Droga do Lubartowa

W zeszycie sprzed kilku lat znalazłem taką oto notatkę: „Wyjechawszy o 8 rano z Lublina udaliśmy się przez Niemce do Lubartowa. Wcześniej padał deszcz, echo wczorajszej burzy poprzedzonej kurzawą piachu i liści, ale teraz pozostały po nim tylko szybko pędzące chmury rozbijane co chwila przez słońce”. Migawka, obrazek, a ile wspomnień otwierający. Sierpień. Podróż przez płaskie, sięgające po horyzont przestrzenie, prawie jak przez step. I te wysokie chmury, szybko pędzące, które od tamtego dnia za każdym razem kojarzą mi się z Lubartowem.

Było to pierwsze moje spotkanie z tym miasteczkiem i jedyne długie na tyle, że można było posłuchać próby organów w Bazylice św. Anny, patrząc na obrazy Szymona Czechowicza, dotknąć murów prostego kościoła p. w. św. Wawrzyńca (klasztor oo. Kapucynów), posiedzieć na ławce w ogrodzie pałacu Sanguszków. Później były już tylko krótkie – i nieliczne – wizyty przejazdem. No i oczywiście spotkania na odległość, zapośredniczone przez dokumenty, pocztówki, literaturę. Czy składa się to na jakiś spójny obraz Lubartowa? Nie wiem. Jak o nim opowiedzieć na podstawie tych pokawałkowanych wrażeń?

Można by zacząć słowami Bolesława Prusa z Kronik Tygodniowych (1881 rok):

A może państwo nie wiecie – co znaczy Lubartów? – Lubartów jest to miasteczko leżące o trzy mile od Lublina, a o wiorstę od Wieprza. Miasteczko rozkoszne i ciche. Posiada okazały pałac, w którym nikt nie mieszka, obszerną sadzawkę, w której nie ma wody, i – klasztor kapucynów, w którym obecnie mieszczą się biura powiatu. Dawniej słynął Lubartów z fabryki naczyń fajansowych, dziś nie słynie z niczego. Ludzie tamtejsi żyją bez wygórowanych ambicyj: chwalą Boga w dwu kościołach i jednej bóżnicy, wierzą w sny i – troskliwie dowiadują się o to, co ich bliźni gotowali na obiad.

Ale czy to jest dobry początek, te słowa – trochę obraźliwe, trochę śmieszne – przynależne raczej do Prusa-felietonisty, który lubuje się w ostrym, kąśliwym języku i niczym inkwizytor tropi wszelki prowincjonalizm i nienowoczesność, nie zaś do Prusa-człowieka, który w Lubartowie przez kilka miesięcy mieszkał (u swojego wujostwa przy ul. Lubelskiej 35, po aresztowaniu wskutek udziału w Powstaniu Styczniowym).

Można by też zacząć fragmentem wypowiedzi głównego bohatera z opowiadania Adama Szymańskiego pod niepięknie dziś brzmiącym tytułem Srul z Lubartowa: „Jestem, proszę pana, Srul z Lubartowa, może pan dobrodziej wie, to zara kiele Lublina; nu, bo u nas wszyscy myślą, że to tak bardzo daleko, dawniej i ja tak myślałem, ale teraz – dodał z przyciskiem – to my wiemy, że Lubartów od Lublina bardzo blisko, zaraz kiele niego”. Ta postać lubartowskiego Żyda, zesłańca Syberyjskiego, mówiącego z trudem po polsku, lecz tęskniącego „do słońca, powietrza, ziemi rodzinnej” – ta postać jest bardzo ciekawa i przyjdzie nam jeszcze do niej powrócić. Lecz, czy od tego zaczynać, gdy nie ma już dzisiaj w ogóle lubartowskich Żydów?

Można jeszcze inaczej: „miasto w województwie lubelskim, siedziba powiatu lubartowskiego oraz gminy wiejskiej Lubartów, położone nad rzeką Wieprz”. Obejmuje obszar 13,91 km2. W 2012 roku liczyło 22 654 mieszkańców. A więc garść jednostkowych faktów – które tak naprawdę prawie nic nam o żadnym miejscu nie mówią. A już najmniej mówią chyba o istocie prowincjonalnych miasteczek, o tym, czym były, czym są, czym mogłyby być w tej idealnej Polsce, którą człowiek projektuje sobie czasem, gdy nad głową przelatują szybkie poburzowe chmury.

***

Lubartów należał od XVI wieku do grona miast magnackich, podobnie jak wiele ośrodków miejskich w tej okolicy (Puławy, Nałęczów, Zamość, Kock, Radzyń Podlaski). Założony w 1543 roku przez Piotra Firleja z Dąbrowicy, od jego herbu Lewart wziął nazwę Lewartów. Piotr Firlej był w tamtej dobie jednym z ważniejszych polskich magnatów, doradzał królowej Bonie i królowi Zygmuntowi Augustowi, dzierżył wiele urzędów, na czele z wojewodą lubelskim i ruskim, posiadał szereg dóbr ziemskich na Podlasiu i Lubelszczyźnie (Kombornia, Korczyna, Odrzykoń, Janowiec). Zmarł w 1553 i został pochowany u dominikanów w Lublinie (gdzie do dziś znajduje się jego ładny renesansowy nagrobek). Syn Piotra, Mikołaj – przywódca kalwinów małopolskich – sprowadził do Lewartowa rzemieślników z Holandii i Flandrii. Założył też w miasteczku szkołę kalwińską o profilu humanistycznym. Firlej junior miał cztery córki, jedną z nich, Elżbietę, poślubił Mikołaj Kazimierski – z kolei gorliwy arianin – który stał się tym samym właścicielem Lewartowa. Miasteczko trafiało potem w kolejne ręce: Zasławskich, Wiśniowieckich, Lubomirskich. W początkach XVIII wieku objęli je Sanguszkowie, którzy najwięcej zaważyli nad jego kształtem, dokonując także zmiany w nazwie – niejako symbolicznej, podkreślającej ten nowy rozdział w historii. Od 1744 roku brzmi ona bowiem – Lubartów (co też ma rodowe uzasadnienie, wszak Sanguszkowie wywodzili swoje korzenie od mitycznego przodka Lubarta). Po nich, w XIX wieku, byli jeszcze Łubieńscy, założyciele efemerycznej, bo działającej zaledwie kilka lat, fabryki fajansów; a także, już bardzo krótko – Mycielscy.

Jak przystało na miasteczko magnackie, centrum Lubartowa stanowił pałac jego właścicieli. Ten, „w którym nikt nie mieszka”, jak pisał Prus w 1881 roku. Ale wcześniej mieszkano i życie toczyło się tu w najlepsze. Za Firlejowskich czasów był on – jak się rzekło – lokalnym ośrodkiem reformacji. Bywał tu między innymi Jan Kochanowski, serdeczny przyjaciel Mikołaja Firleja, któremu poświęcił zresztą kilka wierszy, w tym znaną fraszkę Do Mikołaja Firleja:

Jeśliby w moich książkach co takiego było,
Czego by się przed panną czytać nie godziło,
Odpuść, mój Mikołaju, bo ma być stateczny
Sam poeta, rym czasem ujdzie i wszeteczny.

Chyba nie zachowały się żadne rysunki pierwotnego pałacu wzniesionego przez Piotra Firleja. Wiadomo jednak, że był to dwór obronno-rezydencjonalny w stylu włoskim z dwoma warownymi alkierzami, otoczony fosą i mokradłami. Wiadomo też, że Mikołaj Firlej rozbudował obiekt „nie licząc się z kosztami”. „Parter zajmowała izba stołowa, kaplica w prawym skrzydle i około 10 pokoi. Na górze w alkierzu znajdowała się biblioteka, reprezentacyjna sala w głównym korpusie, duży apartament i kilka pokoi.”

Wtedy też powstało pierwsze założenie ogrodowe. Kolejna przebudowa przypada na koniec wieku XVII, kiedy to Józef Karol Lubomirski, jeden z najbogatszych ludzi w ówczesnej Rzeczpospolitej, sprowadził do Lewartowa swego nadwornego architekta, Tylmana z Gameren (tego samego, który zaprojektował kilkadziesiąt ważnych budynków rezydencjonalnych i sakralnych, w tym Pałac Krasińskich i kościół sakramentek w Warszawie czy Pałac Branickich w Białymstoku). Projektant zaproponował m. in. dobudowę trzykondygnacyjnej wieży zegarowej, podobnej do tych, które widnieją na Pałacu Branickich. Czy zamierzenie zostało w pełni zrealizowane, nie wiadomo, gdyż niewiele później, podczas wojny północnej (1705-1706) pałac uległ całkowitemu zniszczeniu.

A Sanguszkowie, którzy nastali w Lewartowie po 1705 roku „zatarli wszelkie ślady pierwotnego zamku”. Paweł Karol Sanguszko polegał na usługach innego architekta, przybyłego z Włoch, Pawła Antoniego Fontany. Zabrał się on zrazu, tj. w początku lat 30. za remont pałacu, dobudowując drugie piętro (czy w międzyczasie zostało zniszczone?) i projektując wystrój wnętrz – słowem nadając mu mniej więcej taki kształt, jaki można obserwować dzisiaj. Sanguszkowie – dzierżący Lubartów (bo przypomnijmy, z sukcesem wnioskowali do króla Augusta III o zmianę nazwy) przez blisko półtora wieku, chyba najmocniej związali swe nazwisko z historią miasta. Do dziś mówi się przecież pałac Sanguszków, nie zaś pałac Firlejów czy pałac Łubieńskich. Z fundacji Pawła Karola Sanguszki wzniesiono też kościół p.w. św. Wawrzyńca, wraz z towarzyszącym mu klasztorem oo. Kapucynów oraz kościół farny p. w. św. Anny – oba według projektu Fontany. Jego żona, Barbara Sanguszkowa kontynuowała te przedsięwzięcia, w ordynacji z 1769 roku rozporządzała:

dla wygody przyszłemu Altaryście [dawna nazwa księdza, pomocnika plebana, wikariusza, który utrzymuje się w altarjów, czyli dochodów ołtarza] pozwoliłam i pozwalam na pobudowanie rezydencji blisko kościoła lubartowskiego naprzeciwko samego pałacu i niedaleko kanału, którym woda z miasta zbiegać zwykła, w zatyłach domów rynkowych placu, wzdłuż i wszerz po sążni osiemnaście wymierzonego…

Sanguszkowa nakazała też „zabrać” budynki znajdujące się na wyznaczonym terenie, „aby ksiądz Altarysta mógł na tym miejscu postawić budynek wygodny z parkanem według swojej woli i intencji”.

***

Siedzieliśmy przed lubartowską farą w ów ciepły wietrzny dzień sierpniowy, obserwując kończący się właśnie pogrzeb, który podążył niebawem ulicą Lubelską. Biel barokowej fasady, czarny kartusz z tekstem fundacyjnym, wewnątrz zielony żyłkowany marmur, lśniąca złotem ambona i czarne ciężkie tablice nagrobne („Pawłowi oycu, Barbarze z Duninów matce, Józefowi bratu Sanguszkom – Hieronim Janusz synowie bracia 1793”) – jakże to wszystko jest funeralne, jak oczywiste, że musi być tłem pogrzebu właśnie. Gdy zrobiło się pusto, patrzyliśmy na rozmieszczone we wnętrzu posągi ojców kościoła i obrazy Szymona Czechowicza. Kolejna mała perła, może trochę przybladła, może trochę zapomniana polskiego barokowego malarstwa. Ile jest takich perełek rozrzuconych po polskich kościołach, wciąż znajdujących się w tym ich pierwotnym środowisku, dla którego były stworzone? Jak inaczej „czyta” się je tu, niż w „sztucznych” muzeach, galeriach, wśród dziesiątków innych obrazów? Szymon Czechowicz (1689-1775), absolwent Akademii Świętego Łukasza w Rzymie, gdzie uczył się dzięki mecenatowi Ossolińskich, członek Congregazione dei Virtuozi, w 1731 wrócił do Polski. Malował głównie obrazy religijne i magnackie portrety. W lubartowskiej bazylice znajduje się dziewięć jego dzieł, w tym malowidła ołtarzowe (na czele ze św. Anną, patronką kościoła)  namalowanych pod koniec życia. Męczeństwo świętego Wawrzyńca ma w sobie coś z Caravaggia, ma coś z Tycjana, który ten sam temat opracowywał (postać mężczyzny podkładającego ogień w lewym dolnym rogu sceny ze zgiętą muskularną ręką na pierwszym planie – powtarza się w niewiele zmienionym kształcie u Czechowicza) – ale jest to barok jakoś uładzony, bez złości Caravaggia, bez mroku późnego Tycjana. Może jest to cecha baroku polskiej prowincji, czy polskiego baroku w ogóle, że nie idzie w skrajne namiętności, że tłumaczy wielkie tematy z teologicznym spokojem. Takie przynajmniej miałem wrażenie patrząc na dzieła Czechowicza i słuchając nieśmiałej próby organów w lubartowskiej farze.

Tak jak za czasów Firlejowskich, tak i za Sanguszków miał Lubartów i tamtejszy pałac – znamienitych gości. Otwiera to grono największy poeta czasów magnackich, Ignacy Krasicki, który – jak skrzętnie odnotowują historycy literatury – zawitał do Lubartowa dwa razy: w 1767 roku, wracając ze ślubu córki Eustachego Potockiego w Radzyniu Podlaskim, odwiedził Barbarę Sanguszkową; oraz w 1782 roku, jadąc z rodzinnego Dubiecka do Warszawy. Z czasów tej drugiej bytności Krasickiego pochodzi list poetycki Powrót do Warszawy, w którym czytamy:

Już nie było jarmarku [w Łęcznej], gdym przejeżdżał, obeszło się przeto bez kupna, to jest bez straty; ciąg drogi do Lubartowa. Tam potomek Lubarta, dzielną swoją dłonią, Na Firlejów Lamparcie osadził Pogonią. Był to Paweł xiąże Sanguszko, marszałek wielki litewski, mąż staropolską cnotą znamienity.

Następnie pojawia się apologia – chyba uzasadniona – Sanguszkowych zasług: „Wszystko, co ma Lubartów jego dziełem i Kapucyni”. Pisze więc książe poeta o księciu magnacie, że i Kapucyni są jego, tzn. księcia magnata, „dziełem” – ładna to licentia poetica, ładny skrót myślowy, bo – dla porządku warto dopowiedzieć – nie był to taki znowu magnat, żeby założyć zakon Kapucynów (który wyłonił się w XVI wieku z Franciszkanów), a jedynie ufundował mu schronienie na lubartowskiej ziemi, przy wspomnianym już kościele św. Wawrzyńca. Kościele o prostej ascetycznej fasadzie w stylu toskańskiego baroku (znów Fontana). Pisze w końcu Krasicki również o braciszkach:

i Kapucyni; odwiedziłem ich: Choć nie są kształtem urody, Mogą być grzeczne i brody. I są. Sposób ich przyjmowania uprzejmy, ludzki. A i w kościele, i w mieszkaniach i w ogrodzie, Nie wytwornych ozdób mnóstwo, Lecz w ubóstwie ochędóstwo.

A więc poeta, biskup warmiński, który miał małą słabość do otaczania się zbytkami „i w mieszkaniach i w ogrodzie” – ceni jednak tę skromność Kapucynów. Siedziba biskupia – zdaje się mówić – to jedno, a cele klasztorne – drugie, i dobrze, gdy te drugie są równowagą dla kościoła bogatego, i dobrze, że nie dzieje się tu tak, jak w Monachomachii.

Nawiasem mówiąc, jest powyższy fragment ciekawym przyczynkiem do historii mody męskiej w Polsce. Trudno wyobrazić sobie największe postaci XVI wieku bez obfitej brody. To samo w wieku XVII, broda konieczna, a przynajmniej wąsy, jak u Sobieskiego. Ostatnim z królów, który nie golił się gładko był chyba Stanisław Leszczyński, choć i on na niektórych podobiznach jest już bez zarostu. A Krasicki pisze już jednoznacznie o brodach: „nie są kształtem urody”. I jeszcze tylko poeci sentymentalni będą z rozrzewnienie wspominać dawne zwyczaje, jak Kniaźnin w Odzie do wąsów:

Ozdobo twarzy, wąsy pokrętne!
Powstaje na was ród zniewieściały.
[…]
Kogo wstyd matki, ojców i braci,
Niech się z swojego kraju natrząsa.
Ja zaś z ojczystej chlubny postaci,
Żem jeszcze Polak, pokręcę wąsa.

Zresztą lubartowscy Kapucyni – mimo swych bród – cieszyli się w ogóle dobrą opinią. Lokalni historycy wspominają, że ich pojawienie się w mieście było istotnym wzmocnieniem dla tutejszej inteligencji. Podobnie przedstawia ich Klemens Junosza-Szaniawski (poczytny w końcu XIX wieku pisarz, który spędził dzieciństwo w Lubartowie, mieszkając u dziadków przy ul. Kościuszki, obok parku i kościoła farnego) w powieści Dworek przy cmentarzu, gdzie jeden z mnichów swoją mądrością i znajomością człowieka („czyta w ludzkich duszach jak w książce”) przyczynia się do pogodzenia dwóch zwaśnionych przyjaciół (ziemianina i lekarza, których poróżniła polityka, a mianowicie to, że jeden z nich źle wypowiedział się o Francji). W innej powieści Junoszy, Panu Sędzi, czytamy:

Miasto nie mogło pochwalić się zegarem, bo ażeby mieć zegar, potrzeba wieży, aby mieć wieżę, trzeba posiadać ratusz. Ratusza tymczasem nie było, a urząd miejski miał swoją „posiedzialność”, jak mówili mieszczanie, w kamienicy Fiszla Faju, pierwszego bogacza w mieście, członka dozoru bożniczego. Powiadają starzy ludzie, że niegdyś, ale to już bardzo dawno, był tu w miasteczku ratusz, jak się należy, fundamentnie zbudowany, z wieżą, zegarem, nawet trębaczem miejskim – ale stało się nieszczęście. Ogień zniweczył wspaniały gmach, wieża runęła, zegar zginął w płomieniach a trębacz rozpił się ze zmartwienia i umarł.

Jaki to przejmujący i smutny obraz – ów trębacz, który, straciwszy swoje miejsce pracy, swoją symboliczną funkcję, nie potrafi dalej żyć. Ów ratusz „fundamentnie zbudowany” wspominany przez starych ludzi za czasów Junoszy to zapewne ratusz wzniesiony jeszcze za Firlejów, który przetrwał kilka wieków i zniknął dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Lecz nie mogło to być „ale to już bardzo dawno”, jak czytamy w Panu Sędzi, wszak we Wspomnieniach z przejażdżki po kraju…(1857) autorstwa, nieco starszej od Szaniawskiego, lubelskiej literatki, Zofii Ścisłowskiej (1812-1873) można odnaleźć taki oto fragment: „Za kościołem jadąc w miasto, ciągną się po obu stronach ulicy drewniane domki, dalej w rynku murowany szczerniały od starości ratusz, nieoddzielny z istnieniem miasteczek polskich”. Jak się okaże kilka lat później, ten ratusz nie był tak „nieoddzielny” z istnieniem Lubartowa, gdyż – jeśli wierzyć Junoszy – nie tylko przestał istnieć, ale i zatarł się w pamięci mieszkańców. Chociaż trębacz, który zapił się na śmierć z tęsknoty za ratuszem, podzielał chyba pogląd o „nieoddzielności”.

W owym fragmencie wspomnień Ścisłowskiej pojawia się też zagadkowe zdanie: „Smentarz lubartowski porządnie ogrodzony, z małą kapliczką, zaletę przynosi tak mieszkańcom, jako i proboszczowi miejscowemu.”. Jakąż to zaletę przynosił „porządnie ogrodzony” lubartowski cmentarz mieszkańcom miasteczka, i czy chodziło o żywych mieszkańców, czy też o tych, którzy już na cmentarz podążają? Bo, że proboszczowi lepiej odprawiać egzekwie na ogrodzonym cmentarzu, niż na gołym polu – to wiadomo.

***

Ścisłowska pisze jeszcze w swojej relacji tak: „Pałac zniszczony z herbami stoi jak żałobny pomnik nad grobem przeszłości… dziś duma i potęga w zimnym grobowcu, w garść znikomego zamienia się prochu…”. Czyli odnotowuje ten sam fakt, który znajdujemy dwadzieścia kilka lat później w Prusowych Kronikach, tylko w patetycznej formie. Ta sama informacja – choć jeszcze w innym tonie – pojawia się u Junoszy: „Inteligencja miasteczka lubiła bardzo spacerować po pięknym pobliskim parku, w którym znajdował się stary, od dawna opuszczony pałac […] który stał się ostoją psów i nietoperzy […]”. Co takiego się stało, że wystawna rezydencja kilkadziesiąt lat później była już tylko „ostoją psów i nietoperzy”? Ano stało się to, że przyszedł wiek XIX, wiek kapitalizmu, rewolucji przemysłowej, fabryk i przedsiębiorczości.

Myślę, że zbyt mało uświadamiamy sobie – żyjąc wielkimi tematami naszej polskiej historii z tamtego czasu – jaka duża przepaść rozdziela wiek XVIII od wieku XIX. Co jest istotą tego rozdziału? Coś, co we Francji opisali Stendhal i Balzac. Coś, co u nas nie zostało, jak sądzę, opisane (może trochę Norwid i na pewno Prus, ale to już dużo, dużo później) – bo romantyzm upłynął nam pod znakiem innych zagadnień – choć z pewnością zostało zauważone, na przykład przez przedstawicieli emigracji polistopadowej, którzy znaleźli się we Francji i Anglii (powtarzam za Jarosławem Markiem Rymkiewiczem):

Chodźko, który z takim podziwem pisał o formach życia angielskiego, a po miesiącu zaczął się męczyć, bo coś go uwierało, a po dwóch miesiącach – w kwietniu 42 roku – wiedział już wszystko i krzyknął: to hańba! Zobaczył bowiem to, czego potąd, zachwycając się kopalniami i tkalniami, nie widział: społeczeństwo występne, zbrodnicze, rozpustne. Najbardziej przeraziła go jednak obłuda zachodniej cywilizacji, która pielęgnuje zasady moralne tylko po to, by ukryć pod nimi rozpustę i nędzę.

Słowem – początek nowoczesności. W Polsce nastąpił on z pewnym opóźnieniem, zaczął się gdzieś w latach 20. i 30., za sprawą inicjatyw Druckiego-Lubeckiego, wraz z budową przemysłowej Łodzi, z rozwojem górnictwa w Zagłębiu Dąbrowskim, z szeroko zakrojoną industrializacją kraju. Był to przełom oddziałujący na tożsamość w ogóle, ale biorący swoje źródło w innym myśleniu o pieniądzu. Majątek, który dotąd był czymś statycznym, trwałym – nagle miał stać się podstawą przedsiębiorczości, miał dawać procenty, zarabiać. Dlatego obok dawnych możnych wielowiekowych rodów zaczęły rosnąć fortuny nie mające swojej sankcji historycznej, fortuny jednopokoleniowych przedsiębiorców (co znamy dobrze z naszej najnowszej historii). Dzieje pałacu Sanguszków w wieku XIX świetnie to ilustrują.

W 1838 roku Klementyna z Sanguszków Małachowska sprzedała majątek Henrykowi Łubieńskiemu. Kim był ów Łubieński? Najkrócej można powiedzieć: dzieckiem tamtych czasów. Urodzony w 1793 roku w dość znaczącej rodzinie ziemiańskiej, absolwent studiów prawniczych w latach 20., poszedł w kierunku działalności gospodarczej. Zaczął od założenia cukrowni w rodzinnym majątku w Kazimierzy Wielkiej. Tego samego dokonał w kilku innych majątkach (Guzowie, Częstocicach). Był inicjatorem powstania Huty Bankowej w Dąbrowie Górniczej. Wraz z bratem Tomaszem założył dom handlowy. Powołał do życia odlewnię stali i kilka kopalni. W 1829 został dyrektorem Banku Polskiego, a następnie jego wiceprezesem. Kilka lat później nabył Lubartów, gdzie ulokował fabrykę porcelany i fajansu (mieściła się w stajniach pałacowych). Jego zamierzenia sięgały coraz szerzej (wystąpił m. in. z inicjatywą budowy Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej), a majątek wzrastał. Coś jednak musiało się w tych rachunkach nie zgadzać, gdyż w 1842 roku Łubieński został aresztowany i oskarżony (a następnie skazany i zesłany do Kurska) za korzystanie z publicznych środków Banku Polskiego do realizacji przedsięwzięć prywatnych (też skądś to znamy). Fabryka fajansów przestała działać, a Lubartów przejął Bank Polski „na zaspokojenie swych roszczeń”. Od tego momentu nastąpiła stopniowa degradacja pałacu Sanguszków. Od Banku majątek odkupił Stanisław Mycielski, ale i on był srogo zadłużony, więc postanowił rozparcelować grunty i posprzedawać je niemieckim kolonistom, co się dokonało w latach 1865-1867. Sam pałac trafił znów w ręce Banku Polskiego, a następnie w ręce Ludwika Grabowskiego, znanego hodowcy koni, którego główna posiadłość znajdowała się w niedalekich Sernikach. Zdaje się, że za jego czasów pałacu nie remontowano. I stał sobie dalej „jak żałobny pomnik nad grobem przeszłości” do czasu, gdy w 1925 roku zakupiło go Zgromadzenie Braci Misjonarzy Kresowych III Zakonu św. Franciszka – z przeznaczeniem na siedzibę zakonu oraz szkołę. Na początku lat 30. tercjarze prowadzili w pałacu drukarnię, która spłonęła w sierpniu 1933 roku, co tak wspominał Andrzej Monastyrski: „Przypomniał mi się straszny pożar Pałacu Sanguszków, który płonął w nocy prawie tuż obok naszego ówczesnego domu, przy ulicy Kościuszki”. Kilka lat później władze miasta odkupiły ruiny pałacu. Zachowały się liczne fotografie, przed- i powojenne, na których widnieją zniszczone mury, puste lub zamurowane okna. Lecz, choć zrujnowany i nieużytkowany, zawsze był ten pałac obecny, gdzieś w tle, jako punkt odniesienia. Marek Danielkiewicz pisał:

Atrakcją tamtych lat były zabawy w parku miejskim przy pałacu książąt Sanguszków. Starsi tańczyli na drewnianej podłodze rozbitej obok stawu. Łabędzie pływały sobie niezainteresowane muzyką i ludźmi. Piwo płynęło prosto z beczek do ciężkich kufli. Bzyczały syfony z wodą sodową. Cukrowa wata miała nadzwyczajny smak. Fanty na loterii interesowały nie tylko dzieci. Na przykład można było wygrać żywego prosiaka lub dorodną kurę nioskę. Na prowizorycznej scenie grała kapela.

W latach 60. wzięto się znów do remontów i gdy je już częściowo ukończono, ulokowały się w pałacu instytucje samorządowe. Dziś mieści się tu Starostwo Powiatowe, a zamiast dziedzińca przed budynkiem znajduje się wypełniony samochodami parking. Za to z drugiej strony rozciąga się piękny park i ogród, którego nie powstydziłby się chyba sam Fontana. Gdy się chodzi parkowymi ścieżkami albo przysiada gdzieś na ławeczce – myśl odlatuje nieuchronnie, od nudnej (choć może lepszej) współczesności, która dzieje się w pokojach Starostwa, ku magicznym (choć może gorszym) czasom, gdy Mikołaj Firlej gościł w pałacu Jana Kochanowskiego.

***

Skoro już wróciliśmy tak daleko – wypada zająć się jeszcze jednym miejscem, bez którego nie byłoby XVI wiecznego (ani późniejszego) Lewartowa. Mam tu na myśli szkołę, czy może lepiej byłoby powiedzieć szkoły, bo – jak się zaraz pokaże – historia lubartowskiego szkolnictwa bogata jest w barwne i spektakularne zwroty.

Na początku powstała owa szkoła kalwińska założona przez Mikołaja Firleja. Ważna to była instytucja na edukacyjnej, ale także, a może przede wszystkim, kulturalnej mapie ówczesnej Polski. Pierwszym jej rektorem został Szymon Seidler z Torunia, a kolejnym Samuel Wolf ze Śląska, pedagog i humanista, który studiował w Lipsku i Wittenberdze, autor dość sławnego poematu opiewającego zwycięstwo Batorego pod Pskowem, przyjaciel jednego z wybitniejszych polskich poetów końca XVI wieku, Sebastiana Fabiana Klonowica, który zadedykował mu swoją Roxolanię.

Warto może dopowiedzieć, jak nieduży był wtenczas Lewartów. W 1576 roku liczył zaledwie 225 osób, wśród nich 80 Żydów. Wielowyznaniowego grona dopełniali kalwini, arianie, luteranie i katolicy.

Kontynuacją pierwszej szkoły, była placówka ariańska działająca pod protektoratem Mikołaja Kazimierskiego. Na jej czele stanął Wojciech z Kalisza. Był on uczniem niemieckiego pedagoga Jana Sturma, wykładającego w Starsburgu, twórcy modelu 10-klasowej szkoły średniej. Studiował także w Akademii Krakowskiej, w Tybindze i Heidelbergu. W 1586 roku przeszedł z kalwinizmu na arianizm. Nastawszy w szkole lubartowskiej, zaprowadził w niej 5-letnie gimnazjum, będące jego autorskim modelem wzorowanym na Sturmie – swą koncepcję szkoły opisał w formie listów (wzorując się na dziełach Cycerona i Erazma z Rotterdamu) i opublikował w słynnej drukarni w Rakowie pod tytułem Schola Levartoviana restituta… Wśród rozdziałów tej publikacji znalazł się i taki: Prawa szkoły lewartowskiej – opisujący obowiązki uczniów i nauczycieli, przy czym dziewiętnaście punktów dotyczy tych pierwszych, a tych ostatnich tylko jeden.

Wojciech z Kalisza jest także autorem głośnej polemiki z jezuitami pochodzącej z 1590 roku. Był to zresztą czas – końcówka XVI wieku – wzmożonych dysput międzywyznaniowych. Jedna z nich odbyła się w lubartowskiej szkole. „Do najbardziej głośnego spotkania doszło 13 i 14 stycznia 1592 roku. Udział w lewartowskiej dyspucie wzięli wtedy kalwini, arianie, husyci i katolicy”. Próbował wyobrazić sobie, jak taka dyskusja wyglądała? Czy przedstawiciel każdego wyznania wygłaszał swoje dwuminutowe stanowisko na temat np. dogmatu o Trójcy Świętej, a później głosowano, które wystąpienie było najbardziej przekonujące? Czy pod wpływem jakiegoś wystąpienia pozostali dyskutanci zmieniali swój pogląd na daną sprawę? Czy spór toczył się przed publicznością czy w zamkniętym pomieszczeniu? Tego nie wiemy i pewnie nie będziemy już wiedzieć. Wiadomo jednak, że rozmawiano w gronie dość elitarnym, około 15 dyskutantów, lecz za to doborowym, składającym się z kilku czołowych intelektualistów tamtej epoki, takich jak Stanisław Sarnicki, Szymon Budny, Erazm Otwinowski czy Marcin Łaszcz. No i pytanie kluczowe – czy czyjeś racje przeważyły? Czy ktoś debatę wygrał? Jezuici nie mieli wątpliwości. Marcin Łaszcz opublikował broszurę Pogrom Lewartowski To iest O wygraney […] Adryana Radzimińskiego […] Disputacyey ktora Roku 1592 Dnia 13 y 14 Stycznia z Ewangeliki y Nowokrzczeńcami iawnie miał w Lewartowie. Ach ci szermierze kontrreformacji. Niby wielkie umysły, niby bezbłędna argumentacja, niby mądre racje i ogłada – a tu nagle wrzucą takie słowo – jak ten „pogrom” na przykład – że zaraz poznasz jezuitę.

Ale może faktycznie był to intelektualny pogrom, skoro kilka lat po owej debacie, w 1598 roku, będąc już na łożu śmierci, Mikołaj Kazimierski nawrócił się na katolicyzm. Lecz historycy mówią, że stało się to raczej za przyczyną Piotra Skargi (wszak też jezuity), który podobno bywał w lewartowskim pałacu i swą legendarną kaznodziejską mocą przekonał Kazimierskiego. Tego też się pewnie nie dowiemy. Faktem jest jednak, że w efekcie świątynia została przywrócona katolikom, a ze szkoły stopniowo rugowano nauczycieli innowierców. W 1603 roku przestał istnieć w Lewartowie zbór ariański, a w 1642 zbór kalwiński. Lokalne tradycje protestanckie przejął nieodległy Kock, który pozostawał w rękach Firlejów do drugiej połowy XVII wieku.

Wytraciwszy swój intelektualny i religijny napęd szkoła straciła na znaczeniu, może nawet przestała istnieć, do końca nie wiemy, gdyż brak jest informacji o lubartowskim szkolnictwie w XVII i XVIII wieku. Dopiero w wieku XIX wypływa z mroków dziejowych szkoła elementarna, która rozpoczęła swe istnienie w 1819 roku. Jednakowoż nie była to chyba placówka zbyt potężna, gdyż – jak piszą historycy – „majątek szkoły był nader skromny. W 1861 roku cały inwentarz składał się z czterech ławek, tablicy, stołu, krzesła, dziennika lekcyjnego i kilku książek”. Przez okres zaborów, a już szczególnie po 1864 roku, gdy Lubartów dotknęła intensywna rusyfikacja (dokonywano wówczas zsyłek na Syberię – stąd w końcu zesłaniec Srul z Lubartowa) – stanowiła owa szkoła elementarna narzędzie ucisku (równolegle na przykład z cerkwią zbudowaną wbrew woli mieszkańców, ale za to z ich przymusowych składek). Jednak po rewolucji 1905 roku władza carska poszła na pewne ustępstwa, a szkoła zyskała szereg swobód, w tym możliwość nauki w języku ojczystym. U progu niepodległości była więc chyba instytucją bardziej pożyteczną niż szkodliwą. Świadczyć może o tym m. in. fakt, że dyrektor szkoły elementarnej, Hipolit Czaplicki, pozostał na swoim stanowisku po 1918 roku, a później długo jeszcze „kierownikował” szkole powszechnej. W 1925 roku uczęszczało do niej 228 chłopców i 232 dziewczęta – swoją drogą nieco zaskakująca dla naszych wyobrażeń o przedwojennej, patriarchalnej Polsce jest ta proporcja uczniów.

***

Polska tamtego czasu wydaje się niezwykła także z wielu innych powodów. Zupełnie niespotykana (do tamtej chwili i potem) była intensyfikacja wszelkich wysiłków ludzkich: gospodarczych, społecznych, kulturalnych. Tłumiona przez dziesięciolecia energia, wywołana z kolei dziełem poprzednim pokoleń, całe to pokłosie Żeromszczyzny, wszystkie te siłaczki i Judymowie – w niepodległej Polsce mogło rozwinąć skrzydła i oddać się w pełni na służbę dobru wspólnemu. W międzywojennej historii Lubartowa są takich osób dziesiątki: nauczycieli (jak Zofia i Mieczysław Breitmeierowie), bibliotekarzy (jak Stanisława Kosior), lekarzy (jak Maurycy Silberman), księży (jak Aleksander Szulc), działaczy społecznych (jak Edmund Monastyrski). Tym bardziej godne podziwu wydają się ich działania, im w skromniejszych warunkach materialnych się odbywały. Dziś – mając do dyspozycji setki instytucji o znacznych budżetach – nie potrafimy zrobić jednej dziesiątej tego, co tamci ludzie robili w sytuacji daleko trudniejszej.

Tak właśnie rzecz miała się w przypadku szkoły. Prawie przez całe dziesięciolecie borykała się ona z problemami lokalowymi, wynajmowała kamienice, pomieszczenia w pałacu Sanguszków, a nawet korzystała z żydowskiego chederu. Dopiero w późnych latach 30. ukończono, finansowany w dużej części ze składkowych pieniędzy mieszkańców, nowy gmach przy ul. Kamionkowskiej 3. A warto dodać, że w tamtym czasie szkoła powszechna liczyła już ponad tysiąc uczniów. Trudności materialne nie przeszkadzały nauczycielom angażować się nie tylko w kształcenie młodzieży, ale także w inicjatywy dodatkowe, jak Polskie Towarzystwo Miłośników Sztuki, lokalne pisma („Echo Ziemi Lubartowskiej”, „Lubartowiak”) czy szkolne koło PCK. W gronie pedagogów (ale także urzędników czy policjantów) znajdowali się zarówno ci wywodzący się z Lubelszczyzny, jak i migranci z Kresów wschodnich. Szacuje się, że w latach 30. liczący ponad 10 tys. mieszkańców Lubartów zamieszkiwało około 300 przedstawicieli inteligencji. Jednym z miejsc spotkań tego inteligenckiego środowiska był dom Edmunda Monastyrskiego (działacza społecznego, redaktora „Lubartowiaka”), nazywany „Związkiem”. Przychodzili tu m.in. dyrektor Kasy Oszczędnościowej Bronisław Andrzejewski, burmistrz Adam Lipski, rejent Leon Lassota, aptekarz Aleksander Walencik, lekarze Alfred Pogonowski i Maurycy Silberman, poseł Kazimierz Kryński, ks. kan. Walenty Goliński.

Szczególnymi przedstawicielami inteligencji (szczególnymi, bo łączącymi nas z przeszłością) byli lokalni historycy, regionaliści, ludzie pióra. Należał do nich Gracjan Wereżyński (1828-1902), lubartowski notariusz oraz autor prac Historyczne opisanie miasta Lubartowa na zasadzie oryginalnych dokumentów opracowane (do dziś pozostającej w rękopisie) oraz Z przeszłości Lubartowa (fragmenty drukowane były w „Gazecie Lubelskiej”). Wereżyński był też nie lada bibliofilem, w domowej bibliotece zgromadził ponad 600 woluminów, w tym np. paryskie wydania dzieł Mickiewicza.

Spośród międzywojennych pisarzy lubartowskich wypada wspomnieć Wandę Śliwinę (1891-1962), poetkę, pisarkę, publikującą pod pseudonimem Jagienka spod Lublina. Żonę Władysława Śliwy, wieloletniego burmistrza Lubartowa. Warto ją wspomnieć nie tyle może dla jej dokonań literackich (bo tu więcej niż z powodu swojej twórczości, została zapamiętana np. jako polemistka Kornela Makuszyńskiego, który na jej artykuł Bażanty, odpowiedział następująco „Książeczka wyszła w samym Lubartowie, skąd wyszedł dotychczas jedynie miły bardzo Srul z Lubartowa. Patrzcie! Patrzcie! Kto by się spodziewał, że w Lubartowie piszą książki! Bardzo mnie cieszy taki postęp. O książeczce tej, która ma zemstą straszliwą pognębić zwierzę męskie, niczego złego nie mogę oczywiście powiedzieć, gdyż pisała ją kobieta i mnie tę książkę poświęciła”) ile dla publikacji o regionie takich, jak: Ziemia Lubartowska. Szkic monograficzny, ilustrowany, Lubartów (1926) czy Lud lubartowski (1930). Była też Śliwina – co może kogoś zainteresuje – autorką poczytnych romansów.

***

Ciekawe – i to jest także specyfika Polski przedwojennej – jak zróżnicowane pod względem wykonywanych przez mieszkańców zawodów był wtedy Lubartów. Znajdujemy wśród nich dość popularne, i znane dziś zawody takie, jak mleczarz, inżynier czy kaflarz. Ale znajdujemy także bardziej niezwykłe profesje: malarz szyldów, rzezak rytualny, handlarz nierogacizny, robotnik trykotaży, krupierz, pisarz próśb. Tak jakby każdy mieszkaniec zasługiwał na swój osobny zawód, swoje unikalne miejsce we wspólnocie miasteczka. Miejsce takie mieli w jakimś sensie nawet ci, którzy w rubryce zawód nie mają wpisanego żadnego konkretnego zajęcia, np. utrzymuje się z żebraniny.

***

I jeszcze jedna dygresja. Ilekroć czytam o międzywojniu i napotykam różnego rodzaju oficjalne dokumenty, tylekroć imponuje mi poziom ówczesnego języka urzędowego. Dla przykładu – którego nie trzeba daleko szukać, bo wiąże się i z Lubartowem, i z tamtejszym szkolnictwem – chciałbym przytoczyć sprawę szkoły sióstr Felicjanek. Otóż była to szkoła prowadzona przez siostry zakonne, towarzysząca ochronce dla dzieci, położona na przedmieściach Lubartowa. W pewnym momencie pojawił się spór pomiędzy rodzicami dzieci mieszkających w okolicy i administracją szkolną dotyczący tego, do której szkoły owe dzieci powinny uczęszczać. Rodzicom zależało na pobliskiej szkole Felicjanek, władzom szkoły powszechnej na przydziale do ich placówki. Wykładnia Ministerstwa brzmiała krótko: „…rodzicom wolno posyłać dzieci do szkoły, gdzie chcą, byleby posyłali”. Nic dodać, nic ująć. Do tego zrozumiale i po polsku. Może się mylę, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie, żeby nasza dzisiejsza władza – obojętnie jakiego szczebla – potrafiła zapisać jakąkolwiek kwestię tak po prostu.

***

Niniejszy przyczynek do opisania Lubartowa – nie mógłby się obyć bez jeszcze jednej kwestii. A mianowicie – bez przedstawienia wielowiekowej różnorodności społecznej tego miasteczka. Tym częściej trzeba o tym wspominać, im trudniej wyobrazić nam sobie dziś wieloetniczną przedwojenną Polskę. A Lubartów nawet na mapie tamtej Polski jest miejscem szczególnym. Łączy bowiem w sobie dwie najważniejsze tradycje polskiej różnorodności: obecność protestantów i obecność Żydów. O kalwinach i arianach sporo zostało już w tym tekście powiedziane, zresztą jest to tradycja dawniejsza i krótsza, a więc bardziej zatarta. Przychodzi opowiedzieć w końcu także o lubartowskich Żydach.

Zacznę może od takiego XVIII-wiecznego obrazka z powieści Klemensa Junoszy-Szaniawskiego: „Żydzi nosili się też staromodnie: w lisich czapkach, atłasowych kapotach i pantoflach; każdemu z pod czapki wychylały się półłokciowej długości pejsy, zakręcane misternie, jak loki angielskie”. Ale przecież nie trzeba cofać się aż tak daleko. Lidia Perlińska-Schnejder, mieszkająca w Lubartowie tuż przed wojną wspomina: „Ten dom w którym myśmy mieszkali był piętrowy natomiast pozostałe były parterowe. Te domy były murowane, a po przeciwnej stronie były takie bardzo biedne kliteczki – przeważnie zamieszkałe przez ubogą ludność żydowską i tam była synagoga po tamtej stronie, Cheder był, tak że pamiętam cheder i ten hałas w chederze, bo każdy uczeń głośno swój tekst mówił”. Z tego samego czasu pochodzą opowieści mamy Marka Danielkiewicza, które cytuje on w swoich wspomnieniach o Lubartowie: „[Mama] była dla mnie ostatnią wiarygodną osobą, która łączyła mnie z czasem przeszłym, z żydowsko-polskim Lubartowem. Wiedziała jak smakuje prawdziwa chałka z żydowskiej piekarni »zawsze chodziłam do nich po bułki, bo były lepsze i tańsze«, słyszała głos rabina w synagodze przy ulicy Kamionkowskiej, potrafiła wskazać miejsce śmierci Szmula Percyka, który się w niej podkochiwał, opowiadała o sklepikach w rynku, o biedocie wegetującej w klitkach”. To nie dużo, te kilka obrazków „żydowsko-polskiego Lubartowa”. A jednak co nieco widać, tę odmienność, ten koloryt, ten jakże inny świat. Świat polskich prowincjonalnych miasteczek przed hekatombą drugiej wojny. Chociaż Lubartów, znów, trochę się na tle tego świata wyróżnia.

W większości miast było bowiem tak, że Żydzi zamieszkiwali osobną dzielnicę (osobne dzielnice). W Opocznie działo się to wokół ulicy Żydowskiej, w Opatowie w rynku i przyległościach, w Biłgoraju wzdłuż ulicy Nadstawnej. Tymczasem w Lubartowie panowało większe wymieszanie. Owszem, we wspomnieniach pojawiają się części miasteczka, gdzie większość mieszańców stanowili Żydzi, zwłaszcza biedniejsi – takie były na przykład ulice Klitki I i Klitki II. Ale nawet pobieżny przegląd ksiąg meldunkowych z lat 30. pozwala dostrzec, że prawie przy każdej ulicy, prawie w każdym domu mieszkali po sąsiedzku: katolicy i Żydzi, rzadziej także ewangelicy i prawosławni. Weźmy dla przykładu ulicę Kamionkowską: numer 53a – Józef Bielakowski, właściciel apteki; numer 57 – Josep-Hersz Federbusz, nauczyciel języka żydowskiego; numer 61 – Leon Gembal, dozorca aresztu miejskiego; numer 21 – Srul Rajchnudel, właściciel księgarni i drukarni. Potwierdza to także Wojciech Charliński, pisząc we wspomnieniach: „Przykładem była moja rodzina, gdzie w jednym domu przy ul. Lubelskiej 27 mieszkali obok siebie Polacy (moja babka Feliksa z Rudzkich-Król z rodziną) oraz trzy rodziny żydowskie”. Charliński dodaje, że mimo owej różnorodności narodowej i wyznaniowej „nie było prawie żadnych spięć”.

Sądzę – wracając myślą do głównego bohatera opowiadania Adama Szymańskiego – że nie przypadkiem ów mądry, choć prosty Srul pochodził właśnie w Lubartowa. W finałowym dialogu tego opowiadanie – choć cały utwór jest właściwie długim dialogiem pomiędzy jednym zesłańcem syberyjskim, porte parole autora, a drugim, Srulem z Lubartowa – mówi ów pierwszy bohater do drugiego:

 – Więc to o tym pogadać ze mną chciałeś? Więc ty nie myślisz o ludziach, o swej doli ciężkiej, o biedzie, która cię gniecie, lecz tęsknisz do słońca, powietrza, ziemi rodzinnej?… Myślisz o polach, łąkach i lasach, o ich mieszkańcach Bożych, których w życiu swym biednym nie miałeś nawet czasu poznać dobrze, i dziś, gdy obrazy miłe znikają z twej pamięci, boisz się pustki, która cię otoczy, sieroctwa wielkiego, które cię dotknie, gdy się zatrą drogie wspomnienia? Chcesz, żebym ci je przypomniał, odświeżył, chcesz, abym ci opowiedział, jaką jest ziemia nasza?…
– O tak, panie, tak, panie! Po to tu przyszedłem… – i ściskał me ręce, i śmiał się, jak dziecko, radośnie.
– Słuchajże, bracie!…

To „Bracie!” zbyt rzadko chyba było wypowiadane w codziennym życiu, choć tak przecież naturalne się wydaje dla przedwojennych społeczności polskich miasteczek, dla społeczności Lubartowa. Bo Żydzi byli rodzimymi mieszkańcami tej ziemi, i nikomu nie powinno przychodzić do głowy, żeby temu zaprzeczać, a oni sami nie powinni nawet pomyśleć o szukaniu dla siebie innej ojczyzny. Tu ich dzieci uczyły się w szkołach z katolickimi dziećmi (przy czym dużo opuszczały ze względu na częste żydowskie święta, a dzieci katolickie skwapliwie i chętnie to naśladowały). Tu pracowali wspólnie z katolikami. Tu obok siebie mieszkali. Tu kochali się w polskich kobietach i jedli tę samą, co one, żydowską chałkę.

Ów polsko-żydowski Lubartów – był to po prostu pejzaż codzienny. Aż do października 1942 roku, gdy Niemcy dokonali eksterminacji tutejszych Żydów, wywożąc ich do obozów w Bełżcu i Sobiborze, a niektórych mordując na miejscu. Zniknęła synagoga, znajdująca się na terenie dzisiejszego ogródka jordanowskiego. Zniknął hotel żydowski, który stał u zbiegu Lubelskiej i Poprzecznej. Zniknęły pokolenia poczciwych Srulów, które stworzyły to miejsce, a wraz z nimi zniknęli ich najszlachetniejsi polscy przyjaciele, żeby wspomnieć tylko rozstrzelane w Majdanku siostry Tomasikówne.

***

Chodząc ulicą Lubelską próbuję wyobrazić sobie, co czuli  powojenni mieszkańcy Lubartowa, którzy przetrwali zagładę, ale musieli żyć obok ciepłych jeszcze, lecz już pustych miejsc po swoich żydowskich sąsiadach. I nie wierzę Andrzejowi Lederowi, gdy w Prześnionej rewolucji pisze, że stali się oni szczęśliwymi beneficjantami pożydowskiego mienia. Sądzę raczej, że widywali w snach te zabrane twarze Żydów, i że było im ciężko. Tak samo, jak wierzę, chcę wierzyć, że nigdy nie byłoby polskiego antysemityzmu (ani tego przed-, ani tego powojennego), gdyby nie wielka polityka (najpierw endecka, a później gomułkowska). Takie miejsca, jak polsko-żydowski Lubartów – utwierdzają mnie w tej wierze.

A ten dzisiejszy Lubartów? Czym jest? Czy ma w sobie coś z Lubartowa przedwojennego? Jest przecież tak odmienny, w tak innej Polsce zanurzony. Ale – mam takie wrażenie, a może znowu tylko nadzieję – że w jakimś stopniu jest kontynuacją swej wielowiekowej tradycji. Stoi przecież klasztor Kapucynów, stoi lubartowska fara z dziełami Czechowicza, stoi odnowiony, choć nieco spostponowany pałac Sanguszków. Działa Lubartowskie Towarzystwo Regionalne, od 1956 roku wydające cykliczną publikację pt. Lubartów i Ziemia Lubartowska (której zresztą ten tekst bardzo wiele zawdzięcza). Ukazują się – w owej publikacji i na innych łamach – liczne wspomnienia i wiersze o dawnym Lubartowie. Od 26 lat ogłaszany jest rok rocznie Konkurs Literacki im. L. S. Licińskiego skierowany do dzieci i młodzieży (w tym roku temat przewodni brzmi: Opowieści moich rodziców i dziadków o dawnym Lubartowie). Funkcjonuje biblioteka o ponad 100-letniej tradycji, gromadząca dziś ponad 80 tys. woluminów. W tej bibliotece za czasów dyrektorowania cytowanego tu pisarza Marka Danielkiewicza (2001-2009) zorganizowano m. in. wystawy „Pamięci Żydów z Lubartowa”, „Z Paryża do Lubartowa. Georges Perec 1936-1982”, „Lubartów pamięta”. Sam Danielkiewicz powtarza zaś: „Historia tego miejsca bez przeszłości żydowskiej nie ma sensu”.

Powie ktoś, że jest to tylko kultura materialna i kultura duchowa. Lecz w braku innych narzędzi (bo przecież nie sprowadzimy dziś do Lubartowa 20 tys. Żydów za sprawą jakiegoś zabiegu politycznego; zresztą broń nas Boże przed jakimikolwiek politycznymi zabiegami) – kultura to wcale nie jest mało.

A nad drogą z Lublina do Lubartowa, po kolejnej burzy, znów przepływają szybko pędzące chmury. Ten obrazek przypomina mi, że nie miał racji Klemens Junosza, pisząc: „Samo miasteczko niczem się osobliwem nie odznaczało. Było ono jak wszystkie polskie miasteczka. Kto jedno widział, wszystkie widział, więc opis zbyteczny”.