narratorki? Pokazaniem jej jako ogniwa zaprezentowanej rodzinnej wspólnoty? Tymczasem nic ważnego z przywołania losów przodków nie wynika. Przypominają one nieco, wydawane współcześnie masowo, wspomnienia rodzinne najróżniejszych ludzi, pełne smakowitych anegdot, barwnych bohaterów, niesamowitych historii, po przeczytanie których mamy ochotę zapytać: „i co z tego”? Kwaśnicka chyba zdaje sobie z tego sprawę, bo w jednym z przywołanych opowiadań kwituje rzecz chłodno i dosadnie: „jeśli szuka się twardego jądra własnej tożsamości, zdecydowanie lepiej jest odnaleźć je w sobie”. W sobie – moglibyśmy dopowiedzieć – a nie w rodzinie. Bo tradycja rodzinna stanowi dla bohaterki Ingaza „jedynie zbiór eleganckich, okołowojennych opowieści”. Czy jednak na pewno brak jakiejś jednej nadrzędnej idei, która układałaby te „opowieści” w sensowną tożsamościowo narrację usprawiedliwia również brak rodzinnych więzi? Czy nie jest to aby tłumaczenie wygodne i jakoś podprowadzone pod tezę?

Bo czy rola wspólnoty rodzinnej sprowadza się jedynie do tego, żeby była ona źródłem intelektualnych podniet? Czy nie chodzi w niej również o to, żeby – mimo różnic w poglądach, w poziomach wiedzy i zdolności – trwać we wspólnym doświadczaniu świata? Sprowadza się to na końcu do pytania: czy bardziej prawdziwy, bardziej rzeczywisty jest świat widziany oczami samotnego obserwatora, zamkniętego we własnej egzystencji – czy może jednak ten widziany z wnętrza wspólnoty, wynikający również z pozostawania w nieusuwalnej relacji z innymi ludźmi?

Myśląc o tym, chciałoby się nam, tęskniących wciąż za swoimi dziadkami, i z wiekiem coraz częściej dostrzegającym, jak wiele ich cech nas ukształtowało – zestawić Pomyłkę na przykład z książkami Jeana d’Ormessona – i pokazać, że można inaczej, że pokolenie nie musi oznaczać najważniejszego wspólnotowego paliwa, że ważniejsi są przecież nasi najbliżsi, ci co byli przed nami i ci co przyjdą po nas. Że więzy oparte na bliskości poglądów i inicjacyjnych doświadczeń, na usytuowaniu w tej samej społecznej przestrzeni, w końcu na podobieństwie peselu – są marnym substytutem relacji rodzinnych stanowiących nasze pierwotnym zakorzenieniem. Te korzenie można próbować odciąć, można udawać, że ich nie ma, lecz nie sposób zamienić ich na inne.

Pisząc to zdajemy sobie przecież sprawę, że zapewne to Kwaśnicka ma rację. A mianowicie, że z powodu urodzenia w ostatniej kwarcie XX wieku nosimy na sobie skazę indywidualizmu i że raczej się jej – jako pokolenie – już nie pozbędziemy. Tym samym skazani jesteśmy na ustanawianie egzystencji na własną rękę, bez oparcia w tym, w czym szukać oparcia mogli nasi przodkowie. Bez rodziny, bez stałego miejsca, bez znanego od dzieciństwa uniwersum przedmiotów i znaczeń. A jedyna forma wspólnotowości, jaka jest nam dostępna, to nietrwałe sojusze zbudowane na wątłych, wspólnych dla naszej generacji doświadczeniach, których pamięć przeminie tak, jak przeminęła nasza młodość. Zaś nasze pokoleniowe powieści zawsze już ciążyć będą ku pojedynczym autobiografiom, po przeczytaniu których mówić będziemy – parafrazując zdanie z Autobiografii każdego z nas Gertrudy Stein – duchowej opiekunki tak zwanego straconego pokolenia (do którego należeli m. in. Hemingway, Faulkner, Fitzgerald czy Remarque): „Marta Kwaśnicka napisała swoją [autobiografię], teraz każdy będzie pisał swoją.”

A może jednak się mylimy? Może opowiedzenie sobie naszych autobiografii będzie punktem wyjścia do przezwyciężenia indywidualizmu, do poszukiwania tożsamości nie tylko we własnych losach? Jeden z bohaterów powieści Douglasa Couplanda powiada: „Albo nasze życie stanie się opowieścią, albo będzie nie do wytrzymania”; i faktycznie, w zakończeniu Pokolenia X znużeni swą średniacką egzystencją, pogrążeni w rezygnacji i ironicznym dystansie przedstawiciele owego amerykańskiego pokolenia (tak niepokojąco podobni do nas) – zaczynają zabawę polegającą na opowiadaniu „bajek”. Być może również Pomyłka powinna być zachętą do takiej zabawy.

 

Piłsudski przedziałowy

Jadąc zatłoczonym pociągiem – pociągiem relacji Kraków-Warszawa, co jednak nie ma żadnego znaczenia dla opowiadanej tu historii – w dzień czerwcowy poprzedzający Boże Ciało, w trzydziestostopniowym upale, stojąc na przedziałowym korytarzu, obok licznych pasażerów zajmujących taką samą wygodną miejscówkę – wyciągnąłem z plecaka książkę Pawła Rzewuskiego. Sama ta czynność wydawała się graniczyć z niemożliwością, nie mówiąc już o czytaniu w gwarze rozmów, wzajemnych pretensji, szturchania ludzi co raz to przechodzących – nieraz wielokrotnie – w dobrze znanym kierunku za niecierpiącą zwłoki potrzebą.

Zacząłem jednak czytać. I stawały przed oczami kolejne obrazy, dość odległe zdawałoby się od tego otoczenia ciasnego, zatęchłego, pospolitego. Jakież to obrazy? Oczywiście Piłsudski, który samą swoją osobą mógłby wypełnić każdą książkę. Jako wódz, strateg, polityk. I jako człowiek, więcej, jako dziejowa postać. Ale nie sam Piłsudski. Bo książka Pawła Rzewuskiego nie mówi tylko o Marszałku, a może nawet nie głównie o nim. Szukając bowiem najważniejszych elementów filozofii Piłsudskiego (skąd jej tytuł, Filozofia Piłsudskiego), próbując zrekonstruować jego system myślowy – wychodzi daleko poza to, co związane jest z postacią głównego, jak mogłoby się zdawać, bohatera.

Autor kreśli bowiem całą konstelację polskich (i niepolskich) tradycji intelektualnych, które jego zdaniem ukształtowały Piłsudskiego, określając niekiedy jego modus operandi w konkretnych sytuacjach i wyborach.

Jest więc tu polska tradycja szlachecka, ze swą uwielbioną wolnością, skarykaturowaną w liberum veto, ale również z honorem, heroizmem, bezinteresownością. „Bycie obywatelem [I Rzeczpospolitej] – pisze Rzewuski – wiązało się z osiągnięciem dojrzałości politycznej i ciągłą gotowością do poświęcenia się dla wspólnoty. Łączyło się to z ofiarnością i nonkonformizmem sprzecznym z ideałami mieszczańskimi”. Bycie obywatelem wiązało się także dla ludzi tamtych wieków z postrzeganiem Polski jako konglomeratu narodów: „Piłsudski, sam wywodzący się przecież z litewskiej szlachty, rozumiał polskość właśnie jako formę cywilizacyjną, a nie naród etniczny.”

Obok sarmackości stoi związana z nią filozofia i polityczność antyczna, nie tylko ta rzymska, na którą lubili powoływać się XVII-wieczni magnaci, ale również tradycja arystotelesowska, a także Platońska filozofia idei. Możne niektórych dziwić, jak często odwołuje się Piłsudski do pojęcia cnoty jako fundamentu wartości osoby publicznej. Ta cnota, rzecz jasna, przepuszczona jest przez filtry tożsamości XIX- i XX-wiecznej. A więc nieobcy pozostaje Marszałkowi zarówno pozytywizm, z wiarą w możliwości organicznego działania, jak i nietzscheanizm wprowadzający wolę mocy i elitaryzm ducha, kult jednostki.

[Piłsudski] jest przekonany o istnieniu wielkich ludzi, tych, którzy są w stanie pogodzić ze sobą dwie przeciwstawne siły – fatum i virtu, czyli energie i siły pozwalające na opanowanie losu. Przeznaczony do polityki jest ten, który potrafi opanować ją za pomocą własnej woli.

Faktem jest jednak – jak pokazuje Rzewuski – że przekonanie o wyjątkowości jednostek nigdy nie idzie u Piłsudskiego w parze z pogardą dla słabszych, przeciwnie.

Piłsudski w prosty sposób nie stawiał się poza panującym porządkiem i nigdy nie odcinał się od tradycji. Brakuje w jego koncepcjach pogardy w stosunku do ludzi słabych. Zbyt wiele w jego deklaracjach (i czynach) poświęcenia i altruizmu przy całkowitym braku resentymentu, aby móc go uznać za realizatora postulatów Fryderyka Nietzschego.

Lecz trzeba stwierdzić, słusznie może odcinając się od Nietzschego, że tym, co nas pociąga w Piłsudskim, bywa niejednokrotnie jego występowanie przeciwko utartym schematom działania i myślenia:

Carlyle [popularny w czasach Piłsudskiego] nie pozostawiał złudzeń. Wielkim człowiekiem, wielkim wodzem może być ten, kto przekracza obowiązujące prawa, ten, dla kogo są one jedynie gorsetem ściskającym wielkich.

Ważny wydaje się jednak sposób wyzwalania z tego gorsetu. W sposobie Piłsudskiego znaleźć można wiele nut znanych z polskiej tradycji żołnierskiej, łączących heroizm, ułańską fantazję i dobrą męską przyjaźń. Nut uwiecznionych chyba najmocniej w trylogii Sienkiewicza, a uwiecznionych tak głęboko i tak trwale właśnie dzięki swej ponadczasowej atrakcyjności. Tak jak z powieści Tolkiena czy rozmaitych narracji przygodowych przebija z nich nie tylko przygoda, ale także szlachetność i dobroć bohaterów. Mówił Piłsudski:

I oni, jak wszyscy dobrzy żołnierze, szukali szczęścia i uśmiechu życia, lekkomyślnie lekceważyli dobra materialne, a zachowali przez całe życie przywiązanie dla przyjaciół i naiwną wiarę Don Kichota, rycerza, sprzeciwiającego się zepsuciu i łajdactwu.

W takim duchu można by chyba również postrzegać rewolucyjność Piłsudskiego. Rewolucyjność chwilami socjalistyczną, ale częściej rewolucyjność rozumianą po prostu jako kierowane szlachetnością podążanie wbrew. Że owo wbrew znaczyło w Polsce często zgodnie z duchem narodu, a niezgodnie z narzuconą władzą – to już inna sprawa. Dowodzi Rzewuski – chyba dość przekonująco – jak przedmiotowo traktował Piłsudski socjalizm, zwłaszcza ten spod znak związku sowieckiego. Powiadał bowiem Marszałek:

Gdybym się spotkał w owe czasy z socjalizmem warszawskim, negującym otwarcie sprawy narodowościowe i występującym przeciwko tradycji powstańczej, byłbym tak opornym na jego wpływy, że razem z tymi niepotrzebnymi, według mnie, dodatkami odrzuciłbym i samą ideę socjalistyczną. Petersburski socjalizm nie wymagał tej ofiary ode mnie, a zarazem dawał mi pewną nić przewodnią, pewien światopogląd, który wobec rozbicia poprzedniego z łatwością zajął jego miejsce.

Najwyraźniej wybrzmiewa jednak z Filozofii Piłsudskiego zakorzenienie Marszałka w myśli romantycznej. Wychodzi tu autor poza stereotypowe stwierdzenia w stylu „Słowacki był ulubionym poetą matki Piłsudskiego” i pokazuje żywy, i bardzo wielopłaszczyznowy jego związek z poezją wieszczów. Zwłaszcza, faktycznie, Słowackiego, bo to jego Piłsudski cytuje na wyrywki i parafrazuje w przemówieniach. Można w tym widzieć – jak się zwykle czyni – siłę tej poezji, którą Piłsudski dostrzegał i próbę wykorzystania tej siły w retorycznych celach. Można jednak również dostrzec tu swoistą filozofię Piłsudskiego, w której wielkie sprawy tego świata, w tym sprawy publiczne i polityka – pozostają w ścisłym związku z językiem. Mówiąc inaczej, polskość rozumiana szeroko, jako wielka romantyczna idea, nie istnieje poza językiem, bo język jest jej paliwem i środkiem jej wypowiedzenia. Słowacki chciał tę polskość przenieść do języka w sensie totalnym. Tam chciał ją zrekonstruować i dać Polakom, ciągle jeszcze zwykłym zjadaczom chleba, jako zadanie, które „przerobi ich w aniołów”. Piłsudski wychodząc z podobnych pozycji – żeby przywołać jedynie jego słynny bon mot, że Polska to „wielki naród, tylko ludzie ch…” (lub w żeńskiej wersji ze słowem na k) – zdaje się zmierzać raczej ku Mickiewiczowskiemu połączeniu słowa i czynu. Zaiste, nie ma chyba w polskiej historii innej postaci, która z takim sukcesem potrafiła pogodzić sferę działania (na pierwszym planie) i tegoż działania duchowej podbudowy. Która potrafiła, nie schodząc z panteonu duchowych spraw, podejmować polityczne decyzje i przesuwać na mapie kolumny wojsk. W tym sensie jest Piłsudski jakimś ucieleśnieniem snu romantyków o Królu-Duchu czy o czterdzieści i cztery. Jest, jakkolwiek sam się od takich sugestii, formułowanych przez jego wyznawców, bardzo mocno odcinał – cóż, była to już inna epoka i inna duchowość, pomimo że idea pozostała mniej więcej ta sama.

Zanurzywszy się w książce Pawła Rzewuskiego i w tych wszystkich rozmyślaniach, o których co nieco powyżej – nie spostrzegłem nawet, jak na moim przedziałowym korytarzu zrobiło się jakoś przestronniej. Gorący letni wiatr wpadał przez otwarte okna, przynosząc powietrze znad pagórkowatych pól, poprzecinanych tu i tam leśnymi zagajnikami oraz wiejskimi chałupami stojącymi z osobna i w niedużych skupiskach. Pasażerowie nie przemieszczali się już tak namiętnie w tę i z powrotem. Zaczęły się jakieś rozmowy, żarty na trudy wspólnego podróżowania, uśmiechy. I pomyślałem, że może jeszcze nie wszystko stracone, że może ta otaczająca mnie polska rzeczywistość, która codziennie daje tyle powodów do rozczarowań, ma wciąż pod powierzchnią ten żywioł wolności, wielkich ideałów, tę polskość – która jest wieczną ideą.

Kawiarnia w Wieluniu

Idąc od Muzeum Ziemi Wieluńskiej (dawniej klasztor bernardynek) w stronę Starego Rynku (dziś Plac Niepodległości), na rogu z ulicą Narutowicza – spostrzegłem kawiarnię. Kawiarnia – nic szczególnego, ot, prosty parterowy budynek, na oko późny Gomułka lub wczesny Gierek po neokapitalistycznym liftingu. Ale witryny – obszerne. Ale kontuar – na całą długość sali. Ale sala – wielka, jakby do tańca. Można stanąć – jeśli się jest takim przypadkowym przechodniem jak ja – i z zachwytem patrzeć. Na środku sali kilka okrągłych stolików. Przy jednym z nich babcia z wnuczkiem. Babcia po jednej stronie stołu, coś wnuczkowi tłumaczy. Wnuczek naprzeciwko, trochę słucha, na tyle, na ile pozwala mu uwaga skupiona na dużej napoleonce, którą ma przed sobą. Siedzi wyprostowany, wygląda dostojnie, poważnie, jakby dostosowywał się do nastroju tej chwili, która ma w sobie coś z rytuału. Są ferie – uświadamiam sobie – wtorek lub środa, gdzieś koło południa, paskudny chłód lutowy. Ale ferie, i babcia, i wnuczek, i napoleonka. Przypominam sobie wakacje, te letnie i te zimowe, które spędzaliśmy w Opatowie. Nie, nie chodziliśmy do cukierni, w ogóle rzadko wychodziliśmy do miasta, spędzając czas w przepastnym domu dziadków, na podwórku, w polu. Graliśmy w Znanego Człowieka, słuchaliśmy babcinych opowieści, ganialiśmy się po łąkach i polach jako żołnierze samozwańczej armii. Lecz miały te nasze pobyty u dziadków zawsze jakąś odświętność, coś właśnie z rytuału, który nadawał zwykłym szarym dniom tygodnia powagi i dostojeństwa. Coś podobnego zobaczyłem wtedy w Wieluniu, za oknami cukierni, w postawie tego chłopca i w jego oczach utkwionych w napoleonce. I może dlatego jest to pierwszy obrazek, który przychodzi mi do głowy, gdy myślę o tym mieście.

Drugie skojarzenie, chronologicznie wcześniejsze, jest zupełnie innej natury. Nijak się ma do tamtej sentymentalnej podróży w lata dziecinne, lecz cóż, także i ono sprawiło, że zainteresowałem się Wieluniem. Otóż, przeczytałem gdzieś o licznych studentach Akademii Krakowskiej w wieku XV i XVI, którzy wywodzili się właśnie z tego niewielkiego miasteczka leżącego na pograniczu Wielkopolski, Małopolski i Śląska. Następnie przeczytałem o szkole kolegiackiej, która w tym miasteczku działała, i szkole pijarskiej, późniejszej nieco, lecz niemniej zasłużonej. Wydały mi się niezwykłe te ścisłe średniowieczne związki z kulturalną stolicą Polski. Zadziwiła intelektualna wielkość dawnego Wielunia. Rodziły się pytania o jej genealogię, jej dzieje i powody jej kresu.

Jest i trzecie skojarzenie, a może raczej trop. Mój brat, Marcin napisał mi kiedyś w mailu: „jestem pod wrażeniem sytuacji w Wieluniu – mają rocznik naukowo-regionalny (wszystkie numery w Internecie), mają Wieluńskie Towarzystwo Naukowe. Przy 22 tys. mieszkańców”. Sprawdziłem, faktycznie. Rzecz zupełnie niespotykana, żeby miasto tej rangi czyniło rzeczy, o które trudno nieraz w miastach znacznie większych. Periodyk naukowy, regularnie wydawany, prowadzący dogłębne badania o regionie. Do tego zarchiwizowany niemal w całości i dostępny w Internecie. Grono ludzi żywo zainteresowanych przeszłością regionu i prowadzących nad nią badania. Jakoś nie pasowało to do tego miasta? Kłóciło się z jego rangą zapomnianego miejsca, gdzieś pośrodku Polski. A może – pojawiła się wątpliwość podszyta nadzieją miłośnika prowincji – te rangi, które skłonni jesteśmy przypisywać miastom, niewiele wspólnego mają z rzeczywistością? Może są odbiciem tylko jakiejś sztucznej plastikowej wielkości kolorowych ekranów i nie oddają prawdziwych wartości, którą siedzą pod powierzchnią życia tych wspólnot.

Jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało – od tych trzech spraw zaczęła się moja znajomość z Wieluniem. I chyba już wtedy wydawało mi się to nieprzypadkowe. Dziś widzę, będąc z Wieluniem w większej nieco zażyłości, jak te trzy sprawy, na pozór od siebie odległe, są w istocie bliskie. Jak różne poziomy życia społeczności, choćby rozrzucone w czasie i jakoś jednoznacznie ze sobą niepowiązane, jednak oddziałują na siebie. I nadbudowują coś, co można by chyba nazwać tradycją kulturalną, tą najbardziej cenną, bo konkretną, zakorzenioną w miejscach i uosobioną w ludziach.

*

Długo szukałem punktu, który pozwoliłby mi spojrzeć na Wieluń. Uchwycić te jego rysy, które wydawały mi się istotne, które mogłyby powiedzieć coś ważnego o jego przeszłości, o dawnych i obecnych mieszkańcach. Odkryć coś, co można by nazwać specyfiką miejsca, ale na jakimś głębszym niż potoczne wyobrażenie poziomie. Odszukać nici owej tradycji kulturalnej, która mnie tutaj przyciągnęła.

Nie znalazłem tej perspektywy w książkach Tadeusza Olejnika, choć są one bezcenną kopalnią wiedzy o Wieluniu. Autor ten, kiedyś historyk Uniwersytetu Łódzkiego, później długoletni dyrektor Muzeum Ziemi Wieluńskiej, do dziś animujący życie intelektualne wokół miejscowego Towarzystwa Naukowego – wie o swoim mieście chyba wszystko. W zakłopotanie wprawić może jego wielka monografia miasta. Jego liczone chyba w setki artykuły i książki, opisujące każdy aspekt życia miasta – od militariów po kulturę. Nic bym więc pewnie o Wieluniu nie napisał, gdyby nie lektura części owego dorobku. Jednak ma on również jedną niewdzięczną cechę wielu dzieł, których autorami są historycy. Zasypuje morzem faktów, wydarzeń i nazwisk – nie pokazując ani przez chwilę żywego człowieka. Zatem, poznawszy biogramy wielu rektorów pijarskiego kolegium, zasłużonych urzędników, działaczy, artystów i uczonych, którzy się w ciągu wieków przez Wieluń przetoczyli – odczuwałem pewien niedosyt, powiedzmy literacki. Bo chciałoby się przecież usłyszeć wieluńską ulicę z lat 20. minionego wieku, przespacerować przez Stary Rynek z jeszcze niezburzoną farą, posłuchać, co kto mówi, popatrzeć co robi. Zobaczyć żydowskich tragarzy z wózkami, chłopów zjeżdżających wozami na piątkowy targ, wejść do sklepu kolonialnego i kupić tytkę słodyczy. Oczekiwanie, powie ktoś, wygórowane. Ale – jak się okazuje – nie beznadziejne.

W taką właśnie podróż w wieluńskie międzywojnie za pośrednictwem swoich wspomnień zabrał mnie bowiem Jan Tyszler. Znany głównie z wieloletniej pracy w telewizji, gdzie był reżyserem światła i operatorem obrazu, absolwent łódzkiej filmówki, człowiek wielu pasji – lecz dla mnie przede wszystkim Wielunianin z wielkim darem do malarskiego opowiadania przeszłości. Owszem, że te wieluńskie wspomnienia Tyszlera stanowią zaledwie niewielką część jego książki. Jest ich jednak na tyle dużo i w takiej podane są formie, że otwierają okno wyobraźni do przeszłości miasta, nie tylko tej, której autor świadkował, ale również – mam takie wrażenie – wcześniejszej, której ta przedwojenna była kontynuacją.

*

Do tego okna wyobraźni, które mi się wyżej pod pióro wkradło, prowadzi jednak Tyszler szlakami całkiem przyziemnymi, ot choćby, nomem omen, przez okno mieszkania swoich rodziców:

Balkon w naszym mieszkaniu od strony rynku to była dobra rzecz! Mieliśmy widok na całe miasto. Z lewej ulica Ogrodowa, w głębi już na Reformackiej widoczny kościół i klasztor Franciszkanów, nieco w prawo kościół i klasztor Augustianów, dziś parafialny, na wprost Nowy Rynek, dalej Stary Rynek i widok na kościół św. Józefa (popijarski). Centralnie widoczna była wieża ratuszowa, wieńcząca bramę Krakowską […] Po prawej stała fara z wieżą zegarową, w głębi kościół i klasztor Bernardynek, browar i dalej na prawo kościółek św. Barbary. Z przodu zaś w pobliżu Starego i Nowego Rynku kościół ewangelicki.

Taka topografia Wielunia, widziana z balkonu kamienicy przy Nowym Rynku przez małego Jasia Tyszlera jest w jakimś sensie znamienna. Dwie, trzy budowle świeckie (w tym browar) i szereg świątyń górujących nad miastem. Kościoły parafialne i klasztorne. Dostojna fara, stojąca przy Starym Rynku, z przeszłością sięgającą XIII wieku. Dziedzictwo historii miasta, na które przez wiele stuleci, właściwie aż do XIX wieku, największy wpływ wywierało duchowieństwo. Tadeusz Olejnik pisze o tym z niejakim zgorszeniem:

W mieście było aż 5 klasztorów: augustianów, pijarów, bernardynek, reformatów i paulinów. Było w nich ogółem 66 zakonnic, zakonników i laików. Łącznie z 5 księżmi kościoła parafialnego było w Wieluniu 71 osób duchownych; stanowili oni aż 8% populacji miasta. Jeśli uwzględni się ponadto fakt, że w znacznej mierze na barkach mieszczan pozostawało utrzymanie kilkunastu osób stanu duchownego piastujących różne stanowiska w kolegiacie wieluńskiej, uprzytomni nam ogrom obciążeń rozbudowanego stanu duchownego. Był to ewenement w skali ogólnopolskiej.

Niejaki Holsche, zdaje się, że urzędnik pruski przysłany do Wielunia w 1804, odnotowuje ponadto, że „[mieszkańcy Wielunia] mają wielką skłonność do bigoterii, co znajdującym się tam klasztorom dawało utrzymanie”.

Podobnego zdania musieli być Stanisław Kostka-Potocki i Ksawery Drucki-Lubecki, gdy jako ministrowie Królestwa Polskiego zmierzali do ograniczenia pozycji duchowieństwa. Ten pierwszy, oświeceniowy liberał spod znaku Woltera, autor Podróży do Ciemnogrodu doprowadził podobno do likwidacji ponad 60 kościołów i kolegiat. Nie wiem, czy jakikolwiek minister w historii Polski – poza carskimi namiestnikami po 1864 roku – może poszczycić się takim osiągnięciem. Była to być może zdrowa reakcja na to połączenie pozycji kleru z jego moralną degeneracją, która w końcu wieku XVIII osiągnęła chyba swoje apogeum. Kto nie wierzy, niech poczyta biskupa Krasickiego. Trudno się więc dziwić Kostce-Potockiemu, tak jak trudno się dziwić dzisiejszym kontynuatorom jego przekonań, którzy widzą powtarzającą się sytuację – wszak w innych dekoracjach – ponad dwa wieki później. Niemniej jednak programowa walka z duchowieństwem, równolegle ze swym ozdrowieńczym działaniem, wycinała to wszystko, co również dzięki duchowieństwu udało się w przednowoczesnej Polsce stworzyć. Na przykładzie Wielunia, tak silnie wyrosłego ze społecznej obecności Kościoła, widać to bardzo dobitnie. Za dowód niech posłużą tu dwa obrazki – jeden z historii życia intelektualnego, drugi z praktyki życia codziennego.

*

Wspomniałem już o szkole wieluńskiej. Ma ona godną przywołania historię. Otóż wiadomo, że już w XIV wieku istniała w Wieluniu szkoła parafialna. W latach 20. XV wieku – gdy być może uczył się w niej Jan Długosz – miała ona status szkoły kolegiackiej. Pozostawała w silnym związku z władzami kościelnymi, ale też z władzami miejskimi. Obie one decydowały o wyborze rektora szkoły. Jego pensję opłacano z miejskiej kasy. Zresztą, prawdopodobnie to z inicjatywy co znaczniejszych mieszczan, którzy mieli ambicje, by kształcić swoich synów – doszło do powstania szkoły kolegiackiej.

Nie bez przyczyny Andrzej Trzecieski, renesansowy pisarz i poeta, powiedział: „Szczęśliwy Wieluń, który chlubi się tylu znakomitymi synami”. Jan Długosz, pochodzący z nieodległego Niedzielska, jest bez wątpienia najwybitniejszym przedstawicielem ziemi wieluńskiej tamtych czasów. Jest on także jednym z pierwszych studentów, którzy z Wielunia trafili do Akademii Krakowskiej (Uniwersytetu Jagiellońskiego). Ze statystyk uczelnianych wynika, że w wieku XV było takich studentów łącznie 43, w wieku następnym 44. Niemało, jak na skalę ówczesnej działalności stołecznego uniwersytetu. Zjawisko to stało u podstaw hipotezy, że w Wieluniu funkcjonowała być może filia Akademii Krakowskiej. Wydaje się jednak, że niekoniecznie musiało tak być. Patrząc na model funkcjonowania średniowiecznego uniwersytetu stwierdzić można, że była to struktura oparta w dużej mierze na bezpośrednich międzyludzkich relacjach. I nie mam tu na myśli jedynie relacji mistrz-uczeń, która była istotą takich uczelni, ale także te mniej formalne związki, znajomości, pokrewieństwa. Wydaje się, że w takim systemie jeden student, zwłaszcza wybitny, ciągnął za sobą kilku następnych. Bo i tym następnym łatwiej było się zakorzenić na uniwersytecie, gdy mieli już przetarte szlaki. Z drugiej strony zapewne także uczelnie chętniej patrzyły na młodzież pochodzącą z tych samych stron, z których wywodził się ten a ten utalentowany człowiek. Nie zmienia to jednak faktu, że szkoła kolegiacka była w tamtym czasie ważnym ośrodkiem edukacyjnym, nie tylko jako trampolina do najważniejszej uczelni w kraju, ale również przez swą wartość naukową. Warto tu wspomnieć jeszcze przynajmniej dwóch absolwentów tej szkoły.

Michał z Wielunia, syn mieszczanina, przeszedł podobną ścieżkę co Długosz. A więc najpierw szkoła kolegiacka, a od 1466 roku Uniwersytet Krakowski, gdzie w 1474 roku uzyskał stopień magistra. W 1481 został dziekanem Wydziału Filozoficznego. Znał biegle hebrajski, prawdopodobnie też grekę. Współcześni uważali go za wybitnego filozofa i badacza przyrody. W czasie pełnej przygód, z porwaniami włącznie, pielgrzymki do Ziemi Świętej zmarł w 1487 na wyspie Rodos, gdzie został pochowany.

Mniej więcej pół wieku później w mury uniwersytetu w Krakowie wkroczył Hieronim Spiczyński – syn pisarza miejskiego, Bartłomieja Półkonia. Człowiek, który przy krakowskich drukarniach z jednej strony, a przy królewskim dworze z drugiej – zrobił nie lada karierę. Przetłumaczył z łaciny na polski Księgę Koheleta, wydaną pt. Ecclesiastes, czyli księgi Salomonowe, które polskim wykładem kaznodziejskie mianujemy u H. Wietora w 1522 roku. Był również medykiem, nie byle jakim, bo nadwornym medykiem Zygmunta Augusta. Medykiem, a więc – na ten czas – specjalistą w wielu dziedzinach, z zielarstwem na czele, napisał nawet księgę O ziołach tutecznych i zamorskich i o mocy ich, a k temu księgi lekarskie wedle rejestru niżej napisanego wszem wielmi użyteczne. Wydała ją wdowa po Florianie Unglerze, innym znanym krakowskim wydawcy, w roku 1542. Dał się poznać Spiczyński także jako orędownik języka polskiego, na wiele lat przez Mikołajem Rejem. Wygłaszał kazania po polsku w kościele NMP w Krakowie. Pisał: „Pamiętajmy na przodki nasze, którzy o sławę swą i potomków swych ni zdrowia swego ni życia nie litowali, język swój miłowali i wywyższyli, obcemu językowi nigdy go potłumić nie dopuszczali, strzegąc w tym z pilnością czci swej, prawa przyrodzonego i ustawy Pana Boga Wszechmogącego”. Ale jego najciekawszym może dokonaniem literackim nie są wspomniane dzieła, a Namowy rozliczne dla użytku nauki dziatek wyłożone. Jak pisze badaczka twórczości Spiczyńskiego, Hanna Skoczylas-Stawska: „są to rozmówki łacińsko-niemiecko-polskie z życia żaków, wydrukowane w oficynie H. Wietora w 1527 r. Książeczka zawiera szczegóły o treściach obyczajowych, moralnych i wychowawczych. Są też w niej przysłowia staropolskie, będące odpowiednikami łacińskich i niemieckich zwrotów frazeologicznych”. Kto więc byłby ciekawy, jak mówili krakowscy studenci w XVI wieku, także ci pochodzący z Wielunia, może do Spiczyńskiego sięgnąć.

*

O randze Wielunia jako ośrodka kulturalnego tamtych czasów może świadczyć też fakt, że wiele znakomitych postaci renesansu – jak Andrzej Gabler czy Mikołaj z Wilkowiecka – osiedlało się w mieście. Pierwszy, mieszkający w Wieluniu od lat 30. XVI wieku był prepozytem wieluńskim. Drugi, przez wiele lat przeor polskich paulinów, autor sławnego misterium wielkanocnego Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim – spędził w mieście ostatnie 15 lat życia.

Trudno jednoznacznie ustalić, kiedy zakończyła swoją działalność szkoła kolegiacka. Trwała być może do dużego pożaru miasta w 1631 roku. A może nieco dłużej, do zniszczeń spowodowanych potopem szwedzkim w 1656 roku. Zresztą wojny ze Szwedami wpędziły miasto – podobnie jak wiele innych miejsc w kraju – w lata wieloletniej stagnacji.

Za wskrzeszeniem naukowej tradycji miasta stoją także środowiska duchowne. Tym razem, sprowadzeni do miasta w 1684 roku przez Wojciecha Urbańskiego pijarzy. Szkoła pijarska funkcjonowała początkowo (od ok. 1690 roku) w gmachu drewnianym, który został spalony w 1705 roku, w czasie wojny północnej. Trzydzieści pięć lat później doszło do wzniesienia pokaźnego kolegium murowanego, z budynkami szkoły, bursami, mieszkaniami nauczycieli i kaplicą. Owo założenie architektoniczne, mimo licznych pożarów, które miały miejsce w Wieluniu kilkukrotnie, zachowało się w zasadzie do dzisiaj. Położone w zachodniej pierzei rynku, obok zniszczonej w bombardowaniu pierwszego dnia drugiej wojny światowej fary (na miejscu której zobaczyć można jedynie obrys fundamentów) – stanowi interesujący przykład zagospodarowania fragmentu dawnego miasta, i jednocześnie symbol owego powiązania świeckiej i duchownej rzeczywistości.

Co się zaś tyczy samej szkoły, to lata jej świetności przypadły na rozwój pijarskiego szkolnictwa w Polsce za czasów panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, gdy – po utworzeniu Komisji Edukacji Narodowej – otrzymała ona miano szkoły podwydziałowej. W 1774 roku uczyło się w niej 306 uczniów pod opieką 5 profesorów i rektora. Poziom edukacji musiał być wtenczas zadowalający nie tylko dla władz kościelnych, gdyż miejscowa szlachta postulowała, aby całe szkolnictwo oddać w ręce zakonów. Niewiele czasu minęło, gdy wiatr historii i polityczne zmiany, ale przede wszystkim chyba porewolucyjny ferment intelektualny – spowodowały, że zamiast oddać więcej szkół zakonom, postanowiono odebrać im te, które dotąd nadzorowały. I tak jeden ze wspomnianych reformatorów, działający w Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego doprowadził do przekształcenie kolegium w szkołę wydziałową. Jakkolwiek jeszcze przez wiele lat pozostawała ona pod faktyczną kuratelą pijarskich nauczycieli. Imponująco wygląda grono pedagogiczne z drugiej połowy XVIII wieku i pierwszej połowy wieku XIX. Prefektem szkoły był przez długi czas Stanisław Konarski, pedagog i kaznodzieja, brat założyciela sławnego Collegium Nobilium w Warszawie. W owym Collegium Nobilium wykładał znakomity fizyk, Józef Herman Osiński, autor popularnego podręcznika z tej dziedziny, który uczył także w Wieluniu. Inny, późniejszy nieco, fizyk i matematyk, Józef Żochowski, autor opisu machiny parowej z posady nauczycielskiej w wieluńskiej szkole wydziałowej trafił na stanowisko profesora Uniwersytetu Warszawskiego. W pierwszym dziesięcioleciu XIX wieku uczył w Wieluniu także historyk, Paweł Kotowski, podobnie jak wspomniani wyżej, wykładowca Collegium Nobilium i członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk.

*

Tak się jakoś stało, że wraz z zeświecczaniem szkoły (w 1832 zabrano ją całkowicie z rąk zakonnych), stopniowo spadało jej znaczenie, ranga i skala działalności. W latach 20. uczęszczało do niej już mniej niż 200 uczniów. W 1842 przemianowana ją na szkołę powiatową. Ten okres zaznaczył się w historii szkoły jeszcze dość dobrze, a to głównie za sprawą prężnego inspektora – Marcina Wysznackiego. Uczył się tu wtedy Józef Grajnert, późniejszy etnograf (autor m. in. Studiów nad podaniami ludu naszego), tłumacz (jako pierwszy przetłumaczył Verne’owskie W osiemdziesiąt dni dookoła świata), zesłaniec syberyjski (w konsekwencji powstania styczniowego) i członek Akademii Umiejętności, i przez 20 lat redaktor pierwszego ludowego pisma „Zorza”. Grajnert jest też autorem Wspomnień ze szkół wieluńskich, które ukazały się po raz pierwszy w pierwszych latach XIX wieku w „Wędrowcu”, a dekadę temu zostały przedrukowane przez nomem omen Wieluńskie Towarzystwo Naukowe. We wspomnieniach tych czytamy m. in.

Lekcye zaczynały się codziennie po mszy świętej o godzinie 8-ej rano; o 10-ej przypadała przerwa, pauza 10-o minutowa, a od 12 do 2-ej popołudniu była pora obiadowa, podczas której dokończaliśmy też przygotowania się do popołudniowych lekcyi, które trwały przez dwie godziny do 4-ej.

Rzuca się w oczy nie tylko ta msza święta rozpoczynająca dzień – pojawia się ona w większości szkolnych wspomnień z tamtej epoki, u Żeromskiego, u Dygasińskiego – ale także jakieś mocniejsze wkomponowanie uczniowskich obowiązków w cały porządek dnia. Gdy doda się do tego kuratelę nauczycielską obejmującą również wolny czas uczniów, zda się, że był to porządek nieledwie tyrański:

Stancye nasze odwiedzali w różnych, niespodziewanych porach kolejno ku temu wyznaczani nauczyciele, przeglądali nasze półki z książkami i kajetami, szafki i kuferki z bielizną, sprawdzając, ażali się tam czegoś zakazanego nie znajdowało, jak np. u starszych, niekiedy pod wąsem już czwarto-klasistów, fajeczki z paczką drajkenigu lub wirginiego. Zdanie swoje o nas i stanie porządku naszego zapisywał zwiedzający nauczyciel w dzienniku domowym, który powinien był znajdować się na każdej stancji. Po godzinie 8-ej wieczorem zimą, a po 9-ej w dnie letnie, gdy się dzwonek z wieżyczki szkolnej odezwał, nie wolno było żadnemu uczniowi znajdować się poza domem. Nie wolno też było uczniom wałęsać się dalej po polach lub wioskach przymiejskich w dnie wolne od nauki, na co też bacznie dyżurni nauczyciele zważali.

Panował więc porządek dość surowy, ale zawierający przecież w sobie jakąś myśl pedagogiczną, która wychodziła naprzeciw różnym skłonnościom młodych ludzi do „wałęsania się” i tym podobnych. Owo wałęsanie się, czy też aktywność fizyczna w ogóle, były zresztą pożądane, o ile ujęte zostały w karby porządku.

Rekracye popołudniowe mieliśmy zrazu, jak to się już rzekło we wtorki i czwartki, a potem tylko co środy. Gdy wspaniały maj lub początek rozwinął dokoła swe powaby, a złote słonko radośnie z modrego nieba przygrzewało ziemi, ruszaliśmy wszyscy raniutko wraz z nauczycielami na majówkę do lasu Rudzkiego. Po drodze wysłuchawszy mszy św. w starożytnym kościółku św. Wojciecha w Rudzie, a potem skończywszy pochód, rzeźko i wesoło przez pole, rozkoszowaliśmy się w ładnym, zielonym, cienistym lesie, słuchając śpiewu ptaków, i nawoływania kukułki, a przytem wdychając pełną piersią tlen i ozon powietrzny.

Zawierają też wspomnienia Grajnerta – zwyczajem konwencji wspomnień szkolnych – liczne sylwetki nauczycieli.

Inspektorem był Marcin Wysznacki, drobny ciałem, lat około 50-iu, umiejący utrzymać w karności i pewnej grozie przeszło dwustu uczniów, tem więcej, że istniała jeszcze wówczas ława w korytarzu przyciemnionym, na której uczniowie kiedy niekiedy próbowali „brzozowego soku”. Wchodził często na wykłady nauczycieli do klas dla kontrolowania nauki; był znakomitym deklamator, tak że gdy kiedy wszedł do klasy na zastępstwo chorego nauczyciela, i cośkolwiek z „wypisów polskich” Łyszkowskiego przeczytał, uczniowie głosu jego piersiowo-metalicznego, stosownie modulowanego, słuchali z zachwytem. Mówiąc mało ale stanowczo, i przesuwając dwoma palcami prawej ręki po wązkich ustach, gdy przemawiał lakonicznie do uczniów lub ich gromił, otrzymał od nich sekretny przydomek „milczka”, zwali go też „jastrząbkiem”, zapewne dlatego, że twarz jego dziobata, nieco tego ptaka przypominała; a przecież wszyscy bali się go jak ognia. Na dziedzińcu szkolnym, dotykającym kościoła po-Pijarskiego, odbywał częste przeglądy uczniów zszeregowanych, i biada temu, kto nie miał koniecznej we wnętrzu furażerki czystej kartki z wypisanym imieniem i nazwiskiem swojem, lub gdy komuś brakowało guzika u munduru!

A więc za tego Wiszniackiego, o postawie drobnej a twarzy dziobatej, ale stanowczego i surowego – trzymała się szkoła jeszcze w jakim takim porządku. Później było już tylko gorzej. Pożar z 1858 roku uszkodził budynek szkoły i – co nie mniej ważne – wiele kwater uczniowskich. W 1864 roku, w ramach represji po powstaniu styczniowym skasowano zakon pijarów, a pięć lat później zlikwidowano szkołę powiatową. Na ponad 30 lat wieluńska szkoła średnia przestała istnieć. Jej późniejsze losy i wskrzeszenie na fali wydarzeń 1905 roku – otwierało nowy, zupełnie inny okres w jej historii. Nigdy już jednak – jak mi się wydaje – nie wrócono w pełni do wielkich tradycji i ogólnopolskiej renomy szkoły kolegiackiej i kolegium pijarskiego.

*

Ale obecność świątyń, owa ironizowana wieluńska obfitość kościołów i klasztorów – nie miała przecież wartości li tylko edukacyjnej. Ich wymiar sakralny, ten najistotniejszy, był dla wierzących, czyli przypuszczalnie dla prawie całej populacji przednowoczesnego miasteczka, oczywisty. Mniej oczywiste wydać się może przeniesienie tego wymiaru do współczesności, wpisanie go w nowoczesność. Tym bardziej, że dzisiejsza społeczność wieluńska jest nieokreślona, niejednorodna, niestała. Chciałoby się może powiedzieć, że owa niestałość ulega zawieszeniu, gdy na ulice wychodzi procesja Bożego Ciała, gdy zimową nocą zziębnięci ludzie ciągną na pasterkę. Może by się i chciało, lecz cóż, jeśli tak nie jest. Ta dawna powszechność Kościoła katolickiego przetrwała już tylko w nazwie. Jego ceremonia zbyt wyraźnie odcina się już od świeckiej rzeczywistości, kontrastuje z nią, wymaga opowiedzenia się. Narzuca się i jednocześnie spycha się na margines. Zamyka się w wieżach ze słoniowej kości, roszcząc sobie monopolistyczne prawa. Jest jednak we współczesności również inna obecność Kościoła. Jakkolwiek zasilana przez liturgię, nie jest samą liturgią. Nie jest więc aktem religijnym, istotą wiary. Nie jest więc pełna. Ale dzięki temu mniej się naprasza, stoi cicho, jakby na uboczu, a jednak pozostaje obecna w sposób bardzo wartościowy.

Gdy myśli się o współczesnej przestrzeni, szczególnie przestrzeni miejskiej, myśli się zazwyczaj w kategoriach prywatyzacji i kategoriach użyteczności. Z jednej więc strony – kult posiadania przestrzeni, do której dostęp mają tylko jej właściciele. Z drugiej – ekonomiczny aspekt tego posiadania – każde miejsce, każda przestrzeń musi na siebie zarabiać. I coraz mniej jest takich miejsc, które do nikogo konkretnego nie należąc, należą jednak do wszystkich po trochu. I coraz mniej tych niestworzonych dla partykularnego celu, nieopłacalnych, nierentownych, a jednak przynoszących jakąś bliżej nieokreśloną korzyść. Tymczasem z nostalgią wspominamy przecież dzieciństwo, te ostatnie dekady dwudziestego wieku, gdy dużo jeszcze takich miejsc istniało. Niegrodzonych osiedli, opuszczonych pasaży, niezagospodarowanych skwerów w środku miasta. W większości powstawały przypadkiem, rodziły się z nieudolności poprzedniego systemu gospodarczego, lecz co to miało dla nas za znaczenie. Po prostu były, a my mogliśmy spędzać w nich czas.

Jednym z niewielu takich miejsc, jakie nam się jeszcze ostały, są właśnie kościoły. Nie te świąteczne, pełne gwaru i podniosłości, ale te codzienne, prawie puste, ciche, pogrążone w jakimś spokojnym czuwaniu. Kiedy po długim spacerze, wspomnianego lutowego dnia, zaszedłem do Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia (dawnego kościoła augustianów) – poczułem wielką wdzięczność za istnienie tych miejsc wspólnych, choć osobnych, bliskich sercu, choć jakby nie z tego świata. I może odegrał tu jakąś rolę przenikliwy chłód na dworze skontrastowany z ciepłym wnętrzem, ale przecież nie o to przede wszystkim szło. Wpatrywałem się w obraz Uczty Pańskiej, nieznanego autorstwa, i czułem, jak te wszystkie sprawy, które zostały za ciężkimi drzwiami kościoła nagle się wyciszają. Jak te różnego rodzaju problemy, które są treścią naszego codziennego życia, opadają niczym ciężki osad. Jak się wzlatuje myślami gdzieś indziej i czuje się lekkość, swobodę, taką może właśnie naturalną, dziecięcą. Nic w tym nie było – jak sądzę – z doświadczenia mistycznego, z przeżycia religijnego. Chodzi raczej o jakieś pełniejsze odczucie własnej egzystencji, odczucie tego jej wymiaru, który nam się wymyka, gdy mamy sto spraw do załatwienia i głowę zapchaną myślami o nich. Doświadczenie – czy aby na pewno nie mistyczne? – znane tym, którzy potrafią zachwycić się przyrodą, którzy idą w góry, żeby na chwilę wrócić do siebie, którzy sami wypływają w morze, żeby stanąć twarzą w twarz z samym sobą. To że świątynie wciąż potrafią stworzyć tego rodzaju przestrzeń w samym środku nowoczesnego miasta – wydaje mi się wielką ich zaletą.

*

Z tego miejsca przednowoczesnego – czy może nie dającego się zamknąć w periodyzacyjne kategorie, jakkolwiek konsekwentnego i czytelnego w swej stałości – wyszedłem w przestrzeń całkiem inną. Jest to skwer, nie-skwer, zaaranżowany trochę przypadkiem, trochę celowo, choć czy z rozmysłem, to nie wiadomo. Na środku, urzędowy już niemal pomnik Jana Pawła II, podobny do setek tych, które rozstawiane są niby produkcja seryjna po skwerach polskich miasteczek od śmierci Papieża. Pod pomnikiem inskrypcja: „rodzina jest miejscem uświęconym”. Czemu taki napis i czemu w tym miejscu? Czy w Wieluniu jest jakiś problem z rodziną? – myślę sobie. A może ma to być jedynie przeciwwaga dla stojącego kilka kroków dalej kino-teatru Syrena. Tam na afiszu reklamuje się spektakl: „Seks dla opornych”, który nota bene też mógłby wskazywać na jakiś problem z rodzinnymi relacjami. No cóż, w płynnej nowoczesności, muszą może konkurować ze sobą te prądy ciepłe i zimne, znosić się nawzajem, tudzież walczyć o wieluńskie dusze. Może konieczne są takie miejsca, których sens trudno uchwycić. A jednak ma się jakieś poczucie zbędności tego skweru, nie-skweru. I przychodzi do głowy myśl, że może nic by się nie stało, gdyby tego miejsca wcale nie było.

W istocie kiedyś go nie było, to znaczy, było, ale w innym kształcie. Kiedyś, znaczy całkiem niedawno, bo jeszcze przed drugą wojną. Tak jeden z pierwszych dni tej wojny relacjonuje, stojący wtenczas w tym samym prawie miejscu co ja dzisiaj – mały Janek Tyszler:

Wyszliśmy z bramy. Przed nami widok płonącego miasta. Na rynku przy kościele porozwalane meble stolarzy, którzy już skoro świt zajmowali miejsca targowe. Jest przecież piątek, dzień jarmarczny. Na środku leży zabity koń w zaprzęgu. Dziwnym trafem zachowana jest zachodnia „nasza” pierzeja rynku. Tu nie spadła ani jedna bomba. Natomiast pozostałe trzy strony albo płoną, albo są zburzone. W miejscu, gdzie dzisiaj stoi plebania, była olejarnia i chyba manufaktura pasty do butów, bowiem ogień buzował intensywnie, a beczki z terpentyną wybuchały widowiskowo […] W kwadracie ulic: Reformacka – Palestrancka – Stary Rynek z ulicą Barycz i murem obronnym, nie zachował się ani jeden dom! Także cała zabudowa między rynkami.

Tak, stoję właśnie na miejscu jednej z tych zburzonych pierzei rynku. I patrzę w lewą stronę, wyobrażając sobie postój tragarzy, od strony ulicy św. Barbary. „Mieli – pisze Tyszler – takie ładowne dwukołowe wózki z dwoma dyszlami, w których to pojazdach można było różne rzeczy przewozić”. Patrzę naprzeciwko, gdzie „na rogu Kaliskiej i Nowego Rynku w starym parterowym budynku z muru pruskiego także znajdował się zaprzyjaźniony sklepik, co to mydło, mazidło i powidło. [Należał do] starozakonnego, zawsze uśmiechniętego i usłużnego kupca, w przepisowym chałacie, mycce na głowie, z pejsami i brodą”. Próbuję sobie wyobrazić dawny wygląd tych zachowanych kamienic, układ ulic, kamienicę Kolebaczów na rogu Ogrodowej (Zamenhoffa) i Kaliskiej, i znajdującą się przy tym samym rogu przedwojenną stację Shell (jak często ktoś tu tankował, skoro w Wieluniu w latach 30. było kilkanaście samochodów?).

*

Wieluń jak większość polskich miasteczek jest naznaczony historią materialnych zniszczeń. Znaczniejszych pożarów, które trawiły znaczną część budynków było przynajmniej kilka. Do tego działania wojenne, oczywiście potop szwedzki, no i druga wojna światowa. W tej ostatniej Wieluń padł ofiarą bombardowań jako pierwsze polskie miasto – toczą się nawet spory z Westerplatte o pierwszeństwo, jeśli chodzi o niemiecką agresję w ogóle; ciekawe, że ów niechlubny tytuł wydaje się być powodem do dumy, tak przynajmniej można by sądzić z żarliwości walczących o tę sprawę.

Jasne jest, że każda materialna katastrofa łączy się nierozerwalnie z cywilizacyjnym upadkiem miasta. Oczywisty wydaje się także związek pomiędzy jego rozwojem gospodarczym – i rosnącą wraz z nim liczbą ludności – oraz kulturową rolą, jaką on odgrywa. Czy jednak nie zniekształca trochę obrazu, operujący takimi prostymi dychotomiami historyczny pozytywizm? Czy nie należałoby spojrzeć na historię nie tylko przez pryzmat wielkich zdarzeń, ale również w jakiejś mniej namacalnej perspektywie, jak choćby duchowa kondycja mieszkańców, przetaczające się wokół nich intelektualne prądy, dziedzictwo kultury przodków?

Bo jak inaczej wyjaśnić to zapadanie się Wielunia od końca wieku XVIII i przez cały prawie wiek XIX. Był to przecież okres względnego spokoju, nie licząc pożarów, które wszelako zdarzały się z podobną regularnością i wcześniej. Więcej, z opisu tego okresu przez Tadeusza Olejnika bije jakiś entuzjazm. Wszystkie te inicjatywy fabrykanckie, na czele z manufakturą Karola Neuville’a, zajmujące poklasztorne gmachy. Wszystkie te planistyczne rewolucje, którym przodował komisarz Fryderyk August Goleński – w latach 30. i 40 XIX wieku zbudował m. in. klasycystyczny pałac na ruinach zamku starościńskiego, który stał się siedzibą władz obwodowych i powiatowych; zainicjował remont budynku przy farze; odpowiadał za założenie parku i oczyszczenie stawu pomiędzy ratuszem a siedzibą władz powiatowych; wyburzył stary dom rymarza Bunclera i zabrał część ogrodu augustianom, żeby utworzyć Nowy Rynek. Wszystkie one – zdają się być znakiem postępu, które podnosi miasto na wyższy poziom. A jednak nie na wyższym poziomie stanął Wieluń w XIX wieku. Sam Olejnik pisze:

O ile dawniej całe miasto w obrębie murów obronnych posiadało wszystkie wybrukowane ulice i place, to już w 1817 roku tylko rynek i 4 ulice posiadały bruk w dobrym stanie, pozostałe ulice miały bruk zdezelowany, natomiast ulice przedmieść nie posiadały żadnego bruku.

Miał też wcześniejszy Wieluń łaźnię i wiele ekskluzywnych rzemiosł (np. znanych architektów-budowniczych czy złotników), gdy w tym o dwa wieki późniejszym: „[Źródłem utrzymania mieszkańców była] uprawa roli oraz wyszynk piwa i wódki, ponieważ o uprawianiu rzemiosła nie ma co mówić […] [wśród piekarzy] nie ma wyuczonego mistrza i pieką bardzo źle.”

Za potwierdzenie jednej z podstawowych profesji Wielunian świadczyć mogą proporcje przybytków istniejących w mieście 1860 r.: „były w Wieluniu 3 cukiernie, 1 kawiarnia, 13 szynków wódek i piwa, 4 traktiernie, 4 zajazdy, 12 jatek rzeźniczych.” Liczba szynków musi budzić podziw znawców zagadnienia. Choć warto także odnotować ilość cukierni i kawiarni – do których przyjdzie pora jeszcze wrócić. O upadku szkół wieluńskich była już mowa wcześniej.

Z jednej strony mamy więc ów wiek pary i elektryczności, z jego rewolucyjnymi zapędami, z reformatorskim zapałem, z wiarą, że fabrykami i publicznymi gmachami można wszystko załatwić. Z drugiej zaś jego dokonania, mizerne, nawet w materialnym, a więc ulubionym przez niego wymiarze. Jak to się dzieje, że pomimo rozwoju upadają miasta, że z szerokich wód intelektualnych tradycji wpływa się na zatęchłe stawy miernoty, że znikają postacie, które wspólnotę mogłyby pociągnąć wzwyż, a w ich miejsce pojawiają się karierowicze i konformiści? Taką historię Wielunia, ba, taką historię Polski chciałoby się kiedyś przeczytać. Historię, która byłaby globalnymi i lokalnymi dziejami ducha. Dziejami instytucji i indywidualności, ale właśnie w tym duchowym i intelektualnym (a nie politycznym, a nie militarnym) wymiarze. Coś, co nie byłoby już tylko pianą dawnej rzeczywistości, ale jej treścią najgłębszą i najbardziej istotną.

Taka historia Wielunia wytłumaczyłaby może, jak to się stało, że w niektórych momentach wspomnianego wieku XIX (powstanie styczniowe) i bardziej regularnie pod koniec tegoż wieku, zaczynają się dziać rzeczy z innego porządku. Że pojawiają się społecznicy, działający w pół-charytatywnych kasach pożyczkowych (jak Stanisław Bzowski), w lokalnych towarzystwach kulturalnych, w nielegalnych bibliotekach (jak Felicja Rymarkiewicz). Że okoliczni bogaci ziemianie (jak Zygmunt Weryho-Darewski czy Kazmierz Myszkowski) zaczynają fundować stypendia naukowe i łożyć na polskie szkoły. Z takich ludzi zrodziła się międzywojenna Polska i tylko dzięki nim dokonała tyle, że wprawia nas to dzisiaj w zakłopotanie.

Warto jednocześnie pamiętać, że po pierwsze działo się to w gorszej jeszcze niż w poprzednim wieku sytuacji materialnej. Po drugie zaś, że odpowiadały za to jednostki, i nigdy nie udało się tym jednostkom wpłynąć bardziej znacząco na większe warstwy społeczne.

*

W pierwszym wymiarze, dla pokazania nędzy przedwojennego Wielunia, który w zasadzie przez ponad całe dwudziestolecie walczył z ogromnym bezrobociem (bywało że i 40-50 procentowym) – wystarczy może taki obrazek z „Expressu Wieluńskiego” z 1930 roku:

Bodaj niewiele jest miast na obszarze Polski, które by posiadały jamy i nory, przeznaczone na mieszkanie ludzi. Jednym z takich miast jest Wieluń. Pod każdym niemal domem istnieją tutaj lochy, tak zwane „suteryny”, które zamieszkają ludzie. W większej części tych suteryn sławetni gospodarze lokują swych zerberów (dozorców domowych). Obowiązkiem tych białych niewolników jest zamiatanie ulic, utrzymywanie czystości w podwórzach i ustępach no i dość często odsiadywanie „kozy” lub płacenia grzywien za antysanitarny stan jezdni, chodników i posesji. Trudne doprawdy jest zadanie tych ofiar małomiasteczkowego konserwatyzmu […] W suterynach tych gnieździ się jeszcze, jedna lub dwie rodziny, „sublokatorów” dochód z czego powiększa nędzarski budżet lokatora głównego dozorcy domu […] Wejście do takiej siedziby przypomina przedhistoryczne życie ludzi jaskiniowych. O świetle i powietrzu nie ma tu oczywiście mowy.

W wymiarze drugim, warto przyjrzeć się chwilę dziejom polskiego, a w szczególności wieluńskiego antysemityzmu. Byłby to zresztą ważny i ciekawy wątek w owej upragnionej przeze mnie duchowej historii Polski.

Wydaje się bowiem, że to właśnie XIX wiek zrodził polski antysemityzm. Czy stoi za tym bardziej idea państwa narodowego, czy powoli postępująca demokratyzacja społeczeństwa czy może kapitalistyczny przymus konkurowania ze sobą – nie da się chyba rozstrzygnąć. Faktem jest, że utarte wcześniej wspólnotowe relacje z Żydami (i wszelkimi innymi mniejszościami etnicznymi) zaczęły być w XIX wieku kwestionowane.

W Wieluniu, w którym dawnym zwyczajem Żydów było niewielu, ale tych, którzy byli żadne nieprzyjemności nie spotykały – problem pojawił się gdzieś w latach 30. XIX wieku przy okazji budowy synagogi. Sprzeciwiły się władze kościelne, które pociągnęły za sobą znaczną część mieszkańców. Szlachetnie zachował się wtenczas wspomniany Fryderyka Goliński (trzeba przyznać XIX-wiecznym reformatorom, że nie byli antysemitami, vide prawa ustanowione dla Królestwa Polskiego przez Aleksandra Wielopolskiego), który pisał tak: „w swoim sumieniu nie znajduje tak ważnych przyczyn, dla których Żydzi w bliskości Świątyni Chrystusa nie mogli [by] przedwiecznego chwalić […] Za Żydami przemawia, że plac, na którym chcą bożnicę stawiać, jest ich własnością za zezwoleniem Rządu nabytą, najwięcej zaś, że na tym samym miejscu jest ich murowany dom modlitwy, mniejszy prawda, o parę kroków dalszy niż projektowana bożnica, ale zawsze w tym domku nabożeństwo odprawiać może, bez robienia wielkich przeszkód naszemu”. Synagogę zaczęto budować w latach 40. a w 50. zbudowano.

Ale konflikt pozostał, choć przez wiele dziesięcioleci utrzymywany był na poziomie, powiedzmy, niechętnej akceptacji siebie nawzajem. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości, Żydzi stanowili trzecią część mieszkańców Wielunia. Endecka polityzacja antysemityzmu szybko przyniosła owoce. Tadeusz Olejnik pisze:

Ciężka sytuacja materialna ogółu ludności w pierwszych latach powojennych powodowała, że stronnictwa klerykalno-narodowe próbowały podniecać w społeczeństwie nastroje antyżydowskie, czego wyrazem były zaburzenia skierowane przeciwko Żydom zorganizowane w Wieluniu podczas targu w 1919 r.

Wspomniane zaburzenia były zwyczajnym małym pogromem, małym, bo, zdaje się, że z jedną ofiarą śmiertelną. Zresztą Olejnik, jak przystało na historyka pewnego pokolenia – wychowanego w oparach polityzacji antysemityzmu, choć w innej wszelako epoce – co raz umniejsza te przedwojenne objawy niechęci do Żydów, bądź też znajduje dla nich wytłumaczenie, pisząc o dominacji Żydów w handlu i tym podobne, dobrze znane argumenty przywołując. „Podsycanie nastrojów antyżydowskich” prowadziło na przykład do takich sytuacji, jaką możemy poznać z „Wielunianina” z 1925 roku:

Nie do wiary! Donoszą nam, że jeden z rzemieślników chrześcijan przyjął do swego warsztatu na praktykę żyda. Nie chcemy wierzyć, by to było naprawdę i dlatego na razie wstrzymujemy się od ogłoszenia nazwiska owego majstra, wpuszczającego do cechu wroga polskości, gdyby jednak po sprawdzeniu okazało się, że informacja była prawdziwa, bez wahania ogłosimy nazwisko, by ogół rzemieślnictwa wieluńskiego wiedział, jakiego ma śród siebie żydoluba.

Nie tylko rzemieślnictwo wieluńskie mogło zostać oświecone. W 1933 roku na murach synagogi pojawiły się ulotki w których domagano się usunięcia Żydów z Wielunia. Inspiratorem akcji był Czesław Aulich, student Uniwersytetu Poznańskiego, wieloletni prezes Sokoła. Tyle intelektualiści. Handel zaś bronił się z należytą sobie prężnością:

W latach 30. zaczęli napływać do Wielunia przedsiębiorcy z Wielkopolski (Ostrów Wielkopolski, Poznań), którzy w ramach walki ekonomicznej z żywiołem żydowskim zakładali w Wieluniu sklepy polskie.

Interesujące jest, jak w większości dyskusji o międzywojennym antysemityzmie, nie postrzega się go jako składowej szerszego procesu degeneracji wspólnoty, który – mimo płynącego równolegle, ale jak się okazało nie posiadającego wystarczającej siły oddziaływania nurtu szlachetności i społecznikostwa – przyczynił się postępującego upadku tej wspólnoty, który trwa chyba do dzisiaj.

Trzeba jednak powiedzieć – wracając myślami do Wielunia – że na przykładzie stosunku do Żydów widać także inną cechę tego miasta utrzymującą się na przestrzeni jego duchowych dziejów. I jest to jeszcze jeden powód, dla którego wolę czytać Tyszlera niż Olejnika. Znajduje u niego bowiem coś zupełnie dzisiaj nieobecnego – bo też, przy innej sytuacji społecznej próżno byłoby takiej obecności szukać – coś, co nazwać by można dawnym, zdrowym poczuciem wielokulturowości. Żeby wytłumaczyć, o co mi chodzi zacznę od dwóch fragmentów wspomnień:

Właścicielem domu – „kamienicznikiem” – był wielce sympatyczny, starozakonny p. Sulmierski. Drobnej postury, zawsze pochylony, w czarnym błyszczącym chałacie i czarnej „mycce”, jak rondelek z takim małym daszkiem. Oczywiście pejsy i rzadka ciemna broda, którą zawsze odruchowo głaskał jak kota. Odwiedzał nas czasami, fatygując się po czynsz w niesznurowanych kamaszach-sztybletach, z gumkami po bokach, ulubionym obuwiu starozakonnych. Tata zwykle częstował go kieliszeczkiem przez siebie zrobionej nalewki, a pan Sulmierski zawsze prosił o skórkę chleba, maczał ją z nabożnością w alkoholu i wysysał z wdziękiem cmokając: – Aj waj, panie Tyszler, cz-cz-cz-cz…, jaka dobra wódeczka! Sam cymes!

I fragment drugi:

Żona pejsatego Sara czy Rebeka piekła jagodzianki, po dziesięć groszy sztuka, zawsze świeżutkie i ciepłe, błyszczące ze świeżych jagód, kupionych tego samego dnia na targu od jakiejś babiny […] Nie ma już takich jagodzianek i wielu innych dobrych rzeczy już nie ma.

Nie ma też już takiego podejścia do Żydów. Albowiem Tyszler nie jest – jak możemy przeczytać w przywołanych fragmentach – wobec nich jakoś szczególnie grzeczny. Określenie „pejsaty” pewnie nie przeszłoby przez usta dzisiejszym anty-antysemitom, którzy nauczyli się traktować przedstawicieli narodu wybranego jak ciężko chorego człowieka. Słychać jednak we wspomnieniach Wielunianina dużo ciepła, dużo sympatii, może czasem podszytych lekkim paternalizmem, z jakąś nutą ironicznej dobrotliwości – ale czy nie tak zwykliśmy traktować żywych ludzi, z którymi przyszło nam wspólnie żyć, których czasem lubimy, czasem nie lubimy, u których cenimy zalety, nie zamykając oczu na ich wady itd.? Ładny to, jak sądzę, przykład, tak potrzebny jako przeciwwaga chociażby dla przywołanego wcześniej rzemieślniczego głosu z „Wielunianina”.

*

Ale jest on także dowodem na coś więcej. Jest jednym ze znaków, które czytane w książkach lub na ulicach współczesnego Wielunia – pozwalają sądzić, że pewne duchowe wartości nigdy całkiem się nie kończą. Że potrafią trwać. Chociaż zepchnięte na margines, chociaż bardzo słabo zarysowane – jednak są. Tak postrzegam rys tożsamościowy, który znajduję w książce Tyszlera. Tak widzę działalność Wieluńskiego Towarzystwa Naukowego nawiązującą do szlachetnych tradycji tutejszego ośrodka intelektualnego. Tak interpretuję w końcu tę scenę w kawiarni, która jest w moich oczach kontynuacją jakiegoś dawnego i uniwersalnego sposobu życia, małomiasteczkowego rytuału, pozornie niewiele znaczącego, w istocie jednak budującego wspólnotę. Jeśli powyższe rzeczy istnieją naprawę, a nie są tylko moją fantasmagorią – to możemy spać spokojnie – miasteczka takie jak Wieluń nie znikną tak szybko, jak się niektórym wydaje.

 

Notatnik łódzki

Łódzki Teatr Logos wystawia Krzesła Eugene Ionesco. Nie widziałem, bo mało co teraz z takich rzeczy widuję, ale K. widziała i mi opowiedziała. A że K. bardzo dobrze opowiada książki, filmy, spektakle, to czuję się trochę tak, jakbym siedział wśród publiczności. Fabuły opowiadać nie będę, bo powszechnie znana, a kto nie zna, wie gdzie znaleźć, bo to przecież klasyka i warto. Zresztą dla teatru absurdu fabuła może nie najważniejsza. Wystarczy powiedzieć, że są typy ludzkie, raczej przerysowane, raczej umniejszone, takie z których można się trochę pośmiać, nad którymi można trochę popłakać. Rozmawiając o nich z K. doszliśmy do wniosku, tyleż efektownego, co uproszczonego, chyba jednak wartego odnotowania. A brzmi on tak: o ile teatr antyczny, i wszystkie późniejsze, które były jego kontynuacją dążyły do wywołania w odbiorcy litości i trwogi, z których miało rodzić się katharsis, o tyle ten współczesny (chyba już od powojnia) zostawił sobie z tej triady tylko litość i trwogę. Potęguje je nieustannie – mam tu na myśli wszystkie teatry brutalistyczne etc. – celując w coraz mocniejszych poruszeniach, bo niczym poza nimi już nie dysponuje. A może – jak na zdolności dzisiejszej sztuki do wywoływania emocji – to i tak dużo? Tylko czy samo poruszenie, bez moralnego uzasadnienia, nie jest raczej przewiną niż zasługą? Aha, gdyby ktoś nie wiedział – Teatr Logos to teatr chrześcijański, działający przy Kościele Środowisk Twórczych.

*

Dawno już temu mówiliśmy z Marcinem, że nauczyciele powinni dobrze zarabiać. Zarabiać godnie – tak się teraz mówi. Co znaczy godnie? Marai pisał, że mężczyzna musi zarabiać – w przeliczeniu na nasze czasy i naszą walutę – około 8 tysięcy na miesiąc, żeby móc prowadzić w miarę przyzwoite życie. Czyli, żeby na łaźnię było, i na cygaro, i na garnitur u dobrego krawca. Nauczyciel cygar może nie pali – ale te godne 8 tysięcy też by mu się chyba należało. Bo książkę czasem kupi, do opery się wybierze, a i jakiegoś dobrego Chianti od czasu do czasu też by się mógł napić z pożytkiem dla własnych nerwów, a więc i dla uczniów. Podtrzymuję zatem to moje zdanie sprzed wielu lat. Ale. I tu zaczyna się problem. Bo przecież nadarza się okazja – nauczyciele żądają podwyżki. I słusznie – zawoła ktoś. I że się należy. Ja też powiedziałbym, że się należy. Lecz jak widzę te strajki polegające na siedzeniu i gadaniu, strajki odpowiednie może dla fabrycznych robotników, którzy nie mają innej obrony niż odejść od maszyn, kiedy widzę te ciotki i wujków z ZNP – to mi się zmienia pogląd. I nabieram wątpliwości, czy to aby na tę operę i na te książki. Na Chianti może i tak, ale samo Chianti bez opery i książek – to słaba nuta, jak to mawiał kiedyś mój przyjaciel. O gdyby tak nauczyciele, w ramach strajku, wystawili jakiś happening, coś, powiedzmy, w duchu Gogola, jakiegoś Rewizora albo chociaż Płaszcz, albo by Gombrowicza odświeżyli, niechby nawet i Mrożka (choć to nie ta liga) – wtedy, to co innego. Wtedy to nawet dwukrotność Maraiowskiego pensum bym im zaordynował. Tylko jak tego wymagać, skoro nie było ani na książki, ani na operę…

*

Myślę sobie często, że jednym z elementów współczesności jest obiecywanie czegoś więcej, niż możemy dać. Czy nie na tym bazuje nieodzowna na tzw. rynku pracy sztuka autoprezentacji, tworzenie wspaniałych CV, opowiadanie o swoich zaletach? Czy nie tym żywi się reklama obiecująca lepsze życie, które niechybnie stanie się naszym udziałem, jeśli tylko użyjemy lepszego proszku do prania? Czy nie tak działa kultura masowa mamiąca swoich odbiorców taką dynamiką, nadmiarem, efektami – by nie przyszło im do głowy szukać czasem jakiejś treści? Jedną z nielicznych rzeczywistości – pomyślałem jednego razu u jezuitów – które dają więcej, niż możemy się spodziewać, są różnego rodzaju wspólnoty kościelne, rekolekcje, spotkania duchowe. Reklamowane w tak nieatrakcyjny sposób, gdzieś pod koniec parafialnych ogłoszeń, gdy już wszyscy ziewają, na samym dole gabloty w kruchcie, do której nikt nie zagląda – niejednokrotnie ustawiają ludziom życie od nowa, a w najgorszym razie – dają kilka godzin wytchnienia i intelektualno-duchowej wieczerzy.

*

Chyba nie przebrzmiała jeszcze do końca moja euforia dotycząca wspomnianych wspólnot, gdy pojawił się film o pedofilii w kościele i cała dyskusja, którą ów film rozpoczął. Ot i masz – pomyślałem znowu – swoją rzeczywistość, która więcej daje niż obiecuje. Oczywiście, można pożartować. Tylko, że sprawa jest trochę za poważna. I smutna. I przygnębiająca. I wprowadzającą w rozpacz. Jacyś hochsztaplerzy od PR-u powiadają, że kościół będzie próbował tę całą sytuację przemilczeć, przeczekać, trochę rozmydlić, trochę ukryć. Może i będzie. Ale to są dylematy bezbożnych politykierów kościoła. Bo rzecz nie da się ukryć. Ani rozmydlić, ani nawet przeczekać. Stało się ogromne, ogromne zło – to trzeba wprost powiedzieć. Zło przeciwko bezbronnemu człowiekowi, zło przeciwko Bogu, z niepomijalnym świętokradczym wątkiem, dla którego zaprawdę trudno znaleźć odpowiedni dantejski krąg, dla którego ów ewangeliczny kamień młyński wcale nie wydaje się za surowy. To jest zło, za które przyjdzie teraz zapłacić. I nie chodzi mi tu o większość kościelnej góry, bo to „sami niewierzący”, jak powiedział jeden jezuita po wyjściu ze spotkania episkopatu Polski. Chodzi o zwykłych ludzi kościoła, którzy w jednej chwili stracili wiarę w coś, co wydawało się im punktem odniesienia. Takim zwykłym ludziom pozostają dwie drogi. Albo odejść i próbować na własną rękę ocalić resztki szlachetności – co, znając ludzką zdolność do ocalania szlachetności, wydaje się co najmniej karkołomne. Albo zostać i próbować kościół odbudować, lecz z tą świadomością, że z tego, co było, niewiele się już ostanie.

Tracenie rzeczywistości? Wokół „Robinsona w Bolechowie” Macieja Płazy

Gdy półtora roku temu szliśmy styczniowym wieczorem w kierunku poznańskiego dworca, Maciej Płaza opowiadał mi o powieści, którą właśnie pisał. Mówił o Opinogórze, miejscu swojego wczesnego dzieciństwa; o magii tajemniczego prowincjonalnego muzeum; o polskich latach powojennych, które go szczególnie zajmują. I o tym, że tam gdzie był dworzec (i jakoś ciągle jest, bo przecież ku niemu szliśmy), stoi teraz pozbawiona charakteru galeria. I jeszcze o wielkomiejskości Poznania, o jego dużej urbanistycznej skali. A potem stwierdził – już bez związku z przyszłą książką, ale dlatego, że nawiązywało to chyba jakoś do trasy naszego spaceru – że dzisiejszym ludziom niby podobają się modernistyczne budynki, a jednak chętniej mieszkaliby w starych mieszczańskich kamieniczkach, takich jak na przykład w Bydgoszczy. Był przyjemny mróz, pod nogami skrzypiał świeży śnieg, przez galerię, rzeczywiście nijaką, dotarliśmy na peron.

Przeczytawszy Robinsona w Bolechowie ­– a było to niecały rok później – przypomniała mi się tamta rozmowa i pomyślałem, że powieść Macieja Płazy (już druga, po wcześniejszym, debiutanckim Skoruniu) wygląda zupełnie inaczej, niż ją sobie wtenczas wyobraziłem. Lecz przyszło mi także na myśl, że owo zestawienie nowoczesnych poznańskich bloków z bydgoskimi kamienicami, nie było przypadkowe. I że to może ono – w swej obrazowej metaforyce – najlepiej oddaje sens tej powieści.

***

Bolechów to pierwszy punkt odniesienia. Miejsce fikcyjne, acz wzorowane na Opinogórze, stanowi centrum świata przedstawionego w początkowej części książki, opisującej czasy wojny i lata następujące zaraz po niej. Tu znajduje się pałac z cenną kolekcją obrazów. Tutaj żyje rodzina hrabiowskiego ogrodnika, który uczestniczy w ukryciu zbiorów przed hitlerowcami. Jego syn, przekazując sekret ojca nowej ludowej władzy, zostaje w zamian kustoszem stworzonego na bazie kolekcji muzeum.

Robinson (czyli Robert) to drugi punkt odniesienia. Wnuczek kustosza, syn jego córki i nieznanego ojca (można mieć w tym względzie pewne domysły, ale zagadka stanowi jedną z fabularnych ram całej powieści), który od dzieciństwa zdradza malarskie uzdolnienia. Przesiaduje w salach muzealnych kopiując, pod czujnym okiem dziadka, dawnych mistrzów. Spaceruje po pałacowym parku, chodzi nad Wisłę (wszak fikcyjna Opinogóra leży gdzieś nieopodal Sandomierza), przypatruje się mieszkańcom pobliskiej wsi – zawsze ze szkicownikiem w ręku. W końcu wyjeżdża. Najpierw do szkoły plastycznej we wspomnianym Sandomierzu, później do Poznania, gdzie staje się znanym i cenionym (również w merkantylnym tego słowa znaczeniu) artystą. Z biegiem akcji świadomość Roberta zaczyna stopniowo być tym pryzmatem, przez który w końcu patrzymy na wszystko, co się w tej powieści wydarza.

Powyższa dychotomia sprawiać może wrażenie, że Robinson w Bolechowie składa się z dwóch nie do końca ze sobą współgrających opowieści. Zwracali na to uwagę liczni recenzenci Macieja Płazy, dodając zazwyczaj, że pierwsza część jest lepsza od drugiej, albo też, że druga jest w ogóle zbędna, czy wręcz, że ten wątek poznański to jest ni przypiął nie wypiął tu doklejony. Mają tacy rację, czy nie mają? I tak, i nie. Bo że się książka Płazy na dwie części rozpada – to jest rzecz oczywista. Że w tych częściach akcenty (stylistyczne i fabularne) są inaczej postawione – to także nie ulega kwestii. Ale zanim powiemy pisarzowi, żeby wyrzucił połowę książki, może warto się zastanowić, czy zastosowany zabieg nie ma jakiegoś dla tej książki znaczenia. Wszak być może nie przypadkiem tak się autorowi napisało, ale coś nam zamierzał za pomocą tak skonstruowanej powieści powiedzieć. A jeśli nawet nie zamierzał – może tak wyszło, że mu się samo coś ważnego powiedziało; wszak nie od dzisiaj wiadomo – że i język sam przez nas gada.

Cóż więc, chcąc albo nie chcąc, mówi nam konstrukcja Robinsona w Bolechowie? Otóż, mówi bardzo wiele, może nawet wszystko, bo mówi o tym, co jest istotą tej powieści. A jest nią zagadnienie, które można by sprowadzić do pytania – świadomie patetycznego, bo sprawa jest poważna – czy świat istnieje naprawdę? Oraz do, powiązanej z tym pytaniem, kwestii tożsamości człowieka ponowoczesnego i jego, tegoż człowieka, relacji z istniejącym (albo nieistniejącym) światem.

***

W punkcie, gdzie zaczyna się Robinson w Bolechowie, świat zbudowany jest tak, jak mógłby być zbudowany w XIX powieściach realistycznych. Mamy więc konkretne, szczegółowo obecne miejsce, mamy przyrodę, mamy w końcu także pewne trwałe struktury społeczne. Najważniejszą cechą tego świata – przynajmniej z perspektywy prowadzonych tu przeze mnie rozważań – jest fakt, że człowiek indywidualny, choć należy doń i go współkształtuje, w żadnym razie nie może aspirować do miana jego centrum.

Jednocześnie jednak – od samego początku – Płaza pokazuje nam stopniową dekompozycję tak opisanej rzeczywistości. Gdy w 1939 roku do bolechowskiego majątku zjeżdżają niemieccy żołnierze, porządek zostaje zachwiany. Wojskowi zajmują pałac. Chłopi zaczynają pracować dla treuhädera przybyłego z hitlerowskiego nadania. Hrabia, otrzymawszy pokoik w dawnej rządcówce, chodzi po parku z ponurą bezradnością, czasem próbuje interweniować w obronie bitych fornali, ciągle śle listy do wyższego niemieckiego dowództwa, dowodząc barbarzyństwa ustanowionej w jego majątku władzy okupantów. Ale jego zasady, cywilizacja, kultura (której symbolicznym wyrazicielem stają się ukryte w przededniu wojny dzieła sztuki) – przestają cokolwiek znaczyć. Jedynie może materialna wartość tajemnicy hrabiego sprawia, że Niemcy wykazują się względem niego pewną pobłażliwością, gdy karci treuhädera; kilkukrotnie przysyłają też arystokratyczno-profesorskie delegacje, które mają zmiękczyć dawnego właściciela Bolechowa i sprawić, aby wyjawił kryjówkę. Ale i to do czasu. Wszak udawana cierpliwość i pozorowana cywilizacyjna wyższość – nie mogą trwać w nieskończoność. W rozdziale Hrabia, którego nie będę streszczał, bo publikujemy go w Prozie „Sumy” – dochodzi do symbolicznego przekroczenia granicy. I do odsłonięcia istoty starcia, które się tu rozgrywa. Z jednej strony pojedynczy człowiek, reprezentujący dawny porządek i niosący (za sprawą ukrytego skarbu) kulturowe dziedzictwo tegoż porządku. Z drugiej kolektywna, zorganizowana, barbarzyńska siła. Rezultat jest łatwy do przewidzenia. Dawne wartości mogą zdobyć się co najwyżej na heroiczny (i jakże piękny!) gest zdzielenia po głowie rządcy za pomocą laski z główką ptaka nielota. Nowy porządek odpowiada dwoma strzałami z podręcznego pistoletu. Dla obserwatorów tej sceny ma ona charakter fundamentalny i staje się – niestety – swoistym momentem inicjacyjnym. Dopełnieniem dojrzewania jest zaś wtargnięcie na tereny opuszczone przez wycofujących się Niemców – wyzwolicieli ze wschodu. Stefan, małoletni syn dawnego pałacowego ogrodnika:

oglądał potem szczątki szczątków hrabiowskiego pałacu, leżące pod drzewami, po alejach, roztrzaskane strzałami z tetetek i seriami z pepesz, pogruchotane butami, i pomyślał sobie, że skoro zna już reguły tej gry, spróbuje w nią zagrać, on sam, nie wspólnie z ojcem, nie jako hrabiowski sługa, bo jak mówiono, hrabiów i tak miało już nie być, tylko on sam, Stefan.

Rzeczywistość świata XIX wiecznego zamienia się w rzeczywistość gry. I nie jest szczególnie ważne, czy gra ta ma za główną nagrodę kolekcję obrazów, czy podrzędną państwową posadę. Istotny jest fakt, że życie staje się rozgrywką. Można tu od razu powiedzieć, że takie postawienie sprawy było Sowietom bardzo na rękę. Skoro życie jest grą o zasadach nie do końca ustalonych, bo będących in statu nascendi, to czemu nie wprowadzić swoich przepisów? Jeśli nie ma już osadzenia w dawnym świecie, to czemu nie podpowiedzieć człowiekowi – licząc na jego chybotliwość i wiarołomność – że to, co dotąd wydawało mu się jedynym możliwym światem, było jedynie żerowiskiem warstw posiadających. Że przecież należy mu się to samo, co mieli tamci. Że żadne przestarzałe normy, dawne wskazania moralności, przebrzmiałe hasła klasycznej etyki – nie będą mu stać na przeszkodzie w zdobywaniu nowej pozycji.

Sprawa jest tym łatwiejsza do przeprowadzenia, że obejmować ma w większości ludzi nowych, tych, których dawny porządek jeszcze wystarczająco silnie nie naznaczył, a wojna dodatkowo straumatyzowała. Było łatwiej, bo – mówiąc egzemplifikacjami z powieści – hrabia już nie żyje, a Stefan nie przejmuje z jego dziedzictwa nic poza wspomnieniem egzekucji i schowanym w oranżerii skarbem. Wojenne skasowanie świadomości widzimy – na równoległym planie – w losach małego Franciszka, który w pierwszych latach życia zamiast dziecięcych zabaw i rodzicielskiej bliskości doświadcza huku bomb, krzyku zabijanych, głodu i nocnych ucieczek. „Pamiętał, jak urodził się po raz drugi, roczny malec, w ciemnej ziemiance, w zaduchu ziemniaków, gangreny i krwi”. Te powtórne narodziny nie mają w sobie nic z jasności dziecięcego wejścia w egzystencję. Jednocześnie jednak historia Franciszka, jego epizod kryminalny, i późniejsze kolejne „narodziny” do pracy kamieniarza, są dowodem na to, że wypisanie się z gry na określonych przez mocodawcę zasadach jest możliwe, prawda, że okupione również wyłączeniem ze świata, postawieniem się obok niego.

Stefan nie ma ochoty stawać obok tego świata, który rodzi się na jego oczach. Postanawia być jego częścią. Więcej, zamierza być jednym z jego prawodawców, owszem, prawodawcom ograniczonym do uniwersum bolechowskiego (jak nazwać to uniwersum pozbawione dawnych sankcji obiektywności? Po-rzeczywistość?). Posiada spryt i atut (kolekcja sztuki), który może wykorzystać. Ale pozycja Stefana jest przez to wszystko od początku naznaczona skazą „samoustanowienia się”. Pozycja? Bez wątpienia. Stefan staje się z czasem czymś (świadomie uprzedmiotawiam, bo chodzi mi bardziej o figurę społeczną, niż o konkretną osobę) na kształt dawnego hrabi: zyskuje wykształcenie, jako kustosz zamieszkuje w pałacu, „zarządzając” stamtąd również sprawami pozostałej części Bolechowa. Coś jednak sprawia, że kopia odbiega nieco od oryginału. Byłby to skutek owej „gry w kustosza”, „gry w post-hrabiego” – którą Stefan postanowił rozegrać?

***

Powyżej chciałem pokazać punktowość owego polskiego przechodzenia od rzeczywistości do nie-realizmu. Celowo uwypukliłem więc, jako okres szczególnie dla tego procesu ważny, czas drugiej wojny i lata następujące bezpośrednio po niej. Należy wszakże zauważyć, że zmiany tożsamościowe nigdy nie dokonują się w jednej chwili, zwłaszcza tak potężne zmiany tożsamościowe, o jakich tutaj mówimy (utrata poczucia, że świat istnieje naprawdę!). Pamiętam dobrze wspomnienia mojej babci dotyczące Opatowa z początku lat 50. Wybijały się w nich na plan pierwszy sylwetki takich postaci, jak powiatowy architekt mieszkający w ładnym pałacyku własnego projektu, czy dyrektor szkoły, który posiadał willę z parkiem, do którego sprowadzał egzotyczne gatunki drzew z Kanady – codzienne ich życie zaś zdawało się nie różnić znacząco od tego, jakie prowadzono tam przed wojną: wciąż umawiano się na popołudniowego brydża, wciąż o piątej podawano herbatę, nadal istniała bardzo wyraźna klasowa dystynkcja (jak powiadał Bohdan Cywiński: „przed 1956 rokiem widać było na ulicy, kto inteligent, a kto robotnik”). Podobnie rzecz ma się z powieściowym Bolechowem. I tam nie od razu gra Stefana wprawia to miejsce w nowoczesną chybotliwość. Można raczej powiedzieć, że rzeczywistość bolechowska odpływa powoli, małymi fragmencikami, długo jeszcze dość silnie oddziałując na jej mieszkańców. Całkowitego zerwania – przynajmniej na jakiś czas – doświadczy dopiero Robert, gdy znajdzie się w Poznaniu.

Tam dopiero pojawi się ten stan ducha, który nazwałem tożsamością ponowoczesną. Na czym miałby on polegać? Zróbmy zbliżenie na „poznańskiego” Roberta. Zdawać by się mogło, że kroczy on jakąś wymarzoną ścieżką życiową. Spotyka dziewczynę, uprawia malarstwo, które przynosi mu sławę i duże pieniądze, mieszka gdzie chce (a to w dawnej fabryce będącej teraz „siedzibą” artystowsko-anarchistycznej grupki, a to w luksusowym lofcie w centrum miasta). Do czego się tu przyczepić? Tymczasem już po języku, jakim opisuje to życie Płaza, widać, że coś jest nie tak. Że ta świecąca tak jasno na zewnątrz egzystencja pod spodem nie ma prawie nic, że jest powierzchowna, schematyczna, bezbarwna. Nawet seks sprowadza się do kilku mechanicznie powtarzanych scen. Jakże inaczej pokazywał nam Płaza Bolechów – znacznie przecież skromniejszy w swoich ambicjach i możliwościach. Myślę, że jednoznacznie można w tym odczytać stratę, jaka wynika z wykorzenienia z jednego miejsca, a braku znalezienia dla siebie miejsca innego. Ale chodzi tu chyba o coś jeszcze. Otóż, świat Roberta oderwanego od Bolechowa przenosi się do wnętrza jego świadomości. To on sam, Robinson – jest treścią, centrum, ostatnią instancją tego świata. Jego ja, jego świadomość – zakreślają horyzont doświadczeń. O ile wcześniej czerpał z otaczającej go bolechowskiej rzeczywistości (stamtąd przecież bierze się jego malarstwo, z tamtych pejzaży, z wiejskich ludzi itd.), o tyle teraz żyje treścią przetworzonych przez własną świadomość bodźców i wyobrażeń o sobie, innych, o rolach, które odgrywa on i które odgrywane są wokół niego. Nowa rzeczywistość staje się jakimś symulakrum prawdziwej rzeczywistości, jakimś światem na podobieństwo świata. Jak bardzo mniej twórczym, barwnym, żywym – to widać, gdy zestawi się dowolne fragmenty pochodzące z dwóch części powieści. Jeśli nie razi nas język „części poznańskiej”, jeśli nie wpadamy w zakłopotanie z powodu jego ubóstwa – to tylko dlatego, że mianownik tożsamościowy dzielimy raczej z Robertem, aniżeli z hrabią, czy choćby ze Stefanem. Dobrze znamy tę wrażliwość kustoszowego wnuka, bo koresponduje ona z naszym doświadczeniem egzystencjalnym: wielość narracji podlegających pozornym wyborom; całkowite oderwanie od korzeni albo nachalnie nostalgiczne zachwyty nad przeszłością; odrzucenie etyki naprzeciw tyranii moralizatorstwa; zachwyt nad codziennością i rozpacz, gdy dostrzeżemy ogrom jej płycizn.

W tym symulakrum świata tworzy się także symulakra rozmaitych zajęć. Zamiast pracy przy obróbce kamienia, mamy więc na przykład społeczny aktywizm. Recenzenci Robinsona… często i chętnie odwoływali się do – obecnego rzekomo w powieści – dylematu, czy artysta powinien się angażować w życie polityczno-społeczne. Wydaje się, że jest to jakaś namiastka poważnego pytania. Albowiem sam konstrukt społecznego zaangażowania w jego nowoczesnej formie jest bez wątpienia jedną z cech współczesności (każdy powinien się gdzieś udzielać, gdzieś należeć, wygłaszać jakieś poglądy). Może on utrzymać swą wysoką rangę tylko wtedy, gdy człowiek stoi w środku świata. Wtedy jego zaangażowania, jego sprawczość, jego wpływ na zmienianie świata (śmiesznie to brzmi, gdy się konsekwentnie przyjmie, że świata już nie ma) – mają sens, bo nie ma nic poza nimi, chociaż prawdę mówiąc, ich samych też obiektywnie nie ma.

Płaza bardzo wyraźnie zderza te dwie aktywności – to jest przednowoczesną pracę i bliżej nieokreślone zaangażowanie społeczne – i robi to przede wszystkim na płaszczyźnie stylistycznej. Jakby chciał, wbrew temu, co widzimy dookoła – rozbuchać za pomocą słów całą wielką ontologię prawdziwej roboty. Podczas gdy petycje, manifesty, happeningi Zakładowców (wszystko to robione przecież w imię wzniosłych społecznych celów) wspomniane są jakby mimochodem i od niechcenia – procesowi przygotowania podobrazia, formowania marmurowego bloku, czy wydawałoby się prostej do bólu pracy wokół gospodarstwa – poświęca autor długie, przesycone materialnością akapity.

Dotąd inne ręce to wszystko robiły. Gotowały dla świń ziemniaki w parniku, aż buczał smaczną duchotą. Zdejmowały sierp z haka pod okapem stodoły, na łące ścinały koniczynę dla królików, ładowały ją na wózek i zwoziły na podwórze. W spiżarni, dokąd schodziło się z kuchni po granitowych schodkach, wyciętych i wyszlifowanych Gawałową ręką, sięgały do beczki zbitej przez teścia Świerkuli, znanego w okolicy bednarza, napełniały miednicę ziarnem dla kur, a potem, gdy włożyła przyczłapane trzewiki i wyszła z domu, odmykały furtkę kurnika i wśród trzepotliwego gwaru sypały je do korytek.

To rzemiosło, ta praca wlewa się w egzystencję człowieka, modeluje jego emocje, będąc jednocześnie ich wyrazicielem, być może – to zdaje się sugerować Płaza – doskonalszym od języka. Zbigniew Herbert mówił kiedyś o tym, że zazdrości malarzom, rzeźbiarzom, architektom tej ich pracy w prawdziwej materii, podczas gdy on sam musi poprzestać na, jednak dość abstrakcyjnym, „czernieniu papieru”. Podobny ton pobrzmiewa u Płazy, paradoksalnie, bo jego pisarstwo jest barokową obfitością, jest językiem chcącym wyjść ze swoich ram, przełamać składniowe i frazeologiczne ograniczenia, wniknąć w chłód marmuru, w wilgoć zaprawy, w barwę nadrzecznego sitowia.

Napisałem, że Robert z innej gliny ulepiony. Ale przecież nie do końca. Przecież i on podczepiony pozostaje jakoś do tej bolechowskiej rzeczywistości, albo raczej – przylepia się ona do niego raz po raz, niczym rzep polny do nogawki spodni. Gdy przyjeżdża z Poznania odnawia w sobie to przywiązanie, które – co przecież jakoś jednak przeczuwa – jest jego pierwotną formacją tożsamościową. Pierwotną i może jedyną, bo nawet to, co tworzy w Poznaniu – możliwe jest tylko przez pamięć Bolechowa.

To przeciwstawienie Bolechowa i Poznania, przednowoczesnej prowincji (czy wciąż przednowoczesnej?) i postmodernistycznej metropolii rozgrywa się przynajmniej na kilku płaszczyznach. Chciałbym przywołać jeszcze jedną z nich. Mowa o uczuciu miłosnym, uczuciu, które także jakoś utrzymuje Roberta w rozdarciu. Bo z jednej strony jest wspomnienie dziecięce i młodzieńce, córka Franciszka – Urszula, którą później będzie potajemnie malował podczas pobytów w Bolechowie. Z drugiej zaś jest partnerka, a następnie żona, Julia, marszandka i menadżerka młodego malarza. I znowu – jak to miało miejsce na innych płaszczyznach – Płaza odwraca proporcje. Związek z Julią, tak niby pełny jej obecności, tak wręcz nachalny, kipiący momentami od namiętnych uniesień – zostaje stylistycznie jakby umniejszony, sprozaizowany, spospolitowany tym językiem wziętym z korporacyjnej nowomowy nowoczesnego miasta. Znajomość z Uruszulą, tak dalece w porównaniu do poprzedniej relacji niedopełniona, ledwie zaczęta, odbywająca się w sferze spojrzeń, niedopowiedzeń, przelotnych dotyków – to ona właśnie zdaje się ważniejsza, znowuż, za pomocą językowego obrazowania, pęczniejąca, bardziej obecna, prawdziwsza. Ten uczuciowy, kobiecy galimatias (Julia i Urszula, ale przecież także matka, Łucja), w którym zanurzony pozostaje Robert, zdaje się w ogóle wątkiem bardzo intrygującym i być może – tu lekki przytyk w stronę autora – nie do końca powieściowo wykorzystanym, może nie wystarczająco zrośniętym z resztą świata przedstawionego, doklejonym jakby nieco obok.

I jeszcze jeden rys „świata poznańskiego”. Swoista schematyzacja codzienności i jej bezrozumna afirmacja. Dynamizm w słowach Julii, ich skrótowość; proste krótkie „biznesowe” komunikaty jej ojca; podszyta ironią i pozorną obojętnością postawa mieszkańców squatu – to repozytorium nowoczesnych zachowań, bardziej przypominających Gombrowiczowskie maski aniżeli prawdziwe życie. Nawet formuła artysty ma w tym świecie dawno już wytyczone koleiny, w które należy wskoczyć: „Gdy [Julia] mówi, że chce zobaczyć więcej moich prac, ostrzegam ją: mieszkam na starówce. Na poddaszu. Zrobiłeś sobie Montmartre?”. Można odnieść wrażenie, że Poznań dużo mocniej spycha człowieka w odgrywanie roli (choćby anarchisty), niż robi to bardziej przestronny i chaotyczny Bolechów. Te role, mody, schematy dają się też odnaleźć w reakcji na obrazy Roberta, tej początkowej niechęci – „bo to socrealizm” itp. – ale również w późniejszym uwielbieniu dla jego anachronicznej techniki i realistycznego przedstawiania. Nie sposób nie łączyć owego uwielbienia z wysokimi cenami, jakie w pewnym momencie zaczęły osiągać staromodne obrazy. Ale może jest tu widoczny również ślad jakiejś nieuświadomionej tęsknoty za rzeczywistością. Bo jak powiada Maciej Płaza, ludziom bardziej podobają się modernistyczne budynki, ale wolą mieszkać w mieszczańskich kamieniczkach.

***

Bolechów – jak się rzekło – oddziałuje na Roberta, chociaż sam powoli zanika. Jest to dalsza część tego procesu, który zaczął się w początku wojny. Postępująca dekompozycja świata, staczanie się w nie-realizm. Istotnym punktem na tej równi pochyłej zdaje się kolejna historyczna cezura – rok 1989. Z perspektywy bolechowskiego folwarku wyglądała ona tak: „gdy ruszyła fala likwidacji, ludzie łudzili się, że się ostanie. Spółdzielnię założymy, mówili, maszyny nie są zdezelowane, na kredyt dokupimy nowe, zainwestuje się, damy sobie radę. […] Gdy dyrektor obwieścił, że po zbiorach bolechowski pegeer zostanie zamknięty […] paru robotników pomaszerowało do biura, wyciągnęli zza biurka dyrektora, wsadzili go na taczki, dochybotali do obory i tam unurzali w gnoju. Potem wrócili do stołówki i rozhulali radosno-wściekłą libację. […]I widzisz, jak ony tera w tym pegeerze żyją. Połowa bieduje na kuroniówkach, druga połowa tyra na tych samych polach, ino dwa razy szybciej, bo już nie na państwowym, a Stecowym”. To też obraz, który dobrze znamy. Mówiąc na marginesie, ciągłe splatanie losów indywidualnych z losami społecznymi – pozostanie dużą zasługą Płazy, bo jest on jednym z niewielu współczesnych autorów, którzy próbują to w sposób ciekawy robić. A więc mamy odzyskanie niepodległości. Czas wyzwolenia, szansa na zbudowanie wszystkiego od nowa. Unieważnienie zasad gry ustanowionych nie naszymi (po części) rękami? Powrót do rzeczywistości? To okazuje się niemożliwe, albo możliwe, ale niezrealizowane. Zamiast tego mamy jedynie zmianę, a czasami jedynie rozmiękczenie zasad gry. Jedno oszustwo PGR-ów zostaje zastąpione innym oszustwem ucieleśnionym przez kapitał (jak powiada Stefan: „niestety zbliża się koniec ocalania, bo na miejsce wojska, prostactwa, dewocji i biedy przyjdzie faszyzm, prostactwo, dewocja i pieniądz”). Tożsamość jeszcze jakoś kolektywną, zastępuje powszechny indywidualizm. Resztki wspólnotowości odchodzą w niebyt, przychodzi za to osobisty sukces, ścieżki kariery, nieprzebrane możliwości i nieograniczone szanse. Człowiek wreszcie ma swój raj utracony, szkoda tylko, że został w nim sam.

Ale zdaje się, że wtedy, gdy do tego doszło, nie dostrzegaliśmy już nawet, że zostaliśmy oszukani. Nie mówię tu o jakimś oszustwie międzynarodowych spisków albo postsowieckiej nomeklatury – które to rzekome oszustwa stały się narracją pewnych polskich środowisk po 1989 roku. Chodzi mi o oszustwo znacznie poważniejsze, o pogłębienie tej przepaści która oddzieliła człowieka od rzeczywistości. W roku 1945 – gdy rozgrywał się pierwszy akt tego procesu – można było przynajmniej zrzucić winę na okupantów. Nie nasza wina, nie my ustalaliśmy zasady tej gry, zrobiono to siłą, pod przymusem. Ale teraz, te trzydzieści lat temu, to my sami decydowaliśmy, sami więc wybraliśmy sobie ten tożsamościowy model z importu, z którym teraz przychodzi nam się zmagać. Jednak czy takie rzeczy się wybiera? Czy w ogóle można jakoś wpływać na takie procesy poważnego, tożsamościowego kalibru? Można z pewnością wyliczać takie wątpliwości, można, znowu, szukać winnych gdzieś na zewnątrz. Zbyt nieodparcie jednak narzuca się myśl, że może każdy ma taki raj, na jaki zasłużył. I w końcu kręgów Dantego jest jeszcze wiele, i to sporo gorszych.

***

Tak więc moja teza nadpisana na powieści Macieja Płazy brzmiałaby tak: polskie odchodzenie od przekonania o realnie istniejącej rzeczywistości zostało przygotowane przez okupantów hitlerowskich, przeprowadzone przez okupantów sowieckich, zatwierdzone zaś przez nas samych w 1989 roku. Być może, że proces ten dokonałby się  i tak, gdyby owych okupantów nie było. Sprawy w zachodniej Europie potoczyły się przecież podobnie, mimo sytuacji politycznej zgoła odmiennej. Może zresztą te kwestie rozstrzygnęły się dużo dawniej, i gdzieś tam należałoby szukać ich źródeł.

Grób Fryderyka II w katedrze w Palermo – pisał Sandor Marai w 1905 roku – obok trzech innych nagrobków ze wspaniałego porfiru – to kamień, na którym świat wyleciał z posad: kiedy umarł ten władca, skończyła się Europa i rozpoczęła się epoka Narodów i Pieniądza.

Ale wydaje mi się, że w Polsce to gubienie rzeczywistości odbyło się jednak dużo później, i to w taki właśnie sposób. Zaczęło się od – sprokurowanego wojną – przyjęcia, że świat jest grą, w której wygrywa i wygrywać powinien silniejszy. A później wystarczyły kapiące krople i powolne rozsączanie wiary, że pod tą rozgrywką jest jeszcze pierwotna, niezmienna, dobra i prawdziwa rzeczywistość. „Żyjemy tu nie czując pod nogami ziemi” – pisał Osip Mandelsztam.  O tym odrywaniu się od ziemi – owszem, nie zawsze w tak dramatycznych okolicznościach jak u Mandelsztama – o ucieczce od wiary w prawdziwy świat; i o tożsamości, która czeka za progiem tej wiary – o tym wszystkim opowiada książka Macieja Płazy.

***

Chciałoby się jednak jakoś zrozumieć tę ponowoczesną tożsamość. Chciałoby się wyzwolić  z niej, pójść do przodu, albo przeciwnie – wrócić tam, gdzie człowiek z rzeczywistością pozostaje jeszcze związany. Zbyt łatwo brzmiące obietnice nic nam tu jednak nie pomogą. Bo powie ktoś – nic prostszego niż wrócić. Są nawet na świecie takie ruchy antycywilizacyjne, których członkowie mieszkają w jaskiniach i polują na dziką zwierzynę (tylko gdzie szukać takiej zwierzyny w globalnej wiosce?). Czemu nie. Dlaczego Robert nie mógł uciec w jakąś inną, prawdziwą rzeczywistość? – może zapytać dociekliwy czytelnik. Płaza uprzedza to pytanie. Pokazuje, w samej końcówce powieści, w taki sposób wyobrażoną trzecią drogę: oto malarz wyjeżdża do Ameryki i tam – pośród dziewiczej przyrody – zatapia się w mistycznym doświadczeniu pustynnej bieli. Ale czy jest to mistyka prawdziwa, czy może – wyczekany i wymyślony – konstrukt marzeń i wyobraźni bohatera? Bo jaka może być mistyka, gdy człowiek równa się uniwersum? A nawet jeśli uznamy, że chcemy to uniwersum poszerzyć – dlaczego Robert, dziecko bolechowskich chłopów, ma czuć mistyczną więź z amerykańskim pustkowiem? Płaza zdaje się mówić, że owa trzecia droga jest to jakaś wielka mrzonka eskapistów, jakieś szaleństwo – w istocie niewiele różniące się od cywilizacyjnego zachłyśnięcia się nowoczesnością. Pisarz wie dobrze, że dzisiejszy człowiek nie ucieknie od owej ponowoczesnej tożsamości; wie jednak również, że nie ucieknie i nie powinien uciekać od Bolechowa; tylko czy cokolwiek w tej rozgrywce jeszcze zależy od człowieka?

Po przeczytaniu powieści À rebours Jorisa-Karla Huysmansa, Barbey d’Aurevilly powiedział: „Po takiej książce autorowi pozostaje już tylko wybrać między lufą pistoletu a stopami krzyża”. Gdyby prawdziwie przejąć się kształtem tożsamości człowieka współczesnego, który kreśli w swej powieści Płaza  – to prawdę mówiąc wybór jest dość podobny. Można oczywiście na marginesie zgłosić wątpliwość, czy dzisiaj jesteśmy jeszcze w stanie czymś się prawdziwie przejąć; czy tożsamościowe purgatorium, w którym się znaleźliśmy, nie polega również na tym, że potrafi znajdować rację swojego istnienia w bieżącym trwaniu, że potrafi żyć „nie czując pod nogami ziemi”. A contrario i jako pewien promyk nadziei dopowiedzieć można, że nawet w tym ponurym, choć czystym i zamożnym Poznaniu, kołatają się gdzieś po kątach tęsknoty za bydgoskimi kamieniczkami.

Jedno jest pewne: będąc w dalszym ciągu centrum swojego świata, sami siebie nie uratujemy. Bo jesteśmy – żeby przywołać na koniec możliwe odczytanie tytułu powieści – jak Robinson uwięziony na bezludnej wyspie, dla którego nie ma innego ratunku poza tym, który może przyjść z zewnątrz. A żadnego statku ratunkowego – przynajmniej u Płazy – na horyzoncie na razie nie widać.

Smętek idzie dalej. Szkice do obrazu Pomorza

„Ofiaruję ten utwór córce mej Monice z gorącem życzeniem, ażeby gdy dorośnie nie znalazła już śladów Smętka na ulubionem jej wybrzeżu” – brzmi dedykacja Wiatru od morza, powieści z 1922 roku, w której Stefan Żeromski przedstawił, w swoiście upoetyzowanej i metaforycznej formie, dzieje polskiego Pomorza. Niełatwa to książka, gęsta stylistycznie, miejscami przypomina historiozoficzną rozprawę, to znów dawną bohaterską epopeję, innym razem dramaty Słowackiego, w których gdzieś poza światem toczy się walka wielkich duchów. Wypominano jej niezrozumiałość, zarzucano propagandową stronniczość (wszak powstała zaraz po przyłączeniu wybrzeża do II Rzeczpospolitej), krytykowano idealizację historycznych postaci i narodowościową optykę. Jednak po dziś dzień trudno byłoby znaleźć inne dzieło, które w sposób równie szeroki, z tak wielkim rozmachem – kreśliłoby duchową genealogię Pomorza; które potrafiłoby dotrzeć do jego istoty, uchwycić to, co określa te ziemie i ich mieszkańców. Swoją drogą zadziwiające jest, jak tego typu sprawy – jeśli uchwycone właściwie – pozostają niezmienne; jakim długim trwaniem się charakteryzują; jak mało wpływają na nie wielkie procesy cywilizacyjne, jakieś globalizacje, technologizacje, nowoczesności. Tyle się tutaj przecież zmieniło – mówiliśmy sobie jeżdżąc po polskim wybrzeżu niemal sto lat po Żeromskim – a jednak wszystko pozostało bez zmian.

***

Ów smętek jest głównym bohaterem utworu Żeromskiego (chyba można tak powiedzieć, mimo jego niejasnego ontologicznego statusu). Przenika każdą z osiemnastu opowiedzianych historii, które w połączeniu są migawkowym portretem dziejów ziem pomorskich od czasów przedhistorycznych (najazd jednego z plemion germańskich) po współczesne pisarzowi (budowa portu w Gdyni). Tego smętka wziął Żeromski z dawnych legend kaszubskich, gdzie oznaczał jednego z diabłów, czartów, złych duchów. XX wieczny autor lokalny, ks. Bernard Sychta pisał: „w świecie wierzeń ludowych nie określona bliżej postać, będąca zapewne przeżytkiem wierzeń pogańskich, a zepchnięta dziś do roli diabła. Rzeczywiście, sami Kaszubi niewiele umieją powiedzieć o smątku”. W literaturze znalazł się po raz pierwszy za sprawą innego kaszubskiego pisarza, Hieronima Derdowskiego, w wydanym w 1880 roku utworze O Panu Czorlińścim co do Pucka po sece jachoł.

O Smętku Żeromskiego – w przeciwieństwie do jego legendarnego odpowiednika – powiedzieć można bardzo wiele. Trudniej byłoby precyzyjnie wskazać, kim lub czym jest. Urasta on bowiem do rangi swoistego symbolu Pomorza, do duchowej siły, która działa w przyrodzie, działa w ludziach – a może jest po prostu częścią tutejszego świata, jej integralnym, najściślejszym pierwiastkiem? I, jako taki, współkształtuje losy tych ziem.

***

Nad polskie morze jeździłem odkąd pamiętam. Te pierwsze wyjazdy, z rodzicami i rodzeństwem, odbywały się na początku lat 90. Jechało się przez Włocławek i Toruń, później był postój gdzieś w okolicach Człuchowa, w bardzo urokliwym jeziornym pejzażu, pośród którego stał – nie do końca doń pasujący – lichy bar z rybami. I dalej morenowym, pagórkowatym krajobrazem pojezierza, długo, długo w stronę Koszalina. I jeszcze dalej, do Kołobrzegu, w końcu do Dźwirzyna. Były to czasy, gdy działało jeszcze wiele po-komunistycznych ośrodków wczasowych, dużych, podobnych do siebie, z wielkiej płyty budowanych, z długimi korytarzami, obszerną stołówką serwującą oszczędne porcje obiadowe, jakimiś boiskami i kortami, które czasy świetności miały dawno za sobą, z ogromem niewykorzystanej przestrzeni, gdzie tylko trawniki, kępy drzew i krzaków. Wcześniej ośrodki te należały zazwyczaj do jakichś zakładów produkcyjnych; ściągali więc do jednego kurortu górnicy z Zabrza albo metalowcy z Radomia. Na początku lat 90. porządek ten, choć jeszcze siłą przyzwyczajenia utrzymywany (widać zwyczaje wakacyjne przetrwały dłużej niż komunizm), powoli się wykruszał i coraz więcej było w eks-zakładowych ośrodkach wczasowych takich przypadkowych turystów jak my. Dnie spędzaliśmy na plaży, rzadko w tak zwanym mieście, czyli położonym przy głównej ulicy skupisku – nielicznych wtenczas – sklepów, barów, innych jakichś atrakcji na miarę miejsca i czasów skrojonych. Popołudniami i wieczorami uprawiało się sporty, chodziło na ośrodkowe dyskoteki, siedziało z dzieciakami kolonijnymi z Tychów (bo tam akurat kolonie z Tychów przyjeżdżały).

Poza zwykłą nostalgią za młodzieńczymi laty, wiążą mnie z tamtymi wyjazdami pierwsze chyba tak silne doświadczenia dzikiej przyrody. Z obawą i zachwytem patrzyłem na ciągnące się kilometrami puste wydmy, dziwacznie powyginane sosny, no i brzeg morski, plażę, palisady falochronów wystawionych na wiatr o niespotykanej gdzie indziej sile. Pierwszego wieczoru, tuż po przyjeździe szło się nad morze, żeby poczuć powiew tego wiatru, wszystkie jego zapachy, żeby się wpatrywać w czerwieniejące niebo stykające się gdzieś tam daleko z ciemną połacią wody. Fascynowały też pół-cywilizowane wioski rozrzucone po wybrzeżu, z kilkorgiem domków w otoczeniu rozległych pól (jakże innych, niż u nas, w Świętokrzyskiem), nieprzeniknionych lasów, ledwie przejezdnych dróg gruntowych. Towarzyszyło temu wszystkiemu jakieś dziwne doświadczenie obcości, jakby świadomość, że się nie jest u siebie.

Zwiedzając dzisiaj polskie wybrzeże mam nadal cząstkę tamtego uczucia dziecięcego (na ile jest to tamto uczucie?), które się rodzi w zetknięciu z tutejszą przyrodą, urzekającą i groźną, i ciągle jakoś tajemniczą. „Wiele podróżowałem po świecie, ale tak pięknego zakątka, takiego połączenia morza, lasów i wzgórz, nie widziałem nigdzie” – pisał Stefan Żeromski, gdy się znalazł po raz pierwszy w Orłowie (stoi tam do dziś domek, w którym Żeromscy spędzili kilka miesięcy 1920 roku, choć ówczesna wioska została dawno wchłonięta przez Gdańsk). Chętnie podpisałbym się pod tymi słowami, bo choć tyle co pisarz po świecie nie podróżowałem – krajobraz pomorza wydaje mi się czymś wyjątkowym i bardzo osobnym. I dlatego nie dziwi mnie, że Wiatr od morza  tak jest zatopiony w tutejszej przyrodzie, tak ją w każdym historycznym obrazku uwzględnia, tak splata jej istnienie z ludzkimi istnieniami, jak wręgi statku splecione są z kilem. Wydaje mi się nawet, że to Pomorze, które Żeromski portretuje – a jest ono, co postaram się pokazać, na jakimś podstawowym duchowym planie tożsame z Pomorzem dzisiejszym – z uwagi na swe geograficzne położenie ma w sobie coś z ponurych wybrzeży Skandynawii (gdzie rozgrywają się niektóre dramaty Szekspira), jak również z żywiołowych, pełnych namiętności greckich wysp (będących sceną klasycznych tragedii). Byłoby więc polskie wybrzeże naszym niewyzyskanym literacko Elsynorem lub naszymi Tebami? Myślę, że Żeromski – w swojej niezwykłej poetyckiej intuicji – doskonale to wiedział. W 1919 roku pisał on w liście do Bernarda Chrzanowskiego, krajoznawcy i miłośnika Pomorza:

Od dziesiątków lat jest mojem najgorętszem pragnieniem zapoznanie się gruntowne z wybrzeżem morskiem i półwyspem helskim, z ludem, mową, obyczajami i całkowitym zakresem tamtejszego życia, co udałoby mi się następnie spożytkować być może w sposobie literackim i odtworzeniem artystycznem. Wyjazd czasowy w porze letniej do tych okolic, gdy nadto wybiera się tam obecnie bardzo wiele osób, byłby dla mnie prawie bezcelowy, gdyż nie umiem zbierać dorywczo wiadomości i wrażeń. Musiałbym tę całą ziemię poznać i przeżyć, jak przeżyłem wewnętrznie inne okolice kraju. To też pragnąłbym tam zamieszkać, o ile by mi zdrowie i zdrowie córki pozwoliło, na dłużej, a – w najlepszych okolicznościach, na stałe.

Mówiono – a mówili Ci, co krytykowali Żeromskiego za rzekomą propagandowość Wiatru od morza – że powstał ten utwór na zamówienie polityczne. Że autor wziął modny i potrzebny młodemu państwu temat. Że ustawił tezy tak, żeby je zgrabnie w oficjalnych przemówieniach można było wykorzystać. Tylko, czy w tak doraźnym celu chce się poznawać „całkowity zakres tamtejszego życia”, czy czuje się przymus, aby „tę całą ziemię poznać i przeżyć” – czy pragnie się tego wszystkiego „od dziesiątków lat”? Nie, tu chodzi o coś znacznie więcej. O coś, co Żeromski dostrzegł. O coś, co należałoby wczytując się w jego Wiatr od morza i wmyślając się w dzisiejszy „całkowity zakres tamtejszego życia” rozjaśnić i opisać.

***

Idąc za powyższym tropem, można byłoby określić utwór Żeromskiego jako antologię polskich mini-dramatów wielkich namiętności i żądz, które wcześniej nie zostały napisane. Nie od rzeczy byłoby więc być może czytać je jak kanon szekspirowski. Jako wielką, rozpisaną na głosy, opowieść o historii i ludziach jako jej głównych (czy na pewno głównych?) aktorach. Zawahałem się przy bohaterach dramatu, bo jak tu zważyć na szalach wagi nieokiełznaną przyrodę, człowieka (z jego słabą naturą, ale i Bożą iskrą), no i Smętka – może, znowuż, to na nim należałoby się skupić.

Pisze o nim Żeromski: „zasiewał […] niezgodę, kłótnię, swar, bitwę na śmierć, ucząc ich swoimi sposoby łamać prawa łączące ich od prawieku w społeczność”. Przypłynął z północnymi zdobywcami jako ich bard, z jego pieśni promieniowało „nigdy nie nasycone pragnienie widoku wiekuistej walki człowieka z człowiekiem”. Tę samą diabelską dążność zaszczepi w Krzyżakach. Hermanna von Balka, który na czele zakonu zbrojnie zdobywa Prusy, utwierdza w jego chciwości („Serce biło w piersiach gospodarza, gdy mierzył i liczył, odkrywał i przewidywał bogactwa jawne, wpadające w oczy nawet głupca, i skarby skryte przed oczyma niedołężnych lub ciemnych”). Przyjmuje postać tajemniczego doradcy Graffiaciane (nota bene jeden z mieszkańców Dantejskiego piekła), który nakłania mistrza Heinricha von Plotzke do krwawej rzezi miasta Gdańska. Jest ucieleśnieniem mordu, okrucieństwa. Ale także pychy, który idzie w ślad za siłą i władzą.

Można oczywiście utożsamić działania Smętka z postępowaniem Krzyżaków, a później Niemców mających władzę nad tymi ziemiami – lecz byłoby to chyba zbyt wąskie postawienie problemu. Tak się rzeczywiście złożyło, że Niemcy są tu krzywdzicielami, ale nie dlatego, że są Niemcami, tylko dlatego, że do nich należy panowanie nad innymi. Ich porywa Smętkowy duch dający władzy pełne prawo, prawo życia i śmierci. Wszak i wcześniej, w czasach przed-krzyżackich, wchodził Smętek pomiędzy prosty lud – jak w opowieści o bartnikach, których poróżnił między sobą, albo o rdzennych mieszkańcach Prus, którzy mordują św. Wojciecha. Analogicznie, w Polakach widział Żeromski raczej obronę słabszych, prześladowanych, zabijanych, utożsamiał ich z Kaszubami, odwiecznym tutejszymi mieszkańcami, którzy stali się rabami obcych potęg – nie zaś naród, który z zasady jest dobry (tak, jak naród niemiecki miałby być z zasady zły). To że czytano Wiatr od morza inaczej, jest nieszczęściem recepcji tego utworu, i świadczy pewnie także o płytkości każdej szeroko pojętej recepcji literatury. Być może było w tym jednak także życzenie Żeromskiego – formułowane w pierwszych latach niepodległości – że polskie panowanie nad tą ziemią będzie inne, że wykaże się wielkodusznością i współczuciem, że nie da posłuchu podszeptom Smętka. Stąd może i ta dedykacja pisana z dziecięcą naiwnością dobrego człowieka (pamiętajmy jednak, kim był adresat dedykacji, bo to chyba uprawnia jej autora do pewnego idealizmu) postawiona na przedzie powieści. Wspomniana przypowiastka o bartnikach kończy się takim oto zdaniem odnoszącym się do Smętka: „Sam szedł dalej”. To podążanie, ciągły ruch, ciągłe przechodzenie ponad czasem i pojawianie się w coraz to nowych miejscach – okazuje się podstawową jego cechą. Idzie więc dalej, ów smętny duch Pomorza, wychodzi poza dwudziestolecie, suto karmi się drugą wojną, dostaje prawdziwe pole do popisu w skłamanej rzeczywistości tzw. ludowej Polski. A potem co? Czy kolejna niepodległość to – jak życzyłby nam duch Żeromskiego – jego koniec?

***

Zanim jednak powie się coś o obecnej niepodległości, trzeba zrobić dwa kroki w tył i popatrzeć przez chwilę na te wszystkie wieki niemiecko-polskiego Pomorza. Chciałoby się przedstawić owoczesne społeczne stosunki unikając zniekształceń, nie koloryzując, ale i bez pokazywania przerysowanych antagonizmów. Tylko czy to jest dzisiaj możliwe? Mam wrażenie, że sprawy polsko-niemieckie, dawna polsko-niemiecka Rzeczpospolita – są przykryte jeszcze większym tabu, niż zagadnienia dotyczące Żydów czy Ukraińców. Jak nie sposób opisywać dziś przedwojennych Żydów inaczej niż przez pryzmat Holocaustu – tak trudno dostrzec dawnych tutejszych Niemców zza ponurej zasłony hitlerowskich płaszczy. Jednocześnie jednak, w pierwszym wypadku dużo pracy zostało już wykonane (chwała za to licznym organizacjom polskim i izraelskim, nawet tym, które mają na oczach ideologiczne klapki). W drugim natomiast, w przypadku polskich Niemców, szła raczej przez dziesięciolecia robota odwrotna, mówiąca, że mieliśmy (i mamy) w tym narodzie odwiecznego wroga, który tylko czyha na suwerenność Polaków (i polską gospodarką), nie zaś sąsiada, który czasem lepszy, czasem gorszy (jak to sąsiad) – jest jednak człowiekiem jakoś nam bliskim.

Duży w tym udział ma z pewnością – zwłaszcza, gdy mowa o Pomorzu i Prusach – propaganda Rzeszy z lat 30. Tą, którą obszernie recenzuje w (nomen omen) Na tropach smętka Melchior Wańkowicz. Ci wszyscy panowie Lüdke i Thiele naukowo dowodzący, że są to ziemie niemieckie. Te groźne hasła Volk ohne Raum (naród bez oszaru) i jeszcze groźniejsze zdanie Hitlera z Mein Kampf: „Naszym zadaniem będzie wytrwała praca niemieckiego pługa, dla którego obszarów dostarczy miecz”. Wszystko to kropla po kropli wlewało niezgodę między tych ludzi, którzy mieszkali na wybrzeżu przez stulecia, a różnili się tylko tym, że mówili w innym języku i, czasem, chodzili do innego kościoła. Prawda, że i nasza propaganda – na czele z przywołanym reportażem Wańkowicza – odpowiadała pięknym za nadobne, i wsączała tę samą niechęć, tylko z drugiej strony. Trzeba przyznać, że w latach 30. i 40. XX wieku – Smętek miał tutaj znowu swoje pięć minut.

Szczególnym zaś celem propagandowych przepychanek, także tych powojennych, była próba bezspornego, niezaprzeczalnego, niewzruszonego udowodnienia, że Pomorze i Prusy to ziemie rdzennie niemieckie, względnie rdzennie polskie – w zależności od tego, kto dowód przeprowadzał. Ciekawe, ile papieru i słów zmarnowano na te dowody, który nigdy nie chciały być – bo przecież być nie mogły – ostateczne i niepodważalne. Były za to anachroniczne, nie uwzględniały natury tych stosunków społecznych, które określały przed-narodowe społeczności, miały na celu doraźne, nijak się mające do tamtych stosunków, narodowe cele. Dużo się w ostatnich latach pisze o początkach „narodów” oraz ich roli w XIX i XX wiecznej transformacji społeczno-historycznej. Często traktuje się przy tym narodziny „poczucia narodowego” jako jakiś rodzaj społecznego postępu, wyższy stopień tożsamościowej świadomości. Być może, że tak jest. Ale dla zrozumienia historii Pomorza – dużo ważniejsze wydaje się opowiedzenie społeczności przed-narodowych. I tak się jakoś składa, że w tej pełnej historycznej perspektywie owe społeczności, może nieświadome i zacofane, wypadają godniej niż dumne nowoczesne narodowe państwa. Prekursorów kultu narodowego (i idącego w ślad za nim rasizmu) nie bez przyczyny wkładał Żeromski pod opiekuńcze skrzydła Smętka. A były to postacie nie byle jakie – o takim na przykład Fryderyku II czytamy w Wietrze od morza:

Poczytywał też wszystek lud w kraju zabranym za jednorodne zbiorowisko głupoty, za kraj Irokezów, który jedynie dzięki kolonizacji przez Niemców, jako dobrych gospodarzy, ucywilizowany być może. […] W Malborskiem, Chełmińskiem i Pomorskiem zastał kilka tysięcy głów szlachty, rodowitych Polaków, w gęstej masie zasiedziałych. Byli to magnaci i średniacy, drobna szlachta i dzierżawcy, na wsiach, częściach wsi i folwarkach siedzący, urzędnicy i rezydenci wielkopańscy. Kilka zaledwie magnatów o nazwiskach niemieckich, również do gruntu spolszczonych, plątało się wśród polskiego pogłowia. Wszędzie lud prosty odrabiał dziedzicom pięć dni tygodniowo, we dwu mężczyzn i dwa konie wszystko wykonując, co pan każe, na polu, w gumnach czy w domu. Toteż król pruski pragnął jak najrychlej pozbyć się tej polskiej „hołoty”, jak ją stale w swych pismach nazywał, wygnać ją z Warmii, Sztumszczyzny, Pomorza, aż po lęborską i chojnicką ziemię. […] Postanowił wygnać ten żywioł do Polski po społu z Żydami, których z samych tylko nadnoteckich miasteczek sześć tysięcy głów za rzekę graniczną wyrzucił.

Owa oświeceniowa myśl kolonizowania społeczności w imię postępu – pociągnięta później przez Bismarcka i Hitlera – zebrała (i chyba ciągle zbiera) w Polsce obfite żniwo. Przyjdzie jeszcze do tego wrócić.

Teraz wypada pokazać podglebie tej pomorskiej ziemi, nad którą toczyły się propagandowe i zbrojne utarczki wielkich tego świata. Pokazać Kaszubów, Niemców, Polaków, Żydów, w mniejszym stopniu Rusinów. Tych „w gęstej masie zasiedziałych”, którzy tu orali swoje niewielkie poletka, łowili ryby, na gdańskim jarmarku sprzedawali rzemieślnicze wyroby. Oni się przecież z tą ziemią najbardziej zżyli, niezależnie od tego, czy nad głową stał krzyżacki rycerz czy polski żandarm. Oni byli – w najlepszym i najpełniejszym tego zwrotu znaczeniu – solą tej pomorskiej ziemi. Jak się między nimi sprawy przedstawiały? Jak żyli ze sobą, mówiąc w różnych językach, odróżniając się ubiorem, nieraz wykonywanym zawodem? Jak te sąsiedzkie stosunki się układały? Zapewne rozmaicie, ale najczęściej poprawnie. Większość świadectw, jakimi dysponujemy, pokazuje dawne życie Kościerzyny, Darłowa, Sławna czy Słupska jako niepozbawione różnych drobnych tarć (od XIX wieku również narodowościowych), zasadniczo jednak zgodne. Byłoby też może naiwną idealizacją zakładać, że jakakolwiek wspólnota może żyć bez sporu – co nieraz na siłę starają się dowieść historycy nadmiernie przedwojenną Polskę upiększający. Spory są immamentną zasadą istnienia wspólnoty, widać to zresztą nawet na przykładzie państwa homo-narodowego, jakie mamy tutaj dzisiaj.

Tamte społeczności, narodowościowo zróżnicowane nie różniły się zasadniczo od tego stanu rzeczy. Przynajmniej aż do momentu, gdy Europy nie zalała nacjonalistyczna propaganda. Ale i wtedy tak zwany prosty lud zachowywał po wielekroć właściwą moralną miarę. Niemieccy rolnicy, którym w czasie drugiej wojny, przydzielano do gospodarstw polskich jeńców, mimo surowych kar za to grożących, traktowali ich dobrze i godnie, nierzadko sadzając do wspólnego rodzinnego stołu, czy nawet łącząc się z nimi w pary (jak w znanej i tragicznej historii miłości Elfride Shöwe i Wacława Niebrzegowskiego, która zdarzyła się w początkach wojny, we wsi Rokitki niedaleko Lęborka). Hitlerowska Policja Bezpieczeństwa stwierdzała:

Przyjmując jeńców wojennych do grona domowników ludność wiejska nic nie podejrzewa. Nie przychodzi jej wcale na myśl, by widzieć w tym fakcie jakieś narodowo-polityczne niebezpieczeństwo… Działalność kościoła mówiącego, że jeńcy wojenni i robotnicy cudzoziemscy, to również chrześcijanie i ludzie, unicestwia na nowo rezultaty narodowo-politycznego uświadamiania. […] Człowiek, który z nim [rolnikiem] pracuje i na dodatek się nie leni, zyskuje sobie jego zaufanie, obojętne czy będzie to Niemiec, czy element narodowo obcy, jeniec wojenny, albo cywil.

Lud niemiecki pokazywał, w czasach najciemniejszych, że człowiek może być dobry. Jakże piękny byłby świat – chciałoby się powiedzieć – gdyby ten lud zostawić sam sobie, gdyby wszystkich, którzy chcą go formować, rządzić nim, „oświecać” go i „cywilizować” – wsadzić na statek i wywieźć na bezludną wyspę. Czy jednak Smętek odpłynąłby na zawsze tym statkiem, jak w ostatniej scenie Wiatru od morza wypływa z gdańskiego portu? Czy może raczej znalazłby nowych wyznawców, tym razem wprost spośród owego prostego ludu, i znowu byłoby jak dawniej:

tu w tych leśnych stronach dzika i niczym nie krępowana namiętność jest jedynym prawem dla ludzi […]. […] nieposkromiona samowola tych, których bary są mocne, kolana bezlitosne, a broń w dalekich wypalona kuźniach niezwyciężona dla pięści bezbronnej — jest tu prawem publicznym.

***

Wybrzeże, A. D. 2018. Idziemy szeroką ulicą malutkiego nadmorskiego prawie-że-kurortu. Mijamy niewielkie ogrodzone działki, na których poupychano drewniane domki. Domki są wygodne, kilkupokojowe z aneksami kuchennymi, nowymi meblami, ciepłą wodą w kranie. Obok jeszcze plac zabaw, kilkadziesiąt kilo plastiku, no i parking dla samochodów. Wszystko ciasno ustawione, widać, że szanuje się tu powierzchnię. Ponoć wyrastają takie małe osiedla domków jak grzyby po deszczu, bez pozwoleń na budowę, bez planowania przestrzennego, bo kto by się przejmował planowaniem na jakiejś nadmorskiej wsi zapadłej. Dalej zaczynają się sklepy i stragany, stragany, stragany. Namioty, przyczepy, budki, stoły ustawione na dworze, wieszaki, konstrukcje dziwaczne. A na nich pełno wszystkiego, czego tylko dusza zapragnie (czy może raczej ciało, bo dla duszy mało tu uciech). Gofry z tym, gofry z tamtym, lody amerykańskie, lody tajskie, lody owakie, zapiekanki podłużne i kwadratowe, hot-dogi, kebaby, kebaby, hamburgery świeże i nieświeże. Podchodzimy do stoiska z zabawkami, jakiś młody człowiek z niezdrowym błyskiem w oku, widząc nasze małe dzieci, nakręca chodzącego i szczekającego psa, i stawia wprost przed nimi. Ktoś inny pcha nam przed oczy jakieś skóro-podobne torby, wisiorki, magnesy z widoczkiem i tajemniczym napisem „made in china” na odwrocie. Im taniej tym lepiej, im głośniej tym weselej. Wielka powódź plastikowego kiczu, nagromadzenie tandety – mogące konkurować z każdym dużym miastem… a ten niby-kurorcik liczy sobie poza sezonem może z 50 mieszkańców. Później idziemy do restauracji, halibuta nie ma, dorsza nie ma – zresztą i tak wszystkie ryby mrożone, „świeżych nigdzie Pan tu nie dostanie”; jest za to dużo frytek i dużo ketchupu.

Pisałem wyżej o nadmorskiej, dzikiej przyrodzie. Że ciągle jeszcze można jej doświadczyć. I to jest prawda, kto nie wierzy, niech przejedzie się z Darłowa do Sławna, wąską drogą z niesamowitym szpalerem drzew w skrajni jezdni, przez ciche mroczne lasy, mijając pagórkowate pola. Ale faktem jest też, że tę przyrodę zagarnia coraz bardziej człowiek – myśląc być może, że znajdzie dla tych terenów lepsze przeznaczenie, zamienia je w osiedla kołchozów dla turystów i śmieciowisko plastiku. Ale – powie ktoś – gdzieś przecież trzeba wypoczywać. Czy mamy spać w starych zagrzybionych ośrodkach z poprzedniej epoki? – spyta ktoś inny. Skoro turystyka ma się rozwijać – doda jakiś światły wójt albo burmistrz – to trzeba przecież budować, trzeba zachęcać ludzi, jak nie nowoczesnym Aquaparkiem to przynajmniej kebabem albo szczekającym pieskiem.

W jednym z pierwszych rozdziałów Wiatru od morza pojawia się Smętek także jako „kupiec obcokrajowy z greckiej czy italskiej krainy Południa”, pokazując tutejszym, jak gospodarować „tajemniczym kamieniem Bałtyku” (znaczy się bursztynem). Bywa więc nie tylko duchem zniszczenia, ale i katalizatorem postępu, gospodarczego rozwoju. Dla Żeromskiego modernizacja, postęp techniczny – to ważne kategorie, które dzielił z pozytywistami. Widział w nich sposób na wydostanie się z nędzy i zacofania, lepsze, suche mieszkania dla robotników, lżejszą pracę dla dworskich fornali. Ale nie bez przyczyny w roli postępowca ustawia właśnie Smętka, bo to jakby Faust Goethego, który oferując pewne możliwości, coś w zamian zabiera. Jest to owa demiurgiczna pokusa zaszyta głęboko w oświeceniowe przekonanie o konieczności cywilizacyjnego rozwoju, o prymacie rozumu nad wiarą, o konieczności dostosowywania świata do ludzkich zamierzeń. Z tego ducha wyrastał przecież także Fryderyk II.

Myślę jednak, że w Polsce ta druga, ciemna strona postępu unaoczniła się w pełni dopiero po 1989 roku. Wcześniej, za sprawą gospodarczego zapóźnienia z doby zaborów, a następnie specyficznej i jakoś nieudolnej industrializacji powojennej – nie mogliśmy dostrzec tego, co już w pierwszej połowie XIX wieku widzieli podróżujący do Anglii polscy romantycy, tj. wielkiego lewiatana, w który przerodził się kapitalistyczny system produkcji. Za to, na gruzach PRL-u zafundowaliśmy sobie modernizację w przyspieszonym tempie, kapitalizm bez hamulców, globalizację bez kontroli. Proces ten przyniósł wielu ludziom dużo dobrego, przede wszystkim dał im niezależność, która pochodzi ze stabilizacji i zamożności. Ale jednocześnie stworzył to, co dziś można obserwować w polskich kurortach. Królestwo chciwości z jednej strony (hotelarzy, sprzedawców, restauratorów), z drugiej zaś nieposkromione morze konsumpcji nastawionej na ilość. Targowisko próżności, kiczu, plastiku. Aż chciałoby się zanucić piosenkę Joni Mitchell (nota bene z 1970 roku, ale jak widać wszystkie lekcje zachodu odrabiamy z odpowiednim opóźnieniem):

Nie ma już drzew
Dziś obejrzysz je w muzeum
Tylko dolar za dzień
Kasa jest przy samym wejściu
Wszystko poszło w siną dal
To, co miałeś dawno trafił szlag
Asfalt na raj
A beton już pokrył świat
(tłum. Andrzej Jakubowicz na potrzeby płyty Martyny Jakubowicz, Burzliwy błękit Joanny)

Z tą Smętkową ideą postępu koresponduje jakoś jego budząca zapał opowieść „o dalekich ziemiach, cesarstwach, ludach czarnych i żółtych. […] o straszliwych oceanach, cichych fiordach, niebotycznych górach, […] o gorących pustyniach, […] o bogach wszechpotężnych i królach usiłujących boską władzę pozyskać”. Jest więc, ów kaszubski diabełek, suflerem otwartości na świat ciekawości świata, zwłaszcza w jego odległym i najbardziej egzotycznym wymiarze. Ale i ta tęsknota – z natury przecież dobra – ma swój rewers pod postacią współczesnej globalizacji, która dając nam fantomowe złudzenie bycia gdzie indziej, odebrała realne bycie tutaj. Pustkę wypełniając kolorowymi przedmiotami „made in china”.

***

Ów kolorowy, nadbałtycki świat kiczu ma wszelako i swoją podszewkę. Wcale nie daleko, wystarczy kilka czy kilkanaście kilometrów odjechać od wybrzeża, by ujrzeć smutne bramy Darłowa albo Sławna. Schronienia ludzkiej biedy, beznadziei, przygnębienia i braku perspektyw. Niekiedy, jak w Darłowie, trochę przypudrowane odnowionym deptakiem i rynkiem, kilkoma wyremontowanymi kamieniczkami, innym razem – stojące w całej swej bezsilnej nagości.

Do Sławna jechaliśmy w pochmurny dzień lipcowy, wspominaną drogą pięknie wijącą się wśród przyrody, mijając po drodze kościół w Starym Krakowie pochodzący jeszcze z XIII wieku (założony przez Joannitów, później przez ok. 400 lat funkcjonował jako świątynia ewangelicka). Stanęliśmy przy rynku, lub może raczej miejscu, które kiedyś służyło za rynek, teraz jest jakimś ni to parkingiem, ni to placem, bez jednolitego zamknięcia przez zabudowania, z widoczną nieco dalej wieżą kościoła i zbyt dużą ilością pustej przestrzeni. Rzadko to się zdarza w centrach dawnych miast, ale w Sławnie nie wiadomo dokąd z rynku pójść. Próbując różnych kierunków, pytaliśmy mieszkańców, gdzie jest starówka, jakieś centrum miasta – nikt nie potrafił odpowiedź,  w najlepszym razie słyszeliśmy niepewną uwagę, że chyba ten ni to rynek, ni to parking jest właściwym punktem centralnym. Chodziliśmy więc tu i tam, dziwiąc się blokom z wielkiej płyty wciśniętym bez finezji między kwartały dawnej zabudowy, pustym parcelom, na których leżały kupki śmieci, pojedynczym kamienicom, które nosiły jakieś ślady dawnej świetności, ale ledwo widoczne spod szyldów reklamowych i jaskrawych kolorów ścian. W obiecującej księgarence pod nazwą Zakątek Papierniczy (w szyldzie odpadła jedna z liter), pan z dumą oświadczył, że nie ma żadnych przewodników ani publikacji krajoznawczych.

Bo też i o czym tu pisać. Miasto zostało zniszczone w czasie wojny, zwłaszcza po tak zwanym oswobodzeniu przez Armię Czerwoną, kiedy spalono znaczną część starówki. Z blisko 10 tysięcy mieszkańców w 1939 roku, siedem lat później została mniej niż 5 tysięcy. A właściwie nie tyle zostało, co przybyło bo dawni mieszkańcy, w większości niemieckiego pochodzenia zmuszeni byli Sławno opuścić. Skąd przybywali nowi mieszkańcy, trudno powiedzieć bez szerszych badań, zapewne, jak to na wszystkie nowe ziemie: z dawnych Kresów, z Litwy, z Ukrainy, być może także z południa Polski. Wyrwani przymusem ze swoich stron rodzinnych, z rozrzuconych po stepie chałup (jak u Konwickiego), przyszli do ciepłych jeszcze mieszczańskich sypialń opuszczonych przez wygnanych Niemców. Po co mieliby pielęgnować pamięć o nich? Przecież historia rodzinna tych przybyszów nie splatała się nijak z dziejami tego miejsca. Co ich to miejsce w zasadzie obchodziło?

Gdy się chodzi po Sławnie dzisiaj, ma się to właśnie wrażenie. Że nikogo tutaj to miasto nie obchodzi. Że nikogo nie obchodzi jego własna egzystencja zapomniana przez Polskę i przez świat, które pamiętają o mieszkańcach tego rodzaju miasteczek wtedy tylko, gdy można postawić nowy market albo oddział banku. Ale nawet marketów nie ma tu zbyt dużo, na banki zapotrzebowanie jest pewnie większe. Albowiem miasteczko to, jak setki innych po Pomorzu rozsianych, po latach sztucznie utrzymywanego istnienia w okresie PRL-u, od 1989 roku zapada się coraz bardziej. Dzieli los rozparcelowanych PGR-ów, małorolnych chłopów, drobnych rzemieślników. „Nie jesteście, drodzy mieszkańcy Sławna – mówi im dzisiejsza Polska – motorem postępu, nie macie wielkiego kapitału, nie macie wyjątkowych technologii, nie macie siły nabywczej, a więc my – ta lepsza część Polski – mamy was w dupie. „Żyjcie sobie jeśli chcecie, wykonujcie Wasze słabo płatne prace, kupujcie tanie jedzenie – w zasadzie nic nas to nie obchodzi. My mamy przecież świecące i kolorowe kurorty, do których wy nigdy nie pojedziecie na wakacje, mamy tajskie lody i szczekające pieski. Nic wam do tego”. Taki mały, lokalny szkic – do obrazu polskiej wspólnoty Roku Pańskiego 2018.

Nigdzie tak dobitnie nie czuje się obecności Smętkowego ducha, jak wtedy, gdy widzi się Sławno w pochmurny dzień lipcowy. Nigdzie nie słychać tak dobrze jego chichotu, zadowolenia z niedoli ludzi, z ich nędzy, rozpaczy. Ale to jakoś za łatwo, tak wszystkie winy za ten stan rzeczy zrzucić na ramiona małego kaszubskiego diabełka. Poza tym, jak pisał Jan Kucharski: „staje się Smętek również głosem sumienia ludzkiego”. Może to więc nasz głos sumienia rozpościera się nad tym miastem, mówiąc nam do ucha, że jedni drugim zgotowaliśmy to życie tutaj. Że te wszystkie błyszczące miasta, w których żyjemy, te Warszawki i Krakówki, te drogie samochody, którymi jeździmy, te wygodne domy, w których mieszkamy – zbudowane są w sąsiedztwie nędzy i niedoli, więcej, żywią się nimi, by rosnąć i rosnąć.

***

Czyż jest więc nadzieja dla tych miasteczek, w których Smętek rozsiadł się na dobre? Czy jest umiar dla tego zachłyśnięcia się kiczem kurortów? Czy gdzieś są takie wiatry, silne, morskie – które przewiać mogą tę zatęchłą krainę ludzkich nikczemności? To są pytania, które Żeromski stawiał przez całe życie – nie tylko w odniesieniu do Pomorza. Pytania, które i dzisiaj, niestety, trzeba ciągle stawiać.  I trudno myśleć, że znikną nagle, że ot tak coś się zmieni, że nagle staniemy się lepsi, szlachetniejsi, bardziej współczujący.

Samo się nie zmieni. Ale i my się pewnie jako wspólnota szybko nie zmienimy. Gdyby gdzieś jednak szukać nadziei – podszeptuje Żeromski, który będąc mistrzem w portretowaniu nędzy, nie traci jednak nigdy swego romantycznego idealizmu – to może w najprostszych rzeczach: w zachwycie nad przyrodą, we wżyciu się w losy prostych ludzi, w literaturze, która jest zawsze szlachetniejsza od człowieka, i nade wszystko – w pracy. Bo jak powiada pisarz: „piękno życia jest tylko w pracy”. A do tej pracy, jak trudna by nie była, trzeba nam zawsze wstawać, jak wstawał w zakończeniu pięknej opowieści (dziesiąty rozdział Wiatru od morza) Jan z Kolna:

Z twarzą w dłoniach ukrytą, z głową na pierś spuszczoną w głuchą rozpacz popadł. Huczały mu nad czołem czarne skrzydła zmowy, w ludzkim gminie przez diabła podszczutej przeciw jego niezłomnemu marzeniu. Waliły się na barki piętra przeszkód i zalegały przed stopą niezdobyte przepaście. Zawściągała się szczelniej, potężniej wieczna mroku zasłona, kryjąca świat nowy. Szatan bronił swego księstwa ciemności. Jedna tylko jedyna ruda Wisła niezmiennie szumiała: – Wstawaj z ziemi! Do dzieła! Na nowo do dzieła! Idź dalej!.

Bo nie tylko Smętek idzie dalej, także człowiek ma tę możliwość, żeby wychodzić mu naprzeciw, stawiać czoła, mówić „No pasaran” (czy raczej „Non passeranno”, skoro to Graffiacane) – zbrodni, niesprawiedliwości, żądzy władzy i bezwrażliwości. Chociaż na razie – podpowiadają mi wszystkie tegoroczne wspomnienia polskiego Pomorza – to Smętek wciąż jest tu obecny jakby bardziej. Bo nie spełniły się życzenia Żeromskiego. Chociaż zmieniają się dekoracje, to kaszubski czart wciąż nie odpływa. Nadal ciąży nad tą krainą. Nad Pomorzem pięknym i groźnym, naiwnie otwartym i uwięzionym we własnych troskach, głupio oczywistym dla letników i nieodgadnionym dla swoich mieszkańców. Tym odwiecznym teatrem wielkości ducha, ludzkiej małości, dobroci, okrucieństwa, zachłanności. Tym miejscem wciąż ogrzewanym letnim słońcem i przewiewanym burzowym wiatrem od morza, pod którym:

każda pierś ludzka oddychała radośniej i szerzej […] Serce krzepiło się, uderzało swobodnie, gdy pochłonęły go płuca. Zakradał się w żyłeczki małych dzieci i dawał nowy pęd kropelkom krwi nieskalanej. Błogosławili go ludzie silni, robotni i potężni w ramieniu, których chwila wytchnienia krótka jest jako ten wieczór. Błogosławił go rybak, zwiastuna pogody – „Ost – rebocci trost” – pociechę i otuchę, wrzucając sieci w czarną łódź, schłostaną od pienistych grzyw denegi, wciągając długie swe buty przed nocną pracą na morzu.

Notatnik łódzki

Noe to był taki człowiek doskonały, doskonały jak na swoje czasy. A czasy były fatalne. No więc on był w gruncie rzeczy bardzo przeciętny” – mówił podczas rekolekcji wielkanocnych w łódzkim kościele Jezuitów nowy arcybiskup Grzegorz Ryś. I powiadał dalej: „ja też jestem bardzo przeciętny, mam w pokoju takie duże lustro, żeby, kiedy wstaję rano z łóżka, widzieć całą swoją przeciętność […] Ale każdy może być doskonały na miarę swoich czasów”. Arcybiskup jest uśmiechnięty, świetny retorycznie, współczujący, troszkę może zasłuchany we własny głos. Po kazaniu zebrał długie owacje na stojąco. Cóż, myślałem, „czasy nadchodzą nowe” – jak śpiewał kiedyś Bob Dylan, także jakoś doskonały jak na swoje (pokolenie ’68) czasy.

Schodziłem większość śródmiejskich księgarni w poszukiwaniu trzeciego tomu Dziennika Sandora Maraiego. O Empiku wspominać nie będę, bo jakoś nie potrafię krytykować tego, który upadł na dno i wcale się nie odbił. W Świecie Książki nie potrafili powtórzyć nazwiska. W jednej z nobliwych księgarni przy Piotrkowskiej pani powiedziała z wyższością, że ona nie sprzedaje „takich rzeczy”. W kilku następnych usłyszałem obojętne: „nie mamy”. Od wielu lat mówi się dużo o upadku rynku księgarskiego, podaje się zatrważające liczby zamykanych co roku małych księgarń. Czym jednak uzasadniacie swoje istnienie, Drogie Małe Księgarnie? Czym chcecie się wyróżnić, skoro nie interesuje Was, żeby mieć w sprzedaży jedną z najlepszych książek, jaka się w tym roku w Polsce ukazała? Zapracowałyście dobrze na swój upadek. Zgińcie marnie i nikt nie będzie po Was płakał. Ale, ale – to nie całość obrazka. W ostatniej księgarni, którą planowałem odwiedzić, sprzedawczyni powiedziała, że Dziennik jest, bo oni „zawsze starają się mieć wszystkie wartościowe książki”. Niech mi zatem będzie wolno z tego skromnego miejsca dowartościować księgarnię Stompel, która jako jedyna broni dzielnie honoru łódzkiego rynku księgarskiego.

Chodząc tak po Piotrkowskiej, szczególnie letnią porą, można się wielu ciekawych rzeczy naoglądać. Spostrzeżenie pierwsze, natury, powiedzmy, socjologicznej: wśród bywalców miasta wyrosła pewna grupa nowa, jakoś odrębna. Są to – jak udało mi się podsłuchać kilkukrotnie – polscy gastarbeiterzy, którzy urlopy spędzają w ojczyźnie. Chodzą pewnym krokiem, mówią głośno z angielskimi wtrąceniami, chętnie zakładają stroje pół-plażowe – na tle mieszkańców cichych, szarych widać ich dość wyraźnie. Spostrzeżenie drugie, w związku z rozwojem cyfrowej (auto)fotografii: dwie dziewczyny nastoletnie, zgrabne, ładnie ubrane. Jedna pozuje, ustawia miny, rozkłada szeroko ręce, w tle Piotrkowska. Druga robi pierwszej zdjęcia. A to tak, a to inaczej. Pierwsza bierze później telefon od drugiej, przewija palcem, przegląda. Stwierdza, tyleż z zadowoleniem co obojętnością: „No i fajnie”. Zdaje się, że to już taki zwyczajny, niemal przykry obowiązek. Ale – czy to fajnie?

Lato, gorące lato sprawia, że się te wszystkie przykre strony miasta, które zimą pozostają jakby zamrożone, odczuwa znacznie silniej. Od piątej rano wsącza się przez uchylone okna brudny, ciężki pomruk aut dobiegający od strony ruchliwej drogi. W samochodach ludzie znużeni niedospaną, krótką nocą, z twarzami nabrzmiałymi duchotą. Place zabaw, wystawione na słońcu, wciśnięte między bloki – sprawiają wrażenie klatek w tropikalnym zoo. Wieczorami: wyziewy wysuszonych długotrwałym brakiem deszczów studzienek kanalizacyjnych, cierpki zapach pognitych dzikich jabłek. Jak chciałoby się mieć przed oczami długą łąkę, kończącą się gdzieś tam pod lasem, jak się marzy o spacerze wzdłuż pola z wystawioną dłonią dotykającą dojrzałych kłosów żyta, jak się tęskni do muczenia krów nad wieczorem i rannych kogucich zaśpiewów.

 

Ameryka według Chestertona

Gilberta K. Chestertona nie trzeba nikomu przedstawiać. Ekstrawagancją bycia, życiowym zapałem, intelektualnymi horyzontami, nieszablonową religijnością – zyskał sobie wielką popularność w Europie międzywojennej i nie stracił jej chyba po dzień dzisiejszy.

Wszyscy jego czytelnicy – pisał polski literaturoznawca Wacław Borowy w poświęconej Chestertonowi monografii – i liczni spośród tych, którzy go nigdy nie czytali, wiedzieli o jego ogromnym wzroście, wielkiej tuszy, binoklach, szerokim płaszczu, kapeluszu z wielkim rondem, o jego przesiadywaniu w kawiarniach i długich toczonych tam rozmowach, o jego głośnym śmiechu i roztargnieniu, o jego guście do londyńskich dorożek i do burgunda.

Czytelnicy jego – tak entuzjaści jak i krytycy – znają też styl pisarstwa Chestertona. A jest to styl niezwykle pasujący do osoby, która nim operowała: chaotyczny, pełen dygresji, posługujący się rozległymi metaforami, raz gwałtowny, to znów flegmatycznie, po angielsku powściągliwy, zarazem śmiertelnie poważny i pełen humoru. Zadziwia też skala tej twórczości, zdawałoby się, zbyt rozległej nie tylko dla jednej osoby, ale i całego zespołu ludzi. Dość powiedzieć, że przez ostatnie jedenaście lat życia Chesterton wydawał (i zapełniał w większości swoimi tekstami) tygodnik „G.K.’s Weekly”. A była to przecież aktywność poboczna, uprawiana równolegle z twórczością książkową, do której należy zarówno głośna eseistyka (jak Heretycy czy Ortodoksja), seria filozoficznych kryminałów z legendarną postacią ojca Browna, rozległa biografistyka (książki poświęcone m. in. Robertowi Browningowi, Charlesowi Dickensowi, Św. Franciszkowi z Asyżu i św. Tomaszowi z Akwinu).

Jakoś tak jest z Chestertonem, że chcąc pisać o jednej jego pracy – jak w tym tekście, który miał dotyczyć przede wszystkim książki Co widziałem w Ameryce – uruchamia się w głowie ciąg dygresji związanych z osobą Anglika. Niech więc wybrzmią owe dygresje, przynajmniej w części – a później już do konkretów.

Chesterton dał się poznać jako wielbiciel Polski. Wspominał o niej niejednokrotnie w najróżniejszych swoich książkach. Walczył o jej sprawy i dobre imię na łamach angielskiej publicystyki przy okazji wydarzeń 1920 roku, pisał: „Polska to jedyny realny wał obronny przeciw barbarzyństwu […] I jeśliby Polska upadła, wraz z nią runąłby szaniec pokoju całego świata”. Spędził w Polsce miesiąc w 1927 roku, relację ze śniadania u ministra Zaleskiego, w którym uczestniczył, pozostawiła we wspomnieniach Anna Iwaszkiewiczowa. Opublikował poemat pt. Poland i wstęp do angielskiego wydanie Nie-Boskiej komedii. W Polakach cenił przede wszystkim przednowoczesny styl życia, umiłowanie wolności oraz ich „stosunek do psów, koni, do pospolitych okoliczności życiowych”. Przyznać trzeba, że godnie odpłacili się Polacy za tę sympatię Chestertona. Czytano go w latach dwudziestych, czego dowodem niech będzie kilka przekładów wydanych w tamtym czasie (m. in. Napoleon z Notting Hill czy Latająca gospoda) czy cytowana już monografia napisana przez Borowego (1929). Trochę mniej czytano po wojnie, choć i wtedy opublikowano kilka wydań Św. Franciszka z Asyżu. Jednak prawdziwy renesans tej twórczości dzieje się na naszych oczach. Od bodaj 2005 roku ukazało się w polskich przekładach kilkanaście książek Chestertona, zarówno tych ważnych, programowych, jak i na przykład zbiorów przeróżnej publicystyki.

Doskonale wpisuje się w tę falę popularności – ale i w samego ducha Chestertonowskiej myśli – inicjatywa „chestertonpolska.org” upowszechniająca dorobek intelektualny potężnego (w każdym znaczeniu tego słowa) Anglika. To jej zawdzięczamy tłumaczenie książki – wykonane pro bono i udostępnione ad publicas – której poświęcona jest ta recenzja.

Co widziałem w Ameryce to rzecz napisana w konwencji wspomnień z podróży. Opublikowana została w 1922 roku, po pierwszym pobycie Chestertona na wykładach w Ameryce. Poprzedziły ją dwie podobne książki, jedna poświęcona Irlandii (1919), druga Palestynie (1920). Układają się one w swoistą trylogię podróżniczą. Są, jak się rzekło, wspomnieniami z podróży, choć bardzo osobliwego rodzaju. Nie znajdziemy w nich szczegółowego itinerarium turysty czy dokładnego opisu odwiedzanych miejsc, albo też portretów spotkanych osób. Pojawiają się one, owszem, ale jedynie jako przyczynek, punkt wyjścia do rozważań, które Chestertona najbardziej interesują, to jest do zagadnień filozoficznych, światopoglądowych, politycznych czy społecznych.

Owa dygresyjność książki ma oczywiście dużo zalet, na czele z tą, że stanowi pojemną formułę, która pozwala na płynne przejścia od historii średniowiecznych miast do XIX-wiecznego amerykańskiego niewolnictwa, stąd do angielskich przywar narodowych, to znów do francuskiej tożsamości czy relacji łączących bolszewizm i kapitalizm (wcale, jak dowodzi autor, nie tak od siebie odległych). Czytając poruszamy się więc niejako po wnętrzu umysłu autora, a że jest to umysł niepospolity, istny labirynt złożony z erudycji, krytycznego myślenia, śmiałych hipotez i umiejętności syntezy – to i przyjemność lekturowa płynie stąd nie byle jaka. Miewa się jednak momentami odczucie, że niektóre ścieżki tego labiryntu zaśmieca warstwa mało aktualnych odwołań, nieszczególnie istotnych nazwisk, bardzo odległych analogii. Inaczej odbiera się styl Chestertona, czytając jego krótkie teksty publicystyczne, gdzie paradoksy i rozmaite językowe wolty dodają świeżości i przyciągają uwagę – a inaczej, gdy brnie się przez takie zabiegi przez ponad 200 stronicową książkę. Tok publicystyczny w nadmiernym stężeniu bywa męczący. Sprawia też chwilami wrażenie, że wydając książkę, zapomniano o jej uprzedniej redakcji, która dokonałaby skrótów, pozwoliła uniknąć powtórzeń, jakoś uporządkowała materię wywodu.

Nie oznacza to oczywiście, że Chesterton przestaje być, równocześnie z powyższymi niedociągnięciami, inspirujący, że jego refleksje nie pobudzają czytelnika do myślenia, że jego obserwacje nie brzmią jak objawienie, a niekiedy, nawet proroctwo.

Co widziałem się w Ameryce? zaczyna się, by tak rzec, propedeutycznie. Jakby autor chciał wyprzedzić wszystkie te uśmieszki swoich rodaków, które odmalują się na ich twarzach, gdy padnie słowo: „Ameryka”. Bo wiadomo przecież, co jest za oceanem. Nadpobudliwość w działaniu, płytkość w myśleniu, kult pieniądza i brak dobrych manier. Tym, którzy tak sądzą, Chesterton odpowiada:

Każdy jest absolutnie usprawiedliwiony, jeżeli śmieje się z rzeczy, której zdarzy mu się nie rozumieć. Czego nie ma prawa robić, to najpierw śmiać się z niej jako z niezrozumiałej, potem zaś – krytykować tak, jak gdyby ją zrozumiał. Sam fakt jej obcości i tajemniczego charakteru powinien skłonić go do przemyśleń na temat głębszych przyczyn, które sprawiają, że niektórzy ludzie są do tego stopnia inni, niż on – i to przemyśleń nieco bardziej skomplikowanych od prostego założenia, że są z tego powodu gorsi, niż on.

Stanowisko to nie powstrzymuje go jednak od uśmiechu podczas lektury formularza konsulatu amerykańskiego, który dano mu do wypełnienia przed wyjazdem – gdy w owym formularzu pojawiają się szczerze naiwne pytania w rodzaju: „Czy jesteś anarchistą?” lub „Czy jesteś poligamistą?”. Chesterton zastanawia się, ile osób odpowiada na takie pytanie twierdząco – nawet (albo tym bardziej), jeśli celem ich podróży jest rewolucyjne obalenie amerykańskiego rządu albo poślubienie całej żeńskiej części miasteczka z południa Stanów – skoro treść formularza decyduje o tym, czy delikwent dostanie zgodę na wjazd do kraju (wierne do dziś tej samej logice amerykańskie władze, współcześnie pytają dziś przyjezdnych, zdaje się, o to, czy są terrorystami) . Ale jednocześnie Anglik wyciąga z tego faktu znacznie głębsze wnioski:

Ameryka pragnie, aby wszyscy jej mieszkańcy stali się obywatelami; ale samo to implikuje dogmat, że istnieje coś takiego, jak obywatelstwo. Tylko że, przynajmniej w wypadku pierwotnego ideału, ekskluzywizm amerykański ma charakter religijny, a nie rasowy. Misjonarz może potępić kanibala dokładnie dlatego, że nie może potępić mieszkańca Wysp Kanapkowych. I w podobnym poniekąd duchu, Amerykanin może wykluczyć poligamistę, ponieważ nie może wykluczyć Turka.

Kult obywatelstwa pochodzi zaś z idei demokracji. A idea demokracji – jak dowodzi Chesterton (który jest zresztą wielkim zwolennikiem demokratyzmu) – leży u samych podstaw Ameryki. Jest traktowana serio, z zapałem, szczere i „płomiennie”. Rozróżnia jednak autor ideał demokratyczny, który pozostaje aspiracją Amerykanów, i praktykę życiową, która bywa od tego ideału jak najdalsza. Pośród czynników przeciwnych demokracji prym wiedzie industrializm:

Innymi słowy, ideał demokratyczny krajów takich, jak Ameryka, choć ciągle zachowuje swoją szczerość, a czasem nawet – płomienność, wchodzi w konflikt z inną tendencją: postępem przemysłowym, najbardziej niedemokratyczną spośród niedemokratycznych rzeczy świata.

Chesterton widzi w tym splocie procesów niedemokratycznych z ideami demokratycznymi – swoistą dynamikę współczesnej mu Ameryki: „rzeczywistość współczesnego kapitalizmu walczy z tym ideałem [ideałem równości] sprytną mieszaniną gróźb i cacek, która z powodzeniem może osłupić chwiejnego i podatnego na wpływy ducha nowoczesności. Od wyniku tych zmagań zależy, czy ta nowa, wielka cywilizacja będzie dalej istnieć, a nawet – czy ktokolwiek będzie dbał o to, czy istnieje, czy nie”. Z perspektywy niemal sto lat późniejszej wiemy, że szala zmagań przechylona jest dziś mocno na korzyść kapitalizmu i konsumpcji, choć ciągle pojawiają się ogniska sprzeciwu wobec nich, sprzeciwu, który Chesterton uznałby niechybnie za ducha prawdziwej Ameryki. A tej szukać należałoby – przynajmniej w początkach XX wieku, ale być może także współcześnie – w rolniczych osadach amerykańskiego południa, bo tam, „gdzie rolnictwo, tam i trwała tendencja do względnie równej czy po prostu dobrej dystrybucji własności, takiej, jaką widuje się w większości tradycyjnych społeczności wiejskich”. Tamte społeczności wiejskie porównuje Chesterton do wsi europejskiej, dostrzegając wiele podobieństw, jakkolwiek i jedną ważną różnicę – wieś europejska jest depozytariuszem katolicyzmu, jej amerykański odpowiednik pielęgnuje zaś tradycje purytańskie. Nie zmienia to faktu, że dla Chestertona wieś jako taka – ze swą lokalnością, ograniczoną liczbowo wspólnotą, względną równością majątkową członków tej wspólnoty – stanowi podglebie dla pewnego ideału życia, który jest autorowi bliski. Ważną w nim rolę odgrywa obyczaj, kultura karczmy i pubu („Kino szczyci się tym, że zastępuje ludziom gospodę – sądzę wszakże, że to bardzo marne zastępstwo”), wspólnej pracy, ale i wspólnej zabawy, która, jak pisał w kanonicznej książce Homo ludens… Johan Huizinga, staje się początkiem kultury. Nietrudno dostrzec – i wiemy to też z wielu innych tekstów Chestertona – że dużo bliższy ideału wydaje mu się człowiek przednowoczesny, średniowieczny. Z rozmysłem twierdzi więc: „Nieustannie mówi się nam w gazetach, że to, czego potrzebujemy, to silny człowiek, który umie pchnąć świat do przodu. Tymczasem tak naprawdę potrzebujemy silnego człowieka, który umie pchnąć świat do tyłu; i to będzie właśnie prawdziwa próba jego siły”. Dlatego uważa, że największym nieszczęściem, jakie przydarzyło się cywilizacji, był hołubiony przez postępowców wiek „pary i elektryczności”.

Wiek dziewiętnasty stanowił całkowitą odwrotność normalności. Cierpiał z powodu absolutnie nienaturalnego napięcia, wywołanego połączeniem równości politycznej w teorii z niespotykaną nierównością ekonomiczną w praktyce. Kapitalizm nie był „normalką”, tylko „nienormalką”. Własność to rzecz normalna – tym normalniejsza, im bardziej powszechna. Niewolnictwo może być normalne, a nawet naturalne – w tym sensie, w jakim zły nawyk może być druga naturą. Kapitalizm wszakże, nigdy nie był czymś równie ludzkim jak nawyk; moglibyśmy powiedzieć: niczym równie dobrym, jak zły nawyk. Nie był kwestią zwyczaju; bo ludzie się do niego nigdy nie przy-zwyczaili. Nie był nawet nigdy konserwatywny; bo jeszcze przed jego kreacją mądrzy ludzie dostrzegli, że nie da się go konserwować. Od początku był problemem; ci zaś, którzy nie chcą dostrzec kapitalistycznego problemu zasługują najwyżej na bolszewickie rozwiązanie.

Epoka Chestertona dawała jednak nadzieję na przezwyciężenie tego, co przyniósł kapitalizm. Początek XX wieku był wszakże reakcją na wielką industrializację wieku poprzedniego, która pociągnęła za sobą zupełnie nowe problemy społeczne, na czele z nieludzko traktowaną rzeszą pracowników fabrycznych. Oczywiście, pierwsze jaskółki tej reakcji były znacznie wcześniejsze. Żeby nie wspominać już sławnego Manifestu komunistycznego (1848) Marksa i Engelsa, można posłużyć się przykładem – z pewnością bardziej Chestertonowi bliskim – Charlesa Dickensa i przywołać choćby jego Opowieść wigilijną (1843), albo też wspomnieć zaangażowaną społecznie twórczość Johna Ruskina.  W pierwszych latach XX wieku powstaje angielska Partia Pracy. W Anglii lat 20. szeroką popularnością cieszą się idee socjalistyczne. Powstaję krytyczne studia o kapitalizmie, jak Zachłanne społeczeństwo (1920) Richarda Tawneya. W 1924 powołano pierwszy rząd pod przewodnictwem polityka Partii Pracy, Ramseya MacDonalda (ten mniejszościowy rząd utrzymał się przy władzy zaledwie kilka miesięcy, „wsławiając” się między innymi niechlubnymi negocjacjami ze Związkiem Radzieckim, ale MacDonald powrócił na stanowisko premiera po kilku latach). Podobne tendencje polityczne (choć nie w polityce wschodniej) daje się zresztą zaobserwować w Polsce tamtego czasu, wszak niepodległa władza w 1918 roku zaczęła się od lewicowego rządu z premierem w osobie Ignacego Daszyńskiego, a następnie Jędrzeja Moraczewskiego. Manifest pierwszego z tych rządów głosił: „W gruzy walą się rządy kapitalistów, fabrykantów i obszarników, rządy militarnego ucisku i społecznego wyzysku mas pracujących. Wszędzie lud pracujący dochodzi do władzy”. Najsilniejsze były więc ruchy socjalistyczne, ale nie tylko one krytykowały kapitalizm. Chesterton i jego wieloletni przyjaciel Hillarie Belloc (mówiono o nich żartobliwie jako o jednej osobie – „Chesterbelloc”) czynili to z innych pozycji, sytuując siebie pomiędzy kapitalizmem i socjalizmem, proponując inną, trzecią drogą, która zyskała sobie z czasem miano „dystrybucjonizmu”.

Wszelako w początku lat. 20 ostrze krytyki Chestertona zwrócone jest w większym stopniu na kapitalizm. Widział on bowiem, że walka o przyszłą tożsamość rozegra się pomiędzy wsią (z jej tradycyjny sposobem życia) i miastem (z jego industrialną nowoczesnością): „Musimy przyjąć, że kraje rolnicze zgniotą kraje przemysłowe albo vice versa; i że albo jedna albo druga z tych tradycji stanie się dla Europy tradycją jedyną, na zgubę tej drugiej”. I chociaż, antycypując tę walkę, dostrzegał okruchy nadziei dla społeczności tradycyjnych (m. in. obserwując amerykańską prowincję, a nawet stare drewniane domki na przedmieściach Nowego Jorku), wiedział przecież, po której stronie leżą większe szanse na zwycięstwo. Jego przewidywania w tej materii brzmią dzisiaj niepokojąco i proroczo:

Nie zobaczyliśmy bowiem jeszcze końca owego wielkiego eksperymentu, jakim był industrializm; a już pojawiają się znaki, że nie skończy się on dobrze. Może skończyć się bolszewizmem. Bardziej prawdopodobne, że skończy się ustanowieniem państwa niewolniczego. Istotnie, te dwie rzeczy nie są tak różne, jak się wielu wydaje – i z każdym dniem stają się jakby nieco mniej różne. […] Trocki i magnat trustowy dojdą do jakiegoś praktycznego kompromisu, kompromisem tym okaże się właśnie państwo niewolnicze. Będzie to wszakże również najdojrzalszy, i zdecydowanie najbardziej konstruktywny i konkluzywny owoc przemysłowego postępu w dziejach; władzy maszyny i mamony; niekontrolowanego wzrostu populacji współczesnych miast; naukowych wynalazków i naukowo pozyskiwanych zasobów; tego wszystkiego, przed czym runęło w proch rolnicze społeczeństwo Południa.

Czy nie widać w tym opisie zarysów powojennej historii Europy? Chesterton uzupełnia ten obraz rozważaniami o sprawach jeszcze bardziej dziś aktualnych. Spór o internacjonalizm – nietracący widać na sile – rozstrzygał jednoznacznie:

Internacjonalizm to rzecz w każdym wypadku wroga demokracji. Nie twierdzę, że z nią sprzeczna; niemniej, każda kombinacja jednego z drugim z konieczności będzie kompromisem. Jedyny czysto demokratyczny rząd to rząd lokalny, oparty na lokalnej wiedzy. Mieszkańcy jakiegoś miasta mogą nim rządzić, ponieważ je znają; niemniej, mieszkaniec jakiegoś miasta roszczący sobie prawo do rządzenia dziesięcioma miastami, do tego bardzo odległymi i zupełnie obcymi, zawsze będzie figurą wyjątkową.

Demokracja, tak jak ją rozumie Chesterton – a rozumie ją przeciwnie do współczesnej, pustej w gruncie rzeczy, definicji tego pojęcia – ma silny związek z lokalnością, ze wspólnotą. Zbyt daleko idące rozszerzanie tej wspólnoty – gdy de facto przestaje być ona jakąkolwiek wspólnotą – skazuje na porażkę wspólnotowe stanowienie o sobie samych. Nie będzie też demokracji – powiada autor, a powiadając to musi wydać się dzisiejszym demokratyzatorom jakimś zupełnie już egzotycznym i średniowiecznym typem – bez jej chrześcijańskiego zakorzenienia:

Jeśli demokracja pozostanie katolicka i chrześcijańska – pozostanie demokratyczna. Jeśli nie – stanie się szkaradnie i szalenie niedemokratyczna. […] Ludzie będą sobie coraz mocniej i mocniej zadawać sprawę z faktu, że jeśli nic nie ma sensu, to demokracja również nie ma sensu; nic zaś nie ma sensu, jeśli wszechświat nie ma centrum autorytetu i odniesienia – autentycznego autora naszych praw.

Mrzonką jest także próba stworzenia jakiejś ponadnarodowej wspólnoty, modelowych mieszkańców państwa światowego. „Bo kompletną głupotą jest sądzić, że wszystkie narody będą się kochać za to, że są do siebie podobne. Nie stanie się to nigdy, przynajmniej dopóki autentycznie się do siebie nie upodobnią; tylko że wtedy nie będą już narodami. Narody mogą się kochać wyłącznie tak, jak kochają się kobiety i mężczyźni – nie ze względu na podobieństwa, ale różnice”. Ileż doświadczeń – szczególnie tych najbardziej aktualnych – jednoczącej się przez ostatnie dziesięciolecia Europy potwierdza te rozpoznania. Być może trudności we wzajemnym zrozumieniu wynikają też stąd, że dany kraj poznajemy zazwyczaj za pośrednictwem tych jego obywateli, którzy podróżują. Chesterton mówi zaś: „najlepsze sprawy świata nie podróżują […] możemy również spokojnie stwierdzić, że najlepsi ludzie również nie podróżują. Zarówno w Anglii, jak i w Ameryce, ludzie normalni to ludzie narodowi”. Zdaję sobie sprawę, że Polacy nazywający siebie Europejczykami wydają się sobie samym najlepszymi reprezentantami Polski za granicą – lecz przekonany jestem, że spotkanie obcokrajowca z „zasiedziałym” mieszkańcem naszej prowincji dałoby mu dużo lepsze pojęcie o naszym kraju. I dostrzegłby w nim może polską barwność, swoistość, oryginalność – których u kosmopolitów nie doświadczy, bo wszyscy kosmopolici świata są do siebie podobni jako sui generis ludzie bez właściwości.

Mając na uwadze, powtarzające się w książce jak mantrę, umiłowanie lokalności, związanie wspólnoty z konkretnym krajobrazem, swoistość obyczaju i kultury – dziwi decyzja tłumacza, aby przekładać angielskie imiona na polski. Stara to metoda, dość często spotykana przed wojną, ale chyba niezbyt fortunna, za czym może przemawiać też fakt, że się nie przyjęła – a na pewno idąca wbrew duchowi Chestertona. Dotyczy to zwłaszcza osób jakoś tam obecnych w swoich obcobrzmiących imionach w polskiej kulturze – gdy na przykład natknąłem się na Mateusza Arnolda, nie wiedziałem z początku, o kogo chodzi.

Czytając Co widziałem w Ameryce warto zwrócić też uwagę na te obserwacje Chestertona, które czyni on w odniesieniu do zjawisk rodzących się dopiero w jego epoce, a dziś – w naszej epoce – będących w pełnym rozkwicie. Tak ma się sprawa na przykład z feminizmem. Trzeba naprawdę dużej przenikliwości, żeby w jego początkach – dość przecież niewinnych i zasadniczo słusznych w swoich postulatach – dopatrzeć się zagrożeń, które dziś dopiero widać wyraźnie.

amerykańska feministka to zupełnie inny człowiek, niż amerykańska femina. Można powiedzieć, że przytłaczająca większość amerykańskich dziewcząt śmieje się z amerykańskich kobiet-polityków przynajmniej w takim stopniu, w jakim przytłaczająca większość Amerykanów nienawidzi tutejszych mężczyzn-polityków. Lecz choć agresywne feministki to zdecydowana mniejszość, to działają one dokładnie w atmosferze, którą starałem się wyżej przeanalizować; w atmosferze swego rodzaju nabożeństwa do mniejszości. I to właśnie ów przesąd bezwzględnej powagi stanowi główny wyjątek społeczny i najpoważniejszą przeszkodę dla niemalże konwencjonalnej presji opinii publicznej. […] Na reformatorkę społeczną, z pełną powagą wygłaszającą najdziwniejsze spostrzeżenia na temat ogólnej szkodliwości piwa czy guzików, patrzy się tutaj tak, jakby była odziana w światło, niczym prorokini. Być może to rzecz podobna do owej świętej aureoli, którą Wschód widzi nad głową idioty. […] I tak, trzeba być istotnie kompletnie ślepym, by nie widzieć, że dzisiaj naprawdę grozi nam niebezpieczeństwo wynajdywania różnorakich naukowych lub pseudonaukowych usprawiedliwień dla najpodlejszych nawet sztuczek szaleństwa władzy i ingerencji w życie prywatne.

Jeszcze bardziej prorocze wydają się takie oto spostrzeżenia, zwłaszcza gdy czyta się je w momencie, gdy na naszych oczach rozgrywa się prekursorska w swojej barbarzyńskości (a w istocie bardzo smutna) akcja pod kryptonimem metoo (dla niewtajemniczonych: jest to akcja , podczas której miliony kobiet ogłosiły publicznie, że były w przeszłości molestowane przez mężczyzn) „Kobiety zazwyczaj nie traktują mężczyzn jak obywateli, ale jak dzieci. Kobieta może, jeśli ma humanitarne usposobienie, kochać całą ludzkość; na pewno jej jednak nie szanuje. I tym mniej jej głosy wyborcze”.

Jakąś naiwnością Chestertona – ale i jego dobroduszną wielkością – jest fakt, że szuka on w Ameryce lekarstwa na te zagrożenia. Skutkiem tego prezentowani przezeń Amerykanie jawią się nam znacznie lepiej niż – jak sądzę – na to zasłużyli. I tak na przykład z niepunktualności tamtejszych obywateli autor wyciąga wniosek, że „Amerykanin nie jest punktualny – bo nie jest pedantyczny. To człowiek impulsywny – i zdarzają się mu impulsy przynaglające zarówno do wyjścia, jak i do pozostania na miejscu. Bo, tak poza tym, punktualność należy do tego samego porządku, co interpunkcja; w telegramach zaś, nie ma interpunkcji”. Rzecz tę można by ocenić równie dobrze w sposób całkowicie przeciwny, kiedy się weźmie pod uwagę, jak to Ameryka – wraz z amerykanizacją całego świata – nauczyła nas pospieszności, bylejakości, chałturnictwa.

Odrobiny tego braku dokładności nie udało się ustrzec także wydawcom tłumaczenia Co widziałem w Ameryce?, w którym trafiają się co jakiś czas literówki, powtórzenia wyrazów lub ich brak. Ale jest to nie tyle uwaga pod adresem wydawców – którym należą się ukłony za przyswojenie polskiemu czytelnikowi kolejnej książki Chestertona – co ogólna refleksja na temat publikowania w zbyt pośpiesznej, internetowej formule, do której być może zbytnio się przywiązaliśmy.

W nieco idealizujący sposób zapatruje się Chesterton także na biznesową determinantę amerykańskiego życia:

dla wielu Amerykanów biznes to całe życie. To również, jak już wspomniałem, cały romantyzm ich życia. Będziemy takiego ducha albo podziwiać, albo nim pogardzać – w zależności, czy cieszy nas widok handlu podobnie nasyconego poezją, czy też smuci widok poezji w takich ilościach marnowanej w handlu. A jednak, duch ten czyni bardzo wielu ludzi bardzo szczęśliwymi – jak każde inne hobby; i, kusi człowieka, by dodać – podnieca ich wyobraźnię, jak każda inna iluzja.

Porównanie biznesu do poezji to jest już – nawet jak na standardy Chestertonowskie – gruba przesada. Faktem jest jednak i to, że bardzo blisko tych spraw, biznesu i poezji, może pomiędzy nimi leżą rzeczy tak wzniosłe, metafizyczne – jak godność pracy. „To rzeczywiście wielkie osiągnięcie cywilizacji amerykańskiej, że w tym kraju mówić o godności pracy to nie tylko czcza gadanina. Istnieje tu nawet coś, co można by nazwać wręcz świętością pracy”. Jednocześnie świętość owa bywa w praktyce kapitalistycznej co chwila poniewierana: „Pracodawcy chcą, by robotnicy uprawiali sport – bo to pozwoli im więcej pracować. Ba, pragną nawet, by ich robotnicy mieli więcej czasu wolnego; jako iż inteligentni kapitaliści zdają sobie sprawę, że to również pozwoli ich robotnikom więcej pracować”. Czy pracodawcy tamtego czasu dostrzegali świętość pracy swoich podwładnych? Czy ich dzisiejsi odpowiednicy nie traktują pracowników jeszcze bardziej instrumentalnie, choć w sposób subtelny i wyrafinowany, pozwalając „by robotnicy uprawiali sport”?

Industrializacja, masowość produkcji daje też początek umasowieniu, a więc ujednoliceniu sposobów życia:

Indywidualizm to śmierć indywidualności. Tak to właśnie wygląda, choćby tylko dlatego, że jest „izmem”. Wielka rzesza Amerykanów staje się w swoim kulcie osobowości kompletnie bezosobowa. Choć ich naturalne „ja” mogą się różnić, ich „ja” idealne są właściwie identyczne. Każdy może zobaczyć, o co mi chodzi, jeśli tylko rzuci okiem na owe świecące siłą i samoświadomością fotografie biznesmenów, które można napotkać w dowolnym amerykańskim magazynie. Każdy z nich zapewne uważa się za kogoś tak samotnego, jak Napoleon na Wyspie św. Heleny; skutek jest jednak taki, że na Wyspie św. Heleny zamieszkuje po prostu cała armia Napoleonów.

Zdaje się, że dziś niepokojące podobieństwa można zauważyć nie tylko oglądając fotografie biznesmenów. Bo z całego świata zrobiliśmy sobie wyspę św. Heleny. Zaimportowawszy z Ameryki już chyba wszystko, co tylko było do zaimportowania, możemy przeczytać sobie post factum (żeby nie powiedzieć post mortem) taką oto formułkę:

Od Ameryki możemy nauczyć się naprawdę bardzo wiele; póki co jednak, słuchamy tylko tych Amerykanów, którzy sami się tego nie nauczyli. Tak też, na przykład, importujemy nie małą farmę, ale wielki sklep. Innymi słowy, nie słyszymy nic zgoła o demokracji Środkowego Zachodu, ale wszystko, co tylko możliwe, o plutokracji pośrednika, persony tak niepopularnej na Środkowym Zachodzie jak młynarz w wiekach średnich.