Wszystkie wpisy, których autorem jest Kamil Suskiewicz

Prawdziwy gospodarz

Dziadek Marian nie był moim rodzonym dziadkiem, był dziadkiem moje żony, więc znajomość z nim otrzymałem – można powiedzieć – w posagu, razem w tyloma innymi wspaniałymi rzeczami, które zawdzięczam Kseni. Ale nazywałem go dziadkiem jeszcze przed naszym ślubem. Tak się do niego zwracałem, gdy pod wieczór staliśmy przy wrótniach obory, dziadek opowiadał, a ja słuchałem; gdy zajęci wspólną pracą przy sianie, wymienialiśmy zdawkowe uwagi co podać, co przytrzymać, jak zrobić, żeby było najlepiej; gdy w pośpiechu jeździliśmy po wsi szukając kombajnu, który przyjechałby zżąć żyto, zanim spadnie deszcz. Zwracałem się tak do niego, gdy przyjeżdżałem do szpitala, aby pomóc w jedzeniu, myciu, a czasem tylko posiedzieć przy łóżku. Tak też myślę o nim dzisiaj, kilka tygodni po pogrzebie, który odbył się w mroźny, szary dzień stycznia.

Gdyby nie on, moje pojęcie o wsi pozostałoby na poziomie małomiasteczkowej, trochę letniskowej, trochę ziemiańskiej atmosfery Opatowa. Nic nie wiedziałbym o całodziennym zwożeniu słomy, po którym brak sił, aby położyć się spać; o przebieraniu ziemniaków do sadzenia (tego przepołowić, tego w całości, tego odrzucić, bo „tak ojciec gadali”); o tym, jak suszyć owies, a jak robić śrutę. Nie miałbym też pojęcia o tym niezwykłym, odwiecznym, mistycznym związku człowieka wsi z naturą; o wzroku, z jakim obserwuje się niespokojne niebo, o namyśle poprzedzającym decyzję o kopieniu siana. „Bo tu trzeba myślić” – mawiał dziadek, gdy zdążył zasiać tuż przed wielodniowymi deszczami – ale bardziej niż myślenie było to jakieś głębokie rozumienie procesów tego świata, które nie jest dane człowiekowi dzisiejszemu. Rozumienie, które bierze się z zależności: człowieka od natury, zwierząt od człowieka, człowieka od zwierząt itd. – w dopełniającym się kole. Przychodzi ze zmagania się, z walki o przetrwanie, z obawy przed klęską, głodem, nieurodzajem. Lecz nie jest to przecież obawa bezproduktywna, a raczej przestroga, nauka, która pozwala przewidywać, co robić, żeby przeżyć. „Kto sieje żyto, ten nie zginie” – puentował dziadek któreś żniwa (szczególnie urodzajne, gdy zboże wysypywało się z komór) i była to już uwaga ściśle lokalna, pokazująca zależność od tych konkretnych ziem, ich możliwości (niezbyt obfitych, wszak przysłowie mówi: „nie ma to jak opoczyńskie kraje, kope wsiejesz, korzec zbierzesz, kopa korzec daje”), ich swoistego charakteru. To też wiedza zdobywana przez pokolenia, choć z każdym następnym jakoś udoskonalana.

Świat dziadka zbudowany był wokół pracy. Ona była sednem tego świata, jego celem, wszystkim. Określała każdy dzień. Pobudka o czwartej nad ranem, obrządek, dojenie krów, przerwa na śniadanie, prace w polu, znów dojenie, wyprowadzanie na pastwisko, obiad i dalej w pole. Ludzie wsi powiadają, że „czego się do południa nie zrobi, to już się nie zrobi”, ale i do wieczora była zawsze robota. Czy zima, gdy dziadek chodził po podwórku w wysokich ciężkich butach, grubej kapocie i futrzanej czapce; czy lato, gdy wystarczyły drelichowe spodnie i koszula podwinięta na mocnych przedramionach. Dzień powszedni, czy święto. I tak od małego chłopaka aż niemal do osiemdziesiątki, bo zaledwie kilka lat temu dziadek krowy sprzedał. Ale i wtedy wstawał co rano, żeby porąbać drzewo na opał, naprawić dach nad szopką, psa nakarmić. „Dobry pies – mówił dziadek – za pinty pijaków bierze”. I faktycznie nikt się do psa nie zbliżał, bo pies dziadka tylko uznawał i tylko jego za pięty nie brał. Dopiero, gdy dziadek poszedł do szpitala, pies po paru dniach niejedzenia dopuścił do siebie kogoś innego (a dziadek się martwił, żeby mu tylko psa nie zmarnowali).

Urodził się dziadek jeszcze przed wojną, w tej legendarnej dla nas epoce, która wydawała innych niż dzisiejsi ludzi. W chłopskiej rodzinie z Wólki Kuligowskiej, wsi należącej do parafii Studzianna, na pograniczu województwa łódzkiego i mazowieckiego, nad rzeką Pilicą. Z tamtych najwcześniejszych czasów często przywoływał historię, jak wyszedł z ojcem na drogę, a tu Niemcy jadą po rekwizycje, i ojciec szybko wrócił na podwórko, konia schował do specjalnej skrytki w stodole, Niemcy szukali i nie znaleźli. A mieć albo nie mieć konia znaczyło wtedy chodzić najedzonym lub głodnym. W tej okolicy działał na początku wojny sławny major Hubal. „Rozmaicie o nim ludzie mówili” – wspominał dziadek. I trudno się dziwić, wszak podobnie jak Niemcy (choć w szlachetnym celu) zabierał chłopom konie, a czasem i kożuchy. W akcjach odwetowych okupanci spalili kilka wiosek, które udzielały schronienia Samodzielnej Wydzielonej Brygadzie Kawalerii (takie pieczątki sporządził dla swojego oddziału samowolny major), rozstrzeliwując tamtejszą ludność. Wólce się udało, czy była przychylna Hubalowi, nie wiem, pewnie bywało „rozmaicie” w zależności od domu. Rodzina dziadka przeżyła wojnę, tylko starszego brata wywieziono do Oświęcimia, gdzie zapewne zginął, choć nikt nigdy tego nie potwierdził. Rodzice przeżyli wojnę, ale niedługo umarli, ojciec wcześniej, matka kilka lat po nim. Dziećmi zajęli się dziadkowie.

To od nich zapewne nauczył się wszystkiego, co najważniejsze. Chodził także przez kilka lat do szkoły, w odległym o dwa kilometry Gapininie. Szedł pewnie drogą piaszczystą przez las sosnowy, patrzył na odwieczny pejzaż nadpilicki, młyn na wzgórzu, słoma w snopkach ustawiona na polu, wóz drabiniasty stojący obok, owce pędzone przez bose dzieci środkiem wsi – jak na kadrach z filmu o dawnym Gapininie. Szkoła nie pojawiała się we wspomnieniach dziadka, bo to zaledwie kilka lat trwało, tyle tylko, aby zapamiętać, że nowy ładny budynek i dużo dzieci w różnym wieku (były to bowiem czasy powojenne, gdy do szkoły wracali nieraz dwudziestolatkowie). Zresztą to zaledwie kilka godzin dziennie, później powrót do domu, a tam praca i praca; w niektóre pory roku, gdy roboty było najwięcej, wcale dzieci do szkoły nie posyłano. Nie dziwi więc, że się pracę pamięta najbardziej i ona całe już życie ustawia. W niedzielę tylko kąpiel w Pilicy, pływanie, bo tam wszyscy umieli pływać – przecież rzeka zaraz za placem. Pojechaliśmy na ten plac ostatniego lata. Dziadek nie od razu poznał miejsce, stary dom zburzony, stoi nowy murowany, piętrowy, obory, stodoły też inne, przy wjeździe nowy garaż z warsztatem. Mieszka tam ciągle rodzina, dwóch starych kawalerów, siostrzeńców dziadka. „Za tęgi jesteś na taką pogodę” – mówi dziadek do jednego z nich. Siedliśmy w cieniu, niedzielny żar sierpniowy dawał się we znaki. Patrzyliśmy w dalekie duże sosny za stodołą, na pewno inaczej patrzyliśmy, ja jak na miejsce nowe, trochę nieprzyjazne bo nieznane, dziadek jak na swój plac, w takich razach całe dzieciństwo i młodość się wyświetla przed oczami. Ale nie miał dziadek pretensji do czasu, ot, naturalny bieg rzeczy. Cieszył się, że się tak siostrzeńcy tu urządzili, że dom wystawili „galanty”, tylko, że rodziny nie mają – na to, owszem, między słowami narzekał.

Z domu rodzicielskiego – choć już bez rodziców – poszedł do wojska, a wojsko spędził w kopalni, gdzieś na Śląsku. Mówił, że się tam jedna dziewczyna w nim podkochiwała, kanapki nawet przynosiła do pracy. Byłby więc może został, jak nieraz ludzie zostawali w tamtych stronach i robiłby szychty przez trzydzieści lat, a po szychcie szedł na dwa kufle piwa i potem do żony. Ale nie został. Przyszedł na Dębę, wieś z sąsiedniej parafii, bliżej Opoczna. Tu się ożenił. Z panną bogatą, ze starej rodziny gospodarzy od XVIII wieku tu osiadłej. Widziałem ich jedno jedyne wspólne zdjęcie na tle łąki, dziadek postawny w jasnej koszuli z podwiniętymi rękawami, mocny w ramionach, babcia jakaś niewielka, skulona z chustką na głowie, z ładną wysmukłą twarzą, małe dzieci siedzące u ich nóg. Gospodarstwo mieli dość duże, z czasem jeszcze dokupili ziemi. Do tego dziadek pracował na kolei, bo tu wszyscy prawie pracowali na kolei. „W Łodzi się robieło i w Poznaniu się robieło” – wspominał. Należał do ekipy remontującej tory. Różnie ta ekipa funkcjonowała, jak to w życiu, niektórzy pracowali, inni nie specjalnie, jeszcze inni podkradali coś niecoś z transportów – o tych ostatnich miał dziadek jak najgorsze zdanie i cieszył się, jeśli później skończyli w kryminale. „Bo teraz ni ma w kraju kary” – mawiał kilka lat temu, jeszcze za poprzednich rządów; był niewątpliwie zwolennikiem silnego państwa. Co się tyczy czasów, gdy pracował na kolei, wspominał, że najważniejsze było, aby dobrze żyć z ludźmi. Chwalił bardzo swojego kierownika, mówił, że to „beł ludzki chłop”, bo jak dziadek budował dom, to mu pozwolił często nie przychodzić do pracy i nie odnotowywał tego w dokumentach; a jak jeden z ekipy się zaczął czepiać, to go kierownik wysłał gdzieś pod Kutno.

Tę samą zasadę – to znaczy, żeby dobrze żyć z ludźmi – wyznawał dziadek w stosunkach panujących na wsi. Miał tu wszelako wyrobione zdanie o poszczególnych rodzinach, zdanie, oparte o przeróżne wydarzenia z przeszłości, nie zawsze dla mnie jasne, czasem dotyczące drugiego lub trzeciego pokolenia wstecz. Więc, jak gdzieś były pijaki, to były pijaki, jak złodzieje, to złodzieje. Zadziwiająco dobrze te prawidłowości działały. Tym pijakom zresztą dziadek dawał stale jakieś drobne zajęcia, sądzę, że był ich głównym źródłem utrzymania, choć za każdym razem, jak coś robili, drżał, żeby nie spadli z dachu albo z wozu. Sam nie pił prawie wcale, czasem tylko, z rana, jak mu coś doskwierało, wypijał kielicha na pusty żołądek. Pijaństwa nie tolerował. Opowiadał rozmaite historie o ludziach, którzy się upili i zaraz potem umarli. Gdy po naszym weselu, jeden z gości się rozchorował, dziadek rzekł: „Widzis, co ta wódka robi z cłowiekiem”. Nie znaczy to, żeby za młodszych lat nie napił się z jednym lub drugim gospodarzem. Albowiem na szacunek dziadka zasługiwali tylko „prawdziwi gospodorze”; takich było we wsi kilku, i jeszcze kilku, o których dziadek często opowiadał, gdzieś z dalszych wsi. Cenił bardzo swojego swata, czyli drugiego dziadka Kseni, bo miał on jeszcze większą niż dziadek Marian gospodarkę, trzymał kilkanaście krów, pobudował nową nowoczesną oborę.

O swojej pierwszej żonie (bo później miał jeszcze drugą) mówił po prostu: kobieta (o drugiej mówił: ona). „Ile to się kiedyś kobiety musiały narobieć, cłowieku” – powiadał dziadek, widząc jak się dzisiaj na wsi żyje, jak się jeździ po wszystko do miasta, jak ma się sporo wolnego czasu. Takie życie stało poza wyobrażeniami dziadka, poza tą ontologią, którą otrzymał od przodków i powinien był – jak uważał – dzieciom i wnukom przekazać (sądzę, że mimo powierzchownych różnic, wiele jednak przekazał). Opowiadał, ile prac polowych – nie licząc, oczywiście, utrzymania domu – spoczywało na barkach kobiety. Jak to się wszystko musiało zawalić, kiedy – jak to nazywał dziadek – „śmierć podleciała”. Jeździł z babcią po szpitalach, jeździł do znachorów („w starej chałupie przyjmował, tylko piniondze brał, że ręce na chwilę na głowę nałożył”), przeprowadzono jakieś operacje, ale jak śmierć podleci, to nie ma mocnych; dziadek dobrze o tym wiedział; myślę, że śmieszna musiała mu się wydawać ta dzisiejsza retoryka zmagania się z chorobą pełna wojennej frazeologii, te wszystkie „walki”, „nie poddawania się”, „pokonywania przeciwnika”.

Zadziwiała mnie dziadkowa mądrość w pojmowaniu stosunków społecznych. Bo często można się spotkać na wsi z wyrzekaniem na złego dziedzica – jeśli mowa o historii; albo na złego plebana – gdy mowa o współczesności; albo na złych sąsiadów – gdy mowa o jednym i drugim. Tymczasem z ust dziadka nigdy nie słyszałem skargi na to, że ktoś miał lub ma od niego lepiej, że go ktoś krzywdzi, że mu ktoś nie pozwala, że komuś zazdrości. Czasem powiadał, że w tym a tym domu to jest: „fabryka pinindzy”, ale było to jakby stwierdzenie faktu, takie samo, jak przyznanie, że w innym domu mieszkają pijacy. Na księdza też nic nie mówił, choć w przypadku tej parafii mógłby, nie uchybiając prawdzie, powiedzieć bardzo wiele – wiedział jednak, że ksiądz teraz jest taki, kiedyś był inny, będzie jeszcze inny – a kościół jak stał, tak stoi i stać będzie. Kwestii chłopsko-szlacheckich też nie traktował w kategoriach dziejowej sprawiedliwości, raczej widział w nich coś naturalnego, co się zmienia, przekształca, ale stoi poza naszym zasięgiem, nie od nas zależy – więc oceniać tego nie trzeba. Myślał tak może dlatego, że pochodził i mieszkał we wsiach królewskich – zarówno Wólka, jak i Dęba nie miały od wieków prywatnych właścicieli – a może jego chłopska godność nie pozwalała mu mieć nad sobą nikogo oprócz Boga, nawet jeśli oznaczało to, że trzeba brać za swój los odpowiedzialność.

Dziadkowe poczucie odpowiedzialności za swoje gospodarstwo, za każdy zagon roli i łąki, za każdą krowę, za każdy budynek czy walącą się szopkę – znać było w jego codziennej o to wszystko dbałości, aż po ostatni rok pracy. Ale nawet, gdy już się wycofał z zarządzania gospodarstwem, to przecież przychodził co dzień doglądać, czy wszystko idzie, jak należy, czy kontynuatorzy jego dziedzictwa w porę zaorali i zasiali. Często wsiadał na traktor i pomagał, gdy nie starczyło rąk do pracy. Sam pomocy od rodziny prawie nie oczekiwał, bo nie chciał – jak powiadał – „robić subiekcji”. Do niego należała również pamięć, aby poświęcić ziarno i wrzucić odrobinę do siewnika albo przygotować opłatek dla krów.

Nie zabrakło tej odpowiedzialności w ostatnich rozporządzeniach dziadka, już ze szpitalnego łóżka czynionych. O wszystkich wtedy myślał, i o swoich dzieciach, które nie zawsze umiały stanąć na wysokości jego standardów, i o drugiej żonie („jak sobie una poradzi, gdy zostanie sama”), i o wnuku, który był jego prawą ręką w gospodarstwie (czekał dziadek wciąż, aż „chłopok” z zagranicy wróci), i prawnukach, czyli naszych chłopcach też myślał – uśmiechał się na ich wspomnienie, choć już się wtedy prawie nie uśmiechał.

Nie tak umarł, jakby się chciało umierać. Nie tak, jak Boryna, który wybiegł nocą w przedśmiertnym szaleństwie i ostatnie tchnienie oddał roli. Nie tak nawet, jak pewien chłop mazowiecki, którego wspomina Andrzej Mencwel: „Leżał sobie bowiem, nic nie robiąc, co mu się nigdy przedtem nie trafiało, w bielutkiej pościeli, w swoim własnym łóżku, rozstawnym w paradnej izbie, zazwyczaj zamkniętej, a otwieranej tylko na największe świąteczne okazje, otoczony przez siostrzenice i kuzynki, tygodniami i miesiącami zwykle tutaj nie widziane…”. Dziadek leżał w czystej białej sali szpitalnej, jak to współcześnie bywa przed śmiercią – to jedna z tych dziedzin postępu, w której krok po kroku, podejmując zawsze mądre i racjonalne decyzje (bo lepsza opieka, bo mniej bólu) doprowadziliśmy do sytuacji, w której nie powinniśmy się byli znaleźć. Bo ileż więcej jest bólu w samotności umierania w obcym miejscu, pośród obojętnych pielęgniarek, na nieswoim łóżku?

Lecz pogrzeb miał piękny, prawdziwy, „taki tylko pogrzeb nazwać pięknym”, który przystaje do całego życia. Była zima, czas umierania, duży chłód i przenikliwy wiatr, który odmrażał nogi, gdy szliśmy wąską aleją od kościoła na cmentarz. Szare niebo rozciągnięte po horyzont, jedna wielka połać poblakłego smutku. Ciało złożone w zimnej kaplicy, małym drewnianym budyneczku, który służył za kościół, zanim zbudowano obecny, dostojny, z ciosanego kamienia. Gromnice, pieśni śpiewane przez którąś z sąsiadek, („Odpocznij nasz bracie miły, po długim pracowaniu…”), stary różaniec spleciony na mocnych dłoniach. I najpierwsi we wsi gospodarze ujmujący tę rękę po raz ostatni, ze łzami w oczach.

Świat nie wie już nic o pięknie śmierci, i nic nie wie o prawdziwych gospodarzach. I albo przypomni sobie – o jednym i o drugim – albo zginie marnie, z bezmyślnym, głupkowatym uśmiechem na twarzy. Żegnaj prawdziwy gospodarzu, żegnaj Dziadku.

 

Notatnik łódzki

Mój brat Marcin, który wiele już lat pracuje w Wiedniu, mieszka od kilku miesięcy w pobliskim Baden – co zresztą nie jest tajemnicą, bo nie raz o tym Baden na łamach „Sumy” pisał. Opierałem się dotąd, wyobrażając sobie to miejsce, na tych właśnie opisach i innych opowieściach Marcina. Ale przyszła okazja, a mianowicie chrzciny małej Elisee, że całą rodziną wybraliśmy się do Baden. Bardzo niezwykłe jest to miejsce. I nie myślę tu o starym rynku zabudowanym małymi kamieniczkami, z fontanną na środku, ani o kościele wkomponowanym w pierzeje tej zabudowy (w którym odbył się chrzest celebrowany przez polskiego księdza znającego chyba wszystkie języki świata) – o tym Marcin kiedyś na pewno napisze, ładniej i dokładniej, bo wszystko to widzi codziennie z okna. Ja o czymś innym. Ma bowiem Baden również wyjątkowy park kuracyjny, wszak jest to miejscowość uzdrowiskowa, rozciągnięty na wzgórzu, poprzerzynany wielością alejek żwirowych i piaskowych, zadbanych i zarzuconych gałązkami, szerokich i wąskich, że jedna osoba ledwo przejdzie. Na obrzeżach tego parku stoją ogromne wille, nieco zapuszczone, niektóre wyglądają na nieużytkowane. Chodziłem po tym parku wczesnym rankiem, powietrze było rześkie i bardzo świeże, cicho, jedynie odgłosy lasu, żwir skrzypiący pod nogami i kołami wózka. Gdyby nie ten wózek i Franek, gdyby nie Ksenia i Staś czekający w pensjonacie – byłbym się poczuł w tym miejscu, jak Hans Castorp, bo sama sceneria jest jakby żywcem wyjęta z Czarodziejskiej Góry. Miałem więc przez te kilka dni swoje Davos, lecz bez rozterek młodego Castorpa, za to z przypomnieniem własnych dawnych rozterek, bo czytałem wśród tych alejek powieść Zbigniewa Masternaka, pisarza z ziemi świętokrzyskiej. I może dlatego przypomniała mi się puszcza jodłowa, w której Żeromski pragnął widzieć pensjonat dla polskich artystów. To byłaby nasza prawdziwie Czarodziejska Góra.

***

Zasadniczo nie mam nic przeciwko mądremu feminizmowi. Uważam, że większe znaczenie kobiet na przykład w życiu publicznym działa ożywczo i dopełniająco, wnosi inne rodzaje wrażliwości, także większą sumienność, systematyczność czy pracowitość. Dobrze to widać w rodzinach, których sprawne funkcjonowanie trudno sobie bez kobiet wyobrazić. Zresztą w tym obszarze – wbrew temu, co powiadają różni ideolodzy walczący z patriarchatem – żony mają od dawien dawna dużo większą władzę niż ich mężowie.

Jednak to, co przyniosła akcja #metoo, w której kobiety ujawniały prawdziwe lub rzekome molestowanie będące ich udziałem – budzi moją daleko idącą obawę i smutek. Potrafię uwierzyć, że taki na przykład Hollywood (od którego wszystko się zaczęło) pełen jest sprośnych i zdegenerowanych producentów filmowych wykorzystujących młode aktorki. Z tych kilku oskarżeń zrobiło się jednak kilka milionów. Okazało się, że właściwie każda kobieta przeżyła w życiu coś takiego, co można by nazwać molestowaniem. Bo gdyby ktoś nie wiedział, molestowaniem są nie tylko działania, że tak powiem fizyczne, ale również słowa, a nawet spojrzenia czy miny. Tak przynajmniej wynikało z głośnych i pełnych świętego oburzenia medialnych tyrad wygłaszanych przez wojujące feministki. Nie miały one chyba jednak pojęcia, jak bardzo cała ta akcja – opisywana jako sukces, rewolucję, przełom w dziejach świata – szkodzi równouprawnieniu kobiet. Wynosi bowiem na światło dziennie wszystkie ciemne strony ich obecności w życiu publicznym: bezwzględność w wydawaniu wyroków (bez sądu), dehumanizowanie oskarżonych mężczyzn, spotęgowaną emocjonalność i swoiste barbarzyństwo.

Więc coś jest na rzeczy – pisze o tym Agnieszka Kołakowska – zmienia się nasze podejście do pojęcia dowodów, sądów, wymierzania sprawiedliwości. Ale tutaj działa coś innego: kobiety, i nie tylko skrajne feministki szóstej fali, mówią o „toksycznej męskości”, sugerując, że każdy mężczyzna jest z natury, zawsze i wszędzie, zagrożeniem dla kobiet, dziką bestią, nie zasługującą na normalny proces sprawiedliwości. Kobieta zawsze ma rację; nie wolno tego kwestionować. […] wraz z lawiną oskarżeń i natychmiastowych wyrzuceń z pracy, gwałtownych i definitywnych końców kariery itd., bez procesu, bez dociekań, bez dowodów, następuje cenzura i wymazywanie z historii w sowieckim stylu: wycofuje się z kin i z telewizji filmy, w których oskarżone osoby występują. Stare i nowe (filmy, nie osoby). […] Podobnych przypadków był już cały szereg. Czy więc znikną z obiegu filmy wszystkich oskarżonych o molestowanie seksualne, aktorów i reżyserów? A jeśli tak, to co z książkami? Dlaczego autorów mielibyśmy traktować ulgowo? Już od kilku lat studenci – na razie tylko w Anglii i w Ameryce, ale to już obejmuje sporą liczbę uniwersytetów, w tym większość najlepszych na świecie – domagają się cenzurowania książek, zdejmowania obrazów, burzenia pomników napisanych, namalowanych, rzeźbionych przez ludzi związanych z rasizmem, kolonializmem, niewolnictwem – z czymkolwiek, co im się nie podoba. Wydaje się, że naturą rzeczy autorzy, na których ciążą oskarżenia o molestowanie seksualne czy którzy są lub byli z tego znani, też powinni zostać wymazani z historii. A potem chyba nieuniknione będzie wycofanie ze sprzedaży i z bibliotek książek palaczy, książek pisarzy, którzy nie wierzą w globalne ocieplenie… I w końcu, gdyby wygrały feministki szóstej fali, wszystkich książki napisanych przez mężczyzn.

Jest to, trzeba przyznać, jedno z szaleństw współczesności. Naprawdę nie chcielibyśmy żyć w świecie, który zostanie zaprojektowany przez takie kobiety.

***

Jeżdżąc samochodem, słucham sobie zazwyczaj różnych książek. Najchętniej literaturę polską, bo w głośnym czytaniu dużo mocniej wyczuwalne są niedostatki tłumaczeń. Najchętniej klasykę, bo w głośnym czytaniu jeszcze lepiej dostrzega się stylistyczne słabości najnowszej prozy. Idąc tym kluczem słuchałem w adwencie Meira Ezofowicza Elizy Orzeszkowej, czytanego kiedyś, dość pospiesznie, podczas studiów. Zdumiałem się, jak wielka to jest powieść. Ile wątków z historii polskiego społeczeństwa, jaki koloryt lokalny, jaki przy tym uniwersalizm, jaki język konkretny i ogólny zarazem, jak poprowadzona fabuła, jak zarysowane postaci. Po raz kolejny przekonuję się, że nie udało się w polszczyźnie stworzyć nic ponad poezję romantyczną (w zakresie obrazowania, poetyki) i pozytywistyczną prozę (co do frazy i sposobu prowadzenia opowieści, stylu utworu prozatorskiego). A to – biorąc pod uwagę ówczesne warunki polityczne – może prowadzić do wniosku, być może niebezpiecznego z punktu widzenia imperialistycznych zapędów państw, o wielkości słabych i małości silnych.

***

W konsekwencji nagłego powrotu do spraw polsko-żydowskich – powiedziano i napisano już nadzwyczaj dużo. Wśród tych licznych głosów pojawiło się wiele takich, które postulują ostudzenie emocji (co słuszne) i unikanie mocnych rozstrzygnięć, bo każda strona ma swoje racje. Wydaje mi się jednak, że w kwestii odpowiedzialności i winy sprawa jest, wbrew takim głosom, dość prosta.

Jeśli wspólnota jest, w sensie metafizycznym, pewną nieograniczoną w czasie przestrzenią dobra i zła, za które odpowiadają jej członkowie, to każda wina i każda zasługa – pozostaje w tej przestrzeni na stałe. Oczywiście, dobrem można zadośćuczynić za zło, ale nie zostaje ono wymazane. Podobnie, jak we wspólnocie Kościoła, gdzie dobro płynące z modlitwy w klauzurowych zakonach, próbuje równoważyć grzechy innych wiernych, ale przecież tych grzechów nie unieważnia. Dlatego – jeśli tak samo postrzegać wspólnotę Polaków – musimy uznać, że nawet jeśli jeden Polak przyczynił się kiedykolwiek do śmierci choćby jednego Żyda, to jego wina pozostaje winą całej wspólnoty, winą nieusuwalną i wieczną. Należy przyjąć to z pokorą i godnością. Natomiast reakcje w rodzaju: „my, prawda, zrobiliśmy trochę złego, ale inni byli jeszcze gorsi” brzmią jak obrona szkolnych skarżypytów, i są tu zdecydowanie nie na miejscu. Co nie oznacza, że inne wspólnoty nie mają swoich win, oczywiście mają, lecz to już jest sprawa ich rachunku sumienia.

Z drugiej strony – ile jest niedobrych słów w mówieniu o naszych winach związanych z Holocaustem, ile wskazywania palcem na sprawców, ile pewnego siebie oceniania, ile dzielenia społeczeństwa na „ciemnych polskich chłopów” i „nowoczesnych Polaków”. To też jest niegodne i nie na miejscu. Bo nowocześni Polacy – jeśli chcą być częścią polskiej wspólnoty – te same winy muszą na plecach nosić.

Ameryka, dżentelmeni i literatura

Amerykańska szkoła psychologii rozgościła się w Polsce na dobre. Nikogo nie dziwi już ogrom poradników o tajemniczych tytułach, jak Zmień myślenie, a zmienisz swoje życie, Sztuka bogacenia się, Potęga pewności siebie czy Bycie miłym to przekleństwo. Być może są w tych publikacjach rzeczy ciekawe i wartościowe, lecz jeśli tak, to giną one w morzu banalnych, okraszonych niezbyt ambitnymi metaforami i nadmiarem wykrzykników, treści, których sens trudno odgadnąć. Dla przykładu – taki oto fragment:

To potężny zamek. Gdy jest zamknięty, trzyma ludzi w mentalnym więzieniu — ciemnej klitce, w której nie ma miejsca na szacunek; zamkniętej, ciasnej celi, która zabija wszelkie marzenia i deprymuje mądrych, kochających i ambitnych ludzi. Widzisz ją? Myślę, że tak! Ten zamek znajduje się w ludzkim umyśle; to paradygmat. Książka, którą trzymasz w ręce, pokaże Ci, jak go otworzyć… jak wydostać się na wolność. Klucz do sekretu. […] Znajdziesz tu odpowiedzi na nurtujące Cię pytania, takie jak: dlaczego nie dostajesz od życia tego, co Twoim zdaniem Ci się należy? Ta książka zawiera poważne, wypróbowane, praktyczne strategie, które pomogą Ci otworzyć ten potężny zamek na zawsze. Jeżeli szukasz książki, która powie Ci, jak zwiększyć swoją świadomość i jak realizować własne marzenia, koniecznie zaprzyjaźnij się z tą, którą w tej chwili trzymasz w ręce. Pochłoń ją! A przede wszystkim użyj jej do tego, żeby otworzyć w swoim umyśle miejsca, które na razie są zablokowane.

Dużą popularnością cieszą się też wszelkiego rodzaju szkolenia doradców osobistych, trenerów biznesowych i – słowo-klucz do tego świata – najrozmaitszych coachów. Jeśli ktoś z szanownych czytelników nie wie jeszcze, na co mu taki doradca, spieszę wyjaśnić, że pozwala on „zwiększyć pewność siebie; odkryć swoje talenty, mocne strony oraz uwolnić swój potencjał; zwiększyć swoje kompetencje przywódcze i managerskie; odkryć swoje wartości, życiowe priorytety i wytyczyć życiowe cele; zmaksymalizować swoja samodyscyplinę i lepiej zarządzać swoją energia w czasie; odnaleźć swoją motywację.” Spotyka się czasem ludzi, którzy odbyli takie szkolenia. Mówią oni dziwnym dialektem, patrzą z niezdrową emocją w oczach; rzekłbyś, że to członkowie jakiejś sekty albo amatorzy środków odurzających. Trudno też wyzbyć się wrażenia, że ten sposób „odkrywania swoich wartości” jest nie neutralną metodą psychologiczną, lecz pewną namiastką życia religijnego.

Są to więc sprawy trochę dziwne, nieco straszne i jednocześnie śmieszne – ale chyba nie ma się co dziwić, że tyle ich wokół i w takiej właśnie postaci. Wszystkie wszak dotyczą w mniejszym lub większym stopniu życia zawodowego, a życie zawodowe rządzi się u nas od kilku dekad prawami amerykańskiego kapitalizmu. Trudno więc, aby pochodne tegoż kapitalizmu (i może szerzej, ideologii, jaka za nim stoi) takie, jak coaching czy poradniki biznesowe – nie miały zdobywać nowych wyznawców. Znacznie bardziej zaskakujący jest fakt, że owo podejście i sposób działania – wkracza na obszary, zdawałoby się, im obce. Takie, jak na przykład literatura.

***

Kilkanaście prywatnych szkół dla potencjalnych pisarzy, setki warsztatów stacjonarnych i internetowych, zajęcia z kreatywnego pisania na uniwersytetach. Mówi się powszechnie o spadku czytelnictwa, ale grono piszących najwyraźniej rośnie. Jedna z popularnych polskich szkół – z kadrą nauczycielską złożoną z kilkunastu pisarzy, reportażystów, dziennikarzy – przedstawia się w następujący sposób: „Niezależnie od tego, czy po raz pierwszy sięgasz po pióro, czy Twoja szuflada pełna jest prób literackich, czy pisałeś wcześniej teksty użytkowe lub dziennikarskie, odkryjesz nową stronę pracy ze (i nad) słowami. Po części, również nową stronę siebie”. Adepci kursów mają do wyboru całą paletę możliwości: od podstaw warsztatu pisarza, przez naukę reportażu, literatury dziecięcej i kryminalnej, po pisanie powieści. Są zajęcia dla młodzieży, dla dorosłych, nawet dla seniorów. Kursy odbywają się zazwyczaj raz w tygodniu, trwają 3-4 godziny, przez kilka tygodni, czasem miesięcy. Cena uzależniona od rodzaju kursu i nazwiska prowadzącego.

Czy to działa? Zapewne. Podobno niektórzy kursanci mają za sobą udział w co najmniej kilku warsztatach. Wielu z nich utrzymuje, że sporo się nauczyli. Jeden z takich wielokrotnych uczestników pisarskich warsztatów, Bartosz Szczygielski – dziś autor kilku powieści kryminalnych – mówił kilka lat temu w audycji radiowej: „każdy kurs, na którym byłem, na pewno wniósł do mojego pisania coś nowego”. Anna Płowiec, która nie dała się jeszcze poznać jako autorka, pisze: „wreszcie dostałam to, czego potrzebowałam do pisania książki, konkretne, rzetelne instrukcje i porady oraz metodologię postępowania”. Szkoły chętnie chwalą się okładkami książek swoich kursantów, dominuje wśród nich literatura sensacyjna i kryminalna, sporo jest rzeczy o miłości, do tego nieliczne reportaże czy książki dla dzieci. Widać, że „wydanie powieści”, wbrew temu, co mówi Bartosz Szczygielski („Nie idziemy na taki kurs, żeby być sławnym”) – jest jednak tym magicznym celem, do którego liczni uczestnicy warsztatów jawnie lub po cichu dążą.

***

Co na to pisarze? Ci trochę bardziej znaczący (przynajmniej dotychczas) od po-kursowych debiutantów. Paweł Huelle powiada: „Literatura jest taką sztuką, której nie da się nauczyć. Literatura nie nadaje się do tego typu eksperymentów. Żyjemy w epoce demokracji powszechnej, w związku z czym wszyscy chcą wszystkiego się nauczyć, wszyscy mówią, że wszystko potrafią, ale to jest nieprawda. […] Oczywiście te workshopy są bardzo popularne, ale w dziedzinie literatury nie są one w stanie nikogo nauczyć pisania – to jest zawracanie głowy”. Ale Paweł Huelle bywa wymagający, studiuje grekę i nie poważa nikogo poniżej Herberta. Z drugiej strony trudno nie przyznać mu racji, że chyba nie sposób nauczyć pisania dobrej, oryginalnej literatury. Tylko czy w tych kursach faktycznie o to chodzi?

Na polonistyce mieliśmy zajęcia z praktycznej stylistyki. Uczono nas tam, jak pisać poprawnie pisma urzędowe, oficjalne dokumenty, listy; jaki styl, gdzie uchodzi, a jakiego używać nie należy. Były to rzeczy dość pomocne. Podobnie, jak ćwiczenia z pisania reportaży, felietonów czy notki prasowej. Chociaż tu widać już było warstwę warsztatową i warstwę indywidualnych umiejętności. Kto nie wykraczał poza tę pierwszą mógł w najlepszym razie wiernie odtwarzać styl, powiedzmy, Kapuścińskiego, Wańkowicza albo Putramenta, lecz nie stworzyć styl własny. Wydaje mi się, że podobnie może być z warsztatami pisarskimi – trudno wynieść z nich coś ponad znajomość stylu nauczyciela czy tych pisarzy, których nauczyciel za wzór podaje. Podobnie można podpatrzeć składnię Sienkiewicza albo sposób budowania postaci przez Prusa – i później wykorzystać te chwyty w swoim pisarstwie. Lecz czy literatura polega na tym, żeby tworzyć klony istniejących już twórców i ich dzieł, choćby to miała być druga Rodzina Połanieckich czy kolejna Lalka?

Bywają także rady, zdawałoby się, bardziej uniwersalne. Pisarz amerykański (a jakże!), George Saunders napisał esej o pisaniu, opublikowano go w którymś numerze „Książek. Magazynu do czytania” pod wiele obiecującym tytułem Co tak naprawdę robi pisarz, kiedy pisze. Czytamy tam:

Moja metoda: wyobrażam sobie, że w głowie, tuż pod czołem, mam zamontowany kompas, który wskazuje po jednej stronie literę P („pozytywnie”), pod drugiej N („negatywnie”). Próbuję przeczytać to, co napisałem bez aktorskiej intonacji, tak jakbym był czytelnikiem stykającym się z zapisanymi zdaniami po raz pierwszy […] Sprawdzam, co wskazuje igła kompasu. Przyjmuję odczyt bez jojczenia. Następnie poprawiam zdanie tak, by igła przesunęła się w stronę P.

Najczęściej, jak pokazują przykłady przytoczone przez pisarza, dochodzi w ten sposób do skrótów. Zdania typu „Jane weszła do pokoju i od razu usiadła na niebieskiej sofie” przerabia Saunders na „Jane”. Metoda daje więc przede wszystkim purystyczną jakość każdego zdania. „Dzięki temu żmudnego procesowi – mówi dalej Saunders – opowieść jest lepsza niż ja sam w prawdziwym życiu. Zabawniejsza, milsza, mniej zakłamana, bardziej empatyczna, mądrzejsza i bardziej zajmująca”. Szlachetne to z pewnością dążenie, aby w twórczości być mądrzejszym niż w życiu. Mam jednak obawę, czy takie zabiegi są możliwe, gdy chce się zawrzeć w utworze jakieś bardzo konkretne miejsca, przedmioty, ludzi; gdy, wracając do przykładu Saundersa, ta „niebieska sofa” ma znaczenie, a nie jest tylko zbędnym dodatkiem świata wyobrażonego. Nie mówiąc już o jakiejś linii intelektualnej, duchowej, moralnej – którą chce się przez utwór poprowadzić. Jak to zrobić, mając za jedyny miernik estetyczną ocenę pojedynczego zdania? Chyba że współczesna literatura – co dość prawdopodobne – nie chce już zawracać sobie głowy takimi elementami dzieła, jak jego zawartość moralna, zadowalając się kryteriami bardziej wdzięcznymi, jak, powiedzmy, czytelnicza przyjemność.

Zresztą ta czujność wobec swojego pisarstwa w zestawieniu z sobą samym – jest jakoś charakterystyczna dla psychoanalitycznego pojmowania literatury. „Jestem mądrzejszy w mojej literaturze, niż w życiu”. Ale w zasadzie, jakie to ma dla czytelnika znaczenie? Ma znaczenie, owszem, ale dla piszącego (zwłaszcza takiego, który bardzo siebie w tej czynności pisania celebruje). I tu dostrzec można kolejną płaszczyznę działalności kursów i warsztatów pisarskich. Literatura jako terapia. Pisanie jako wyrzucanie z siebie traum, kompleksów, cierpienia. „Z tego kursu pisania – mówiła we wspomnianej już audycji poświęconej szkołom pisania Dorota Gacek – robi nam się kurs psychologiczny czy psychoterapeutyczny”. To chyba często spotykany typ kursanta. Ludzie, którzy wypalili się zawodowo lub osoby po tak zwanych przejściach. Dobrze, gdy pisanie staje się dla nich jakimś azylum albo chociaż środkiem terapeutycznym. Chociaż, kiedy mowa o psychoanalitycznych terapiach, warto zawsze mieć w pamięci słowa Zbigniewa Herberta z pewnego telewizyjnego z nim wywiadu: „Można pójść do psychoanalityka na przykład, i doktor powie: no teraz niech pan już o tym nie mówi, niech pan uprawia sporty. Ale ja jestem przeciwko psychoanalizie. Trzeba mieć swoje tajemnice, swoje jakieś obsesje, tematy, do których się wraca, i które stara się przezwyciężyć w sobie”.

O ile jednak kuracja przez pisanie nie jest może rzeczą najgłupszą, ani też najbardziej naiwną z psychoanalitycznych pomysłów – o tyle dziwne wydaje mi się publikowanie produktów ubocznych takiej terapii, czyli napisanych utworów. Nie wiem wręcz, czy pisarz ma prawo obciążać czytelników ciężarem swoich traum (jeśli inne wartości im nie towarzyszą), choć trochę dziwnie mi takie postulaty wypowiadać w czasach, gdy ujawniane prywatności, czasem nawet ekshibicjonizm, wszelkie coming-outy – są na porządku dziennym, i w życiu, i w literaturze.

***

Prowadzący kursy pisania wiele mówią także o wskazówkach dotyczących całego otoczenia procesu tworzenia. O tym, jak zabrać się do pracy, jak robić notatki, jak pozbyć się blokady twórczej. „Pisanie to samodyscyplina – konkluduje w rozmowie radiowej Żaneta Nalewajk – wyrabianie nawyku systematycznej pracy”. Justyna Bargielska podpowiada, żeby utrzymywać dobrą formę fizyczną, nie pić alkoholu, bo to nie pozwala na przezwyciężenie pisarskiej niemocy. Kilku rozmówców wspomnianej już audycji radiowej nawiązuje do legendarnych słów Tomasza Manna o dniówce, ośmiu godzinach, które trzeba odsiedzieć w gabinecie. Rady z pewnością mądre, logiczne. Tylko, znowu, czy zwykła logika codziennego życia, która w wielu sprawach bywa bardzo przydatna, da się zastosować do procesu twórczego z jego jednostkowością i tajemniczością. Co by powiedzieli mądrzy nauczyciele warsztatów Adamowi Mickiewiczowi, gdyby spotkali go włóczącego się po Dreźnie, z bladą twarzą, czerwonymi oczami i rozwichrzoną fryzurą szaleńca – po dwóch tygodniach bezustannego pisania Dziadów. „Mędrca szkiełko i oko”. Podzielam więc wątpliwości Pawła Huellego, że trudno zdemokratyzować takie rzeczy, jak proces twórczy.

***

W znacznie mniejszym stopniu zajmują się pisarskie warsztaty źródłami twórczości. Wspomina się czasami o talencie, ale bez przyznawania mu szczególnej roli. Można odnieść wrażenie, że ta sfera, niebagatelna przecież, nie musi być dla pisarza ważna. Że dużo więcej znaczy skrupulatność, sumienność, mozolna praca. I znowu – jest w tym oczywiście wiele racji, jednak ujednolicanie, produkowanie gotowych recept daje koniec końców nieprawdziwy obraz.

W roku 1950, goszcząc na odczycie w Lidzbarku Warmińskim, Maria Dąbrowska usłyszała od jednego z młodych słuchaczy: „Czy aby napisać utwór potrzebne jest natchnienie?”. Pytający dodał przy tym: „nas uczą, że nie ma natchnienia. Że potrzebna jest tylko praca”. Dąbrowska wybrnęła z tego jakoś w ten sposób, że wskazała niezbędność natchnienia, zapału w każdego rodzaju zajęciach, jakim się oddajemy. Później, w rozmowie z organizatorami odczytu (bo była to ogólnopolska kampania Czytelnika, obwożenie pisarzy po kraju) powiedziano jej: „Mamy polecenie zwalczać metafizyczną koncepcję natchnienia. A że innej nie mają, więc i słowo się tępi”. „Jakże – spytała Dąbrowska – wyrzucić słowo natchnienie z języka? Przy iluż okazjach się go używa!”.

To eliminowanie słowa natchnienie jest oczywiście wyrazem skrajnej postaci racjonalnej koncepcji twórczości. A jednak dziś bliżej nam do niej, niż do romantycznych kategorii. Czemu tak się dzieje? W jakimś stopniu jest to zapewne reakcja na popularny w ostatnich dekadach PRL-u kult poezji wysokiej, wieszczej (Herbert, Miłosz). Po nich nastąpił zwrot ku prywatności (Podsiadło, Świetlicki), który objawił się także odejściem od zagadnień społecznych czy politycznych, od wielkich zadań literatury. I chociaż owe duże tematy powróciły (kilka, kilkanaście lat temu), to nie powróciła wraz z nimi romantyczna koncepcja twórcy. Zatrzymaliśmy się raczej, jak w wielu innych dziedzinach, na pisarzu-ekspercie, na pisarzu-solidnym znawcy swego warsztatu, może z domieszką pisarza-celebryty, ale na pewno bez krzty pisarza-autorytetu intelektualnego czy moralnego.

***

Zdaję sobie sprawę, że „autorytet” to mocne słowo, wielokrotnie nadużywane i zawłaszczane. Ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że popularność warsztatów pisarskich jest próbą zapełnienia luki po zniknięciu autorytetów. Zresztą nie dotyczy to tylko literatury. Podobnie jest z uniwersytetami, gdzie miejsce przewodników i mistrzów zajęli „etatowi” wykładowcy. Podobnie jest w miejscach pracy, gdzie współpracownicy, przełożeni – są chyba ostatnimi osobami, po których spodziewalibyśmy się pomocy albo chociaż zwykłej ludzkiej rady. Wyobraźmy sobie, że dziś w jakiejś gazecie dochodzi do takiego spotkania młodego dziennikarza i znanego redaktora:

Więc ostrożnie otworzyłem drzwi dużego gabinetu. Dziś mi się majaczy, że Kuryluk siedział za biurkiem między dwoma oknami, ogarniającymi go od tyłu ukośnym światłem. „Przed wojną, wiosną 1939, wydrukował Pan w „Sygnałach” mój artykuł…” – mamrotałem przejęty w najwyższym stopniu. Miałem pełną świadomość pierwszego kroku już naprawdę w moje prawdziwe życie.

Warto dodać, że scenka ta nie rozgrywa się już w czasach międzywojnia, w epoce „Wiadomości Literackich” Mieczysława Grydzewskiego, ani w dekadzie, gdy kierownikiem literackim w wydawnictwie Gebethnera i Wolffa był wybitny poeta Aleksander Wat. Są to późne lata 40., a rzecz dzieje się w reżimowym (choć jeszcze ze znaczną autonomią) tygodniku „Odrodzenie”. Jak widać pojęcie autorytetu przetrwało dłużej, niż znaczna część polskich elit intelektualnych. I, co zadziwiające, przetrwało przez prawie cały okres Polski Ludowej. Jeszcze w latach 70. – jak wspominał jeden z czytelników „Sumy” – wysyłało się wiersze do oceny Iwaszkiewiczowi i z drżeniem czekało się na jego uwagi. „Wierszy nie wydrukował – pisał ów czytelnik – ale wiele zrozumiałem”. Jarosław Iwaszkiewicz to zresztą, jeśli chodzi o skalę autorytetu literackiego i redaktorskiego, postać szczególna. Wystarczy przypomnieć jego przedwojenną korespondencję z Czesławem Miłoszem czy Pawłem Hertzem, kierunkującą twórczość młodych poetów. Albo Stawisko w okresie drugiej wojny, dające schronienie setkom twórców. Albo, w końcu, kilkudziesięcioletnie redaktorowanie „Twórczości” i innym pismom powojennym, „odkrycie” Edwarda Stachury czy Andrzeja Bursy, udział w większości spraw literackich, które się od 1945 do 1980 roku działy. Aż strach pomyśleć, czym byłaby polska literatura u progu niepodległości w 1989 roku, gdyby nie Iwaszkiewicz i jego autorytet.

Lecz na początku tej niepodległości porzuciliśmy instytucję autorytetu, a może raczej sama zanikła, stopniowo odchodząc na drugi plan. Odeszli starsi, którzy zajmowali owe pozycje. Młodsi, poddani prawom komercyjnej nauki i sztuki, mieli przede wszystkim zarabiać pieniądze. Pozostały jakieś enklawy, niewielkie środowiska mające swoich mistrzów (też już raczej odchodzących w cień, jak Marcin Król, Maria Janion, Ryszard Przybylski czy Jarosław Marek Rymkiewicz), bez znaczącego wpływu na rzeczywistość. A ludzie czujący w sobie twórczego ducha pozostawieni zostali sami sobie, bez przewodników, bez wzorców, albo raczej w postmodernistycznych chaosie przewodników i wzorców. Trudno się zatem dziwić, że szukają wskazówek i pomocy na kursach pisania, gdy skądinąd nie mogą na nie liczyć.

***

Być może zatem kursy pisania są jakimś preludium do powrotu autorytetów. Nie należy bowiem zapominać o tych warsztatach pisarskich, które dla świata literackiego zrobiły dużo dobrego. Chyba najważniejszy z nich, jak dotąd niedościgniony, pozostaje kurs creative writing stworzony na początku lat 70. na University of East Anglia. Jednym z jego czołowych wykładowców był W. G. Sebald, być może najważniejszym pisarz niemiecki drugiej połowy XX wieku. A wśród jego absolwentów znaleźli się m. in. Ian McEwan, Tracy Chevalier czy zeszłoroczny noblista Kazuo Ishiguro.

Gdy patrzy się na polskie szkoły pisania, widać i w nich wiele rzeczy obiecujących, jak na przykład coraz szersze grono dobrych pisarzy-nauczycieli (choć jednocześnie nie sposób nie odnotować, że jak do tej pory dominują w nim twórcy literatury gatunkowej, a brakuje pisarzy największej próby) lub wiedzę o języku i stylach polszczyzny, którą owi nauczyciele potrafią przekazać. Czy zatem przyniosą nam one powrót literackich autorytetów? Czy przyczynią się do reaktywowania krytyki literackiej z prawdziwego zdarzenia, do przywrócenia poważnych redaktorów w wydawnictwach i pismach?

Aby tak się stało, potrzeba, jak się zdaje, by warsztaty dla pisarzy stały się czymś więcej (a może jednocześnie czymś mniej), niż są obecnie. To mniej dotyczy przede wszystkim liczby kursantów i komercyjnego wymiaru kursów – wiadomo, że komercyjna logika dążyć będzie do pozyskania jak najszerszych rzesz amatorów pisarstwa, podczas gdy logika artystyczna wymaga raczej pewnej elitarności. Więcej powinno być natomiast relacji między nauczycielem i uczniem, i tu także najcenniejsza byłaby ta bezinteresowna przyjaźń literacka, ta satysfakcja w li tylko pobieraniu nauk z jednej strony i przekazywaniu swojej wiedzy z drugiej. Więcej, jak sądzę, powinno być także czytania, a mniej pisania – studiowanie dawnych mistrzów i „wielkich ksiąg” nie jest z pewnością ideą wyczerpaną i wiele dobrego może z niej jeszcze wyniknąć. Zdaje się, że można by przy tym zwrócić większą uwagę na język, na toposy literackie, na symbole czy historię idei – aby uciec od zbytniego, a tak dzisiaj rozpowszechnionego w nauce o literaturze – psychologizmu. I na koniec najważniejsze (i najtrudniejsze do wprowadzenia): potrzeba jakiejś pozytywnej koncepcji literatury, jej, mówiąc szumnie, posłannictwa, doniosłości i odpowiedzialności. A także zrozumienia, że pisarstwo, pisanie, bycie pisarzem – to rzeczy z innego zupełnie porządku, niż można by sądzić z reklam (sic!) obecnie działających szkół pisania. Bo, jak czytamy w Dziennikach Sandora Maraiego:

Amerykanin nie zrozumie, że dżentelman to nie ktoś, kto posiada przywilej z racji pochodzenia, ani nie ten, kto osiągnął sukces lub odziedziczył majątek, lecz ktoś, kto w każdej sytuacji jest na swoim miejscu. A więc nie dlatego jest dżentelmenem, ponieważ jest „dobrym pisarzem” i „odniósł sukces”, lecz dlatego jest dobrym pisarzem, bo jest dżentelmenem – w przeciwnym razie nie pisałby przecież; dżentelmen nigdy nie bierze się do czegoś, na czym się nie zna.

 

Kielce – portret wielokrotny

Wiele razy zbierałem się, żeby napisać o Kielcach. Lecz trudno jest opowiadać o mieście, w którym spędziło się pierwszych kilkanaście lat życia (poeci mówią, że to jedyne lata, które nas formują), o którym wie się znacznie więcej, niż o jakimkolwiek innym miejscu na świecie, z którym wiążą cię rozmaite doświadczenia, emocje, zachwyty i upokorzenia. Siadam jednak do tej roboty po raz kolejny, bo wydaje mi się niesprawiedliwe – właśnie z powyższych powodów – by o Kielcach nie napisać, by je pominąć milczeniem. Próbuję więc, choć z obawą, że obraz, który się z tego pisania wyłoni, nie spełni oczekiwań obrazu wyobrażonego, odbiegnie od ideału, wzmocnionego osobistym sentymentem, który mi na co dzień towarzyszy, gdy o Kielcach myślę. Że rozbije się ów ideał o twardą materię historycznych faktów, surowych opinii dawnych mieszkańców miasta, trudnych, choć nostalgicznych wspomnień Adolfa Dygasińskiego, przytłaczających przeżyć Zdzisława Antolskiego czy gorzkich obserwacji Tadeusza Zubińskiego. I który z tych obrazów będzie bardziej prawdziwy? Trzeba przecież stać po stronie faktów, nawet tych bolesnych. Trzeba wierzyć wspomnieniom i dokumentom. Czyż dane miejsce nie jest jednak złożone również z nostalgii ludzi, którzy o nim myślą? Czy sentymenty kielczan nie mają równej wagi – w opisaniu miasta – co jego materialne dziedzictwo i zdarzenia, którym ono świadkowało? Chciałbym, pisząc o tym wyjątkowym dla mnie miejscu, oddać sprawiedliwość każdemu z tych poziomów jego istnienia. Chciałbym, aby był to portret taki, jak gazeta lokalna, którą Żeromski projektuje w Promieniu: „gazeta w ten sposób prowadzona musiałaby z czasem przybrać charakter jakby umiejętnego wykładu o prowincji. Miałby tam być przedstawiony kolejno w dobrych opisach, które by w felietonie zastąpiły czcze banialuki angielskie, stan przemysłu fabrycznego i kopalń, rolnictwo w drobnej i wielkiej jego postaci, rzemiosło w miastach i na wsiach, handel wielki i drobny. Miały też być podawane w formie na przykład wesołych i dowcipnych wspomnień z wycieczek a’la Heine opisy życia, mieszkań, dworów, chat, ruin, kościołów, cmentarzy, lasów, dróg, pól”.

Chciałbym jednocześnie, żeby momentami stawał się ten portret także „snem […] i świetlaną smugą”, jak w pięknym wierszu świętokrzyskiego poety Jana Gajzlera:

… Wieczorem księżyc wstanie nad Katedry wieżą, –
Pochyły, cichy placyk w srebrnym blasku zaśnie…
– z jasnej tarczy zegara godziny uderzą –
I będą mnie – wędrowca – odprowadzać długo,
aż mi się białe śniegi w nowe zmienią baśnie,
a Kielce snem się staną i świetlaną smugą…

Byłby to więc taki wyobrażeniowo-rzeczywisty portret wielokrotny. Co z tego wyjdzie – nie wiem, a sprawę jego prawdziwości – pozostawiam w gestii czytelników.

***

„Kielcówek” – nie znałem tego określenia, gdy jeszcze mieszkaliśmy nad Silnicą. Usłyszałem je wiele lat później od pewnych kielczan, których zdarzyło mi się poznać w Warszawie. Nazwa niewdzięczna, wyrażająca jakąś zaściankowość, podrzędność tego miasta, które miastem wojewódzkim jest tylko z przypadku. Wskazująca na dystans jego mieszkańców, którzy z żalem przyjmują, że nie żyją w jakimś bardziej światowym polskim mieście, jeśli nie w stolicy, to chociaż we Wrocławiu, Poznaniu, w ostateczności w Łodzi. W ich rozumieniu Kielce są miastem prowincjonalnym, i z pewnością nie jest to powód do dumy. W jednym, jak sądzę, mają rację – Kielcom udało się, pomimo ich znacznej wielkości, statusu miasta wojewódzkiego, utrzymać jakiś rys prowincjonalny. Zachować pewną lokalność, swoistość, skalę. Jest to jednak prowincjonalność w najlepszym tego słowa znaczeniu. A to, że z „Kielcówkiem” spotkałem się właśnie w Warszawie nie jest chyba przypadkiem, skoro już w 1852 Franciszek Sobieszczański pisał o tym dziwnym jakimś kompleksie kielczan wobec mieszkańców stolicy: „Mówiono mi także […] że młodzież warszawska, a w ogóle Mazury, w wielkim są u nich poważaniu. Nawet jako dowód poznałem sam dzielnego warszawiaka, który upadał pod brzemieniem łask, jakie go z tego tytułu spotykały”.

Można więc dyskutować o tym, czy są Kielce dzisiejsze prowincją. Nie mieli tego problemu nasi przodkowie, podróżując ponad sto lat temu drogą na Białogon i dalej na Piekoszów, Rudę Strawczyńską i Łopuszno; albo Żydzi jadący długimi furami z Kielc do Chęcin, gdy dobiegł końca dzień targowy; albo Sienkiewicz, który siedział w nieodległym Oblęgorku i nie był w Kielcach przez całą wiosnę, bo trasa nieprzejezdna. Wszyscy oni czuli tutejszą prowincjonalność (i to może nie w najlepszym sensie), na każdym wertepie ją czuli, w każdej kałuży, przy każdym urwanym kole powozu. Nie bez przyczyny jeden z bohaterów Popiołów mówi o okolicznych duktach: „To są, Mości Panie, drogi polskie!”.

Jeszcze bardziej prowincjonalnie musieli czuć się mieszkańcy miasta z początków XIX wieku. Licząc w 1810 roku niecałe dwa tysiące ludności, ustępowały Kielce pod tym względem Pińczowowi, Staszowowi, Opatowowi. Miasto, będące przez kilka poprzednich wieków własnością biskupów krakowskich, obejmowało niewiele więcej niż pałac tychże biskupów i sąsiadujące z nim zabudowania kościelne. Było, prawda, kilka uliczek, rozciągniętych na osi północ-południe, z centralnie umieszczonymi ulicą Dużą i ulicą Małą. Był rynek ze staroświeckim ratuszem i studnią miejską. Było niecałe czterysta drewnianych, parterowych, dwuizbowych chałup i kilkanaście domów murowanych. Był w końcu stary kościół św. Wojciecha, pierwsza kielecka parafia, bodaj z XI wieku, wtenczas jednak w funkcji kaplicy cmentarnej. No i była Karczówka z klasztorem bernardynów, trudno jednak zaliczyć ją do ówczesnego miasta.

Mieszkańcy Kielc trudnili się głównie rolnictwem, drobnym rzemiosłem i handlem. Liczebność ich zwiększała się w tempie dosyć żółwim, skoro od 600 dusz na początku wieku XVI, z trudem dobito do dwóch tysięcy trzy wieki później. Opinii też nie mieli najlepszej.

Nigdzie podobno bardziej rękodzieła i handel w zaniedbanie nie poszły – pisał w 1829 roku Tomasz Ujazdowski w pierwszym obszerniejszym opisie Kielc – jak w tem mieście. Od r. 1816 podniosły się nieco, lecz przecie z innemi miastami wojewódzkimi zrównać się nie mogą. Mieszkaniec tutejszy jest ciężki, leniwy i na małem poprzestający. Najwięcej z nich trudniło się i trudni rolnictwem, przecie i w tej gałęzi niewielki postęp uczynili.

Przez wieki były więc Kielce miastem wybitnie przednowoczesnym. Cóż jednak stało się w owym roku 1816, po którym rękodzieła i handel „podniosły się nieco”, i nie tylko one, bo wkrótce o wiele więcej spraw uległo zmianie? Otóż, po kongresie wiedeńskim, gdy od województwa krakowskiego odpadł Kraków (sic!), przeniesiono stolicę tego województwa właśnie do Kielc. Źródeł tej decyzji można z kolei upatrywać we wcześniejszych decyzjach administracyjnych. Jeszcze pod zaborem austriackim w Kielcach umieszczono jeden z cyrkułów i zaczęto snuć plany o założeniu dyrekcji górniczej mającej zarządzać rozlokowanymi w okolicy mniejszymi i większymi przedsięwzięciami wydobywczymi. Dyrekcja ta powstała ostatecznie z inicjatywy Stanisława Staszica w roku 1816, na kilka miesięcy przed przeniesieniem do Kielc stolicy województwa. W tych decyzjach  argumentem na rzecz Kielc było nie tyle znaczenie miasta, co po prostu brak ważniejszych o środków miejskich pomiędzy Wisłą i Pilicą; jak pisano w dokumentach rządowych z 1816 roku: „[Miechów] na stolicę województwa krakowskiego przeznaczony, do użytku tego dla braku lokalów, wody i wszelkich budowniczych materiałów, zdatnym być nie może; postanowiliśmy i stanowimy: iż zamiast pomienionego dopiero miasta Miechów, stolicą województwa krakowskiego ma być miasto Kielce, do dóbr narodowych należące”.

Był to więc awans podwójny, zarówno instytucjonalny, jak i gospodarczy. Status miasta wojewódzkiego, a po powstaniu listopadowym gubernialnego – utrzymały Kielce aż do lat pierwszej wojny i odzyskania niepodległości, za wyjątkiem okresu 1845-1867, gdy były miastem powiatowym należącym do guberni radomskiej (z tych czasów może wywodzi się „odwieczna” niechęć obu miast do siebie nawzajem).

***

Początki tej drogi wzwyż nie były jednak łatwe. W 1818 roku prezes Komisji Wojewódzkiej Kacper Wielogłowski donosił namiestnikowi Królestwa Polskiego Józefowi Zajączkowi: „Zaprowadzenie bruków jest koniecznie potrzebne, bo pomimo niezgruntowanego błota, jakie bywa w Rynku, nierówność placu tak jest widok rażąca, że nie można sądzić, aby to był plac publiczny miasteczka wojewódzkiego”. Tym bardziej, że w 1800 prawie całe miasto spłonęło w ogromnym pożarze. Jeszcze jedenaście lat później, gdy przez Kielce przejeżdżał Julian Ursyn Niemcewicz, zniszczenia widoczne były gołym okiem (choć nie bez oznak odbudowy):

Miasto Kielce […] za rządu rakuskiego ze szczętem ogniem spłonione […] Ratusz stoi dotąd zburzony. Domki o jednym piętrze, wszystkie murowane, białe, czyste, osadzone drzewami. Wielki szpital, przez biskupów niegdyś zbudowany, obrócony przez naszych w lazaret, nieszczęściem spalonym został. […] Sterczą te smutne ruiny. Bo u nas bez ruin nic być nie może!

Wraz z województwem przybyły do Kielc urzędy, „Kommissja wojewódzka – jak pisał Ujazdowski – Trybunały, Cywilny i sprawiedliwości karzącej z Krakowa przeniesione”, a także hipoteka. Wraz z administracją okręgu górniczego powstała Szkoła Akademiczno-Górnicza i Szkoła Departamentowa. Ta ostatnia przekształcała się później w: Gimnazjum Wojewódzkie, Szkołę Wyższą Realną (od 1845 roku), Gimnazjum Klasyczne (od początku lat 60. XIX wieku), Państwowe Gimnazjum im. Mikołaja Reja, gimnazjum i liceum im. Stefana Żeromskiego (od 1932 roku), w końcu Liceum im. S. Żeromskiego, istniejące do dzisiaj.

Kielce rosły jeśli chodzi o liczbę ludności: ponad 4 tysiące mieszkańców w 1827, prawie 8 tysięcy w 1870, przeszło 20 tysięcy w 1897, niemalże 31 tysięcy w 1909. Rozwijały się urbanistycznie i infrastrukturalnie. W 1885 roku doprowadzono kolej. Poczęły, choć niespiesznie, powstawać zakłady przemysłowe: browar Stumpfów w 1871 roku, fabryka marmurów Welkego w 1875, fabryka mebli giętych „Henryków” w 1895, huta Ludwików w 1919, cegielnie, tartaki. Wykształciła się warstwa inteligencji miejskiej, czy szerzej mówiąc zamożnego mieszczaństwa, złożona z pracowników administracji, carskich oficerów i urzędników, prawników, lekarzy i aptekarzy, właścicieli przedsiębiorstw i sklepów, hoteli, restauracji i cukierni. Tym samym wzrosło też zapotrzebowanie na produkty rzemieślnicze, rozmaite usługi drobne, wzmógł się handel.

Słowem – stały się Kielce jednym z miast nowoczesnych, o którym można było pisać z dumą, wymieniając liczne budowle i miejsca rekreacji:

Prócz kościołów – czytamy w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich z 1883 roku – okazalsze budowle są: pałac pobiskupi, gdzie mieści się rząd guberialny, gimnazjum, seminarium katolickie, sąd okręgowy, dom doktora Łuszczkiewicza przy ogrodzie publicznym z piękną oranżerią, willa kupca Hönigmanna, browar Stumpfa, 5 zajazdów. Nowy bazar murowany, dosyć okazały, mieści w sobie sklepiki z mięsem i wiktuałami, na piętrze mieszkania. Przy nim obszerny brukowany rynek. Domy z kamienia marmurowego […] Przy mieście od strony szosy radomskiej znajduje się targ na bydło, konie, a przy aleksandrowskim szpitalu targ na trzodę chlewną. Ze strony zachodniej Krakowskiego Przedmieścia dosyć obszerny ogród spacerowy z okazałemi lipami, brzostami, kasztanami, brzozami i ze znacznej grubości i wysokości czeremchami. Ogród starannie utrzymywany. Kilkanaście figur kamiennych pięknej rzeźby ozdabiają aleje ogrodu, w którym stoi też piękny piętrowy drewniany domek dla resursy letniej z restauracją. […] aleje spacerowe nad rzeczką Silnicą […] Z lewej strony szosy karczówkowskiej gustowny drewniany, piętrowy pałacyk Lutnickiego z ogrodem owocowym i warzywnym.

Franciszek Sobieszczański powiadał nadto, że „nadzwyczaj czyste jest to miasto […] a mieszkańcy weseli i zamożni. Zresztą ma pozór zupełnie nowy, gdyby nie odwieczna kolegiata, tudzież zaczernione starością mury zamku”.

Zrodziło się także coś nierozerwalnie związanego z XIX-wiecznym mieszczaństwem – określony styl życia, sposób spędzania czasu (cukiernie, teatry, bale), otoczenie w postaci rozmaitych instytucji (towarzystwa dobroczynności, zrzeszenia cyklistów, automobilistów, sportowców, straż pożarna z jej reprezentacyjną częścią) czy lokalnej prasy.

Gdy czyta się XIX-wieczne opisy Kielc znajduje się w nich zazwyczaj podziw dla tego skoku cywilizacyjnego, który stał się ich udziałem. Dostrzega się nowe budynki, świeżo brukowane ulice, powstające fabryki, bogatsze sklepy czy popularność targów, które odbywały się w każdy piątek i wtorek. Są też oczywiście głosy, które wskazują, ile można by jeszcze poprawić, na przykład w dziedzinie przemysłu, w kwestii infrastruktury kanalizacyjnej, w sprawie miejskiej elektryczności (którą na własną rękę uruchomił dopiero w 1912 roku inż. Tomasz Ruśkiewicz). Ale i one świadczą pośrednio o rozwoju miasta.

Jakże powszechna jest ta logika „postępu” i „rozwoju” w XIX wiecznych narracjach! Jak mocno zakorzeniła się ona w naszym postrzeganiu świata. I może trudno się dziwić, nikt rozsądny nie będzie przecież chwalił walących się drewnianych chałup i błotnistych dróg, gdy zestawi je z ciepłymi, wygodnymi kamienicami i brukiem, po którym można przejść suchą stopą. Jednak takie porównania i takie, na pierwszy rzut oka widoczne różnice, utrudniają nam dostęp do głębszego spojrzenia na te Kielce przednowoczesne, które w zasadzie nie mają swoich obrońców.

Tymczasem – gdyby spojrzeć na nie bez uprzedzeń, unikając paradygmatów naszej epoki i patrzeć nie tylko przez pryzmat materialnej zamożności – można by, jak sądzę, dostrzec wiele ciekawych i atrakcyjnych rysów właściwych tamtym czasom i tamtemu społeczeństwu. A więc po pierwsze – pewien rodzaj wspólnotowości. Społeczności tamtych miast czy miasteczek, znacznie mniejsze liczbowo, musiały przypominać nieco dzisiejsze społeczności wiejskie z właściwą im większą zależnością mieszkańców od siebie nawzajem, brakiem anonimowości, kulturą wspólnej pracy czy samopomocy. Nakładały się na to wspólnoty cechowe.  W XIX wieku istniały w Kielcach następujące cechy: stolarski z ciesielskim, kowalski ze ślusarskim, krawiecki, szewski, piekarski, stelmachów i gwoździarzy. Były to wspólnoty zorganizowane na podstawie klucza zawodowego, ale nie ograniczały się do dbania jedynie o interesy rzemieślników. O jednym z cechów pisano, że „opalają swym światłem niektóre ołtarze, asystują przy nabożeństwach, procesjach, odpustach, dworskich uroczystościach i nabożeństwach żałobnych”. Z kolei bartnicy z klucza kieleckiego mieli za zadanie opiekować się ołtarzem Matki Boskiej Bolesnej w kolegiacie, a także posiadać „chorągiew, rynsztunki i bęben”. Stanowiły więc cechy pewien rodzaj mniejszych wspólnot, podobnych być może nieco do kontrad, jakie można jeszcze dziś spotkać we włoskiej Sienie. Miały te wspólnoty swoje barwy, znaki rozpoznawcze, swoje punkty w mieście, ubiór czy wzory zachowań. Sednem tej wspólnotowości była oczywiście praca, jednak trzeba pamiętać, że była to praca inaczej niż współcześnie rozumiana; określała ona człowieka w większym stopniu, bardziej go angażowała, a jednocześnie angażowała go mniej, gdyż pozostawała wpisana w cały porządek życia, nakładała się na sprawy rodzinne i towarzyskie – w tym sensie nie stanowiła odrębnej sfery ludzkiej aktywności. Dobrze to widać w statystycznych opisach miast (tzw. lustracjach), pochodzących jeszcze z XVIII wieku. W zawartych tam krótkich akapitach wypunktowane są najważniejsze atrybuty każdego mieszkańca; dla przykładu w lustracji z 1788 roku, znaleźć można takich oto dawnych obywateli miasta: „Łukasz Bebnarski z żoną kunsztu mularskiego, ma dom swój drewniany. Synów dwóch małoletnych i córkę oraz komornika z żoną wyrobkiem się bawiącego. Podatki w proporcyi jak inni płaci” albo „Wojciech Czerski wdowiec, nieco szynkiem się bawiący, ma dom swój własny drewniany ze sklepem murowanym. Synów trzech, jednego w roku 14 w służbie u dworu będącego, dwóch małoletnych i córkę oraz komornika Franciszka Przybylskiego, blacharza, z żoną, mającego syna małoletniego i córek dwie. Podatki w proporcyi jak inni płaci”.

W Kielcach istniały też dawne zwyczaje związane z górniczym charakterem regionu (a ta górnicza tradycja świętokrzyskiego sięga aż średniowiecza). Wynikał z tego bardzo silny kult św. Barbary, do XX wieku z wyjątkową celebracją obchodzono jej święto. Tradycja odbiła swe piętno także na stroju. „W miejscowościach – pisał przedwojenny kielecki etnograf i regionalista ks. Władysław Siarkowski – gdzie były lub istnieją jeszcze fabryki górnicze, chłopi, chociażby trudniący się tylko rolnictwem, używają ubioru górniczego, złożonego z sukmany z ciemnosiwego sukna, bez wyłogów u klap, rękawów i oblamówki. Na tej sukmanie biegną w dwóch rzędach guziki mosiężne, na których widnieją dwa młotki na krzyż złożone”

O istocie społeczności przednowoczesnych decydowały także inne – od tych, do których przywykliśmy – stosunki ekonomiczne i gospodarcze. Produkcja w małej skali, handel oparty w znacznej mierze na systemie targowisk i jarmarków, niewielkie znaczenie kapitału i kredytu. Stwarzało to, oczywiście, bariery w budowie dużych przedsięwzięć wymagających znacznych finansów, w powiększaniu zakładów, w unowocześnianiu technologii. Lecz dawało w zamian stosunkowo dużą niezależność poszczególnych wytwórców i konsumentów od całego systemu gospodarczego. Myślę, że wiele racji ma Lech Stępowski, który pisze we wprowadzeniu do reprintowego wydania Opisu historyczno-statystycznego miasta Kielc: „Zjawisko dwuzawodowości rozwijające się w miastach i miasteczkach sandomierskich od drugiej połowy XVII w. nie zostało dostrzeżone i należycie ocenione w dotychczasowej historiografii. Trudność w odbudowie zniszczonych warsztatów, niepewne i zmienne warunki rynkowe, w naturalny sposób kierowały mieszczan do ubezpieczenia swej egzystencji pracą na roli, jako istotnego uzupełnienia właściwego źródła utrzymania”. Taką dwuzawodowość pamiętam bardzo dobrze z czasów mojego dzieciństwa na kielecczyźnie. Do dziś można spotkać ją na wsi, nie tylko świętokrzyskiej, gdzie mieszkańcy poza podstawową pracą prowadzą także niewielkie gospodarstwa rolne. Nie jest to zapewne sposób na zgromadzenie wielkiej fortuny, ale bezsprzecznie czyni on tak zorganizowaną gospodarkę lokalną mniej podatną na jakiekolwiek zawirowania. Patrząc na rzecz całą przez pryzmat problemów dzisiejszego porządku kapitalistycznego – trudno nie docenić tej właśnie cechy systemów przednowoczesnych.

***

Żeby być sprawiedliwym, należy podkreślić, że Kielce XIX-wieczne nie były przecież jakimś kapitalistycznym lewiatanem. Przeciwnie, wchłonąwszy niektóre materialne zdobycze nowoczesności, w dużym stopniu utrzymały prowincjalnego, przednowoczesnego ducha. Wynika to w pierwszej kolejności ze skali miasta; pamiętajmy, że w czasach, gdy Stefan Żeromski chodził do tutejszego gimnazjum, Kielce liczyły zaledwie około 8 tysięcy mieszkańców. Pozostawały miastem nierozległym terytorialnie, zamkniętym w obrębie ośmiu rogatek. Znajdowały się one: po jednej przy ulicy Warszawskiej, Nowowarszawskiej, Leonarda (na trakcie do Sułkowa) i przy drodze ku Karczówce, po dwie na Borzęckiej (na trakcie do Nowego Folwarku i Domaszewic) i Krakowskiej (na trakcie do Białogona i Sułkowa) – co pokrywa się mniej więcej z dzisiejszym ścisłym centrum miasta ograniczonym ulicami: Paderewskiego od zachodu, Tarnowską/Źródłową od wschodu, Ogrodową/Seminaryjską od południa, Aleją IX wieków Kielc od północy. Centralnym punktem tej topografii pozostawał Rynek wraz z łączącymi go z Placem Najświętszej Marii Panny starymi ulicami: Dużą i Małą. Ulica Sienkiewicza – ten popularny dziś deptak kielecki – powoli zyskiwała na znaczeniu. Zwana Pocztową we wschodnim swoim biegu, a Franciszka-Józefa w biegu zachodnim była już w drugiej połowie XIX wieku miejscem lokowania znaczących obiektów architektury (budynek hipoteki, liczne sklepy, kawiarnie i hotel, Teatr Polski). Kończyła się jednak na wysokości ulicy Planty rozciągniętej nad Silnicą. Pas dzielący rzekę od dworca jeszcze na początku XX wieku porastały zboże i kartofle.

Niemal wszystkie moje niedawne wizyty w Kielcach związane były w jakiś sposób z ulicą Sienkiewicza. Przyjeżdżałem do niej zazwyczaj od strony południowej, parkując samochód przy Paderewskiego, gdzieś na wysokości Równej. Przy tej Równej, a właściwie przy pasażu łączącym ją ze Złotą, na parterze socrealistycznego powojennego bloku, mieszkali kiedyś moi rodzice. Był początek lat 80., studiowali na Politechnice Świętokrzyskiej, a tata grał do tego w drużynie piłki ręcznej, która nosiła wtedy nazwę Iskra (i dlatego był formalnie zatrudniony w zakładach o tej samej nazwie produkujących bodaj świece samochodowe, na stanowisku ślusarza czy jakiegoś innego majstra). W domu rodzinnym i domu dziadków mamy jeszcze kilka przedmiotów z tego wynajmowanego przez rodziców mieszkania – jakiś kredens, jakaś szafa, sztućce i naczynia stołowe. Pewnie nie żyje dawno już właściciel owej kawalerki, Romuald Krzysztofik, „dziadek”, jak się na niego zawsze mówiło, od którego rodzice wynajmowali później jeszcze jedno mieszkanie, przy ulice Krakowskiej, aż w końcu doczekaliśmy się pierwszego własnego lokum, w wielkiej płycie na osiedlu Szydłówek.

Zmieniła się Sienkiewicza od tamtych czasów, od tej ulicy z moich najdawniejszych wspomnień – choć przecież nie tak bardzo, jak się zmieniała w XIX wieku i pierwszej połowie XX wieku. Kamienice trochę wyładniały, odnowiono bruki, znikło kilka szyldów, a na ich miejscu pojawiło się kilkanaście nowych. Na rogu z Kapitulną nie ma już Burger Kinga, tej ikony lat 90., symbolu wczesnego kapitalizmu, który obiecywał nam, że wszystko już będzie ładne, zamożne, smaczne i nowoczesne. Jedząc długie frytki w kolorowych opakowaniach byliśmy gotowi w to bez zastrzeżeń uwierzyć. Zupełnie inny obraz Kielc tamtego czasu można znaleźć w powieści Tadeusza Zubińskiego Rzymska wojna; jawią się tam lata 90. jako okres tworzenia się (odtwarzania?) nowych koterii, zazdrości i rywalizacji, interesowności i nepotyzmu. My jako dzieci nie mogliśmy o tym wiedzieć.

Miał wszak Burger King swoją symboliczną przeciwwagę, w postaci położonego nieopodal, po parzystej stronie ul. Sienkiewicza Teatru im. Stefana Żeromskiego (w tym jednym przypadku można stwierdzić, że kultura pokonała konsumpcję, bo o restauracji dawno już zapomniano, a teatr trwa). Szczególnie utkwiły mi w pamięci jego duże afisze z repertuarem, przy których zawsze przystawaliśmy i pierwsza wizyta w teatrze, zdaje się na jakiejś sztuce dla dzieci, kiedy pochłonięty byłem do reszty wielkością i wyglądem tego gmachu. Pamiętam też światła ulicy, gdy już wyszliśmy po spektaklu; wydawało mi się, że jest to przejście z jednego świata (magicznego, tajemniczego) w drugi (codzienny, ale z jakąś nutą odświętności).

Gmach teatru należał do najokazalszych budynków XIX-wiecznych Kielc. Wzniesiony został w 1877 roku z inicjatywy Ludwika Stumpfa, który przybył do Kielc z Radomia i  – jak już zostało wspomniane – w początkach lat 70. założył browar (wraz z matką Anną i starszym bratem Ferdynandem, którzy w kilka lat później zmarli) na tak zwanej krakowskiej rogatce, czyli dzisiejszym skrzyżowaniu Jana Pawła II z Ogrodową. Legenda głosi, że Ludwik miał za kochankę pewną warszawską aktorkę i że fakt ten stał za decyzją o wzniesieniu obiektu. Projekt wykonał Franciszek Ksawery Kowalski, podówczas budowniczy gubernialny. Poza teatrem gmach miał mieścić także hotel i restaurację Budową żyło całe miasto. „Gazeta Kielecka” donosiła:

Gmach będzie miał piętnaście okien na każdym piętrze. Elewację frontową z kolumnami na szczycie zdobić mają cztery statuy muz. Sala teatralna ma być wygodna na siedemset miejsc, ma się składać z parteru i osiemnastu lóż pierwszego piętra i galerii […] Przy budowie teatru dziennie pracuje 110 robotników. W tej liczbie jest trzydziestu murarzy ze Śląska, którym nieudolni kieleccy murarze powinni się przyglądać”

Nieudolni murarze chyba dobrze się poprzyglądali, skoro uchodzi dziś świętokrzyskie za zagłębie budowlańców. Hotel nazwano Hotelem Polskim, a teatr Teatrem Polskim, ale potocznie mówiono o nim Teatr Ludwika. Jego uroczyste otwarcie miało miejsce w grudniu 1878 roku, a pierwsze przedstawienie – operę komiczną Dzwony z Corneville – wystawiono 6 stycznia roku następnego. Był ów Teatr Ludwika swoistym centrum kulturalnym ówczesnych Kielc. W historii zapisały się wielkie bale organizowane w jego salach, szczególnie te z końca lat. 80, za których oprawą stał znany malarz Jan Styka. Był bowiem Stumpf krewnym Styki, a na swój sposób także jego mecenasem, gdy w latach 1888-1890 malarz mieszkał w dworku Stumpfów i urządził tu swoją pracownię. Właśnie wtedy brał udział w organizacji bali. Warto tu może dopowiedzieć, że imprezy tego rodzaju zasadzały się przede wszystkim na osobie wodzireja, który reżyserował ich stronę wizualną, ich przebieg, proponował kolejność tańców i ustawienie par. Jaka była jego pozycja niech zaświadczy anegdotka z lat nieco późniejszych, ale jeszcze przedwojennych. Otóż, obecny na balu prezydent miasta zgłosił zastrzeżenia do puszczanej muzyki i prosił o jej zmianę; na to odpowiedział mu wodzirej: „prezydentem jest Pan po to, aby się w mieście paliła elektryczność i panował porządek, ale na tej sali, aż do rana prezydentem jestem ja!”.

Jeden z takich bali mających Stykę za wodzireja przypomina Jerzy Jerzmanowski (pseudonim literacki Jerzego Sulimierskiego), jeden z najciekawszych pamiętnikarzy przedwojennych Kielc, autor książki W starych Kielcach. Goście wystąpili na nim w różnorodnych przebraniach według projektu malarza, a on sam „wystąpił w kosztownym żupanie, okrytym wspaniałą delią futrzaną, z rozciętymi rękawami, przy karabeli, w kołpaku uszytym z tego samego futra co kołnierz delii”. Był to, można powiedzieć, nieodłączny strój Styki nie tylko na bale, ale i różne wyjątkowe okazje. Gdy w 1884 roku odbierał nagrodę za obraz Regina Poloniae, zjawił się w Warszawie w „stroju polskim” i „czamarce”, gdyż – jak pisał – „ta czamarka moja była dla mnie jakby jakąś suknią kapłańską, która mnie strzegła i nakazywała zawsze między obcymi wysoko nosić godność imienia polskiego”. Podobnie zaprezentował się dwa lata później, na swoim ślubie z Lucyną Olgiati, krewną Stumpfów: „Kiedy w Kielcach w 1886 roku przystępowałem do ołtarza, to znów ta czamarka moja wypełniła zachwytem po brzegi wypełniony kościół – ślub w Królestwie w polskim stroju błogosławiony przez biskupa Kulińskiego, było to niewidzianym zjawiskiem i groziło karą gubernatorską…”. Ciekawy to może przyczynek do charakterystyki środowiska naszych malarzy z drugiej połowy XIX wieku, którzy po poetach romantycznych przejęli sztandar wielkich polskich tradycji i przekazali go potem pokoleniu Wyspiańskiego.

Ulica Sienkiewicza była zresztą zagłębiem hoteli. Prawie naprzeciwko Teatru Żeromskiego powstał w 1900 roku Hotel Bristol. Wzniósł go Rafał Piwowarski – nabywszy wcześniej część dawnej parceli należącej do kolegiaty, na której znajdował się stary dom Kustodii. Hotel zaprojektował Julian Włodzimierski, pochodzący z Włocławka, architekt powiatu kieleckiego (żonaty ze Zdzisławą Skłodowską, stryjeczną siostrą Marii Curie-Skłodowskiej). Był to budynek dwupiętrowy z oficynami, od frontu bogato zdobiony, bardzo nowoczesny jak na owe czasy, bo wyposażony w łazienki (porcelanowe wanny i prysznice) i od 1910 roku w elektryczność zapewnianą przez własną elektrownię. Posiadał też restaurację pn. „Rafał” oraz salę balową resursy obywatelskiej/ziemiańskiej, która mieściła się na tyłach hotelu, w odrestaurowanym domu Kustodii. Wśród najznamienitszych gości przedwojennego Bristolu wymienia się Józefa Piłsudskiego czy Ignacego Mościckiego. Zatrzymywał się tu także, podczas swoich podróży po Polsce, Jarosław Iwaszkiewicz: „Piękne miasto Kielce – pisał – piękny hotel Bristol, doskonała kolacja i sen, sen kamienny, najpiękniejszy ze wszystkiego!”.

Mówiąc o tym hotelu, nie można pominąć – uprzedzając nieco dalszą opowieść – jednego obrazka z życia przedwojennej kieleckiej inteligencji. Obrazek ten nosi nazwę – stolik duninowski. W restauracji Hotelu Bristol, po prawej stronie od wejścia, stał przez szereg dziesięcioleci stolik, przy którym spotykało się trzech przyjaciół: adwokat Józef Dunin, rejent Piotr Borkowski, adwokat i poseł do Dumy Wiktor Jaroński. Gdy ich nie było, widniała na stoliku karta „Zajęty”. Instytucjonalną rolę tego miejsca, jego charakter i atmosferę chyba najlepiej oddaje anegdota Fryderyka Jarosego, konferansjera warszawskiego kabaretu „Qui pro quo”, którą przytacza Jerzy Jerzmanowski:

Dyrekcja przeprasza państwa za opóźnienie w podniesieniu kurtyny. Ja za to ponoszę winę. Dopiero przed pół godziną wróciłem z miasta, które się nazywa Kielce. Wczorajszego wieczora jadłem tam kolację w restauracji, gdzie podsłuchałem rozmowę towarzystwa przy sąsiednim stoliku pod piecem, złożonego ze starszych panów. Jeden z nich powiedział: – Pięć – Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Po chwili z ust drugiego padło: – Czternaście. – Jak na jakiś sygnał towarzystwo spoważniało. Zdziwiony tajemniczym dyskursem zapytałem kelnera, co to znaczy. Wyjaśnił mi: – Ci panowie siedzą przy swoim stoliku już pięćdziesiąt lat. Wszystko sobie opowiedzieli i dla wygody ponumerowali.

Całkiem niedaleko znajdował się też Hotel Europejski, posiadający szeroki front od strony ulicy Dużej, lecz ciągnący się zabudowaniami oficynowymi wzdłuż Sienkiewicza, aż do ulicy Wesołej. Na tyłach zbudowano dużą szopę, pierwotnie zapewne jakieś stajnie i wozownie, w której po wojnie mieściła się sala koncertowa. Pierwszy hotel znajdował się tu już na początku XIX wieku, był to naówczas chyba jedyny tego typu obiekt w Kielcach. W połowie tegoż wieku należał do rodziny Lardellich (bogatych mieszczan, pochodzących ze Szwajcarii, osiadłych w Kielcach po wojnach napoleońskich), która posiadała większość nieruchomości przy ul. Dużej. Ale najciekawszą postacią był kolejny właściciel hotelu, który kupił go około 1880 roku, czyli radca Bolesław Kołtoński, urodzony w 1845 roku, powstaniec 1863 roku (ostatni kielecki weteran tego zrywu, bo zmarł dopiero w 1937 roku), który pieniądze na nabycie hotelu uzyskał z dwukrotnej wygranej na loterii.

Naprzeciwko hotelu znajdowała się zaś jedna z najsłynniejszych cukierni kieleckich należąca do Józefa Króla. Tak zapamiętał ją Jerzy Jerzmanowski:

Spora na owe czasy sala wabiła marmurowymi stolikami, wyściełanymi krzesłami, kanapkami koloru bordo i bufetem błyszczącym od metalu, szkieł i luster, postawionym na wprost wejścia. Lokal wypełniała starsza męska publiczność, bo młodzież i kobiety przychodziły tu rzadko, najczęściej dla zjedzenia ciastka, a więc na krótko. Na piętrze nieco większa niż na parterze sala służyła bilardowi – upowszechniającej się rozrywce – co świadczyło, że miasto dąży ku nowoczesności.

Dziś nie ma sali z bilardem, nie ma błyszczącego kontuaru ani marmurowych stolików, ale istnieje kawiarnia. Nazwana z angielska – wszak to nie bilard jest współcześnie wyznacznikiem nowoczesności – Cube Cafe, urządzona w stylu praktyczno-ekonomicznym i prosto-nijakim – ma jednak w sobie jakąś atmosferę dawnych kawiarni. Gdy siedziałem tam pewnego grudniowego dnia, kilka lat temu, przeglądając kupionych w antykwariacie Metzgera Pisarzy regionu świętokrzyskiego, patrzyłem ukradkiem na pozostałych gości. Bardzo to była ciekawa grupa, przede wszystkim starszych panów, elegancko ubranych, przeglądających nieśpiesznie gazety na staroświeckich kijach, przy kawie z ciastkiem i koniakiem. Rzadko się już spotyka takich kawiarnianych bywalców. A ich nagromadzenie w jednym miejscu jest już prawdziwym ewenementem. Ponieważ zaś działo się to pod tym akurat adresem, w dawnej kieleckiej cukierni, wszystko wskazuje na to, że duch Józefa Króla nie całkiem stąd jeszcze uleciał.

Przedwojenna kawiarnia jest zresztą dobrą ilustracją ówczesnego życia towarzyskiego, czy może szerzej – społecznego, które w znacznie większym niż dzisiaj stopniu działo się poza domem, w przestrzeni publicznej. Przywołajmy więc jeszcze jedno tego typu miejsce na mapie dawnych Kielc – cukiernię Kazimierza Smoleńskiego. Uruchomiono ją w ostatnich latach wieku XIX. Znajdowała się na rogu Sienkiewicza i Małej, początkowo w parterowym budynku. Gdy Smoleńscy odkupili tę nieruchomość, wybudowali ładną trzykondygnacyjną kamienicę. Cukiernia zajmowała cały jej parter, wchodziło się do niej z narożnika budynku.

Za kasą cukierni siedziała poważna i zażywna pani [Leokadia] Smoleńska, dla każdego klienta mająca właściwy uśmiech, czujnie obserwująca ruch kelnerów i bufetowej, przez długie lata niestrudzona. Ona była duszą przedsiębiorstwa, jej energią dwusalkowa cukierenka z początku stulecia wyrosła na poważny interes. Cukiernia prowadziła też bilardy.

Wnętrze podzielone było na trzy sale, które gromadziły różnych – pod względem statusu społecznego, zainteresowań i wymagań – gości. W pierwszej zasiadali wojewoda, generałowie, wyżsi oficerowie i urzędnicy. Tu czytano „Gazetę Polską”, „Polskę Zbrojną”, „Głos Prawdy”. W drugiej dominowały, jeśli chodzi o tytuły gazet, „Gazeta Warszawska”, „Robotnik”, „Wiadomości Literackie” czy „Prosto z mostu”, a jeśli chodzi o klientelę dziennikarze, rozmaici politykierzy, stali goście, czyli Stanisław Rachalewski (znany fotografik) i Kazimierz Kaznowski (nauczyciel przyrody w gimnazjum Żeromskiego), siedzący godzinami obok siebie w witrynie, nie mówiąc do siebie ani słowa. Sala trzecia zbierała szachistów, rozmaitych geszefciarzy dobijających targów, w końcu także rzemieślników, niższych urzędników, emerytów. Kto wie ile spraw w tej kawiarni omówiono i zaplanowano, jakie z tego miejsca wyszły projekty.

[W 1914 roku] mieszczanie,  pozbawieni  zajęcia, wskutek: zamknięcia urzędów i zatamowania handlu, gromadzili się tłumnie na ul. Kolejowej (Sienkiewicza) i układali w cukierni Smoleńskiego plany wojenne dla obu armii walczących – zawsze tak, aby terenem bitwy nie były ich ukochane Kielce, lecz jakaś inna część kraju.

Przez jakiś czas po drugiej wojnie cukiernię wciąż prowadzili Smoleńscy, w 1948 roku uroczyście obchodzono 50-lecie wykonywania zawodu przez właściciela. Wkrótce jednak upaństwowiono lokal i, korzystając z renomy miejsca, otwarto kawiarnię Kolorową i klub dziennikarza Kaczka – które, mimo pewnej okresowej sławy, nie wzniosły się przecież do poziomu dawnej cukierni.

***

Moje spacery po Sienkiewicza z ostatnich kilku lat, odbywane w różnych porach roku, to także doświadczenie… pustki. I nie mówię tu o pustce symbolicznej, która zawsze wisi nad miejscami, które kiedyś były nam bliskie, a teraz już do nas nie należą. Chodzi mi jedynie o mały ruch pieszy, tak dziwny tu, gdzie ma bić serce miasta. Puste ulice, pojedynczy ludzie przechadzający się z rzadka. Być może nie zawsze tak jest, są może pory spacerowe, ale zdaje się, że codzienność ulicy Sienkiewicza tak właśnie wygląda, czy to grudzień czy czerwiec. Trochę temu winne galerie handlowe – skrojona na dzisiejsze czasy obietnica, że teraz już będzie ładnie, szybko i wygodnie. Częściowo rzecz wynika może z faktu, że kolejne osiedla rozlewających się Kielc stają się samowystarczalne, przynajmniej jeśli chodzi o sklepy, zapełniając się Biedronkami i Lidlami. Ale przecież nie sposób przeoczyć tego, że mniej dziś żyjemy w przestrzeni wspólnej, a więcej w mieszkaniach. Nie tak dawno przecież, bo w latach 90. wyglądało to zupełnie inaczej. Bardzo dobrze pamiętam Sienkiewicza z tamtych czasów jako żywy potok. A dawniej było na kieleckim deptaku jeszcze gwarniej, co zaświadcza Zdzisław Antolski, pisząc o latach 60.:

Po rozpoczęciu roku szkolnego wybraliśmy się z ojcem na zakupy i przeraził mnie trochę ten tłum, który przewalał się jak rzeka po Sienkiewicza i po wąskich uliczkach przylegających po Rynku. Widziałem mnóstwo głów, spacerujących ludzi, jedzących lody i ciastka, wysiadujących w kawiarniach i pod parasolami nad stolikami wystawionymi na chodniki. Jakaś atmosfera rozleniwienia i sytości, przedtem mi nie znana.

Kieleckie uliczki z początku XX wieku utrwalone na fotografiach rzadko kiedy są puste, zazwyczaj widać na nich grono spacerujących, grupki ludzi stojących wokół lokali, sklepów, pojedyncze samochody i dorożki (Sienkiewicza nie była wtedy deptakiem, podobnie jak nie była nim jeszcze długo po wojnie). Ma się wrażenie, że życie się tam toczy, choć jest to życie dość niespieszne, pozbawione z pewnością dzikiej frenetyczności lat 90. W ogóle jedną z podstawowych różnic między naszymi czasami, a tym, co działo się powiedzmy sto lat temu, jest tempo życia. Ten rytm dawniejszy, który cechowała pewna stałość, określały w miastach, które ze swej natury miały charakter handlowy – dni targowe. Targi kieleckie odbywały się we wtorki i piątki, początkowo w Rynku, później na placu Bazarowym (dzisiejszym placu Wolności), i gromadziły zarówno kielczan, jak i przyjezdnych z całego województwa, sprzedawców i nabywców. Poza tym kilka razy do roku organizowano jarmarki. Na targach i jarmarkach kupić można było niemal wszystko, począwszy od artykułów spożywczych, przez wyroby rzemieślnicze po zwierzęta gospodarskie, ale w największym stopniu zaopatrywały one mieszkańców w świeżą żywność. Produkty bardziej wyrafinowane zapewniały sklepy. Ich asortyment, charakter i wygląd określały nie tylko topografię handlową miasta, lecz również regulowały zwyczaje mieszkańców i kształtowały mody. Nie sposób wymienić wszystkich takich miejsc na mapie starych Kielc. W suterenie Hotelu Polskiego mieścił się sklep ze słodyczami Janiny Olędzkiej, który oferował – jak pisze Jerzmanowski – „znakomite wyroby Wedla, Fuchsa i Frambolego oraz tańsze Piaseckiego z Krakowa – konkurowały ze słynnymi ciastkami Zalewskiego ze Lwowa […] Wożono je codziennie samolotem ze Lwowa do Warszawy, skąd koleją wędrowały do Kielc i sklepu Olędzkiej”. Przy Sienkiewicza 17 działał sklep kolonialny Lucjana Kotowskiego, który reklamował się ogłoszeniem o następującej treści: „Jaka kawa jest dobra? Świeżo upalona! Taką kawę można nabyć w sklepie L. Kotowski”. Z kolei w domu Kłodawskich (Sienkiewicza 30) Róża Kestenberg prowadziła pod szyldem „Galux” sprzedaż galanterii importowanej prosto z Wiednia.

W Rynku funkcjonowało co najmniej kilka ważnych punktów handlowych. We własnej kamienicy prowadzili Sascy czołową kielecką aptekę. Po sąsiedzku stała wąska jednopiętrowa kamienica Eisenbergów, w której odbywał się handel tekstyliami; „u Eisenbergów nabywca musiał znaleźć wszystko; tak pod względem ilości, jak i jakości, wszechstronności wyboru: materiały czysto wełniane […], tańsze i najtańsze; mocne kamgarny, praktyczne szewioty, przepiękne czesanki; dostępne kretony i kosztowne jedwabie. Atłasy lyońskie, brokaty i meblowe plusze. Wełniane tyftyki. Złote i srebrne lamy oraz gustowne tafty”. Nieopodal znajdowała się mydlarnia:

Drzwi przy otwarciu potrącały zawieszony nad nimi dzwonek, zapowiadając klientów. Oczom wchodzących ukazywał się rozległy, mroczny, wobec zasłoniętych półkami okien, kwadratowy sklep. Dwa kontuary ustawione wzdłuż ścian odgradzały towary od mnogich interesantów. Dopokąd w Rynku odbywano – skasowane później – jarmarki, bywało tu naraz i dwadzieścia osób. W ciągu pięćdziesięciu lat obsługiwał ich ten sam człowiek [Klemens Zarod] […] Mydlarnię otwierał o siódmej rano, zamykał o siódmej wieczorem. Nie pamiętano go chorego lub na urlopie[…] W sklepie przy długich kontuarach znajdowały się cztery identyczne stanowiska; każde składało się z szuflady i zapasu papieru, sznurka i drobnych pieniędzy do wydawania reszty. Umożliwiały one błyskawiczną obsługę klientów gdy napływali falą.

Z kolei we wschodniej pierzei Rynku mieściły się delikatesy Hönigmanów; pisał o nich Jerzmanowski: „Przekroczyłem drzwi – i osobiście zajął się mną właściciel. Kiedy poprosiłem o tabliczkę czekolady, wskazał mi gablotę i w jej szybie widniejący czworobok ułożonych tabliczek. Dowiedziałem się, że od lewej górnej w prawo ulokowano mleczną do najbardziej wytrawnej; od góry w dół – najdroższą do najtańszej”. Jan Hönigman uchodził za największego znawcę win w całych Kielcach oraz posiadacza, w piwnicznym loszku swojego sklepu, wyjątkowych roczników dla specjalnych klientów.

Wystarczy ten pobieżny przegląd dawnych kieleckich sklepów, żeby zauważyć, jak bardzo opierały się one na postaciach swoich właścicieli, którzy najczęściej całe dnie spędzali za kontuarem. I jak ta ich obecność wpływała na poziom, żeby nie powiedzieć styl obsługi klientów. Jest to z pewnością coś, czego możemy zazdrościć ówczesnemu handlowi, my, ludzie epoki sklepów wielkopowierzchniowych.

***

Znaczna część kieleckiego handlu, zarówno codziennego, prowadzonego w sklepach, jak i targowego – zależała od Żydów. Nie był to przecież jedyny ich udział w życiu miasta, wpisali się w jego codzienność na długie dziesiątki lat, silnie i znacząco. Do tego stopnia, że wyrwanie Żydów z tego kieleckiego świata, którego dokonała wojna i lata następujące bezpośrednio po niej, przyniosło poważne konsekwencje tożsamościowe i do dziś pozostało, jak sądzę, niezabliźnioną raną w sercu miasta. Za wyrwanie to odpowiadają, niestety, również sami kielczanie. Nie bez powodu, w wielu miejscach świata miasto kojarzy się jedynie z pogromem kieleckim z 1946 roku. I choć znamy dziś wiele faktów, które czynią tło tego wydarzenia bardziej skomplikowanym, z elementami politycznymi (prowokacją) na czele – to przecież nie unieważniają samego wydarzenia i nie unieważniają winy. Aby jednak o tym opowiedzieć, wypadnie cofnąć się najpierw w głąb historii lokalnej i prześledzić dzieje stosunków polsko-żydowskich w Kielcach. A są to stosunki od samego początku naznaczone jakąś niedobrą rysą, w której da się dostrzec początek późniejszych spraw.

Żydzi jako mieszkańcy Kielc, to zjawisko stosunkowo niedawne. Podczas, gdy w większości polskich miast i miasteczek osiedlali się oni już od wczesnego średniowiecza – tu obowiązywał zakaz takiego osadnictwa. Co ciekawe, nigdy nie był to formalny przywilej (czy może raczej anty-przywilej); rzecz wynikała jedynie z faktu, że kolejny biskupi krakowscy, właściciele Kielc do końca XVIII wieku, wydawali zarządzenia zabraniające Żydom zamieszkiwać w obrębie ich majętności. Wydawałoby się więc, że przejście Kielc pod władze państwowe (najpierw zaborcy austriackiego, a następnie Królestwa Polskiego) unieważni zasadę ustanowioną przez poprzednich właścicieli. Tak się jednak nie stało. Nadal odmawiano Żydom prawa do osiedlania się w Kielcach. Dopuszczając jednak, aby prowadzili w mieście interesy, co też się działo. Na początku lat 30. grupa chęcińskich kupców wyznania mojżeszowego wystąpiła do władz o możliwość zameldowania w Kielcach. Rozpoczęło to trwającą około trzydziestu lat batalię o prawa osiedlania się Żydów. Z jednej strony występowali kupcy chrześcijańscy, broniąc swojej rynkowej pozycji. Z drugiej coraz liczniejsi Żydzi, pochodzący głównie z Chęcin. Władze miejskie odpowiadały się to po jednej, to po drugiej stronie, wykonując wielokrotne wolty. W latach 20. „znaczniejsi obywatele miasta” (w rzeczywistości było to grono zamożnych kieleckich właścicieli i przedsiębiorców) wnioskowali do Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych o „niedopuszczenie Żydów do zameldowania w mieście pod żadnym porządkiem”, uzasadniając: „Lud zaś izraelitów, jako zawsze chytry, łakomy, podstępny, zawsze wierny, a szczególnie prawowiernem obłudny i nieprzyjemny, wiary nie wart”. Odpowiadał na to ówczesny prezydent miasta, Dominik Wójcikowski: „dopóki ja żyję Kielce od Żydów będą wolne”; co się nawet i ziściło, bo zmarł on w 1845 roku. Kolejna inicjatywa kupców żydowskich, czyli magazyn towarów dla wojska rosyjskiego założony na Przedmieściu Warszawskim, spotkał się z ponownymi protestami mieszkańców. Właściciele magazynu pisali, „że jeżeli miasto Kielce posiada jakieś przywileje niech złożą, jak rozpoznane, czy są legalne, których pewnie nie posiadają wcale”. Miasto faktycznie takich dokumentów nie posiadało, powoływano się co prawda na przywilej Stanisława Augusta, ordynację Adama hr. Przerębskiego czy decyzję bpa Michała Sołtyka, stwierdzając jednak, że żaden z tych dokumentów się nie zachował; dodawano więc, że „istnieje zadawniony  zwyczaj, że Żydzi w Kielcach nie mieszkali, a tylko na jarmarki i targi z towarami przybywali”. W 1833 roku Rada Administracyjna Królestwa Polskiego orzekła, że „wolno jest starozakonnym w mieście Kielcach osiedlać się i stale w nich zamieszkiwać”. Poczyniono też przygotowania do założenia w mieście dzielnicy żydowskiej. Te działania przerwał jednak protest kupców kieleckich, którzy doprowadzili do wycofania się władz z pierwotnej deklaracji. W praktyce wielu Żydów zamieszkało w okalających folwarkach i wsiach (Pakoszu, Głęboczce, Górnym Szydłówku), prowadząc swoje przedsiębiorstwa na przedmieściach Kielc. Kilku z nich – jak Maria Szlamowicz prowadząca jadłodajnię czy introligator Szymcha Hachl – otrzymało, w ramach wyjątku, prawo stałego pobytu w samym mieście. Grupa wpływowych kielczan znów protestowała, władze wydały nakaz opuszczenia miasta dla wspomnianych mieszkańców żydowskiej narodowości, który jednak nie został zrealizowany, bowiem co przeszkadzało jednym, to było obojętne czy nawet z korzyścią dla drugich (na przykład dla właścicieli kamienic wynajmujących Żydom mieszkania). Tak więc na powrót wydano pozwolenia na pobyt, po raz wtóry zareagowali kupcy (pod przewodnictwem Jana Malinowskiego i Ignacego Smoleńskiego; nota bene ten drugi utracił dotychczasowe prawo dzierżawy podatku propinacyjnego na rzecz Izraela Tykocinera), doprowadzając do kolejnych nakazów eksmisji, częściowo tylko realizowanych.

Przepychankom położył kres dopiero ukaz wydany przez cara za sprawą Aleksandra Wielopolskiego w 1862 roku, który na terenie całego królestwa znosił wszelkie zakazy dotyczące osiedlania się Żydów. W ciągu następnych kilku lat zamieszkało ich w Kielcach ponad tysiąc, największy napływ nastąpił jednak w latach 70. i 80,. czyli w czasie, gdy doprowadzono do miasta linię kolei Iwanogrodzko-Dąbrowskiej. Pod koniec XIX wieku Żydzi stanowili około 30% z liczącej wtenczas ponad 20 tysięcy osób populacji miasta.

Zaledwie osiem dekad dzieli więc początek masowego osiedlania się Żydów w Kielcach i lata drugiej wojny, która przyniosła ich zagładę i zniknięcie. Niedługi to czas, w porównaniu do wielu innych miast i miasteczek, także na Kielecczyźnie. Choć nie tak znowuż krótki, biorąc pod uwagę nowoczesną historię Kielc (1816-1945). Okres ten wystarczył jednak, aby zrośli się z miastem lokalni Izraelici – jak nazywał ich nieraz Iwaszkiewicz – aby się tu zakorzenili i mogli nazywać to miejsce swoim domem.

Najwięcej z nich mieszkało w dzielnicy żydowskiej rozciągniętej pomiędzy Plantami a ulicą Starowarszawską, na terenach, które w latach 60. XX wieku przeznaczono na nowy dworzec autobusowy i budynki urzędu wojewódzkiego, burząc uprzednio resztki zrujnowanych kamienic. Ale duża grupa rozsiana była po mieście, w mniejszych (na przykład przy ulicy Sienkiewicza) lub większych (na przykład w okolicach placu Bazarowego) skupiskach.

Zawodowo Żydzi nie ograniczali się do handlu, rzemiosła i szynkowania. Za ich sprawą – choć również za sprawą okoliczności zewnętrznych, na czele z budową kolei – zawitał do Kielc wielki przemysł. Do Abrahama Zagajskiego, pochodzącego z Chmielnika, należał od 1885 roku kamieniołom Wietrznia. Kadzielnię odkupił od spółki „Dobrzański i S-ka” Juda Erlich z Działoszyc. Uruchomiono hutę szkła Leonów i fabrykę cementu. Żydzi prowadzili liczne garbarnie. Ale chyba najmocniej rozwinął się w Kielcach i okolicach przemysł drzewny. A w przemyśle drzewnym królem był Henryk Nowak.

Henryk Nowak pochodził z Łodzi. Dowiedziawszy się o planach kieleckiej kolei, od razu wykupił rozległe tereny w okolicach projektowanego dworca, do tego nabył folwarki: Piaski, Czarnów, Głęboczka – przez które przebiegać miała linia kolejowa. Szybko pomnożył majątek, sprzedając place w centrum miasta. Założył dwa tartaki, a następnie także wspomnianą już fabrykę mebli giętych pod nazwą „Henryków”, która niebawem rozpoczęła ogromną produkcję eksportowaną na rynek rosyjski.

„Nowak był człowiekiem szalenie skąpym – pisze Jerzy Jerzmanowski. – Kiedy w majątku Piaski jego żona z małymi synami spędzała lato, musiała płacić pełne ceny za mleko, owoce i warzywa, dostarczane z obory czy ogrodu”. Włączał się jednak w działalności żydowskich inicjatyw charytatywnych, przez jakiś czas był prezesem organizacji Linas Hacedek (hebr. Uczciwy Nocleg). Lecz coś musiało być na rzeczy z tym jego prywatnym skąpstwem, gdyż to ono, pośrednio, zdecydowało o dramatycznym losie Nowaka. Otóż, w początkach pierwszej wojny, gdy Rosjanie opuszczali miasto, aresztowali oni kilku znaczniejszych jego mieszkańców. W tym gronie znalazł się również najbogatszy kielczanin. Zakładników zamierzano wysłać na Syberię, czasowo przetrzymywano ich jednak w kieleckim więzieniu. Jak to w takich razach bywało, zwłaszcza, gdy sprawa była z Rosjanami, istniała możliwość wykupienia więźniów za łapówki. Zaufani Nowaka ustalili kwotę za jego wypuszczenie – 5 tysięcy rubli – ale mocodawca nie zgodził się na tę sumę, mówiąc, że maksymalnie może dać 500. Pojechał więc na Syberię, skąd nigdy nie wrócił. Po wojnie fabrykę nie bez trudności przejęła wdowa po nim wraz z dwoma synami, Stefanem i Jerzym. Pierwszy z nich zginął później w getcie warszawskim, drugi był znanym kierowcą wyścigowym, przeżył wojnę, walcząc w armii generała Maczka.

Nie wiem, na ile żywa jest w Kielcach pamięć Henryka Nowaka. Być może odnawia się tylko przy takich okazjach, jak ta sprzed kilku laty, gdy stało się głośno, że spadkobiercy przemysłowca wysunęli roszczenia o zwrot nieruchomości na Czarnowie (obecnie jest to jedno z kieleckich blokowisk). Mam jednak wrażenie, że duch wielkiego biznesu ma się w mieście całkiem nieźle. Tym łatwiej odżył on na początku lat 90., gdy pojawiały się fortuny, z których większość równie szybko upadła, ale część przetrwała i dała początek rodzimej oligarchii. Wskutek tego mają i współczesne Kielce swojego Henryka Nowaka, a biorąc pod uwagę motoryzacyjną pasję Michała Sołowowa, bo o nim oczywiście mowa, można powiedzieć, że jest on połączeniem ojca Henryka i syna Jerzego – wszak w czasach wszechstronnego przyspieszenia wiele losów ludzkich próbuje się zmieścić w jednej biografii.

***

Dość szybko społeczność żydowska wrastała w życie Kielc. Symbolicznym faktem tej obecności było powstanie synagogi z początkiem XX wieku. Do tej pory bowiem modlono się w prywatnych domach, niewielkich salkach bożniczych, w zwykłych kamienicach. Plac na cele budowy znajdujący się przy ul. Nowowarszawkiej (obecna Warszawska 17) gmina żydowska zakupiła już wcześniej. Ale dopiero znaczny datek Mojżesza Pfefera w wysokości 20 tysięcy rubli utorował drogę realizacji zamierzenia. Projekt sporządził, niejako z urzędu (bo tak to wtedy działało, że wnioskowało się o sporządzenie projektu do jednego z wydziałów administracji lokalnej), Stanisław Szpakowski, inżynier-architekt guberni kieleckiej.

Elewacje synagogi, wzbogacone niezbyt głębokimi ryzalitami, licowane spoinowaną cegłą, zdobiły detale o motywach – podobnie jak łuk sklepienia nawy – wzorowanych na architekturze arabskiej. Mimo iż synagoga zbudowana została już w wieku XX, to duchem tkwiła jeszcze w XIX stuleciu, w którym w ramach niemal powszechnie obowiązującego eklektyzmu, usiłowano przyporządkować poszczególnym grupom obiektów – odpowiadające im (zdaniem XIX-wiecznych teoretyków architektury) najwłaściwsze style. Dla odróżnienia synagog od świątyń chrześcijańskich (które prawie wyłącznie wznoszono wtedy w stylu neogotyckim lub neoromańskim), za najbardziej odpowiednie uznano dla nich stylistykę orientalną – arabską lub hinduską. Szpakowski wpisał się w obowiązujący wówczas nurt, naśladując w projekcie kieleckiej synagogi inne współczesne europejskie realizacje – np. w Wiedniu czy we Wrocławiu.

Kielecka synagoga została zniszczona przez Niemców, którzy w kolejnych latach wojny wykorzystywali ją na areszt i skład zrabowanego mienia. Pod koniec lat 40. zamierzano odbudować ją w pierwotnym kształcie. Wraz z nastaniem socrealizmu plany te uległy jednak zmianie, a remont wykonano w duchu klasycystycznym. Do dziś mieści się tam archiwum miejskie.

W pierwszych latach XX wieku uwidoczniły się też liczne inicjatywy społeczności żydowskiej w Kielcach. Poza wspomnianymi już organizacjami dobroczynnymi, tworzono szkoły (męskie Gimnazjum Gminy Wyznaniowej Żydowskiej czy ośmioklasowa szkoła dla dziewcząt prowadzona przez małżeństwo Wolmanów), szpitale (pawilon żydowski przy Szpitalu Aleksandra), w końcu liczne stowarzyszenia polityczne. Na tym ostatnim polu wyraźnie widać było tarcia pomiędzy bardziej tradycyjną częścią żydowskiej diaspory pochodzącą w głównej mierze z okolicznych miasteczek, a Żydami nowoczesnymi, którzy przybywali do miasta z Warszawy czy Łodzi. Za sprawą tej ostatniej grupy, w której dominowała młodzież, założono pierwsze organizacje syjonistyczne, które ewoluowały m. in. w partie Poalej Syjon czy Bund. Biedniejsze środowiska żydowskie chętnie przyłączały się też do rosnących w siłę partii socjalistycznych i komunistycznych.

***

Jak układały się kieleckie stosunki polsko-żydowskie w tamtym czasie? Do drugiej dekady XX wieku na ogół dobrze. Może świadczyć o tym fakt, że endecka akcja bojkotowania żydowskich sklepów uruchomiona w 1912 roku, pomimo znacznej siły przebicia w lokalnej prasie, nie skłoniła kielczan do masowego jej realizowania. Prawdą jest jednak i to, że taka systematyczna działalność zaczęła budować (odbudowywać?) nastroje antyżydowskie, które doprowadziły – w trudnych, głodnych dniach początku niepodległości, w symboliczny dzień 11 listopada 1918 roku – do zamieszek skierowanych przeciwko Żydom; czterech z nich zabito, a ponad stu raniono. Tlił się więc ten propagowany antysemityzm, trafiając od czasu do czasu na podatny grunt, jak w historii przytoczonej przez ks. Jacka Pycię (o którym przyjdzie jeszcze opowiedzieć później, gdyż jest to typ arcyciekawy):

Jakiś czas mieszkałem przy budującym się kościele Św. Krzyża w Kielcach. Raz przed sumą widzę kilkunastu wzburzonych kolejarzy idących do mieszkania ks. Raczki i strasznie wyklinających na Żydów: te parchy to nam wszystko zabiorą – oni i do kościoła wejdą itd. Awantura powstała z racji figury Św. Jana Nepomucena kapłana stojącej przy studni przy ulicy niedaleko kościoła. Kolejarze mówili, że to figura Św. Jana Chrzciciela, Żydzi obecni tłomaczyli, że nie jest to figura Św. Jana Chrziciela, gdyż miałby inny ubiór pusteliczny dawny, a nie ubiór kapłański czyli Żydzi tłomaczyli dobrze i prawdziwie, na co kolejarze bardzo się oburzyli na nich.

Jednak w dwudziestoleciu międzywojennym – wbrew temu, co mógłby zapowiadać ten ponury, symboliczny początek – nie było większych konfliktów między kielczanami wyznania mojżeszowego a kieleckimi katolikami. W dużej mierze przyczyniła do tego postawa lokalnej inteligencji, która przyjęła wielu Żydów pomiędzy siebie. Także i oni, zwłaszcza ci zasymilowani, angażowali się w życie miasta. W skład Rady miejskiej wchodziło koło żydowskie, mające w swoim gronie takich ludzi, jak Herman Lewi, który zginął rozstrzelany przez Niemców wraz z całą rodziną w 1943 roku; a przed śmiercią zdążył krzyknąć: „Niech żyje Polska, precz z Hitlerem!”.

Co się więc stało w 1946 roku, że w Kielcach, które świadkowały zagładzie Żydów, indywidualnej i zbiorowej wielkiej tragedii Holocaustu – że tu, w tym nieszczęsnym mieście doszło do pogromu zwanego kieleckim? Przypomnijmy w skrócie ten straszny dzień lipcowy: grupa kielczan, w tym uzbrojeni w pręty robotnicy fabryczni, od samego rana oblega kamienicę przy ul. Planty 7 zamieszkiwaną przez Żydów. Pretekstem ma być to, że więziony jest tam rzekomo, w piwnicach (później okazało się, że kamienica nie ma piwnic), chrześcijański chłopiec Henio Błaszczyk. Tłum wyciąga z budynku kolejnych mieszkańców i przez cały dzień systematycznie ich morduje. Ginie około 40 osób, w tym kobiety i małe dzieci. Wydarzeniom przypatruje się milicja obywatelska. Wskutek mordu, oskarżonych i straconych zostaje 9 osób. Henio Błaszczyk „zostaje odnaleziony” (warto obejrzeć jego jedyną przejmującą relację tych zdarzeń z lat 90.). O pogromie kieleckim napisano tysiące stron, zrobiono kilka filmów. Większość z nich próbuje udowodnić adwersarzom winę Polaków lub, odwrotnie, całkowity brak winy. Jest też, jak zwykle w takich przypadkach przerzucanie się liczbami zabitych, że może nie 40 a 36 itd.; jakby to miało jakieś znaczenie. Mało prawdopodobne, że dowiemy się więcej o tym lipcowym wydarzeniu, od strony faktycznej rzecz jest gruntownie zbadana. Nie pomaga to jednak odpowiedzieć na wiele pytań. Bo, choć wydaje się mocno przekonujące, że za działaniami tłumu stała prowokacja służby bezpieczeństwa, to wiadomo także, że podobne prowokacje próbowano robić w Rzeszowie i Krakowie, i tam skutku nie odniosły. Cóż więc było w kielczanach, że dali się podjudzić? Czy przerzucenie części odpowiedzialności na aparat państwowy umniejsza winę ludzi, którzy mordowali? Zdaje mi się, że stawianie tych pytań, jak próby ferowania kategorycznych racji – na nic się tu zdadzą. Wina nie zniknie, i każdy z kielczan będzie nosił ją w sobie, tak jak musi nosić symboliczne kojarzenie swojego miasta z wydarzeniami sprzed 70 lat. Rozważać warto o tyle, o ile można ustalić społeczne uwarunkowania pogromu (ale czy w ogóle można, czy nie jest to szersze, filozoficzne pytanie z dziedziny unde malum?). W tym względzie, jak sądzę, warto jednak kilka rzeczy powiedzieć. Po pierwsze to, czym była społeczność kielecka w roku 1946. A była w znacznej większości grupą napływowych, wystraszonych przez wojnę, zagubionych i nieszczęśliwych jednostek (bardzo przejmująco pisał o tym zjawisku Zbigniew Antolski, samemu będąc emigrantem, choć nieco późniejszym, ze wsi do miasta). Była też, w mniejszej części, zbiorem karierowiczów, ludzi bez skrupułów, którzy na gruzach nieszczęścia innych, postanowili zbudować swój dobrobyt. Była w końcu, w jeszcze mniejszej części, niedobitkami lokalnej inteligencji, która – jakkolwiek daleko niedoskonała, o czym będzie jeszcze mowa – przed wojną miała jednak wpływ na całą kielecką społeczność, a po 1945 utkwiła w głębokiej bezradności. Któż więc – w takim entourage’u społecznym – może brać odpowiedzialność za grupę rozszalałych chłoporobotników? Nikt nie może, a jednocześnie wszyscy muszą. Jest to swoisty, nasz rodzimy konflikt tragiczny, z którego nie ma dobrych wyjść – a my się ciągle – jako Polacy – nie możemy się z tym pogodzić. Tak, jak nie widzimy owej zależności, która się w czasie pogromu najostrzej uwypukliła – że masy społeczne dopuszczone do pozornego decydowania, pozbawione organicznie tworzonej inteligencji, za to wystawione na działanie politykierów i ich propagandy – są tylko narzędziem w rękach silniejszych i sprytniejszych. Brzmi to niestety bardzo złowieszczo w czasach demokracji mas.

***

Bogatych rodzin żydowskich było w Kielcach zaledwie około trzydziestu, do tego jakieś sto rodzin należących do inteligencji zawodowej; na przykład rodziny Zagajskich, Rzędowskich, Paradistalów, Szperów, Lewich, Freimanów, Rozenbergów, Hassenbeinów, Kaminerów. Znaczna większość Żydów żyła ubogo, trudniąc się szewstwem, krawiectwem, różnego rodzaju handlem. W tej ostatniej dziedzinie ważnym polem ich działalności było drukarstwo i księgarstwo.

Z pozostałościami tej działalności, choć już bez udziału żydowskich księgarzy, zetknąłem się w latach 90., gdy czasami odwiedzałem z mamą antykwariaty. Lecz świadome i istotne doświadczenia miały przyjść jeszcze później. Nie pamiętam kiedy, podczas których z moich kieleckich spacerów, odkryłem antykwariat Andrzeja Metzgera. Na pewno było to wiele lat po naszej wyprowadzce z miasta. Zdaje mi się, że było to latem. Że miałem zaraz wyjeżdżać z Kielc, że dosyć mi się spieszyło. Ale poszedłem z jakiegoś powodu w górę Sienkiewicza – w przeciwną stronę niż należało, aby dostać się do samochodu. Może chciałem jeszcze przedłużyć ten pobyt, zbyt krótki, jak każdy, pozostawiający niedosyt. Przeszedłem więc mostek na Silnicy, minąłem Teatr Żeromskiego, Hotel Bristol, cofnięte frontony budynków pomiędzy Kapitulną i Dużą. Gdy znalazłem się na wysokości antykwariatu – wszedłem mimowolnie, bez zastanowienia. Nie spodziewałem się takiego miejsca w Kielcach, tak bogatego księgozbioru, takiego wnętrza, takiej atmosfery prawdziwie księgarskiej; nie znam chyba żadnego porównywalnego antykwariatu w całej Polsce, te warszawskie zbyt są nuworyszowskie i pretensjonalne, te krakowskie nadmiernie skrzętne i studenckie. Wyszedłem chyba po przeszło godzinie z dwoma ciężkimi torbiskami. W prezencie od miasta dostałem kwitek parkingowy, który czekał na mnie za szybą samochodu.

Działalność Andrzeja Metzgera, zmarłego dość młodo w 2008 roku (od tego czasu antykwariat prowadzi jego bratanek, Igor Metzger) – jest to modelowy, i rzadko spotykany w czasach Empikowego monopolu, przykład najwyższej próby księgarstwa. Połączenie pasji, wiedzy i sprawnej organizacji.

Nawet kiedy mi się nie chce iść do pracy – mówił Andrzej Metzger w jednym z wywiadów – jestem zmęczony, czy jest brzydka pogoda – trzeba nadmienić, że ja nie cierpię zimna i deszczu – kiedy wchodzę do Antykwariatu, już jest święto. Już jest pięknie i jestem szczęśliwy.

Prowadził antykwariat przez ponad 30 lat. Organizował słynne Głośne Czytanie Nocą i cenioną w środowisku bibliofilskim Kielecką Aukcję Antykwaryczną. Był ogólnopolskim autorytetem w tej dziedzinie, a także wykładowcą bibliotekoznawstwa. Za jego sprawą Sienkiewicza 13 nie była jedynie miejscem sprzedaży książek, nie bez przyczyny zaliczano ją do kategorii lokalnych centrów kultury, gdzie działy się takie między innymi rzeczy: „Czasami studenci robią sobie w antykwariacie nasiadówki. Kiedyś obsiedli wszystkie stoliki, aż musieliśmy dostawiać krzesła i sobie debatowali, czytali. Mnie to nie przeszkadza, bo antykwariat to miejsce spotkań i chcę, aby takim pozostał”.

W zjawiskach takich, jak Antykwariat Metzgera dużo zależy od ich spiritus movens, od zdolności organizacyjnych właściciela, od jego wiedzy, mądrości. Mam jednak wrażenie, że to nie wystarczy. Że sam zapał właściciela nie zbuduje niczego, jeśli nie trafi na odpowiedni grunt; będzie jak to ziarno rzucone na drogę. W tym sensie twierdzę, że taki antykwariat mógł się udać tylko w Kielcach; w Kielcach z ich wyjątkową, unikalną kulturą książki.

***

Sam Metzger jako ważnych swoich mistrzów wymieniał Stefana Szalay’ego, przedwojennego dyplomatę, który po 1945 roku prowadził księgarnię Czytelnika na rogu Sienkiewicza i Małej, oraz jego żonę Irenę, pierwszego powojennego antykwariusza Kielc, zwolnionej z powodów politycznych, pracującej potem w bibliotece Seminarium Duchownego. „Ona mnie wychowywała i uczyła, jak być dobrym antykwariuszem” – mówił Metzger. Ale i ci kieleccy księgarze z przypadku mieli swoich zacnych poprzedników.

Początki bibliotek kieleckich upatrywać można w działalności szkoły seminaryjnej, założonej w 1725 roku przez biskupa Szaniawskiego, prowadzonej przez księży komunistów (Zgromadzenie Księży Świeckich, które nazywano też Bartolomitami), na bazie której powstała później Szkoła Departamentowa. Miała ta placówka swoją bibliotekę, którą w takim kształcie zobaczył w 1829 roku Ujazdowski: „Biblioteka seminaryjska zawiera książek w różnych przedmiotach i językach do 3000. Znać z ułomków pozostałych iż kiedyś liczniejszą była, lecz częścią w czasie wojen i pogorzeli umniejszoną została. Nie bez tego też dzieł lepszych przez wziątek lub pożyczkę nie utraciła”. O dalszy rozwój biblioteki dbał zarząd szkoły oraz co zamożniejsi mieszczanie. Pojawiają się też w Kielcach pierwsze księgozbiory prywatne. „Lubnictwo ksiąg i nauk wzmaga się powoli” – puentował Ujazdowski. W latach 30. XIX wieku książki do Kielc przywoził niejaki Gocel Salzstein. W kolejnej dekadzie – w okresie, gdy Żydom nie wolno było jeszcze zamieszkiwać w mieście – zezwolono na prowadzenie księgarni Aronowi Szönfeldowi, który jako jedyny wyraził taką gotowość. A że miasto chciało mieć tego rodzaju instytucję, wyrażono zgodę. Z tym „lubnictwem ksiąg” nie było więc chyba tak źle.

W drugiej połowie XIX wieku istniał już cały archipelag punktów księgarskich rozsianych po mapie niewielkiego jeszcze miasta. Od lat 60. przybyły z Poznania Michał Goldhaar prowadził Księgarnię i Skład Nut Muzycznych, Atlasów i Map Geograficznych oraz Materiałów Piśmiennych – najpierw w budynku Hotelu Europejskiego, następnie we własnej kamienicy przy Małej 35. W tej księgarni bywał podobno Żeromski. Goldhaar prowadził też czytelnię i antykwariat.

W 1870 roku, wspólnie z Leonem Gautierem, założył on „Gazetę Kielecką”, która ukazywała się dwa razy w tygodniu, w środę i niedzielę, i publikowała m. in. wykazy książek sprowadzanych przez Goldhaara do jego księgarni. Później, począwszy od 1874, długoletnim właścicielem pisma był Stanisław Sienicki (pierwowzór redaktora Olśnionego z Promienia). To za jego czasów na łamach „Gazety Kieleckiej” pojawiali się: Michał Bałucki, Walery Przyborowski, Władysław Ludwik Anczyc, Adam Asnyk, Józef Ignacy Kraszewski, Adolf Dygasiński, Bolesław Prus, Teodor Tomasz Jeż, Henryk Sienkiewicz, Gabriela Zapolska. Później gazeta wielokrotnie zmieniała właściciela. Od 1871 roku wydawał też Goldhaar Pamiętnik Kielecki – była to publikacja w rodzaju kalendarza staropolskiego, a więc istne silva rerum – redagowany przez ks. Władysława Siarkowskiego, tego „po trosze etnografa i historyka, a po trosze literata”, jak go określiła Marta Meducka.

Starsza od sklepu Goldhaara była założona w 1846 roku księgarnia Leona Możdżeńskiego. Przez blisko dwadzieścia lat działała ona jako jedyna księgarnia na terenie całej guberni radomskiej. Także Możdżeński pojawia się, pod postacią Starego Antykwariusza, w Promieniu; jak pisze Maria Urbańska w bardzo szczegółowym studium porównującym fikcyjny Łżawiec do rzeczywistych Kielc:

Księgarnia Leona Możdżeńskiego odegrała natomiast inną rolę w życiu pisarza. Najwidoczniej pewne szczegóły często odwiedzanej antykwami wywarły na Żeromskim tak silne wrażenie, że stały się czynnikiem kształtującym jego wyobrażenia o tym przedmiocie, co znalazło artystyczny wyraz w Promieniu. Zwłaszcza niezatarte wrażenie musiał na nim wywrzeć odznaczający się chłonnością intelektualną i pasją bibliograficzną jego właściciel, skoro autor uczynił go wyrazicielem znamiennej cechy swej osobowości — kultu książki i upodobań bibliofilskich. Scena w antykwariacie to pokłon złożony tej wyróżniającej się na tle prowincjonalnego miasta postaci, z którą pisarz łączył swe młodzieńcze wspomnienia.

A tak pisał o Możdżeńskim księgarz Stanisław Król:  „Każdy, kto zna ówczesne stosunki kieleckie, przyzna, że owym sędziwym antykwariuszem, znawcą i zbieraczem starych druków i takim ich miłośnikiem, że często nie chciał się z nimi rozstawać, był Leon Możdżeński. Miał on księgarnię w domu [przy Dużej 15], który przetrwał do dnia dzisiejszego, a w którym obecnie się mieści filia Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej”. Księgarnia posiadała następujące działy: książek, czasopism, podręczników szkolnych, nut i materiałów piśmiennych. Za pośrednictwem syna, Stanisława, który studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, zaopatrywał się Możdzenski w prasę warszawską i specjalne zamówienia klientów.

Wysyłano je albo przez okazje, albo „przez furmana” lub też „kurierkę”. Książki i nuty zamawiane były u Gebethnera, Orgelbranda, Glucksberga, Breslauera, Hermanstadta i Mierzbacha. Najlepiej układały się stosunki z Gebethnerem i Orgelbrandem.

W 1883 na rogu Dużej i dzisiejszej Sienkiewicza księgarnię wraz z czytelnią, działającą pod nazwą „Leon i S-ka” – założył Leon Grostal (biznes księgarski był, jak widać domeną Leonów), wcześniej pracujący jako subiekt u Goldhaara. Funkcjonowała ona do 1940 roku, po śmierci założyciela prowadzona przez jego dzieci Feliksa, Jakuba i Zofię; wszyscy oni zginęli w czasie wojny, Feliks i Zofia w getcie kieleckim, Jakub w Warszawie. Wieloletnim pracownikiem księgarni był wspomniany już Stanisław Król, którego gawędy publikowano w 1959 roku w „Słowie Ludu”. Znaleźć w nich można barwne opisy z życia księgarni i jej klientów, jak ten na przykład:

Niektórzy [z klientów] schodzili się do księgarni od rana po kilku a czasem i więcej, siedząc lub stojąc dysputowano o literaturze, na aktualne tematy polityczne, o przygodach łowieckich, bowiem wśród tych gości byli też i zapaleni myśliwi […] poruszano sprawy miasta, a dym z papierosów i cygar przyciemniał sklep. Bywało, że ktoś z wschodzących klientów po dokonaniu zakupu zatrzymywał się i włączał do ogólnej rozmowy, nikomu specjalnie się nie spieszyło, nastrój panował zawsze swobodny, miły, serdeczny […] Zdarzało się, że część takiego towarzystwa na czele z moim szefem Feliksem [Grostalem] i nieodłącznymi Stanisławem Guzerą i Kazmierzem Jarońskim, przemykała się do znajdującej się niedaleko w hotelu Europejskim restauracji Maciejewskiego na śledzika. Nieraz przynosiłem dla obecnych po pół czarnej z cukierni Józefa Króla.

Także na ulicy Dużej mieściła się księgarnia, należąca Józefa Ungra. Był to wnuk i imiennik drukarza i księgarza, który w 1859 roku założył w Warszawie „Tygodnik Ilustrowany”, znanego także jako wydawca pism Kraszewskiego. „Kielecki Józef Unger – wspominał Jerzy Jerzmanowski – piękny mężczyzna z modną w owych czasach brodą, przybysz ze stolicy, poprowadził firmę z warszawskim rozmachem. Był pierwszym posiadaczem samochodu w 1904 roku”. Po wczesnej śmierci męża księgarnię przez długie lata prowadziła Michalina Unger. W domu przy Dużej 3 sprzedawano, poza książkami, także materiały piśmienne oraz gazety.

Kolportaż prasy – była to bowiem dziedzina pokrewna, choć nieco odrębna. Unger i inni księgarze konkurowali w niej z kioskarzami. A prekursorem handlu kioskarskiego był w Kielcach pochodzący z Armenii – Zenon Kiebabczy. On to na początku XX wieku otworzył swój pierwszy kiosk w bramie domu przy ulicy Dużej 8, obok cukierni Józefa Króla, a następnie kolejne: w Rynku, na dworcu kolejowym i w innych punktach miasta. Dobrze prosperujące przedsiębiorstwo przejął po ojcu syn Jerzy wraz z żoną Marią. Ta ostatnia, zostawszy już wdową, prowadziła kioski jeszcze w czasie drugiej wojny. Jak wyglądały kioski Kiebabczych można zobaczyć na zdjęciach, a od niedawna również na żywo, wystarczy wybrać się na kielecki Rynek, gdzie firma Kolporter postawiła replikę takiego kiosku, drewnianego z kopułowatym dachem, przypominającego nieco angielską budkę telefoniczną. Przypadek Kolportera jest zresztą jednym z zadziwiających przykładów kontynuacji, jaką zaobserwować można w kieleckim życiu gospodarczym, patrząc na jego rys przedwojenny i kształt, w jakim odrodziło się ono w latach 90. XX wieku (innymi przykładami są: przemysł drzewny i meblarski, produkcja materiałów budowlanych czy przemysł metalurgiczny).

***

Spotykali się więc dawni kielczanie w cukierniach Króla i Smoleńskiego, przesiadywali w restauracjach Hotelu Europejskiego i Bristolu, palili cygara dyskutując w księgarni Leona. Kłaniali się sobie nawzajem, spacerując po ulicy Dużej, widując się w sklepach Olędzkiej, Róży Kestenberg, w delikatesach Hönigmanów. Co to nam mówi o nich? Co nam to mówi o tamtej kieleckiej społeczności, o jej elitach nadających ton miastu?

Czy zaufać w tym względzie dziekanowi kieleckiemu, ks. Józefowi Ćwiklińskiemu, który w 1880 pisał: „Parafianie parafii kieleckiej w ogóle mówiąc są moralni, pobożni, gromadzą się na nabożeństwa w niedziele i święta uroczyste, dowodem tego jest, że kościół kolegiacki jest zawsze przepełniony, do spowiedzi tak licznie przystępują, że w żadne święto nie mogą być wszyscy wyspowiadani dla braku duchowieństwa parafialnego”? Czy raczej polegać na zapisanych dziesięć lat później obserwacjach młodego Stefana Żeromskiego:

Na świecie tak mało jest ludzi, że szukać ich w Kielcach byłoby co najmniej optymistycznym ryzykiem. Światek ten żyje życiem roślinnym tak wieczyście monotonnym, że ilekroć zdarza mi się po roku, po dwu do Kielc zajechać, nie znajduję zmiany żadnej. Te same twarze, ci sami emeryci, te same dewotki […], te same głupie oblicza młodzieży i głupsze jeszcze noski i buzie pseudomodnie ubranych panien, bajki miastowe te same i taż sama nuda wisząca w powietrzu, przesiąkająca wszystko, wciskająca się w głąb twego ciała jak wilgoć jesienna?

Czytając historię Kielc, czy szerzej historię XIX-wiecznego mieszczaństwa, nie sposób nie dostrzec tego jakiegoś marazmu, zadowolonej z siebie sytości, płaskich horyzontów, obłudy i hipokryzji – czyli tego wszystkiego, za co Młoda Polska będzie punktować zgniłą burżuazję. W tle barwnych i jakże ciekawych anegdot opowiadanych przez Jerzego Jerzmanowskiego też przecież widać puste dość życie od balu do balu, od obiadu do kolacji, od przechadzki po sklepach do wyjazdu w stronę Krakowa. W jednostkowej skali dobrze obrazuje to taki na przykład fragment wspomnień kielczanina: „Do spolonizowanych rodzin należeli Herlingowie-Grudzińscy. Mieszkali w Suchedniowie, oddalonym o 25 km od Kielc, lecz młodzież uczęszczała do kieleckich szkół. Najwybitniejszym z nich okazał się Maurycy Herling-Grudziński, jako cywilista wyróżniający się w warszawskiej palestrze”. Nie jestem pewien, czy pisząc swe wspomnienia wiedział Jerzmanowski o bracie Maurycego, Gustawie, lecz jestem przekonany, że nie zmieniłoby to jego osądu rodzinnej hierarchii – z perspektywy kieleckiej elity nie można było przecież pisarza stawiać nad prawnika. Jarosław Iwaszkiewicz, recenzujący w 1975 książkę Jerzmanowskiego, zwraca uwagę, jak w ogóle nie ma w tych wspomnieniach życia intelektualnego, literackiego, żadnego śladu wielkich pisarzy, którzy ocierali się o to miasto. Nic w tym może dziwnego, wszak Jerzmanowski jako syn dobrze sytuowanego geodety, Stanisława Sulimierskiego, znał Kielce nie od tej strony, które zajmowało się choćby literaturą, ale od strony rautów, interesów, kawiarnianych opowiastek. A w tym światku niewiele się zmieniło od czasów szkolnych Adolfa Dygasińskiego (czyli lat 60. XIX wieku), który tak opisywał ojca swego kolegi:

radca oddawał się głównie rozkoszom życia połączonym z siedzeniem: cały czas wolny od nieznacznych zajęć biurowych przepędzał w handlu win albo – za stolikiem zielonym. Pokochał namiętnie śniadanka, obiadki, kolacyjki i codzienną pulę tak, że nigdy nie miał już wolnej chwilki czasu na coś innego.

Przyswoiwszy sobie to krytyczne spojrzenie warto jednak pamiętać, że i z tego nieco leniwego życia, wynikało niejednokrotnie dużo dobrego – o czym niebawem będzie jeszcze mowa.

***

Nie powinien dziwić fakt, że to leniwe i niezbyt refleksyjne życie mieszczaństwa kieleckiego z podejrzliwością odnosiło się do wszelkich procesów, które zagrażały tegoż życia porządkowi. A tak postrzegane musiały być wszelkie narodowe zrywy.

Najmniej to było w widoczne w przypadku powstania listopadowego, ale i Kielce nie osiągnęły wtedy jeszcze swojej „mieszczańskiej” skali, licząc naonczas niecałe cztery tysiące mieszkańców. Zresztą wykorzystano wypadki grudnia 1830 roku, aby usunąć ze stanowiska nielubianego prezydenta  Stanisława Niewiadomskiego, który tak relacjonował tę sprawę: „w Rynku i po ulicach śmierć prezydentowi ogłaszano, zniewolony zostałem wyjechać z Kielc, dopóki te burze nie przeminą i bezpieczeństwo nie ustali się. Z tego korzystając też pospólstwo nakłoniło kilku obywateli do żądania wyboru innego prezydenta”. Zastąpił go Dominik Wójcikowski, zresztą po niedługim czasie dokonano zmiany powrotnej. Do powstania przystąpiło grono kilkuset uczniów szkoły kieleckiej, zachęcanych w szczególności przez dwóch nauczycieli – Stanisława Borzęckiego i Tadeusza Wagnera – kilkudziesięciu uczniów seminarium duchownego oraz część ubogich mieszkańców miasta, parobków, pracowników napływowych (z takich rekrutowało się dziewięciu wystawionych przez miasto kawalerzystów wysłanych do pułku Krakusów). Zamożniejsi obywatele zachowali w najlepszym razie daleko idącą obojętność wobec zrywu (jakkolwiek dbali o to, aby utrzymywać władze w mieście). Zdeklarowanym przeciwnikiem powstania był rektor szkoły ks. Andrzej Polejowski, takoż myślał regens seminarium ks. Tomasz Świątkowski, który uchylał się od płacenia wyznaczonego podatku wojennego (o tym Świątkowskim pisał później biskup Łętowski: „alumnów żywił kaszą stęchłą i kapustą z robakami. Gdy mu przyszło opuścić seminarium, trzy dni z niego wynosił pieniądze”). Wskutek kolejnych zaciągów żołnierzy organizowanych w Kielcach przez władze powstańcze, wskutek następujących po sobie rekwizycji, wskutek nakładania dodatkowych podatków – miasto popadło w ciężką sytuację żywnościową, prawie zanikł handel, a złe warunki sanitarne spotęgowała epidemia cholery.

Mało aktywny był też stosunek społeczności kieleckiej do powstania styczniowego. Tym razem sytuacja była odwrotna, miasto przez cały czas trwania zrywu pozostawało pod władzą carską, której naczelnikiem wojennym był generał Onufry Czengiery. Dołączanie więc do oddziałów powstańczych, dostarczanie im broni i innych produktów, a nawet jakakolwiek drobna współpraca informacyjna – wymagały odwagi i liczenia się z konsekwencjami w postaci aresztowań. Grozę potęgowała panująca w mieście atmosfera oblężonej twierdzy: „Wojsko obozuje na ulicach, działa przez kilka dni stały na Rynku, a lonty zapalone […] po chodnikach stojące warty spychają przechodniów na ulicę, idących tratują gęste patrole kozackie…”. W szeregi powstańcze, przede wszystkim do oddziału Langiewicza, w kilku turach wstąpiło kilkuset mieszkańców Kielc, w przeważającej większości uczniów gimnazjum. „Było nas w klasie trzeciej 43 uczniów – pisał Tadeusz Rybkowski, później znany malarz związany ze Lwowem – w czasie niespełna trzech tygodni zostało 14 osób, reszta poszła do szeregów”. Wśród młodych powstańców znalazł się także kilkunastoletni Aleksander Głowacki (czyli późniejszy Bolesław Prus). Stanisław Czarnowski wspominał: „W roku szkolnym 1862/3 kolegowałem w klasie VI z Aleksandrem Głowackim, później pisarzem, znakomitym głośnym Bolesławem Prusem, którego starszy brat był podówczas w szkole realnej kieleckiej nauczycielem; w następnym roku obaj bracia przenieśli się do Lublina, gdzie Prus ukończył gimnazjum jako zdolny matematyk”. W rzeczywistości Leon Głowacki uczył polskiego, łaciny i historii; po wybuchu powstania został oddelegowany przez Rząd Narodowy do Wilna, gdzie  zaczął popadać w obłęd (podobno była to trauma wojenna), który towarzyszył mu do końca życia. Poza uczniami rekrutowali się powstańcy z drobnych rzemieślników, niższej rangi urzędników, felczerów czy wojskowych. Wsparcie oddziałom zapewniali ulokowani w różnych miejscach członkowie zakonspirowanej organizacji narodowej, jak dyrektor szpitala Stefan Łuszczkiewicz, który uczestniczył w wydobywaniu osadzonych z więzienia przy ul. Zamkowej. Nieoczekiwanie przychylność Polakom wyrażali niejednokrotnie rosyjscy żołnierze, wśród nich strażnicy wspomnianego więzienia. „Nie wątpię — pisał Bolesław Anc — o postawie rosyjskich oficerów w garnizonie kieleckim, iż gdyby szanse powstania choć trochę się powiększyły, to kilkunastu z nich do nas by przystało”. Niektórzy, jak Andrzej Wołkow, Mitrofan Podhaluzin, Jakub Lewkin, rzeczywiście dołączali do oddziałów, nawet w obliczu nikłych szans. Nieraz przepłacali to głową, gdy, wraz z wygasaniem impetu powstania, nasiliły się represje i pokazowe egzekucje:

Dnia 30 czerwca 1863 roku – czytamy w artykule monograficznym Krzysztofa Urbańskiego – zostali rozstrzelani powstańcy Domagalski i Modliński, 3 lipca stracono Niemierycza, 8 lipca powieszono publicznie 22-letniego Józefa Guzowskiego, żołnierza Czachowskiego. […] 5 sierpnia 1863 roku rozstrzelano pod murem cmentarza ujętego z bronią w ręku powstańca Józefa Ryczewskiego, 23 grudnia stracono publicznie na szubienicy Żyda Izraela Łabniewicza posądzonego o to, iż pełnił służbę w żandarmerii powstańczej. Siedem dni później stracono Mikołaja Andersona, który jako Rosjanin przeszedł n a stronę polską. Wyrok wydano i wykonano w 24 godziny. Podobny los spotkał oficera z armii austriackiej Litwińskiego, pojmanego z bronią w ręku podczas walk z oddziałem Iskry.

Szczególną uwagę zwraca w tym zestawieniu narodowościowe zróżnicowanie zamordowanych powstańców – był to istotny rys zrywu z 1863 roku. Ważnym punktem tamtych miesięcy była na ziemi kieleckiej Karczówka, służąca jako punkt zborny powstańców, ich kryjówka, magazyn, skrzynka kontaktowa. Za to klasztor na wzgórzu został przejęty, w ramach popowstaniowych represji, na rzecz skarbu państwa, podobnie jak przejmowano majątki zaangażowanych w dywersyjne działania ziemian.

***

Życie towarzyskie Kielc postyczniowych to ilustracja stosunków polsko-rosyjskich w mikroskali. Codzienność niewielkiego miasta wyglądała pod tym względem mniej spektakularnie, niż najbardziej znane epizody z Polskiej historii końca XIX wieku. Chętnie układano się tu z narzuconą władzą carską. Oficerowie rosyjscy, wyżsi urzędnicy liczyć mogli na przychylność Kielczan. Była to zresztą sympatia obustronna, którą wiązały obopólne korzyści, brak problemów administracyjnych z jednej strony, wygodne i dostanie życie z drugiej. Dlatego zapewne naczelnik kieleckiej żandarmerii w 1879 roku zauważał: „Rosjanie we wszystkich wydziałach starają się pozyskać sympatię Polaków, […] dlatego też prowadzą z nimi rozmowy po polsku, […] czynią im liczne ustępstwa, a w rzeczywistości tracą swój autorytet i ulegają polskim intrygom”.

Takie uspokojenie polityczne miało jednak i swoje dobre strony. Pozwalało prowadzić życie spokojne, wypełnione codziennymi rytuałami, w pewnym sensie przednowoczesne, wolne od opresyjnej pracy, pośpiechu, gorączkowości. Widać to dobrze na przykładzie wspomnień Władysława Bielskiego, szlachcica z lubelskiego, uczestnika powstania listopadowego, którego późniejsze życie w Kielcach opisuje on sam w następujący sposób:

Po powstaniu [styczniowym] wybrałem sobie najstosowniejsze na dzisiejsze czasy zatrudnienie, zostałem wybrany radcą Towarzystwa Kredytowego […] Mam niewielką pracę – zacnych kolegów i spokojne życie – zwłaszcza zaś prawie stosunku z figurami rządowymi, o co mi głównie chodzi”. A to „spokojne życie”, przednowoczesne, jak je nazwałem, wyglądało na przykład tak: „Życie tu nadzwyczaj spokojne i jednostajne – przynajmniej co do mnie – wstaję o godzinie 7 rano – o 8 piję kawę i czytuję gazety – po czym ciągnę kabałę – o 10 się ubieram – idę powiedzieć żonie dobry dzień – po czym zasiadam przy biurku i jeżeli jest coś do załatwienia, załatwiam. O godzinę 1 idę na obiad (żona bowiem mieszka w Dyrekcji, ale w dziedzińcu), do 4 pozostaję z żoną – potem przychodzę do Dyrekcji i z prezesem Różyckim robię partię pikiety, która trwa trzy kwadranse […] Potem się zawsze ktoś z obcych zjawi i często bardzo przyjemna i zabawna bywa pogawędka. O 7 idę na herbatę, a po herbacie czytujemy z żoną do godziny 9. Wracam do siebie i bryftregier [listonosz] zwykle o tym czasie przynosi gazety, które do 11 ½ czytuję.

Sprzyjał ów model życia pasjom osobistym i sprawom, którym się, niezależnie od wykonywanego zawodu, oddawano. A były to rzeczy bardzo rozmaite. Taki na przykład Tomasz Zieliński, urzędnik i wysokiej rangi policmajster warszawski, który – otrzymawszy w 1846 roku stanowisko naczelnika powiatu kieleckiego – zasłynął w Kielcach ze swej potężnej kolekcji dzieł sztuki, starodruków, eksponatów archeologicznych, które gromadził w dzierżawionym neogotyckim pałacyku przy ul. Dużej, znanym dziś zresztą jako Pałacyk Zielińskiego.

Gdyby nam […] o Zielińskim mówić przyszło – pisał w 1860 roku Józef Łepkowski – dość byłoby pokazać muzeum jego — a to najwymowniej opowiedziałoby wszystkie zasługi i niezmordowaną pracę zbieracza. […] Wszędzie coś mówi ci o sztuce i przeszłości, a myśl spokojna ucieka w głębię duszy, budząc uczucie wdzięczności dla człowieka, co umiał tak się rozmiłować w pięknym i ojczystym, że w swym małym na pozór ogródku masz wszystko ręką jego utulone.

Właśnie tak serdecznie zapisał się on w pamięci wielu kielczan, czasem może z uzupełnieniem tej cechy, którą nieco żartobliwie podaje Józef Korzeniowski w powieści Garbaty, pisząc o Zielińskim jako o człowieku, „który kocha sztukę więcej, niż siebie i żonę”. Pomnik kolekcjonera i mecenasa kruszeje jednak nieco, gdy doda się, że bogactwo kolekcji ściśle korelowało z jego funkcją publiczną i skłonnością do łapownictwa. Mając możnych protektorów w Warszawie, na czele z samym Paskiewiczem, pomagał Zieliński w różnych sprawach, z niejaką – jak można się domyślać – dla siebie korzyścią. W kasie powiatu też się chyba nie wszystko zgadzało, bo w latach 50. przeciw naczelnikowi wytaczano z tego tytułu coraz to nowe śledztwa.  Również pierwsze nabytki kolekcji okazały się niepewnej proweniencji, coś niecoś okazało się pochodzić ze skrytki warszawskiego pałacu Paca, które stołeczna policja złupiła. Po śmierci Zielińskiego, wyszły na jaw także rozmaite jego długi, urzędowe i prywatne, z całą paletą wierzycieli – od skarbu państwa, przez firmy budowlane, po własną służbę. Nie stanęło to na przeszkodzie, by na uroczystym pogrzebie żegnały go tłumy kielczan; po nabożeństwie, „po którym ksiądz kanonik Kuliński miał mowę pogrzebową, urzędnicy przenieśli ciało jego tymczasowo na cmentarz tutejszy. […] Prawdziwy, nie udany żal i smutek, malujący się na twarzach obecnych, był najlepszym świadkiem, ilu miał przyjaciół i życzliwych, był najlepszym hołdem jego pamięci”.

***

Nieco gnuśna kielecka burżuazja okazywała się czasem zdolna do wielkoformatowego działania. Przychodzi tu na myśl przede wszystkim sylwetka adwokata Wiktora Jarońskiego, którego widzieliśmy dotąd jedynie wyglądającego zza Duninowskiego stolika w Hotelu Bristol. Był ów Jaroński uczniem Męskiego Gimnazjum Rządowego (częściowo w tych samych latach, co Żeromski), absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, zaangażowanym w Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, następnie działaczem Ligii Polskiej i Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego. Z ramienia tej organizacji zasiadał jako poseł w Dumie w latach 1906-1917, był zresztą jednym z najaktywniejszych posłów Koła Polskiego. W czasie burzliwych początków wojny 1914 roku, powziął samodzielną decyzję o wystosowaniu deklaracji o solidarności narodu polskiego z Rosją w jej walce z Niemcami – później wysoko ocenionej przez Romana Dmowskiego słowami „Nigdy w życiu żaden nasz krok polityczny tak mię nie ucieszył”. Deklaracja ta odegrała ponoć pewną rolę podczas rokowań traktatu wersalskiego, gdy angielski premier Lloyd George wysuwał wątpliwość, po czyjej stronie walczyła w tej wojnie Polska, skoro Legiony były pod komendą austriacką.

Były także kieleckie elity środowiskiem, z którego rekrutowała się najzacniejsza inteligencja polska, realizująca postulaty pracy organicznej, służby krajowi i współrodakom; zastępy oddanych nauczycieli, urzędników, lekarzy. Spośród tych ostatnich największa lokalna legenda otacza doktora Remigiusza Laskowskiego, pierwowzór bohatera Promienia Żeromskiego.

Był to człowiek młody – pisał krytyk literacki Stanisław Piołun-Noyszewski, też zresztą kielczanin – powszechnie ceniony i szanowany za swą ofiarną, najczęściej bezinteresowną pracę, śpieszący zawsze z pomocą cierpiącym, wspierający ubogich, człowiek rzadkiej szlachetności. To prawdziwie chrześcijańskie pojmowanie posłannictwa lekarza przyprawiło go o straszną chorobę. Wezwany do chorego kamieniarza zaraził się nosacizną, na którą medycyna nie zna jeszcze lekarstwa. Pogrzeb jego był jedną wielką manifestacją współczucia i miłości wszystkich warstw i narodowości miasta. Wielotysięczny tłum Polaków, Żydów i Rosjan, inteligencji i biedoty — zaległ ulice Kielc, oddając hołd ofierze obowiązku.

 Niezwykła to musiała być rodzina, owi Laskowscy, w której, gdy jeden z braci umiera, jego dzieło przejmuje drugi.

[Bronisław Laskowski] następnie przeniósł się do Olkusza – czytamy w artykule Marii Urbańskiej pt. Rzeczywistość i fikcja literacka w Promieniu Stefan Żeromskiego – a stamtąd po śmierci brata Remigiusza do Kielc. Poświęciwszy się niełatwej, jak widzieliśmy, sprawie wychowania dzieci zmarłego brata, dla zdobycia środków na ich utrzymanie i kształcenie przez trzydzieści lat pełnił w Kielcach różne funkcje: lekarza miejskiego, kolejowego, szkolnego w Szkole Handlowej im. Śniadeckich, zajmując się jednocześnie rozległą praktyką prywatną. Między innymi był domowym lekarzem Henryka Sienkiewicza i z tej racji odwiedzał Oblęgorek, przywożąc stamtąd ku uciesze dzieci swych braci kosze wybornych owoców, zwłaszcza dorodnych brzoskwiń. Odznaczał się sumiennością w spełnianiu obowiązków i zacnością charakteru, co mu jednało uznanie pacjentów i kolegów. Podobnie jak jego brat stał się on również ofiarą swojego zawodu; po odwiedzeniu w Jędrzejowie chorego kolegi, doktora Pitasa, zaraził się od niego tyfusem plamistym. W czasie jego choroby tłumy kielczan otaczały dom przy ul. Leonarda, oczekując na wiadomości o stanie jego zdrowia. Wieść o śmierci popularnego lekarza wywołała ogólny żal, na co wskazują wspomnienia pośmiertne zamieszczone w prasie lekarskiej. Zmarł 15 grudnia 1918 r.

Miało w końcu mieszczaństwo kieleckie swoich oryginałów, którzy w sobie tylko znany sposób rozbijali zatęchłą czy zbyt skostniałą jego formę. Znamienna to zresztą cecha Kielc. Jak sięgam pamięcią, dobrze widzę przeróżnych ludzi żartobliwych, ironiczno-sceptycznych, trochę hardych, z jakąś wewnętrznym uporem, ale i dystansem do siebie i swoich spraw. Do tego bardzo swoiste połączenie wielkiego patosu, rozedrganej emocjonalności, z twardą pragmatyką, pracowitością i żywym talentem. Można to studiować, czytając Dzienniki Żeromskiego.

Z tego ducha wyrósł niewątpliwie pewien kielecki oryginał – ksiądz Jacek Pycia. Tak wspominał go księgarz Stanisław Król:

„Ks. Jacek Pycia, kanonik, prof. Seminarium, autor paru książek z dziedziny prawa kanonicznego, napisał też trzy tomy pamiętników Nad Cichą i Nad Silnicą drukowane u Łęskiego, z zaznaczeniem, że jest to wydanie pośmiertne, choć sam autor je wydał pod literami P.I.P., nie było ich w sprzedaży, wybranym osobom wręczał z dedykacją, sekretne, na pamiątkę, dla rozrywki, ja również pamiętniki te od ks. Pyci dostałem. Ks. Pycia posiadał dużą wiedzę humanistyczną, wykładał m. in. grekę, specjalnie polecał Szwarca Chrestomatię grecką, przesiadywał często w księgarni z nieodłącznym cygarem w ustach, ciągle opowiadał i replikował, miał zwyczaj rozmawiając chodzić po sklepie, lubił żartować, przeważnie ironizował i ośmieszał soczyście różnych dostojników, czasem przepisywał w księgarni na maszynie jakąś swoją sekretną korespondencję po łacinie (adresowana była do Rzymu). Nie lubił nosić paczek w rękach, więc albo pchał je po kieszeniach (czasem chodził wypchany jak beczka), lub zawieszał paczki na guziku sutanny. Chodził często na stację oglądać przychodzące pociągi. Kupował lekką beletrystykę, przeczytane książki zazwyczaj rozdawał znajomym. Znał doskonale historię Kielc.

Jerzmanowski dodaje, że poza miłością do kolei (podobno wykupywał dwadzieścia peronówek dziennie i spędzał długie godziny obserwując przyjeżdżające pociągi), był także Pycia amatorem rzecznych kąpieli, które uprawiał niezależnie od pory roku, zazwyczaj w  Bobrzy, na tak zwanym Słowiku. Poza wspomnianymi książkami, które są oryginalnym połączeniem wspomnień ze swego rodzaju erudycyjnym przewodnikiem – opublikował w 1920 roku Prawo kanoniczne małżeńskie, do którego po dziś dzień odwołują się zajmujący się tą dziedziną. W latach 1914-1929 pełnił też funkcję kanclerza kurii biskupiej w Kielcach, na tej funkcji „prezentował model zachowawczego kurialisty, był ekscentryczny i konfliktowy, przy tym jednak bardzo pracowity, co wyrównywało trudności płynące z jego charakteru”. Owe „trudności charakteru” dawały się we znaki adwersarzom księdza Pyci. Pewnego razu, pisze Jerzmanowski, „sprowadził oryginalny pergamin papieski. Wypisawszy na nim dla ks. Obuchowicza [swojego zaciekłego wroga] nominację na biskupa sufragana i przywiesiwszy biskupie pieczęcie woskowe, namazał u spodu nieczytelny podpis. W odpowiednio uroczystej kopercie dokument powędrował do adresata. Uszczęśliwiony nominat przybiegł z dziękczynieniem do biskupa ordynariusza ks. Augustyna Łosińskiego. [Biskup odpowiedział nieszczęsnemu „nominatowi”]: Nie mnie. Podziękuj Pyci”. Pośród wielu zajęć księdza, które udawało mu się realizować pomimo godzin spędzanych w księgarni Leona z cygarem w ustach, było także redagowanie (w latach 1911-1917) – „Przeglądu Diecezjalnego”, gazety kurii kieleckiej, która publikowała m. in. artykuły historyczne na temat różnych świętokrzyskich parafii. Taki opis parafii kieleckiej, bardzo zresztą rozbudowany i szczegółowy, dał później sam Pycia w książce Nad Silnicą.

***

Dopływ świeżego powietrza, niepowagi, żartu, społecznej krytyki, naturalności – zapewniało kieleckim elitom tutejsze szkolnictwo. Była to instytucja szczególna. Nie bez przyczyny wiele książek bezpośrednio czy pośrednio traktujących o Kielcach to tak naprawdę wspomnienia lat szkolnych, jak ma to miejsce w: Dziennikach i Syzyfowych pracach Stefana Żeromskiego (uczył się w Męskim Gimnazjum Rządowym w latach 1874-86), W Kielcach Adolfa Dygasińskiego (uczęszczał do Wyższej Szkoły Realnej na przełomie lat 50. i 60. XIX wieku), Ściądze z miłości Zdzisława Antolskiego (Liceum Stefana Żeromskiego, lata 60./70. XX wieku). Dają nam one wgląd w realia życia uczniowskiego różnych epok, czasem wyjątkowo egzotyczne, innym razem wyjątkowo śmiałe w porównaniu do wyobrażeń, jakie mamy być może o dawnych szkołach. Wspominający gimnazjum z lat 1837-1840 Antoni Borkowski opowiada taką oto historię:

Niektórzy zaś uczniowie przynosili rozmaite książki i wsadziwszy je pod ławkę czytali je zawzięcie. Na takich Jakubowski polował ciągle i gdy złapał, nie przerywając wykładu, podsuwał się powoli i palił winnemu niemiłosiernego „byka” w głowę („byk” było to silne uderzenie końcem palca trzeciego założonego na palec wielki). Mnie diabeł podsunął koncept, jakoby to śliczna rzecz była, palnąć takiego samego byka panu profesorowi. Ułożywszy więc stosowny planik, oświadczyłem publicznie w klasie przed lekcją, że Jakubowskiemu dam w czasie lekcji „byka”. W tym celu przenoszę się z pierwszej do drugiej ławki, biorę pierwszą lepszą książkę, opuszczam ją rękami pod ławkę i gdy Jakubowski wpadł w ferwor wykładu, udaję, że ją czytam. Jakubowski spostrzega to, posuwa się powoli i gdy się pierwszą ławkę nachylił, aby mnie uchwycić za rękę z książką – ja zwijam się szybko i palę mu w łysinę takiego „byka”, że aż się po klasie rozległo w tej chwili, ale to w jednym momencie Jakubowski dowala mi w głowę nierównie dosadniejszego, że mi się aż w oczach zaświeciło z bólu, krzyknąłem: Jezus, Marya! Cała klasa w śmiech… a z nią i Jakubowski, ja tylko jeden ze łzami w oczach i z przygłupią miną zostałem. I na tym koniec… wykład poszedł dalej, jakby nic, a nic nie zaszło.

Dla równowagi mamy liczne przykłady surowej dyscypliny i kar cielesnych wykonywanych przez woźnych, którzy wszelako napotykali niejednokrotnie opór ze strony uczniów. Pisze Dygasiński: „Sprawozdania statystyczne inspektora zawsze wykazywały […] nie tylko winnych oporu władzy z bronią w ręku, ale także największą ilość „ćmiących fajki”, grywających w karty, pijących „gorzałeczkę”, a nade wszystko „wyciekających ze szkoły na wagusy”, to jest wałęsających się po okolicznych polach i lasach w godzinach przeznaczonych na naukę szkolną”. Na te „wagusy” chodziło się zazwyczaj na Kadzielnię czy Karczówkę. Pamiętam z wczesnych lat szkolnych taką wycieczkę, to znaczy nie wagary, ale pełnoprawną szkolną wycieczkę na Karczówkę. Szliśmy z kanapkami i termosami, w kolorowych dresach, mniej zwracając uwagę na uroki krajobrazu i dostojność zabytkowego klasztoru, co na siebie nawzajem i na swoje zabawy – tak to z wiekiem, coraz bardziej potrzebuje człowiek tego, co go otacza, i ciągle mu nie wystarcza obecność innych ludzi; a wtedy wystarczała. Zabawy nasze były jednak całkiem kulturalne w odróżnieniu do tych, które opisuje Jan Nepomucen Czarnkowski (a było to niedługo przed 1864 rokiem), gdy, w ramach części nieoficjalnej, oprowadzający klasę po klasztorze młody bernardyn raczył ją później wódką i papierosami. Ale znowu, przeróżne te występki – nie takie znów karygodne, powiedzmy sobie szczerze – równoważone były porządkiem codziennego życia uczniów. Było to bowiem życie dość ściśle zaplanowane, poza zajęciami szkolnymi wypełniały je posiłki (zazwyczaj na kwaterze, do której biegło się, aby zdążyć w czasie dużej przerwy), odrabianie lekcji na stancji (uczniowie mieszkali tylko w miejscach zatwierdzonych przez szkołę, które zwykle posiadały swego korepetytora i nadzorcę). A każdy taki dzień nauki rozpoczynała msza święta:

Wszelako co dzień przed lekcjami – wspominał Czarnkowski – uczniowie wszystkich klas musieli przychodzić o godzinie 7 rano do szkoły, skąd parami, poczynając od klasy I, szli korytarzami do sąsiedniego kościoła seminaryjnego Św. Trójcy na mszę, którą zawsze odprawiał nauczyciel religii. […] W niedziele, święta kościelne i galowe, czyli dworskie, takoż uczniowie wszystkich klas musieli przychodzić o godzinie 9 rano do szkoły, skąd szli parami do tegoż kościoła.

Wyłania się z tych wielu wspomnień szkolnych coś jeszcze. Bardzo bogate w opisie i różnorodne sylwetki nauczycieli, z których większość posiada wyraźny indywidualny rys, własne powiedzonka, sposób zachowania, temperament, pasje. Wspominał Dygasiński: „Świder [Józef Świderski, nauczyciel niemieckiego] wydobywał z kieszeni znany poemat Szyllera Der Kampf mit dem Drachen, który zawsze przy sobie nosił i zaczynał czytać. Co się wtedy działo w klasie! Profesor wpadał w zapał nadzwyczajny, gdyż sobie wyobrażał, że ma głos piękny i nikt mu nie sprosta w sztuce deklamacji; krzyczał, to znowu zniżał głos, a towarzyszyły temu miny i ruchy bardzo pocieszne: marszczenie brwi, wykrzywianie twarzy, uśmiechy tkliwe, rozkładanie rąk, bicie pięścią w katedrę, tupanie nogą”. Wyróżniał się ów Świder także elegancją stroju:

Ubierał się zawsze bardzo starannie; kołnierzyki twarde, wysokie, podrzynały mu uszy, wybiegały na policzki i rażąco odbijały od twarzy czarniawej; halsztuk z czarnego atłasu jak chomąto więził szyję i podpierał brodę; kamizelka w dwa rzędy guzików, bardzo szeroko wykrojona, pozwalała widzieć obszerne śnieżnobiałe pole gorsu koszuli, granatowy frak mundurowy z guzami złotymi; spodnie z fartuszkiem; na głowie wysoka rura kastorowa lśniącej czarności; w jednej ręce para białych rękawiczek, w drugiej parasol nieodstępny.

Aż chciałoby się, czytając to, zstąpić do owej szkoły tylko po to, żeby zobaczyć ten niezwykły strój. Z kolei historyk i geograf, Kwiryn Przeorski, był wielkim miłośnikiem łaciny:

i zapewne z tego powodu z jakimś lekceważeniem spoglądał na ludzi, nie mających pojęcia o boskim Homerze, nieporównanym Wirgiliuszu i wiecznie młodym Horacym. Słyszało się nieraz z ust jego: „Kielce – ha ha ha!… To nie Ateny, dalibóg – gorzej niż osławiona Abdera!… To vicus barbarorum! Ha, oppidum obscurum, miserrium!”. Kto się nie uczył w domu rodzicielskim po łacinie, nie rozumiał profesora. […] „Cywilizuj się, barbarzyńco!” – wołał nieraz na ucznia, któremu trudność sprawiało wymawianie nazwisk greckich […] Uczniowie przezywali go „Hebes”, ponieważ on tak nazywał każdego nieuka, a wszystkim próżniakom i osłom nadawał zbiorowe imię „Azja”.

Mimo żartów, które uczniowie robili nauczycielom, mimo śmiesznych przezwisk, które im wymyślali, mimo tych prześmiewczych charakterystyk, które kreśli Dygasiński – profesorowie tamtego czasu pozostawali z reguły na wywyższeniu katedry, a dystansu, który oddzielał ich od podopiecznych, nikomu nie przyszłoby do głowy skracać. Wszakże były w gronie pedagogicznym także wyjątki od tej zasady. Nauczyciele przestający blisko z uczniami, zapraszający ich do swoich domów, pomagający w osobistych sprawach. Zamiast gniewnego tonu i kaznodziejskiego zapału, stosujący życzliwość i wyrozumiałą argumentację. Tak przedstawia Dygasiński swego nauczyciela chemii, Józefa Rogójskiego. Był ów Rogójski wysokiej klasy uczonym XIX-wiecznym. Wywodził się z krośnieńskiego, gdzie objął po rodzicach majątek i gospodarował trochę, lecz zadłużywszy go przez zbyt eksperymentalne rolnictwo, sprzedał folwarczek bratu i wyjechał za granicę. Studiował w Niemczech i Paryżu, gdzie otrzymał tytuł doktora i dokonał ważnych odkryć nowych rodzajów soli siarczanowych. Podróżował wiele, m. in. po Afryce i Ameryce Północnej, gdzie się ożenił. Po powrocie do Polski przyczynił się walnie do ujednolicenia nazewnictwa chemicznego, opublikował szereg prac tłumaczonych i własnych. W latach 50. został mianowany profesorem chemii w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego w Marymoncie. Właściwie trudno stwierdzić, dlaczego został później skierowany do Kielc na stanowisko znacznie poniżej jego kwalifikacji. Nauczycielem szkoły realnej był niedługo, od 1859 do 1862, pisał wtedy:

Zmiana zawodu pochłonęła mnie całkowicie w tym czasie…. Od rolnictwa przeszedłem do przemysłu i postanowiłem uprościć chemię do stopnia zrozumiałości i ważności korzystania z niej wszystkich, którzy jej potrzebują, a przynajmniej czytać, pisać i myśleć umieją. O ile mój przegląd chemiczny temu celowi odpowiada, osądzi publiczność, zwiedzająca na wystawie londyńskiej płody Królestwa Polskiego. Nie wielka to rzecz znaleźć metodę ułatwiającą tę lub ową umiejętność; dobrze jednak gdy każdy robi co może i umie!

Za ów „przegląd chemiczny”, czyli poglądowe tablice do nauki chemii, otrzymał później Rogójski złoty medal wystawy powszechnej w Londynie. Ale głównym jego zagadnieniem pozostawała współpraca chemii z rolnictwem. Widział, jak tej współpracy w owym czasie w Polsce nie było, a ile mogłoby z niej dobrego wyniknąć. Temu zagadnieniu poświęca więc setki prac publikowanych, gdzie się tylko da, od periodyków naukowych wydawanych przez akademie nauk po gazety popularne, jak „Tygodnik Rolniczy”. Czyni też wieloletnie starania, aby uruchomić w Łodzi (na Brusie) fabrykę nawozów sztucznych. Umiera w zapomnieniu i nędzy, w łódzkim przytułku dla starców, w 1896 roku. Tak konkluduje to Jan Zawidzki (który poświęcił Rogójskiemu długi artykuł biograficzny w 1911 roku):

W nędzy i zapomnieniu zakończył pracowity swój żywot ten typowy romantyk, niepowszedni działacz na niwie naukowej i społecznej. Za życia mianowano go „znakomitym naszym chemikiem”, „niezmordowanym pracownikiem na polu zastosowań postępu i odkryć nauk przyrodniczych”, „zaszczytnie znanym dyrektorem fabryki”… Po śmierci, nawet te czasopisma nie podały o nim nawet krótkiej wzmianki, których łamy wypełniał on przez szereg lat swymi artykułami i korespondencyami.

Ciekawe, czy wiedział Adolf Dygasiński o dalszych (i wcześniejszych) losach Rogójskiego, gdy trzy lata po jego śmierci, tj. w 1899 wydawał swą wspomnieniową książkę. Bo chyba nie był mu obojętny człowiek, któremu wystawia najlepsze świadectwo spośród wszystkich kieleckich profesorów, któremu zawdzięcza być może, nie tylko jakąś tam wiedzę chemiczną, ale i przekonania, które dały podglebie jego pisarstwu. Wspomina go bowiem również tak:

Dopiero z ust [Rogójskiego] posłyszane wyrazy: „społeczeństwo, prawo, dobrobyt i przyszłość kraju, wiedza, ludzkość, postęp” – wywierały wpływ na uczniów i osadzały się w umysłach jako pojęcia pełne znaczenia.

Kim dla Dygasińskiego był – czy raczej mógł być, bo to jednak w pewnym stopniu moje domniemanie – Józef Bohdan Rogójski, tym z pewnością stał się dla Żeromskiego Antoni Gustaw Bem. Należał on do pierwszego pokolenia polskich pozytywistów, absolwentów Szkoły Głównej w Warszawie, zjawiska zupełnie wyjątkowego na mapie historii intelektualnej naszego kraju, ze względu na niesłychane skupienie w jednym miejscu i krótkim czasie – talentu poszczególnych osób, wspólnoty idei, zaangażowania i energii intelektualnej. Jeden z jej czołowych absolwentów, Aleksander Świętochowski, pisał, iż

to nie przypadek, że ze Szkoły Głównej, która istniała zaledwie 7 lat, wyszli Bauduin de Courtenay [światowej sławy językoznawca], Bem, Chlebowski i Chmielowski [wybitni historycy literatury polskiej], Dziewulski [przyrodnik], Dickstein [matematyk], Goldberg [architekt], Grabowski Bronisław [etnograf, slawista], Grabowski Edward [historyk literatury powszechnej], Gomulicki [pisarz, varsavianista], Głowacki [Prus], Hertz [matematyk], Kamiński, Kramsztyk [fizyk i matematyk, encyklopedysta], Kraushar [adwokat i historyk], Kryński, Kirszrot [prawnik i ekonomista], Krzemiński, Kotarbiński [aktor], Mayzel [adwokat i ekonomista], Malinowski [językoznawca, badacz dialektów śląskich], Ochorowicz [psycholog, filozof, wynalazca], Rostafiński [botanik], Rajchmann [przyrodnik, taternik, przemysłowiec], Smolikowski [historyk filozofii, bibliofil], Sulimierski [matematyk i geograf], Świeżawski [historyk], Sienkiewicz, Zalewski [lekarz, publicysta]…

Jeśli, jak pisze Świętochowski, nie był to przypadek, że działająca od 1862 do 1869 roku Szkoła Główna dała tylu (i jeszcze wiele więcej) znakomitych wychowanków – to nie zostało nadal dostatecznie wyjaśnione, jak do tego doszło. Wśród absolwentów był Antoni Gustaw Bem, wywodzący się z Lipska, miasteczka nadwiślańskiego, położonego pomiędzy Sandomierzem i Radomiem. Wcześniej uczył się w sandomierskim Collegium Gostomianum i radomskim gimnazjum. Skończywszy Szkołę Główną mieszkał przez jakiś czas w Warszawie, nie mogąc jednak znaleźć przyzwoitego zajęcia zarobkowego, wystarał się o stanowisko nauczyciela. Dlaczego padło na Kielce, nie bardzo wiadomo, w jakimś sensie były to rodzinne strony Bema. Posadę w kieleckim gimnazjum otrzymał w 1879 roku (wcześniej przez kilka lat pracował w progimnazjum Hermana Hillera), pozostał na niej bez mała dziesięć lat. Przez całe dorosłe życie zajmował się krytyką literacką, spuścizna jego obejmuje szereg szkiców i większych opracowań o różnie ocenianej wartości. Tak pisał o niej Chmielowski:

Uczuciowość gwałtowna, łatwo przerzucająca się od miłości do nienawiści czy wstrętu, fantazja ruchliwa, niespokojna, do marzycielstwa i szukania nadzwyczajności skłonna, a przy tym delikatny smak estetyczny i bezwzględna szczerość w wypowiadaniu wrażeń i sądów znamionują jego działalność krytyczną.

Gwałtownikiem był Bem również w życiu, ze skłonnością do miłostek i alkoholu. To odcisnęło piętno na jego małżeństwie z Walentyną Dobrowolską (skądinąd „ukochaną uczennicą” Adolfa Dygasińskiego z pensji w Krakowie) – żona wielokrotnie od niego odchodziła, a w końcu popełniła samobójstwo. W pisarstwie swoim krytykował Bem stylistykę poetów romantycznych, zwłaszcza późniejszych, za właściwy epoce, nowoczesny styl uważał prozę; ganił więc Józefa Bohdana Zaleskiego, chwalił Elizę Orzeszkową. Były to zawsze oceny mocne, nie przebierające w słowach, bowiem – jak pisał Chmielowski – „Pewien radykalizm uczuciowy, kapryśny w swych objawach, przeszkadzał Bemowi w spokojnej ocenie ludzi i rzeczy, chociaż śmiałość w wypowiadaniu tego, co za prawdę poczytywał, każe patrzeć pobłażliwie na te wybujałości i cenić je literacko wyżej niż niejeden mdły objaw drewnianego obiektywizmu”. Niezaprzeczalne osiągnięcia odnotował z pewnością jako nauczyciel kieleckiego gimnazjum. Wiele lat później, w 1925 roku, w Księdze Pamiątkowej Kielczan, pisano:

Na stanowisku nauczyciela języka polskiego w gimnazjum kieleckim Bem położył ogromne zasługi, ucząc młodzież mimo wszelkie zakazy i ogromną odpowiedzialność przed władzą nie tylko języka polskiego, ale również i dziejów literatury polskiej. Pokolenie, które kształciło się w Kielcach w latach od 1878—1888, jeśli zna język ojczysty, i to, śmiało rzec można, nie gorzej od tego szczęśliwego, które już korzystało z dobrodziejstw szkoły polskiej — zawdzięcza to wyłącznie Bemowi.

Potwierdzają to liczne uwagi z Dzienników Żeromskiego. „Nigdy nie zapomniany dobroczyńca duchowy…” – pisał o Bemie autor Syzyfowych prac. Można też sądzić – są na to liczne dowody – że to właśnie polonista ustawił kierunek twórczości młodego Żeromskiego, będąc pierwszym recenzentem jego wczesnych literackich prób: „Próbki wierszowane – komentował Bem – są słabymi bardzo – w powieści za to jesteś pan na właściwym gruncie, masz talent powieściopisarski”. Nie dziwi fakt, że Żeromski wielokrotnie podkreślał rolę, jaką Bem odegrał w jego życiu; prawdziwie dużo mu zawdzięczał. Myślę, że nie bez znaczenia było i to, że uczeń i nauczyciel mieli podobne charaktery, pełne emocji i zapalczywości, że i na tym gruncie się rozumieli, widząc, jak trudne – ale, jednocześnie, twórcze – są próby wtłoczenia żywiołowego temperamentu w chłodne formy literatury.

Mieli więc uczniowie kieleccy szczęście do wielkich nauczycieli, choć przecież, należy pamiętać, byli oni jednostkami w gronie przeciętnych belfrów, okrutnych rusyfikatorów, ignorantów czy leniuchów. Ale byli, i swą obecnością zapisali się w pamięci uczniów na tyle mocno, że lata szkolne, naznaczone tą obecnością stawały się później trwałym punktem odniesienia wielkich biografii.

Miały też Kielce szczęście do szkolnictwa. Mimo przeróżnych odmian losu w wieku XIX i czasowej nieobecności szkoły średniej/wyższej – przetrwały tu szkoły o dużej sile oddziaływania. Na przełomie wieków, i później w dobie międzywojennej wyrosło tych szkół znacznie więcej. Obok kontynuującego dawną tradycję Liceum Stefana Żeromskiego, działało 10 siedmioklasowych szkół powszechnych oraz dwie inne szkoły średnie: gimnazjum męskie im. Jana Śniadeckiego oraz gimnazjum żeńskie im. Błogosławionej Kingi.

Odrodziło się szkolnictwo kieleckie także po drugiej wojnie. Najpierw na poziomie szkół podstawowych i średnich, z czasem powstały również uczelnie wyższe. W 1965 roku powołano do życia Politechnikę Świętokrzyską (pod pierwotną nazwą Kielecko-Radomska Szkoła Inżynierska), w której kilkanaście lat później studiowali moi rodzice. W 1969 roku powstała natomiast Wyższa Szkoła Nauczycielska, przekształcona niebawem w Wyższą Szkołę Pedagogiczną, a od 2011 roku funkcjonująca jako pełnoprawny Uniwersytet Jana Kochanowskiego. Również i ta placówka pozostawała zawsze w orbicie moich rodzinnych opowieści, za sprawą naszej cioci, która wykładała w niej pedagogikę wczesnoszkolną i należała przez wiele lat do władz uczelni.

W końcu – nie sposób tego pominąć – bez Uniwersytetu Jana Kochanowskiego nie powstałby ten tekst, gdyż jedną z niewątpliwych i wielkich zasług tej uczelni jest prowadzenie systematycznych i bardzo pogłębionych badań dotyczących Kielc i regionu. Są to działania będące wspaniałą kontynuacją idei regionalizmu i krajoznawstwa spod znaku pisma „Radostowa” zapoczątkowanych jeszcze przed wojną. Zresztą wybitne osobistości przedwojennego krajoznawstwa, na czele z profesorem Janem Pazdurem (autorem dwuczęściowej monografii Kielc, Dzieje Kielc do 1863 roku oraz Dzieje Kielc 1864-1939), zadbały o to, aby tradycja ta mogła być kontynuowana w czasach trudniejszych, PRL-owskich i pozornie łatwiejszych, po 1989 roku.

***

Powiedziano już, że szkoły kieleckie były czynnikiem ożywiającymi skostniałą atmosferę miasta. Myśląc o wydarzeniach 1905 roku oraz lat kolejnych, którym ów szczególny rewolucyjny rok dał początek – należałoby powiedzieć jeszcze więcej. Albowiem to właśnie uczniowie stali się impulsem patriotycznego i społecznego zrywu, który dokonywał się w Kielcach w dwóch pierwszych dekadach XX wieku.

Wskutek kryzysu ekonomicznego lat 1900-1903 sytuacja materialna w wielu miastach Królestwa Polskiego wyglądał nie najlepiej. Zamknięto część zakładów przemysłowych, nastąpił gwałtowny wzrost cen. Złą sytuację potęgował zaciąg do wojska związany z wojną rosyjsko-japońską. Stało się to tłem rewolucji 1905 roku (nawiasem mówiąc, jest to bez wątpienia najsłabiej funkcjonujące w polskiej świadomości narodowe powstanie).

W Kielcach zaczęła się ona od strajków szkolnych, które wybuchły na przełomie 1904 i 1905 roku. W styczniu opracowano petycję uczniów – byli w tym gronie między innymi Mieczysław Koczanowicz, Edmund Massalski, Felicjan Sławoj Składkowski – która domagała się wprowadzenia do nauczania języka polskiego i historii rodzimej, zlikwidowania nadmiernej karności i możliwości rugowania ze szkoły za przekonania rodziców, ustanowienia kontroli społecznej nad szkołą, zapewnienia uczniom innych narodowości lekcji ich języka ojczystego i ojczystej religii. Strajkujący uczniowie zapowiedzieli, że nie wrócą do szkoły aż do momentu wypełnienia postulatów. I rzeczywiście, mimo gróźb władz szkolnych, 90% grona uczniowskiego (w gimnazjum męskim) i prawie połowa tegoż grona (w gimnazjum żeńskim) przestała uczęszczać na lekcje. Przyłączyli się do nich nauczyciele Ignacy Badowski i Jan Kreczmar, którzy w ramach represji zostali wkrótce usunięci ze szkoły. Strajk, z różnym natężeniem trwał do 1907 roku. Nie wszystkie postulaty udało się wywalczyć. Wprowadzono jednak dwie bardzo ważne zmiany: dopuszczono nauczanie w języku polskim i korzystanie z polskiego w czasie rozmów uczniów na przerwach, a także uchylono numerus clausus. Rzadko wspomina się, że termin kojarzony bardzo mocno z latami 30. XX wieku i polskimi uniwersytetami tamtego czasu, dotyczył także szkół w Królestwie Polskim, gdzie obowiązywało ograniczenie dopuszczające maksymalnie 10% uczniów żydowskich. Wskutek kieleckich strajków uczniowskich ograniczenie to zostało zniesione.

Równolegle do strajków młodzieży toczyły się w mieście rozmaite akcje protestacyjne. Strajkowali pracownicy fabryk i zakładów (m. in. fabryki superfosfatów, wapienników Judy Ehrlicha, tartaku Henryka Nowaka, młyna Goldhaara), urzędnicy, pracownicy handlu, inteligencja, kolejarze a nawet kelnerzy i fryzjerzy. Organizowano manifestacje polityczne: pochód na Karczówkę z odśpiewaniem Czerwonego Sztandaru, przemarsz od katedry z chorągwiami kościelnymi i śpiewem Boże coś Polskę czy Jeszcze Polska nie zginęła czy wiec organizowany przez żydowski Bund w synagodze i wieczór mickiewiczowski zwołany w teatrze przez endecję, podczas którego Sławoj Składkowski wygłosił odczyt o Mickiewiczu jako wieszczu narodowym. „Rewolucja 1905 roku przyniosła novum w postaci publicznych zgromadzeń” – pisał wprost Jerzy Jerzmanowski. W szybkim tempie utworzyły się, lub tylko ujawniły, liczne partie i organizacje polityczne: Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, Narodowy Związek Robotniczy, Związek Postępowo-Demokratyczny, PPS, wspomniany już Bund. Po złagodzeniu cenzury wymienione frakcje polityczne zaczęły wydawać swoje tytuły prasowe (wcześniej kolportowano tylko nielegalne wydawnictwa). SND publikowało „Kurier kielecki”, miało też pewien wpływ na linię „Gazety Kieleckiej”. „Echa Kieleckie” były organem ZPD; redaktorem był w nich Leon Rygier, mąż Zofii Nałkowskiej, który, dzięki warszawskim znajomościom, publikował utwory wielu znanych autorów, jak Korczak, Krzywicki, Żeromski. Na łamach „Ech Kieleckich” podnoszono też sprawę praw kobiet, w czym walnie uczestniczyła Nałkowska. Powołano dwie, częściowo konkurencyjne organizacje o charakterze edukacyjnym: ekspozyturę Polskiej Macierzy Szkolnej (w jej Radzie Nadzorczej zasiadał Henryk Sienkiewicz, a także Wiktor Jaroński) oraz Kielecki Oddział Stowarzyszenia Kursów dla Analfabetów Dorosłych, której honorowym prezesem został – uwaga – Bolesław Prus. Organizowały one biblioteki i czytelnie, a także różnego rodzaju pogadanki i odczyty. Niebawem zostały zdelegalizowane i działalność mogły wznowić dopiero w czasach pierwszej wojny.

Pomimo istnienia wielu odłamów politycznych, panujące między nimi stosunki, i w ogóle stosunki społeczne w Kielcach – były w pierwszej dekadzie XX wieku całkiem dobre. Widać było wspólne dążenie, choć różnymi metodami, do osłabienia zaborcy i odzyskania niepodległości. Dobrym potwierdzeniem tej tezy może być taka scena, bodaj z listopada 1905 roku, którą opisuje Barbara Szabat w imponującej publikacji zbiorowej pt. Kielce przez stulecia:

W obawie przed dalszymi wystąpieniami władze zastosowały wypróbowaną w Rosji metodę: zorganizowano pogrom żydowski, aby niezadowolenie mas skierować przeciw Żydom. Z ulic zdjęto posterunki, pozostawiając tajniaków. 11 listopada wieczorem ulicą Ruską (obecnie Sienkiewicza) ruszył tłum chuliganów, by rozbijać sklepy żydowskie. Ale weszli tylko do jednego zakładu, zabrali niewielki utarg, gdyż przeciwko nim wystąpili robotnicy z huty szkła z jej właścicielem Leonem Heimanem. Próbowali oni schwytać prowodyrów, lecz wówczas wstąpiło wojsko, ratując chuliganów przed linczem. W odpowiedzi na to w Kielcach kolportowano ulotki PPS przeciw pogromom żydowskim.

Wydarzenia następujące po rewolucji 1905 roku – łącznie z wywózkami na Sybir, aresztowaniami i innymi formami represji, ale również większą swobodą działalności wywrotowej – utorowały drogę do tego, co miało nastąpić w 1914 roku. Wraz z rozpoczęciem pierwszej wojny,  6 sierpnia z Kielc ewakuowały się władze rosyjskie, a 12 sierpnia wkroczyła do miasta I Kadrowa; około godziny 11 kilkunastoosobowy patrol kawalerzystów, a niecałe trzy godziny później batalion w liczbie 400 żołnierzy z Józefem Piłsudskim na czele. Różnie pisano o reakcji kielczan na to wydarzenie.

Od rogatki krakowskiej słychać pieśń – pisał harcerz Włodzimierz Gierowski – O Boże! To śpiewają Jeszcze Polska nie zginęła. Wszyscy patrzą w tamtą stronę. Trotuarami biegną ludzie, a środkiem ulicy jedzie najpierw kilku panów w siwych mundurach z czerwonymi sznurkami – to na pewno oficerowie! A za nimi cała ława zbitych czwórek piechoty. […] Naprzeciw idących tu i ówdzie wylatują panie i obdarowują ich kwiatami, na wszystkich twarzach ogromne wzruszenie i prawie wszyscy płaczą.

Z kolei Tadeusz Kurnatowski, który niedługo potem wstąpił w szeregi strzelców, twierdził, że na rogatce krakowskiej witało przybyłych zaledwie 50 osób, bo panowała ogólna nieufność wobec wyzwoleńczych poczynań. Jeszcze surowszy jest Jerzmanowski: „Stosunek Kielc do legionistów przez całą wojnę był negatywny. Odmienna postawę przyjęła spora grupa kobiet z inteligencji, zawiązując Ligę Kobiet. Z czasem nadano im nazwę „ligawki”. Wyłącznie uczuciowe pojmowanie przez nie sprawy zapoczątkowało legendę, jakoby Kielce były miastem legionowym. Mit rozbudowano, kiedy dyktatorska władza Piłsudskiego umożliwiła wyznaczenie grodu nad Silnicą jako celu dorocznej pielgrzymki, podejmowanej w dniu 6 sierpnia z krakowskich Oleandrów pod hasłem Szlakiem Kadrówki”. Ale wydaje się, że jest to ocena zbyt krytyczna; zresztą Jerzmanowski daje się poznać w swoich pamiętnikach jako człowiek mocno niechętny Marszałkowi.

Legiony spędziły w Kielcach zaledwie trzy tygodnie. Prowadzono nabór rekrutów, na tyle skutecznie, że 9 września wojsko liczyło 3 tysiące osób. 30 sierpnia odprawiono uroczystą mszę polową na placu Panny Marii. Odprawiał ją kapelan I Brygady, kapucyn Kosma Lenczowski; kielecki biskup Augustyn Łosiński pozostawał nieprzejednanym przeciwnikiem Legionów, bał się – jak mówiono – demoralizacji miasta wskutek działań samozwańczej armii. 5 września na polach Szydłówka odbyła się słynna przysięga żołnierzy Piłsudskiego na wierność Austrii.  Pięć dni potem, w wyniku przetasowań na froncie, wojsko polskie opuściło Kielce, a chwilę później wróciły doń jednostki rosyjskie. Droga do niepodległości miała być jeszcze długa.

Te trzy tygodnie stały się jednak symbolicznym czasem narodzin najważniejszej, z punktu widzenia Polski, formacji pierwszej wojny. Tak wspominał okres kielecki Józef Piłsudski:

W Kielcach odbywała się ciężka, trudna praca organizacyjna. Strzelec ze Związków i Drużyn Strzeleckich, zatem na trzy czwarte cywil, przerabiał się na żołnierza. Obok tego szła praca zagospodarowania oddziału. Więc zakładaliśmy warsztaty wszelkiego rodzaju, formowaliśmy tabory itd. Pozatem dokonywałem w Kielcach, jako pierwszem większem mieście Królestwa, próby politycznego związania ludności z nami. Kielce, jednem słowem, były bazą strzelecką, skoro Kraków, niestety nią w owe czasy prawie nie był. Stamtąd przyszli ludzie, no i pierwsza licha broń — reszta musiała być stworzona własnemi siłami.Wobec tego nic dziwnego, że Kielce miały dla mnie pierwszorzędne znaczenie wojenne, tak, jak każda podstawa wojny dla wojska.

Dodawał do tego Michał Sokolnicki, bliski współpracownik i sekretarz Piłsudskiego, a wtenczas komisarz cywilny Legionów: „Przecież tu, na tym miejscu, w tym mieście niewielkim spróbowaliśmy stworzyć Polskę, stworzyć ją z nas samych, ale w tym zamiarze i w tej wierze, że stanie się od razu Polską wszystkich Polaków”.

Myślę, że jest coś ogromnie ważnego w tych słowach Sokolnickiego. I symbolicznego – gdy przychodzi mówić o historii i roli Kielc. Gdy patrzy się na ich dzieje z pewnego oddalenia, gdy próbuje się widzieć je w jakimś szerszym, może metafizycznym porządku – to spostrzega się miejsce, gdzie ciągle próbuje tworzyć się Polska. Tutaj były i są wszystkie piękne karty tego procesu, a zarazem wszystkie jego najciemniejsze strony. Albowiem tak tworzy się nieustannie Polska rozpięta pomiędzy przednowoczesnością a postępem, zachowawczością a przedsiębiorczością, otwartością a szowinizmem, pomiędzy konserwatywnymi elitami a rewolucyjną młodzieżą. Tworzy się w Rynku podczas dnia targowego, w sklepach Kotowskiego i Róży Kestenberg, przy stoliku Dunina, na lekcjach Rogójskiego, w fabryce „Henryków”, nocą na Karczówce w przeddzień powstania i na balu maskowym w Teatrze Polskim. Tworzy się w solidarności strajku szkolnego i nieludzkim okrucieństwie pogromu Żydów. I taki jest portret Kielc. Taki jest obraz prowincji. Zaś prowincja to, dziś przynajmniej, najwierniejszy nośnik polskiej tożsamości. A ucieczka od prowincji jest ucieczką od tożsamości ku miejscu być może wygodniejszemu i ładniejszemu – jak obietnice wczesnego kapitalizmu – miejscu wszelako pustemu, pozbawionemu treści, naznaczonego Musilowskim brakiem właściwości. Czy więc Kielce na pewno powinny od prowincji uciekać? A nawet jeśli zechcą, czy taka ucieczka jest w ogóle możliwa?

***

„Co powiedzieliśmy mamy na to dowody; co pominęliśmy, to o tem inni już pisali, w czem pobłądziliśmy, co przez nieświadomość rzeczy opuściliśmy to naprawi obszerniejszy…” – tak kończył swój Opis historyczno-statystyczny miasta Kielc jego domniemany autor Tomasz Ujazdowski w 1829 roku. Nie sposób powtórzyć to samo na zakończenie tego tu szkicu. Bo z jednej strony, trudno o taką pewność w obecnych czasach, z drugiej zaś przez 200 lat zdarzyło się jednak w Kielcach co nieco. Pośród tych zdarzeń wiele jest takich, które trudno byłoby jakkolwiek umieścić w klamrze historyczno-statystycznej. A przecież również one tworzą ten portret, który próbowałem naszkicować. Bliższa jest więc mi chyba puenta, tyle razy powtarzana w myślach podczas pisania, może sentymentalna nieco i rzewna, a jednak jakoś ważna – czyli pewien fragment z Dzienników Żeromskiego. Niech więc on tu wybrzmi jako zdanie ostatnie:

Kielce! Tyle lat, taka nieskończoność przypomnień, epizodów – śliczne sny i gorycze – wszystko zapisane na kamieniach, na wieżach kościołów, na panoramach krajobrazów, na chodnikach ulic.

Odpolitycznić literaturę. Casus Iwaszkiewicza

Profesor Andrzej Nowak, wysokiej próby historyk, wieloletni redaktor naczelny „Arcanów” i osoba publiczna w wielu miejscach obecna – objawił się ostatnio także jako znawca literatury. Natknąłem się na to nowe wcielenie profesora w odsłuchanej niedawno audycji radiowej zatytułowanej „Lechoń i Iwaszkiewicz. Polityka silniejsza od poezji”. Znamienny to tytuł i bardzo dobrze oddający istotę gawędy Andrzeja Nowaka, gdzie owa determinanta polityczna wiedzie prym nad poezją i literaturą w ogóle, a sądy o tych ostatnich wydawane są właśnie przez pryzmat polityki i swoiście widzianej historycznej racji.

Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie odsłuchałem drugiej rozmowy, także Iwaszkiewiczowi poświęconej – z poetą Bronisławem Majem. I właściwie ten kontrast między pierwszą rozmową a drugą (choć ta druga jest chronologicznie pierwsza, bo pochodzi bodaj z 2014 roku), między optyką historyka i optyką poety, między dwoma tak odległymi spojrzeniami na tę samą twórczość – to wszystko leży u podstaw mojego wzburzenia, a tym samym u podstaw tego tekstu.

***

„Byłoby dobrze – mówił Bronisław Maj przed kilku laty – gdyby te oceny natury politycznej, czyli te, które są stawiane z bardzo określonego stanowiska, żeby one nie zakłócały, nie zaciemniały i nie zniekształcały oceny twórczości Iwaszkiewicza”. I dodaje zaraz, że „takie myślenie i taka rozmowa o Iwaszkiewiczu […] już się właściwie zaczyna”. Bronisław Maj ma tu na myśli oczywiście pewien przełom w studiach nad dziełem Iwaszkiewicza, który zaczął się dokonywać (jak to wątle brzmi) po długim okresie przebywania poety na patriotycznym indeksie ksiąg zakazanych, bo wiadomo: nadworny twórca PRL, wieloletni prezes Związku Literatów itd. Nie przewidział jednak Bronisław Maj, że coś, co się „już zaczyna”, może zaraz dobiec końca. Albowiem profesor Nowak praktykuje już zgoła inną „rozmowę” i inne „myślenie”.

Choć może jednak nie? Wychodzi przecież z podobnych pozycji. Na pytanie bardziej gorliwej i mniej subtelnej dziennikarki o ocenę politycznej roli Iwaszkiewicza, profesor nie odpowiada wprost, napomyka tylko „na pewno nie był człowiekiem odważnym […] ale to słowo nie wystarczy”, lecz zaraz dodaje: „Warto zastanowić się [raczej] nad bilansem pozycji Iwaszkiewicza w historii literatury polskiej”. To uczciwe – myśli sobie słuchacz – to wielkoduszne, choć gdzieś w tle pojawia się przeczucie, co to może być za metoda, która ścieżka intelektualnej argumentacji za dobrze znaną tezą. Jednak, zawstydzony, zrazu odrzuca te niegodne pomówienia. I słucha dalej w dobrej wierze.

„Żeby coś zrobić trzeba być w środku” – te słowa z epilogu Sławy i chwały profesor Nowak podaje jako (być może) credo samego Iwaszkiewicza. Następnie wspomina jego wiersz do towarzysza Bieruta, cytuje kilka wersów (żaden inny cytat się w tej blisko godzinnej audycji nie pojawia). Dostajemy pewne wskazówki, insynuacje. Podejrzenia słuchacza powracają, lecz – myśli zaraz, znów z zakłopotaniem – są to przecież fakty z biografii poety, dlaczego mamy o nich zapominać, czemu się z nimi nie zmierzyć? I znów zostawia te domysły, tym bardziej, że wracamy na powrót do rozważań krytycznoliterackich.

Kilka komplementów pod adresem opowiadań Iwaszkiewicza, kilka znanych tytułów, dobre słowo o wczesnych tomach wierszy zaklasyfikowanych przez Andrzeja Nowaka jako „elementy trwałe w naszej literaturze”. Uwadze historyka nie mogą umknąć również Czerwone tarcze.

Mawia się jednak, że w zdaniu złożonym, to co występuje przed „ale” tak naprawdę się nie liczy. A tu – zaraz po tych wszystkich komplementach – pojawia się mocne, kategoryczne „ale”. Posłuchajmy znów profesora:

Mam wrażenie, że wiele wierszy Iwaszkiewicza, poza wymienionymi przez mnie tomami [tzn. dwoma pierwszymi i dwoma ostatnimi] gdzieś zgubiło swoich czytelników po drodze, że to zapatrzenie we własny pępek autora sprawia, że rozmija się ta poezja tak silnie egocentryczna z potrzebami kolejnych pokoleń odbiorców.

Robi się ciekawie. Nawiasem mówiąc, gdyby powyższe stwierdzenie było prawdziwe, Iwaszkiewicz powinien cieszyć się dziś nadzwyczajną sławą, ponieważ nigdy wcześniej nie byliśmy świadkami takiej popularności literatury bardzo osobistej, żeby nie powiedzieć egocentrycznej, bo też nigdy wcześniej nie osiągnęliśmy takiego poziomu egocentryzmu. Ale mniejsza o to. Uwagę przykuwa coś innego, a mianowicie sposób kategorycznego zaszeregowania poetyckiego dorobku Iwaszkiewicza. Dwa pierwsze tomy świetne, dwa ostatnie wyśmienite, wszystko co pomiędzy – do kosza. Doprawdy interesująca kwestia z dziedziny psychologii twórczości – jest poeta, później długo długo nie ma, i znowu jest. Nie twierdzę, że to nierealne, ale jakoś mało przekonujące. Ale jest rzecz, która dziwi mnie jeszcze bardziej – konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, w jaki sposób marsowego profesora Nowaka zachwyciły Wilde’owskie z ducha Oktostychy i Dionizje (i to zachwyciły na tyle, że gotów im przyznać tak poczesne miejsce w historii naszej literatury), weźmy na przykład taki fragment:

Złamię sylab rząd w ciężar kolumn szczerozłoty,
U wylotu położę z lazuru emalie.
I w chrzęstny, miękki warkocz – perlane uploty.
Strzyżony płotek niski – krwawiące azalie.

Jeśli krytycy przyznają ważne miejsce dwóm debiutanckim tomom poety, to głównie dlatego, że otwierają one pewien nowatorski nurt w polskiej poezji. Wilde’owski właśnie, impresjonistyczny, coś, czego wcześniej u nas nie było. A Iwaszkiewicz to coś wprowadza, od razu na bardzo wysokim C. Tylko, jeśli przyjmiemy takie uzasadnienie, to musimy przyjąć również jego naturalną konsekwencję, to znaczy fakt, że Iwaszkiewicz pozostaje potem wiernym (choć twórczym) kontynuatorem tego nurtu, że tymi tomami daje początek swojej „bardzo oryginalnej” – jak mówi Bronisław Maj – ścieżce w historii polskiej poezji. Kto chce uczciwie nią przejść jako czytelnik, musi zauważyć jeszcze co najmniej kilka kamieni milowych po drodze, a nie tylko bujny dionizyjski początek i koniec z Mapy pogody i Muzyki czasu, piękną codę, uspokojenie – które jednak wybrzmiewa w pełni tylko, gdy zna się treści wcześniejsze.

Nie sposób tu i nie miejsce, aby wykazywać wybitność poszczególnych tomów poetyckich Iwaszkiewicza. Jako przykład można wspomnieć jednak choćby tomy wierszy z wczesnych lat trzydziestych (np. Lato 1932), wierszy ciemnych, wierszy tonu minorowego, należących do nurtu międzywojennej poezji katastroficznej. Bo Iwaszkiewicz zaczął ów nurt, który zaznaczył się tak słyszalnym i docenionym głosem w wierszach młodego Czesława Miłosza i Józefa Czechowicza. Najpierw wybrzmiały słowa: „Ziemia kłosami się pochyla,/ Niebo gwiazdami się rozżarza,/ Przednocna, przezroczysta chwila/ Czeka na swego gospodarza.” (Iwaszkiewicz), a dopiero po nich: „Ziemia odpływa od brzegu, na którym stoję,/ i coraz dalej świecą jej trawy i drzewa./ Pączki kasztanów, światła lekkiej brzozy,/ już nie zobaczę was.” (Miłosz) i „Siano pachnie snem/ siano pachniało w dawnych snach/ popołudnia wiejskie grzeją żytem/ słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach/ życie – pola – złotolite” (Czechowicz). Czemuż prekursorowi tego nurtu nie należy się miejsce w historii literatury, które przyznajemy jego następcom?

Podobnie rzecz ma się z tomami powojennymi. Owszem, był i wiersz do Bieruta z 1952 roku, ale to przecież nie wiersz jedyny, ani najważniejszy, może nawet mało ważny, napisany na odczepnego, trybut niechętnie płacony. A obok tego wiersza, ile takich, które czytamy z głębokim przejęciem, ile pełnych wielkich uczuć, skondensowanej emocji.

Nie zapomina się tak łatwo życia
Ani odwraca wzroku od mogił i krzyżów,
Czy czujesz jeszcze zapach płonącego getta,
Ty, który alejami przechodzisz Paryża?

Krocząc plamami słońca jak stary atleta,
Nie znasz smaku nowego lipcowego miodu,
Ale gdy śpisz, czy jeszcze wychodzą z ukrycia
Twarze młodych poetów poległych za młodu?

Bo dla mnie co południa, gdy siadam do stołu,
Zmęczony pracą, karmiony nadzieją,
Odczuwam, pełen kwiatów, co czerwcem się śmieją,
Radość nowej potrawy zmieszanej z popiołem.

Andrzej Nowak widzi jednak w tych wierszach przede wszystkim „zapatrzenie we własny pępek” i dodaje: „ten wielki egotyzm Iwaszkiewicza jest chyba przeszkodą w uznaniu go za wielkiego, tzn. rozumiejącego naturę ludzką, a nie skupionego tylko na własnych sprawach, twórczości”. No cóż. Zdaje się, że to już jest cecha poetów – ten „wielki egotyzm” – czy chcemy tego, czy nie chcemy. Słowackiemu, który był chyba królem egotyków (w jednym z listów pisał na przykład: „Mówią, że się Szopen z Marią Wodzińską, a niegdyś moją Marią, ożenił – może poszła za niego trochę z przyjaźni do mnie, bo mówią ludzie, że Szopen do mnie jak dwie krople wody podobny”), nie przeszkodziło to w „rozumieniu natury ludzkiej”, choć nie mam pewności, czy jedynie ta umiejętność świadczy o wielkości pisarza. A Gombrowicz? Czy był zawsze tylko cichym urzędniczyną argentyńskiego banku? A Miłosz, a Herbert? Czy uważali swoje poetyckie zajęcie za miły przerywnik w poważnym codziennym życiu? Jakoś nie bardzo chce się ta teza o egotyzmie – obronić. Myślę, że nawet Lechoń mówiący o swoim starszym koledze ze Skamandra: „gdyby go w gruncie rzeczy obchodziło coś poza nim samym i jego wrażeniami” (które to słowa zostały skrzętnie w audycji przytoczone), też zajmował się głównie swoimi wrażeniami, co nie przeszkadzało mu pisać o wielu innych sprawach.

Budzi się więc znów w słuchaczu podejrzliwość (i już nie tak prędko znika) po tym gruntownym studium o poezji Iwaszkiewicza kreślonym słowami profesora. Ale to nie wszystko, przechodzimy bowiem do prozy. Padł już gdzieś mimochodem cytat ze Sławy i chwały. Mimochodem, lecz nie przypadkiem, bo to na tę powieść ma odbyć się frontalny atak: „w dziedzinie prozatorskiej – mówi Andrzej Nowak – to była wielka katastrofa, mam na myśli jego Sławę i chwałę, jego kilkutomową epopeję kresową, społeczno-polityczną, która powstała już po 1954 roku, która układa się raz jeszcze w ten sam wzór – zaangażowanie w historię nic nie przynosi”. Dużo w tym zdaniu myśli i chyba kwintesencja całego wywodu, w końcu także obnażenie sposobu argumentacji. Wypada więc się tym zająć, po kolei i metodycznie, tego przynajmniej domaga się ten bardzo już podejrzliwy słuchacz, który we mnie siedzi.

Najpierw trzeba się jakoś zabrać za mit „katastrofalności” Sławy i chwały. Dla porządku należy wyjaśnić też, że jeśli jest to „epopeja kresowa”, to jedynie w jakimś wąskim wycinku, bo – choć główni bohaterowie z kresów (albo nawet z Rosji) się wywodzą – to większość akcji rozgrywa się w Warszawie, Krakowie, Paryżu i na terenach, które z kresami mają tylko tyle wspólnego, że stanowiły wspólnie jedno państwo za czasów Drugiej Rzeczypospolitej. Byłoby więc może zgrabniej nazwać największą powieść Iwaszkiewicza historią o międzywojniu (z nieredukowalnym prologiem wcześniejszym oraz epilogiem wojennym) lub o pokoleniu ludzi (głównie inteligentów, artystów), które w czasie międzywojnia przeżywało swe najaktywniejsze lata, ergo o pokoleniu Iwaszkiewicza. A więc powieść pokoleniowa? Powieść inteligencka? To chyba za wąskie kategorie.

Dalej – czy jest to rzecz społeczno-polityczna? Społeczna z pewnością, jak każda powieść, choć więcej gustująca w mikro-zbliżeniach, prześwietlaniu ludzkich relacji, wewnętrznych przeżyć bohaterów – niż w szerokich panoramach, więc tego wymiaru społecznego znacznie tu mniej, niż na przykład u Żeromskiego. Polityczna – w bardzo małym stopniu, polityka występuje tu (bo nie może nie występować w takich czasach) jako mimo wszystko dość odległe tło, dużo mniej istotne – niż, dajmy na to w często porównywanej do Sławy i chwały powieści Marii Dąbrowskiej, Żywocie człowieka myślącego.

Czy jest to w końcu rzecz o historii i zaangażowaniu w nią? I to także, ale znów na dalszym planie. Ta trudność klasyfikacji Sławy i chwały jest, myślę, bardzo znamienna i wiele nam o tym dziele mówi. Choćby to, że trudno wpisać je w jakiś szerszy nurt polskiej prozy, który byłby potwierdzony czymś przed i czymś po, który z czegoś by wyrastał i w coś przechodził. Bo gdyby tak mieć do czynienia, powiedzmy, z twórczością psychologiczną Kuncewiczowej – to z grubsza wiadomo, przed nią Nałkowska, później Choromański, Otwinowski, Rudnicki; albo z jakąś porządną powieścią realistyczną zrodzoną z Prusa, przechodzącą w Andrzejewskiego, Brandysa, Myśliwskiego. A tu inaczej – osobne zjawisko.

Jest to zresztą – jak sądzę – jeden z powodów, które stanęły u podstaw złego przyjęcia Sławy i chwały. Trudno ją było z czymś połączyć, to znaczy trudno ją było zrozumieć. Wydawała się obca polskiej optyce, zarówno tej mesjanistycznej lub martyrologicznej, jak i tej oświeceniowej. Nie wpisywała się w żaden z nurtów polskiego myślenia o nas samych. Bo była nurtem indywidualnym, przeżyciem artysty, bez uproszczeń, bez łatwych kategorii.

Nie oznacza to oczywiście, że powieść Iwaszkiewicza stoi poza wszelkimi tradycjami literackimi. Dużo z pewnością czerpie z Prousta, nie w narracji, nie w „egotyzmie” nawet, ale w pewnym sposobie widzenia świata, w pewnej wrażliwości bohaterów. Wrażliwości, która uniemożliwia im głębokie zadowolenie z własnego życia, pogodzenie się z przemijalnością, z utratą, z nie dającym się zaspokoić dążeniem do piękna. W tle – niepodległa Polska, entuzjazm wyzwolenia – a w sercach bohaterów – smutek, niespełnienie. A później w tle – powstanie i wojenna hekatomba – a bohaterowie pozwalają sobie na miłosne rozterki, na „normalne życie”. Może to przeszkadza profesorowi Nowakowi. Może to przeszkadzało powojennym czytelnikom Iwaszkiewicza, zarówno tym zapatrzonym z nostalgią w dwudziestolecie, jak i tym, którzy przeżyli wojnę i na sztandarach nosili swój heroizm.

Być może prawdą jest, że to Iwaszkiewiczowe „normalne życie” zostało skreślone na miarę jego wrażliwości, jego priorytetów – i wielu ludzi nie odnajdzie tam swojego „normalnego życia” – choć chyba właściwiej byłoby powiedzieć, że przynajmniej odnajdzie jakiś jego aspekt. Bo bardzo możliwe, że niektórzy w większym stopniu, niż on i jego bohaterowie, żyją jakimś określonym wyższym celem albo sprawami szerszej wspólnoty, a przez to i inaczej przeżywają sprawy codzienne. Taki zarzut – że Iwaszkiewicz filtruje świat przez swoją wrażliwość (znów ten egotyzm!) – można chyba postawić, ale można postawić go właściwie każdej literaturze, także tej, która z kolei na pierwszym miejscu stawia sprawy bardziej wspólnotowe, kategorie bardziej pryncypialne. Najlepiej chyba po prostu powiedzieć, że siłą rzeczy wizja Iwaszkiewicza nie jest pełna, że jest jakoś subiektywna, że ukazuje tylko, jak to określiłem, jakiś aspekt normalnego życia, tylko pewien – choć szeroki – wycinek ludzkich doświadczeń. Rzecz w tym, że Iwaszkiewicz jako adwokat choćby tego wycinka ma ważne miejsce w naszej literaturze, a dziś jest na czasie może bardziej niż kiedykolwiek.

Recepcja Sławy i chwały wyglądałaby – jestem o tym przekonany – zgoła inaczej, gdyby rzecz ukazała się u kresu międzywojnia, ewentualnie zaraz po wojnie. Te dziesięć lat – przypomnijmy lata wydania, 1956-1962 rok – uczyniły wielką różnicę w problematyce, która zajmowała społeczeństwo. W świetle Stalinowskich represji, aresztowań AK-owców, codziennego terroru, a następnie tzw. odwilży 1956 roku i idącej po niej „małej stabilizacji” – subtelne rozważania Iwaszkiewicza musiały wydawać się w najlepszym razie mało ważne. Egzystencjalne rozterki Janusza Myszyńskiego czy estetyczne rozedrganie Edgara Szyllera – czym mogły być wobec codziennych mordów, donosicielstwa, zatkanych ust i skrępowanych myśli? Tak to już chyba jest, że epoki grubo ciosane nie interesują się niuansami egzystencji. Lecz, czy to oznacza, że owo niuansowanie przestaje nam być potrzebne? Czy nie jest raczej tak, że wydobywanie się z takiej jak tamta epoki mroku odbywa się także za sprawą przechodzenia od dylematów biało-czarnych do dylematów w różnych odcieniach szarości? Dlatego nie jestem aż tak pewien, czy powinniśmy dziś – w czasach szarości, mimo wszystko – zadowalać się tą opinią krytyków, która onegdaj umieściła powieść Iwaszkiewicza w „czytelniczym czyśćcu” (to określenie samego autora), powielać tę opinię (często bez czytania) i schować Sławę i chwałę do pudła.

Osobiście nie wyobrażam sobie duchowej, emocjonalnej, intelektualnej formacji bez przynajmniej kilku fragmentów tej powieści. Mam je w pamięci, wraz ze wspomnieniem niepokojąco cichej lektury w ciężką lipcową noc, gdy orzeźwiające powietrze wpada przez otwarte okno (to już chyba egotyzm, tak wspominać scenerię swoich ważnych lektur). Pamiętam Andrzeja Gołąbka siedzącego w oknie dworu w Pustych Łąkach, jego namacalnie odczuwalne dojrzewanie, przeżycie przyrody, zrozumienie natury, własne emocje w nie wkomponowane, fascynacje młodości i zaraz ciężkie doświadczenie przemijania, przychodząca ze śmiercią babci.

Andrzej poszedł do swojego pokoju. Rozebrał się i umył. Nie było późno, nad parkiem stało zielone, przejrzyste, mokre niebo. Ale sen go ogarniał mimo wszystko. Nago usiadł na oknie i wdychał w siebie woń wilgotnego wieczoru, szczebiot ostatnich ptaków. Zamilkły powoli, tylko jakaś niespokojna kukułka kukała daleko. Jej mokry głos rozlegał się jeszcze długo, gdzieś w lesie, nawet wtedy, kiedy się już zupełnie ściemniło.

Eustachy Rylski napisał kiedyś: „Nie znam pisarza, który pisałby równie przejmująco o przemijaniu jak Iwaszkiewicz”. I to jest bardzo prawdziwe. Ale owo Iwaszkiewiczowe pisanie o przemijaniu nie odbywa się wprost, ono przeplata się przez każde zdanie, każdą, na pozór najzwyklejszą scenę, wisi nad tym światem stworzonym przez poetę.

Pamiętam też jakiś wielki ożywczy powiew (to może przez tę lipcową noc), którym tchną postaci Iwaszkiewicza. Jakieś połączenie powagi egzystencji, przejęcia się jej największymi sprawami – miłością, śmiercią, przemijaniem – a zarazem szlachetności codziennego działania, dobrego tonu, dobrych manier, empatii, no i dystansu do siebie samych; jeśli nieraz mitologizuję ludzi międzywojnia, to jest to zawsze ich główny, charakterystyczny rys, chyba najpełniej przez Iwaszkiewicza wyrażony.

Pamiętam również kompozytora Edgara Szyllera siedzącego nad sadzawką w podłowickiej Arkadii, myślącego o Marii Bilińskiej, gdy przychodzi do niego stary organista Jarzyna. I łowicką farę, i syna organisty, garbatego Rysia obdarzonego niezwykłym muzycznym talentem, improwizującego na organach w pustym kościele. I młodą śmierć tego chłopca, i jego smutne życie we wspomnieniach Edgara.

Pamiętam także fragmenty wojenne i te o powstańczej Warszawie. Jakże inny to obraz, niż z Pamiętnika Mirona Białoszewskiego, choć tamtego obrazu nie unieważniający. Ale jakoś krzepiący, nie dlatego, że powstanie nie było straszne, nie dlatego, że umniejsza to jego nieludzki i okrutny rys – ale dlatego, że człowiek nawet w tak skrajnych warunkach może być – zdaje się mówić Iwaszkiewicz – choćby chwilami, człowiekiem; że nie zanikają jego emocje, jego potrzeby, jego refleksja nad sensem; że to wszystko straszne dookoła nie redukuje nas do poziomu zwierząt. Choć jednocześnie bezduszne, odczłowieczone oblicze wojny jest przecież u Iwaszkiewicza obecne, jest niszczące (i w tym samym czasie jakoś budujące) dla całego pokolenia najmłodszych bohaterów Sławy i chwały, jak to czytamy w liście Aleksego Bilińskiego:

Oduczyłem się patosu od Monte Cassino. Nie tylko patosu, ale w ogóle wszystkiego, co o sobie i o ludziach myślałem. Jeżeli ludzie mogą przeżyć takie sprawy, sprawy, które ich twarzą w twarz z innym człowiekiem postawiły, to w ogóle wszystko inne upada czy odpada.

Pamiętam w końcu słowa Janusza Myszyńskiego, które w tym tekście muszą się pojawić, z wielu powodów:

Wszystko wydaje się oparte na jakimś nieporozumieniu, na jakiejś nieprawdzie. – Jakże: to wszystko? – No, wszystko. Ta Polska cała. […] Widzisz, jak cały olbrzymi świat, szeroki, wysoki, głęboki. I takie małe miejsce na nim. Jak to miejsce może ostać się i istnieć, trwać? Ze wszystkich stron fale. A żeby między ludźmi istniała jakaś prawda…

Są to chyba obrazy – i nie tylko te, każdy czytelnik ma pewnie swoje – bez, których bylibyśmy jakoś ubożsi, a których – wydaje mi się – nie znajdziemy nigdzie poza powieścią Iwaszkiewicza. Zacytujmy ponownie Rylskiego:

Znam kilkoro wrażliwych młodych ludzi, nie sięgają po Iwaszkiewicza, a po Hrabala i Kunderę jak najbardziej. I mogą do niego już nie dorosnąć, bo kiedy dorosną, jego nie będzie, a wraz z nim jego bohaterów. Tych wszystkich młodych na ogół, zmysłowych, nadaremnych mężczyzn z wiszącą nad nimi gruźlicą i melancholią, tak bardzo obcych naszym szybkim, kategorycznym, wycwanionym i rozwrzeszczanym czasom.

***

Ale to wszystko widać dopiero, gdy wczytamy się w twórczość Iwaszkiewicza. Gdy z dobrą wolą i uczciwie zastanowimy się nad „bilansem jego pozycji w historii literatury polskiej” – jak rzekł Andrzej Nowak, nie chcąc jednak tego tak naprawdę robić. Bo w wywodzie profesora chodziło chyba o coś innego. Chodziło o wykazanie, że nie tylko życiorys Iwaszkiewicza (bo tego, w domyśle, nie trzeba udowadniać, zresztą byłoby to może zbyt proste), ale nawet jego twórczość nie zasługują na uznanie potomnych.

Myślę, że jest to bardzo niebezpieczna metoda. Owo instrumentalne traktowanie literatury do argumentowania wielkich narracji. Zresztą rozumiem historiozoficzną narrację profesora Nowaka, podzielam ją nawet w niektórych punktach, szanuję jej patriotyczny wymiar. Wydaje mi się jednak, że prowadzenie szeroko zakrojonej narracji (choćby najbardziej szlachetnej), nie upoważnia nikogo do nieuczciwego traktowania części polskiej kultury, dorobku intelektualnego, poszczególnych ludzi. To zawęża nasze spojrzenie, ale także przekłamuje naszą tożsamość. Bo nie będziemy nigdy tylko z ducha Mickiewicza, Herberta i Rymkiewicza, nawet jeśli ktoś będzie o to usilnie zabiegał. Zawsze zapląta się gdzieś ten Gombrowicz czy ta Dąbrowska. A Skamander nie stałby się symbolem międzywojnia, gdyby obok Lechonia nie należał do niego Iwaszkiewicz, a jeszcze jakże różni od tych dwóch i od siebie nawzajem: Wierzyński, Słonimski, Tuwim. I bardzo dobrze, że tak jest.

A o twórczość Iwaszkiewicza jestem mimo wszystko spokojny, sądzę, mówiąc za Bronisławem Majem, że „sądzony jest jej nieśpieszny, długi i trwały żywot w naszej literaturze”.

Notatnik łódzki

Od kilkunastu miesięcy zajmuje mnie pisanie eseju, który nazwałem sobie Pochwała amatorszczyzny. Ma on dwa główne źródła albo, należałoby może powiedzieć, punkty odniesienia. Pierwszym z nich jest artykuł Jerzego Jedlickiego pochodzący z któregoś tam numeru „Res Publiki” z bodaj 1988 roku – noszący tytuł Manifest dyletanta. W artykule mowa jest o tym, dlaczego warto zajmować się wieloma rzeczami naraz, i niekoniecznie traktować je wszystkie jako swoją specjalizację (a także o tym, że pisma powinny być tworzone głównie z myślą o dyletantach). Drugi punkt odniesienia, to dialog pomiędzy jakimś dziennikarzem a Tomasim di Lampedusą (autorem Lamparta).

Dziennikarzowi, który w 1954 r. zapytał, jaki jest jego zawód, Giuseppe Tomasi, książę Lampeduzy i diuk Palmy odpowiedział: „książę”. Kiedy pytający nastawał: „Ale co Pan robi w życiu”, przyszły autor „Lamparta”, sławny poliglota, którego z powodu wielkiej kultury umysłowej nazywano chodzącą biblioteką, odpowiedział: „Jestem księciem”. Jako człowiek wolny czuł się obco w naszej epoce homo faber, która uznaje tylko zajęcie, zwłaszcza zawodowe, aby określić mężczyznę lub kobietę i przyznać im moralne prawo do istnienia. Zanim to sobie uświadomiliśmy, pytanie „Kim Pan/Pani jest?” zostało zastąpione pytaniem „Co Pan/Pani robi?”.

Esej mój posiada wszelkie cechy wybitności. Odznacza się znakomitą logiką wywodu i mnogością erudycyjnych odwołań. Do tego okraszony jest humorem subtelnym i inteligentnym. Nie wspominając już o doskonałości stylu. Ale największą jego zaletą – która pozwala utrzymywać w mocy twierdzenie o zaletach powyższych – jest fakt, że nie znajduje się on nigdzie poza moimi myślami. Składa się z szeregu obrazów, sennych majaczeń, widoków wyobraźni i niespełnionych marzeń. Cóż to za doskonała forma literacka! Chociaż, przyznaję, nastręczająca pewnych trudności czytelnikom. Jednak czy piszę ów esej dla czytelników? Czy może raczej piszę go wciąż i wciąż, dlatego tylko, że stwierdzenie „jestem tylko tym, co robię zawodowo” – ileż razy popularniejsze dziś, niż w 1954 roku – jest już w zasadzie obowiązujące, ale przez to moje dziwne pisanie staje się dla mnie jakby trochę mniej obowiązujące.

***

W moim mieście, które nie jest moim miastem, choć spędziłem w nim ponad połowę swojego życia – zdarzają się czasami rzeczy osobliwe. Kilka lat temu w samym centrum zbudowano ładny, choć nowoczesny przystanek, czy raczej centrum przesiadkowe dla komunikacji tramwajowej. Przystanek ten szybko zaczęto nazywać „stajnią jednorożców” (z powodu „cukierkowego wyglądu” jak powiadają niektórzy). Miasto ogłosiło więc konkurs na pomnik jednorożca, który ma stanąć w pobliżu przystanku – wpłynęło pięć prac, z których może jedna choć odrobinę nawiązywała do tematu konkursu, bo poza nią przedstawiono jakieś kolorowe jeżozwierze, pająki czy do niczego już niepodobne linie i łuki. Konkurs rozstrzygnięto i pomnik ma niebawem stanąć. Ale to nie koniec. Ktoś wpadł na wspaniały pomysł, że nie ma co poprzestawać na jednym nowym pomniku, trzeba zabrać się za pomniki już istniejące. Tym sposobem urzędnicy przyprawili biało-różowy róg jednorożca Tadeuszowi Kościuszce (naprawdę!) i ubrali w strój jednorożca Leona Schillera. Zawsze mogło być gorzej, na przykład rogi łosia dla Kościuszki albo strój osła dla Schillera. A tak jest troszkę magicznie, troszkę wzniośle i… zabawnie? Zresztą, myślę sobie, Kościuszko może by się nawet z tego uśmiał (bo, jak wiemy od jego biografów, nie był zbyt poważny), bardziej by się, sądzę, obraził na te rogi łosie, on, który był raczej od przyprawiania rogów innym, niż od ich otrzymywania. Ale biedny Schiller? Czy zrozumie, że jego teatr ewoluował w kierunku takiego dziwacznego performansu? Pewnie też by dobrodusznie wybaczył. Trochę boję się tylko o urzędników. Bo kto może wiedzieć, w którym miejscu kończy się ich „jednorożcowy” zapał i w jakim stopniu zastępuje on zapały w dziedzinach nie tak spektakularnych?

***

W moim mieście, które jest moim miastem, choć nie mieszkam w nim od dawna – dzieje się pewnie co nieco, może nawet dzieją się tam rzeczy nie mniej osobliwe, lecz nie wiem o tym za wiele. Mój kontakt z moim miastem ogranicza się bowiem do tych krótkich chwil, gdy rano słucham w radiu informacji drogowych, dowiaduję się kto i gdzie się zderzył i jakie drogi są zablokowane, a czasami zderzają się też w moim mieście; słucham też, że w K. jest smog albo że nie ma, chociaż częściej – co mnie dziwi i wydaje się niemożliwe – że jest. Czasem też, zwykle w porze jesienno-zimowej, jeżdżę do mojego miasta i chodzę sobie po ładnie wybrukowanej i pustej ulicy Sienkiewicza, zachodząc do świetnego antykwariatu Metzgera albo do restauracji z hamburgerami, albo do kawiarni jakiejś, gdzie zawsze siedzi jowialny pan, tudzież jowialna pani – wyjęci jakby z XIX wieku; albo stoję przed afiszami teatru Żeromskiego i marznę. Czasem – ale częściej, niż w tym poprzednim czasem – czytam o moim mieście, różne ładne książki, wspomnienia szkolnych lat Adolfa Nowaczyńskiego, albo Żeromskiego, albo Zdzisława Antolskiego, albo stare opisy miasta – sentymentalne i krytyczne. Niekiedy też zabieram się do pisania o moim mieście, mając w głowie obraz zlepiony z tych szkolnych wspomnień (swoich i obcych), z ostrych książek Tadeusza Zubińskiego, z dziecięcych i dorosłych spacerów po Sienkiewce, z informacji drogowych i smogowych. Doprawdy, dziwna jest postać mojego miasta, w tym jego wątłym statusie istnieniowym – ale jakże piękna, nie ma drugiego takiego miejsca na świecie.

***

Każda epoka ma swój stereotyp pisarza. Romantyzm – wiadomo. Pozytywizm – nobliwy Sienkiewicz i rewolucyjny Świętochowski. Młoda Polska – wrażliwiec Tetmajer lub skandalista Przybyszewski. Międzywojnie – radosny poeta Tuwim lub społecznik Żeromski. Kilkadziesiąt lat powojennych – literat. Później – poeta doctus (Miłosz, Herbert), który jest jednocześnie pisarzem politycznym. Jeszcze później – ucieczka w prywatność (BruLion), dygresyjność (Pilch), powrót fabuł (Tokarczuk). A dziś? Jaki jest stereotyp pisarza AD 2017? Zapewne trudno mówić o jednym jakimś wzorcu. Pisze wciąż przecież Myśliwski, jest Stefan Chwin, jest Dorota Masłowska, jest Ignacy Karpowicz – trudno ich wrzucić do jednego worka. Powiedziałbym raczej, że są dziś przeróżne wzorce, posiłkujące się w mniejszym lub większym stopniu wzorcami historycznymi (np. Rymkiewicz – Mickiewicz, Chutnik – Zapolska, Pilot – Andrzejewski, Ziemkiewicz – Makuszyński itd.). Od tego rozlanego tła wielu różnorodnych postaw – wyłania się jednak ostatnio jeden szczególny, i chyba dość nowy w polskiej tradycji – stereotyp pisarza. Nie bardzo wiem, jak go nazwać, niech będzie z braku lepszego określenia – pisarz macho. Cóż to za typ ludzki i pisarski? Dość młody (gdzieś tak pomiędzy 30 i 40 lat), o nienagannym (choć niekoniecznie eleganckim) wyglądzie, szorstki w obyciu, stanowczy, silny facet. A więc na przykład: Jakub Żulczyk, Łukasz Orbitowski, a nade wszystko Szczepan Twardoch. Czyli pisarze nie mający złudzeń o kondycji człowieka i świata (niczym Sartre), ceniący proste wartości (jak Hemingway), lubujący się w półświatkach (za Raymonem Chandlerem) i tamtejszym dosadnym języku (jak Marek Hłasko). Są to więc, znów, wzorce jakoś poskładane z wzorców dawniejszych, ale również jakoś nowe, choćby przez swą nieodłączną celebrycką postać, nierozerwalnie z ich twórczością związaną, co najmocniej widać na przykładzie Twardocha – który osiąga rekordowe nakłady i chętnie raz po raz pozuje do ustawianych zdjęć. Trzeba oczywiście pamiętać, że wszystkie te postacie pisarzy są w znacznym stopniu marketingową kreacją, w jakiś sposób odpowiadającą na „potrzeby rynku”. Ale jednocześnie – jestem o tym przekonany – mówią nam one coś ważnego o naszej epoce. Tylko co? Czy są te sylwetki pisarzy odbiciem, wyrazicielem budzącej się po fali feminizmu męskości surowej i prostej? A może, wprost przeciwnie, są kompensacją tego, czego w rzeczywistości brakuje? Albo, jeszcze inaczej, pochodzą od kobiet marzących o pisarzach i mężczyznach silnych, którzy będą opowiadali im niecenzuralne historie dla dorosłych. Niech każdy wybierze swoją odpowiedź.

 

Przejścia. Z Renesansu do Baroku

W dawniejszych latach, gdy dość regularnie jeździliśmy do Włoch, zawsze towarzyszyła nam biblioteczka złożona z kilku książek PIW-owskiej serii podróżniczej, stworzonej przez Pawła Hertza. Była wśród nich monumentalna pozycja Pawła Muratowa pt. Obrazy Włoch. Ile wieczorów spędziliśmy na czytaniu jej fragmentów! Jak bardzo otwierały nam one oczy na tę wszechobecną sztukę oglądaną w ciągu dnia. Zachwycał nas, pamiętam, erudycyjny styl Muratowa. To, że prowadząc narrację, gotów był zatrzymać się i przez kilkanaście stron opowiadać o jednym obrazie, dajmy na to,  Duccio di Buoninsegni, robiąc szerokie dygresje na temat jego sieneńskiego otoczenia, jego artystycznych związków z, powiedzmy, Cimabuem itd. itp.

Książka Philippe’a Beaussanta, Przejścia. Z Renesansu do baroku – bo o niej ma tu być mowa – bardzo przypomina mi pod tym względem Obrazy Włoch. Wywołuje to samo miłe wrażenie przebywania poza czasem, w jakimś spokojnym nurcie sztuki, biegnącym sobie obok rozszalałej rzeczywistości. Przez wielość odwołań, kontekstów, międzydyscyplinarność (bo jest tu i muzyka, i malarstwo, i poezja) – dostarcza nieoczywistych intelektualnych inspiracji. A co najważniejsze, pozwala zrozumieć istotę „przejść” między sztuką renesansu i sztuką baroku, uświadamiając jednocześnie, że te „przejścia” wcale się nie skończyły, że trwają nadal w naszych estetycznych wyborach, tkwią w naszym „byciu człowiekiem”.

Nie przypadkiem patronem książki został Michel de Montaigne. Motto, które jest cytatem z jego Prób, brzmi: „Nie maluję istoty, ale jej przejście”. Charakterystyczne są to słowa, zgodne z całą koncepcją twórczości prawodawcy eseju. Nawiasem mówiąc, to popularne dziś nawiązywanie do Montaigne’a, powoływanie się na pisarstwo jako „próbowanie”, to powszechne uprawianie eseju – ma niekiedy za zadanie ucieczkę od szukania prawdy. Ale Beausannt nie idzie tą drogą. Rzec można, że bierze z Montaigne’a to co najlepsze, nie wpadając na mielizny, które stały się udziałem wielu jego dzisiejszych naśladowców.

Po pierwsze więc – nie unika tematów o wielkim ciężarze gatunkowym. Owszem, zwraca uwagę na najdrobniejsze szczegóły – jak wtedy, gdy fragment po fragmencie opisuje nam obraz Paolo Veronesa, Gody w Kanie Galilejskiej­: „Przypatrzmy się. Dwa białe charty w scenie Godów są wzajemnie powiązane smyczą. Jeden z nich obgryza kość. Na co spogląda tak uważnie drugi, czemu chce się zerwać z uwięzi” – ale tylko po to, aby na ich podstawie powiedzieć coś fundamentalnego. W przypadku Veronesa jest to: wyjście poza przedstawianą scenę, stworzenie jakby dwóch wymiarów rzeczywistości. Ruch (albo właśnie bezruch) dynamicznej przecież w swej istocie sceny uczty versus dynamika rzeczywistości metafizycznej, na pozór nieruchomej. Bo „jeśli zaczynamy wchodzić w głąb obrazu, to właśnie z powodu banalności, przynajmniej pozornej banalności owego bankietu, który dzieje się wokół, stanowi ramę tej twarzy [Jezusa] będącej poza czasem i tego spojrzenia gdzieś, w dal, może poza granice świata”.

Znamienne jest stanowisko Beaussanta: „Postanowiłem opowiedzieć o zaledwie kilku dziełach. Nie tylko dlatego, by uniknąć katalogowych wyliczanek: sądzę, że w owych burzliwych epokach, gdy wszystko przyspiesza, ludzka myśl, sposób malowania, maniera śpiewu, linie przewodnie tego, co ludzie tworzą, biegną, jak w perspektywie linearnej, do jednego punktu zbiegu. Oni tego nie wiedzą, tworzą, podejmują próby, jedni za pomocą słów, drudzy pędzlem, inni wreszcie dźwiękiem wioli: nie zdają sobie sprawy, że ich drogi zmierzają ku czemuś, czego jeszcze nie potrafią nazwać.” Trzeba być dość odważnym, żeby w naszej postmodernistycznej współczesności powiedzieć, że cała wartościowa twórczość dąży do „jednego punktu zbiegu” (swoją drogą niezbyt zgrabnie ta fraza brzmi w, skądinąd bardzo dobrym, tłumaczeniu). Oraz, że główne linie tej twórczości da się wyczytać z najdonioślejszych dzieł danej epoki („Albowiem każdy geniusz, jak wiadomo, jest tym, który nadaje formę temu, co inni myślą, przeczuwają, przewidują, nie potrafiąc tego wypowiedzieć”). Zajmowanie się takimi dziełami niesie z sobą, oczywiście, duże ryzyko – wszak może wszystko zostało już o nich powiedziane, łatwo popaść w banalność, łatwo narazić się na śmieszność. Lecz erudycja Beaussanta chroni go przed tym skutecznie. Być może chroni go też pokora, przyglądanie się dziełom bez zarozumiałości wszechwiedzącego badacza, próba zrozumienia wrażliwości twórcy oraz odbiorców, do których te dzieła były pierwotnie adresowane.

Chciałbym przywrócić oku i uchu naiwność, jaką mieli ci, którzy nie wiedzieli, że znajdują się w „przejściu”, nie tracąc jednak świadomości – jaką daje mi perspektywa czterech wieków, które mnie od nich dzielą – że oto oni znaleźli się w „przejściu”. Połączyć niewinność, czystość duszy tych, którzy wpatrywali się w obraz Veronesa nie mówiąc sobie: to po Michale Aniele, ale przed Tiepolo; którzy madrygału słuchali z oczami pełnymi łez, lecz nie mówiąc sobie: to po Palestrinie, ale przed Bachem – a jednak zadumać się nad upływem czasu i tym, jak się on nieuchronnie odbija w łańcuchu dzieł tworzonych przez ludzi.

Beaussant posiada jeszcze jedną umiejętność. Potrafi pisać o sztuce w sposób bardzo obrazowy, wręcz poetycki. W tym przypomina z kolei Zbigniewa Herberta z Barbarzyńcy w ogrodzie, Martwej natury z wędzidłem, Labiryntu nad morzem – gdzie passeggiata na wieczornej włoskiej uliczce zazębia się z oglądaniem średniowiecznych fresków Simone Martiniego, z cappuccino wypitym w małej kafejce, z podziwem dla budowniczych orievatańskiej Il Duomo. Przytoczmy próbkę poetyckich opisów z Przejść…:

… z trudem będziemy powstrzymywać się przed chęcią pogłaskania palcem poduszki, na której opiera się Koronczarka: to też Czas. Vermeer nie tyle ukazuje nam bezruch swych postaci, ale – przeciwnie niż Tintoretto – powolność swej własnej dłoni. A tym samym, ciszę. Nie potrafimy inaczej wyobrazić sobie jego pracowni, jak pogrążonej w ciszy, lekkiej, rześkiej, aksamitnej jak poranne powietrze w Delft.

Owa umiejętność Beaussanta przydaje się niezwykle w próbach zrozumienia malarstwa i poezji. Ale staje się wręcz niezastąpiona, gdy nieznającemu się na tej materii czytelnikowi – takiemu na przykład, jak autor tej recenzji – trzeba objaśnić istotę muzyki Monteverdiego.

Ale przyjrzyjmy się, skąd płynie i w jak naturalny sposób działa geniusz Monteverdiego: podąża za rytmem sylab, respektuje humanistyczną wymowę; czyni to schodząc, niczym potok, bardzo prostą kwintą; i zanim spostrzeżemy, znaczy maleńką pętlę na dwóch nutach, tylko na dwóch, ale zmusza nas do myślenia, do uruchomienia wyobraźni, wsłuchania się w szum czystej wody: „cosi sol d’una chiara fonte viva…

Czyż ten szum czystej wody i przytoczony w oryginale słowa madrygału – nie rozpraszają skutecznie przerażenia, które się czuło przy „prostej kwincie” i „maleńkiej pętli na dwóch nutach”? Albo jeszcze jeden przykład:

Recytacja na jednej nieruchomej nucie wystarcza, by oddać wewnętrzne skupienie, a chwila ciszy, by wyrazić milczenie przed okrzykiem: „Ahi! Vista! Ahi! Conoscenza!” na sekście małej opadającej, na tym interwale, który tak chętnie stosuje, gdy nadchodzi moment niepokoju i nagłego cierpienia.

Aby podsumować katalog zasług książki Beaussanta – wypada wspomnieć jeszcze jedną jej cechę, być może najważniejszą, która nadaje doniosłości tym elementom, o których już powiedziałem. Mam na myśli sposób przedstawiania sztuki. W esejach Beaussanta jawi się ona jako coś nieodłącznego od życia (artystów, odbiorców), zależnego od miejsc, w których powstaje, wpisanego w porządek społeczny, ludzkie relacje itd. Tak więc – Vermeera nie można oderwać od porannego powietrza w Delft a Tintoretta od jego słów skierowanych do zakonników z San Marco, którzy nie chcieli przyjąć zamówionego obrazu: „Jeśli go nie chcecie, zabieram”.

Pięknie wybrzmiewa owo sprzężenie dzieła z życiem artysty we fragmentach poświęconych twórczości Caravaggia.

Bowiem najbardziej zadziwiające jest to, że jego największe, a zarazem najbardziej poruszające dzieła to te, w których poskromił swój pierwszy odruch prowokacji, gwałtowności i brutalności, potrafił wewnętrznie go przetworzyć i przekroczyć. Najwspanialszą niespodzianką jest to, że podejmując wyzwanie, potrafił dotrzeć do uczucia, a nawet pewnej bolesnej czułości.

Twórczość jako walka ze swoimi emocjami, jako praca nad sobą, jako wydobywanie z siebie najczystszych emocji. Ale jednocześnie twórczość zawsze z życiem powiązana, nie mogąca się bez niego obyć. Awanturnik Caravaggio, zabiwszy człowieka, po długiej uciekinierskiej tułaczce ginie przecież sam w niewyjaśnionych okolicznościach.

W jednym z esejów kończących Przejścia… Phillippe Beaussant pisze: „Ludzka myśl, teologiczna, filozoficzna, naukowa, polityczna, doznaje przypływów i odpływów, nie wszystkim zajmuje się stale, pozostawia na uboczu to, co w danej chwili nie jest istotne”. Na owym uboczu pozostaje chyba dziś zainteresowanie sztuką epok tak odległych – czasowo i mentalnościowo – jak renesans i barok. Tym większą zasługą jest w takiej sytuacji przywracanie tych rzeczy do głównego nurtu. A Beaussant robi coś ponad to. Przypominając dylematy, które pojawiły się u schyłku XVI wieku – uświadamia nam, że są to także nasze własne dylematy, choć może zwykle przykrywamy je kurzem codzienności. Pisząc o Caravaggiu, powiada w istocie, że nikt z nas nie wie, czy za chwilę nie zobaczy siebie samego, siedzącego przy krupierskim stole z obrazu Powołanie Świętego Mateusza. A jeśli tak się stanie – co wtedy odpowiemy?

Rejwach

Nie chciałbym być na miejscu Mikołaja Grynberga. I nie mam tu na myśli jego życiorysu, smutków i traum potomka ocalonych z holocaustu, trudnych doświadczeń Polaka o żydowskim pochodzeniu – tych rzeczy, których ciężar mogą sobie jedynie wyobrażać. Nie chodzi mi także o jego fotografie, przejmujące w swej surowości, pełne trudnych do nazwania emocji zamrożonych w prostych czarno-białych portretach. Nie dotyczy to również jego książek dokumentalnych, Ocaleni z XX wieku. Po nas już nikt nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta (2012), Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne (2014) – kronik żydowsko-polskich losów. Myślę o Grynbergu-pisarzu, autorze Rejwachu. To jemu współczuję.

Dlaczego – zdziwi się może ktoś – współczuć pisarzowi, którego książka spotkała się z dużym zainteresowaniem? Którego książka zaowocowała wieloma recenzjami i odwiedzanymi tłumnie spotkaniami autorskimi. Którego książka do głębi poruszyła niejednego z czytelników. Czyż nie jest to marzenie każdego piszącego i cel każdej książki? Rzecz w tym, że Rejwach nie jest „każdą” książką.

„Wszyscy chcą ze mną rozmawiać o tym, czy to jest prawda” – mówi Grynberg w jednym z wywiadów. Czy prawdą są te wszystkie mikro-opowiadania zawarte w Rejwachu? Opowiadania Żydów, którym przyszło żyć w powojennej Polsce. Opowiadania Polaków, którzy mówią o Żydach.

Czy prawdziwa jest kobieta, która wyskoczyła przez okno, zostawiwszy swojemu dorosłemu już synowi Wierszyki dla dzieci Juliana Tuwima (opowiadanie Cukiernicze marzenia); i babcia, która musi grać rolę matki, bo jej córka poszła do gazu dlatego, że powłóczyła nogą (Tamta historia); oraz dziewczynka gwałcona w czasie wojny przez człowieka, który miał się nią opiekować (Klementyna); albo mężczyzna, który jeździ do Izraela tylko z pielgrzymkami, żeby nikt nie podejrzewał go o bycie Żydem (Szachy)? Czy prawdziwe są wszystkie kostki pomordowanych Żydów, które wciąż odkopuje w centrum Warszawy jeden z bohaterów (Arkadia); czy prawdziwy jest strach matki, która kilkadziesiąt lat po wojnie nie chce powiedzieć córce, że jej dziadkowie leżą na żydowskim cmentarzu (Elegancka torebka)?

Co – jeśli to wszystko jest prawdą? Czy to kolejny dowód na odwieczny polski antysemityzm? Bo takie wrażenie można odnieść, gdy czyta się niektóre recenzje Rejwachu: „Grynberg doskonale uchwycił istotę polskiego antysemityzmu, który tak wrósł w kulturę, że stał się przezroczysty”. Czasem daje się w nich słyszeć nawet jakby zadowolenie, skrywaną satysfakcję, jak gdyby mówiły: „zobaczcie, coś, co od dawna próbowaliśmy dowieść, jednak istnieje, konkretne historie konkretnych ludzi o tym świadczą”.

A z drugiej strony – jeśli to tylko zmyślenie? Czy w takim razie polski antysemityzm nie istniał nigdy, nawet w przedwojennej myśli endeckiej, nawet w powojennej propagandzie gomułkowskiej? Już słyszę głosy narodowych publicystów, którzy w sposób nie pozwalający na cień wątpliwości – dowodzą, że to było „tylko na płaszczyźnie ekonomicznej” albo „tylko w reakcji na żydokomunę”, i że w tym wymiarze to jest nawet słuszne.

Za sprawą Rejwachu Mikołaj Grynberg wchodzi w sam środek tego dyskursu rozpiętego między legendą o szlachetnych Polakach i przewrotnych Żydach – a bajką o genetycznym polskim antysemityzmie, jak kraj długi i szeroki. Dyskursu bolesnego, niszczącego i… bezsensownego. Dyskursu, który – jak zawsze w przypadku wielkich i uproszczonych narracji – ma potężną siłę zawłaszczania narracji pojedynczych i bardziej skomplikowanych. Czy wobec takiego otoczenia Rejwach może pozostać tym, czym w istocie jest – czyli taką właśnie pojedynczą, „słabą” narracją?

Ma po temu wszystkie dane. Prostotę stylu (pozornie potocznego języka) podkreślającą wiarygodność i jednostkowość opisywanych historii:

Urodziłam dwie córki, które nie wiedzą, że są Żydówkami. One już mają czyste sumienie, bo nie oszukują swoich mężów. Każda z nich urodziła córki. Mam wnuczki Żydówki, które urodzą Żydów i nigdy nie poznają prawdy.

Ma pełne ogromnych emocji żywe dialogi, w których każde słowo posiada swoją wagę:

– Tato, dlaczego tak powiedziałeś?
– Przypomniało mi się, że wtedy byłeś dokładnie w jego wieku.
– Dlaczego chciałeś nas zabić?
– Bo już nie chciałem żyć.
– Ale dlaczego nas?
– Kiedy byłem w wieku twojego syna, moja matka popełniła samobójstwo. Przedtem zabiła mnie.
– Jak to zabiła?
– Odratowali mnie.
– Dlaczego to zrobiła?
– Nie potrafiła żyć sama.
– Jak to sama? A ty?
– Ja jej nie wystarczałem. Nie mogła przestać myśleć o całej swojej rodzinie, którą ostatni raz widziała w getcie.
– W getcie? A co oni tam robili?
– Oni tam byli Żydami. Mama przeprowadziła mnie przez całą wojnę, ale dalej już nie dała rady.
– Nigdy nam o tym nie mówiłeś.
– I już nigdy nic na ten temat nie powiem.
– Tato, naprawdę chciałeś nas zabić?
– A myślisz, że dla żartu ci to opowiadam?
– Nie mogę w to uwierzyć…
– Gdyby mamie się udało, nie byłoby więcej cierpienia w tej rodzinie.
– Boję się, że ty naprawdę tak myślisz.
– Niedługo sam zrozumiesz, że samobójstwo jest dziedziczne.

Ma też Rejwach – mimo że zawarte w nim historie są najczęściej smutne, nierzadko dramatyczne – dystans do opowiadanych spraw, owo mądre żydowskie poczucie humoru:

Jestem tajnym Żydem, ciekawszego egzemplarza pan by nie wymyślił. Oddam panu moje życie na książkę. Zarobimy razem worek pieniędzy, proszę mi wierzyć. Pan myśli, że ja się tym pociągiem tarabaniłem do pana na darmo? Umowa w dwóch egzemplarzach, data, podpisy, numer konta i jesteśmy ustawieni do końca życia.

Ma w końcu także spokój, oszczędność słów. Nie szafuje wielkimi diagnozami, nie próbuje oskarżać i uniewinniać, nie kreśli dalekosiężnych projektów zmian społecznych. Opowiada tylko ludzkie historie. Tylko tyle i aż tyle.

***

Mam jednak nadzieję – choć ciągle współczuję Grynbergowi – że Rejwach nie zostanie zjedzony przez wielkie narracje. Myślę bowiem, że w ten właśnie sposób – za pomocą prostych, cichych i jednostkowych opowieści – powinno się rozmawiać o sprawach tak trudnych i bolesnych, jak wspólna historia Polaków i Żydów. Niechby efektem tego dialogu była rada udzielona autorowi przez jednego (a w porządku książki – ostatniego) z rozmówców:

A teraz szybko uporaj się z zaległościami, bo może tym razem los da ci szansę opisywania historii w czasie rzeczywistym.

Droga do Lubartowa

W zeszycie sprzed kilku lat znalazłem taką oto notatkę: „Wyjechawszy o 8 rano z Lublina udaliśmy się przez Niemce do Lubartowa. Wcześniej padał deszcz, echo wczorajszej burzy poprzedzonej kurzawą piachu i liści, ale teraz pozostały po nim tylko szybko pędzące chmury rozbijane co chwila przez słońce”. Migawka, obrazek, a ile wspomnień otwierający. Sierpień. Podróż przez płaskie, sięgające po horyzont przestrzenie, prawie jak przez step. I te wysokie chmury, szybko pędzące, które od tamtego dnia za każdym razem kojarzą mi się z Lubartowem.

Było to pierwsze moje spotkanie z tym miasteczkiem i jedyne długie na tyle, że można było posłuchać próby organów w Bazylice św. Anny, patrząc na obrazy Szymona Czechowicza, dotknąć murów prostego kościoła p. w. św. Wawrzyńca (klasztor oo. Kapucynów), posiedzieć na ławce w ogrodzie pałacu Sanguszków. Później były już tylko krótkie – i nieliczne – wizyty przejazdem. No i oczywiście spotkania na odległość, zapośredniczone przez dokumenty, pocztówki, literaturę. Czy składa się to na jakiś spójny obraz Lubartowa? Nie wiem. Jak o nim opowiedzieć na podstawie tych pokawałkowanych wrażeń?

Można by zacząć słowami Bolesława Prusa z Kronik Tygodniowych (1881 rok):

A może państwo nie wiecie – co znaczy Lubartów? – Lubartów jest to miasteczko leżące o trzy mile od Lublina, a o wiorstę od Wieprza. Miasteczko rozkoszne i ciche. Posiada okazały pałac, w którym nikt nie mieszka, obszerną sadzawkę, w której nie ma wody, i – klasztor kapucynów, w którym obecnie mieszczą się biura powiatu. Dawniej słynął Lubartów z fabryki naczyń fajansowych, dziś nie słynie z niczego. Ludzie tamtejsi żyją bez wygórowanych ambicyj: chwalą Boga w dwu kościołach i jednej bóżnicy, wierzą w sny i – troskliwie dowiadują się o to, co ich bliźni gotowali na obiad.

Ale czy to jest dobry początek, te słowa – trochę obraźliwe, trochę śmieszne – przynależne raczej do Prusa-felietonisty, który lubuje się w ostrym, kąśliwym języku i niczym inkwizytor tropi wszelki prowincjonalizm i nienowoczesność, nie zaś do Prusa-człowieka, który w Lubartowie przez kilka miesięcy mieszkał (u swojego wujostwa przy ul. Lubelskiej 35, po aresztowaniu wskutek udziału w Powstaniu Styczniowym).

Można by też zacząć fragmentem wypowiedzi głównego bohatera z opowiadania Adama Szymańskiego pod niepięknie dziś brzmiącym tytułem Srul z Lubartowa: „Jestem, proszę pana, Srul z Lubartowa, może pan dobrodziej wie, to zara kiele Lublina; nu, bo u nas wszyscy myślą, że to tak bardzo daleko, dawniej i ja tak myślałem, ale teraz – dodał z przyciskiem – to my wiemy, że Lubartów od Lublina bardzo blisko, zaraz kiele niego”. Ta postać lubartowskiego Żyda, zesłańca Syberyjskiego, mówiącego z trudem po polsku, lecz tęskniącego „do słońca, powietrza, ziemi rodzinnej” – ta postać jest bardzo ciekawa i przyjdzie nam jeszcze do niej powrócić. Lecz, czy od tego zaczynać, gdy nie ma już dzisiaj w ogóle lubartowskich Żydów?

Można jeszcze inaczej: „miasto w województwie lubelskim, siedziba powiatu lubartowskiego oraz gminy wiejskiej Lubartów, położone nad rzeką Wieprz”. Obejmuje obszar 13,91 km2. W 2012 roku liczyło 22654 mieszkańców. A więc garść jednostkowych faktów – które tak naprawdę prawie nic nam o żadnym miejscu nie mówią. A już najmniej mówią chyba o istocie prowincjonalnych miasteczek, o tym, czym były, czym są, czym mogłyby być w tej idealnej Polsce, którą człowiek projektuje sobie czasem, gdy nad głową przelatują szybkie poburzowe chmury.

***

Lubartów należał od XVI wieku do grona miast magnackich, podobnie jak wiele ośrodków miejskich w tej okolicy (Puławy, Nałęczów, Zamość, Kock, Radzyń Podlaski). Założony w 1543 roku przez Piotra Firleja z Dąbrowicy, od jego herbu Lewart wziął nazwę Lewartów. Piotr Firlej był w tamtej dobie jednym z ważniejszych polskich magnatów, doradzał królowej Bonie i królowi Zygmuntowi Augustowi, dzierżył wiele urzędów, na czele z wojewodą lubelskim i ruskim, posiadał szereg dóbr ziemskich na Podlasiu i Lubelszczyźnie (Kombornia, Korczyna, Odrzykoń, Janowiec). Zmarł w 1553 i został pochowany u dominikanów w Lublinie (gdzie do dziś znajduje się jego ładny renesansowy nagrobek). Syn Piotra, Mikołaj – przywódca kalwinów małopolskich – sprowadził do Lewartowa rzemieślników z Holandii i Flandrii. Założył też w miasteczku szkołę kalwińską o profilu humanistycznym. Firlej junior miał cztery córki, jedną z nich, Elżbietę, poślubił Mikołaj Kazimierski – z kolei gorliwy arianin – który stał się tym sposobem właścicielem Lewartowa. Miasteczko trafiało potem w kolejne ręce: Zasławskich, Wiśniowieckich, Lubomirskich. W początkach XVIII wieku objęli je Sanguszkowie, którzy najwięcej zaważyli nad jego kształtem, dokonując także zmiany w nazwie – niejako symbolicznej, podkreślającej ten nowy rozdział w historii. Od 1744 roku brzmi ona bowiem – Lubartów (co też ma rodowe uzasadnienie, wszak Sanguszkowie wywodzili swoje korzenie od mitycznego przodka Lubarta). Po nich, w XIX wieku, byli jeszcze Łubieńscy, założyciele efemerycznej, bo działającej zaledwie kilka lat, fabryki fajansów; a także, już bardzo krótko – Mycielscy.

Jak przystało na miasteczko magnackie, centrum Lubartowa stanowił pałac jego właścicieli. Ten, „w którym nikt nie mieszka”, jak pisał Prus w 1881 roku. Ale wcześniej mieszkano i życie toczyło się tu w najlepsze. Za Firlejowskich czasów był on – jak się rzekło – lokalnym ośrodkiem reformacji. Bywał tu między innymi Jan Kochanowski, serdeczny przyjaciel Mikołaja Firleja, któremu poświęcił zresztą kilka wierszy, w tym znaną fraszkę Do Mikołaja Firleja:

Jeśliby w moich książkach co takiego było,
Czego by się przed panną czytać nie godziło,
Odpuść, mój Mikołaju, bo ma być stateczny
Sam poeta, rym czasem ujdzie i wszeteczny.

Chyba nie zachowały się żadne rysunki pierwotnego pałacu wzniesionego przez Piotra Firleja. Wiadomo jednak, że był to dwór obronno-rezydencjonalny w stylu włoskim z dwoma warownymi alkierzami, otoczony fosą i mokradłami. Wiadomo też, że Mikołaj Firlej rozbudował obiekt „nie licząc się z kosztami”. „Parter zajmowała izba stołowa, kaplica w prawym skrzydle i około 10 pokoi. Na górze w alkierzu znajdowała się biblioteka, reprezentacyjna sala w głównym korpusie, duży apartament i kilka pokoi.”

Wtedy też powstało pierwsze założenie ogrodowe. Kolejna przebudowa przypada na koniec wieku XVII, kiedy to Józef Karol Lubomirski, jeden z najbogatszych ludzi w ówczesnej Rzeczpospolitej, sprowadził do Lewartowa swego nadwornego architekta, Tylmana z Gameren (tego samego, który zaprojektował kilkadziesiąt ważnych budynków rezydencjonalnych i sakralnych, w tym Pałac Krasińskich i kościół sakramentek w Warszawie czy Pałac Branickich w Białymstoku). Projektant zaproponował m. in. dobudowę trzykondygnacyjnej wieży zegarowej, podobnej do tych, które widnieją na Pałacu Branickich. Czy zamierzenie zostało w pełni zrealizowane, nie wiadomo, gdyż niewiele później, podczas wojny północnej (1705-1706) pałac uległ całkowitemu zniszczeniu.

A Sanguszkowie, którzy nastali w Lewartowie po 1705 roku „zatarli wszelkie ślady pierwotnego zamku”. Paweł Karol Sanguszko polegał na usługach innego architekta, przybyłego z Włoch, Pawła Antoniego Fontany. Zabrał się on zrazu, tj. w początku lat 30. za remont pałacu, dobudowując drugie piętro (czy w międzyczasie zostało zniszczone?) i projektując wystrój wnętrz – słowem nadając mu mniej więcej taki kształt, jaki można obserwować dzisiaj. Sanguszkowie – dzierżący Lubartów (bo przypomnijmy, z sukcesem wnioskowali do króla Augusta III o zmianę nazwy) przez blisko półtora wieku – chyba najmocniej związali swe nazwisko z historią miasta. Do dziś mówi się przecież pałac Sanguszków, nie zaś pałac Firlejów czy pałac Łubieńskich. Z fundacji Pawła Karola Sanguszki wzniesiono też kościół p.w. św. Wawrzyńca wraz z towarzyszącym mu klasztorem oo. Kapucynów oraz kościół farny p. w. św. Anny – oba według projektu Fontany. Żona fundatora, Barbara Sanguszkowa kontynuowała te przedsięwzięcia, w ordynacji z 1769 roku rozporządzała:

dla wygody przyszłemu Altaryście [dawna nazwa księdza, pomocnika plebana, wikariusza, który utrzymuje się w altarjów, czyli dochodów ołtarza] pozwoliłam i pozwalam na pobudowanie rezydencji blisko kościoła lubartowskiego naprzeciwko samego pałacu i niedaleko kanału, którym woda z miasta zbiegać zwykła, w zatyłach domów rynkowych placu, wzdłuż i wszerz po sążni osiemnaście wymierzonego…

Sanguszkowa nakazała też „zabrać” budynki znajdujące się na wyznaczonym terenie, „aby ksiądz Altarysta mógł na tym miejscu postawić budynek wygodny z parkanem według swojej woli i intencji”.

***

Siedzieliśmy przed lubartowską farą w ów ciepły wietrzny dzień sierpniowy, obserwując kończący się właśnie pogrzeb, który podążył niebawem ulicą Lubelską. Biel barokowej fasady, czarny kartusz z tekstem fundacyjnym, wewnątrz zielony żyłkowany marmur, lśniąca złotem ambona i czarne ciężkie tablice nagrobne („Pawłowi oycu, Barbarze z Duninów matce, Józefowi bratu Sanguszkom – Hieronim Janusz synowie bracia 1793”) – jakże to wszystko jest funeralne, jak oczywiste, że musi być tłem pogrzebu właśnie. Gdy zrobiło się pusto, patrzyliśmy na rozmieszczone we wnętrzu posągi ojców kościoła i obrazy Szymona Czechowicza. Kolejna mała perła, może trochę przybladła, może trochę zapomniana polskiego barokowego malarstwa. Ile jest takich perełek rozrzuconych po polskich kościołach, wciąż znajdujących się w tym ich pierwotnym środowisku, dla którego były stworzone? Jak inaczej „czyta” się je tu, niż w „sztucznych” muzeach, galeriach, wśród dziesiątków innych obrazów? Szymon Czechowicz (1689-1775), absolwent Akademii Świętego Łukasza w Rzymie, gdzie uczył się dzięki mecenatowi Ossolińskich, członek Congregazione dei Virtuozi, w 1731 wrócił do Polski. Malował głównie obrazy religijne i magnackie portrety. W lubartowskiej bazylice znajduje się dziewięć jego dzieł, w tym malowidła ołtarzowe (na czele ze św. Anną, patronką kościoła) namalowanych pod koniec życia. Męczeństwo świętego Wawrzyńca ma w sobie coś z Caravaggia, ma coś z Tycjana, który ten sam temat opracowywał (postać mężczyzny podkładającego ogień w lewym dolnym rogu sceny ze zgiętą muskularną ręką na pierwszym planie – powtarza się w niewiele zmienionym kształcie u Czechowicza) – ale jest to barok jakoś uładzony, bez złości Caravaggia, bez mroku późnego Tycjana. Może jest to cecha baroku polskiej prowincji, czy polskiego baroku w ogóle, że nie idzie w skrajne namiętności, że tłumaczy wielkie tematy z teologicznym spokojem. Takie przynajmniej miałem wrażenie patrząc na dzieła Czechowicza i słuchając nieśmiałej próby organów w lubartowskiej farze.

Tak jak za czasów Firlejowskich, tak i za Sanguszków miał Lubartów i tamtejszy pałac – znamienitych gości. Otwiera to grono największy poeta czasów magnackich, Ignacy Krasicki, który – jak skrzętnie odnotowują historycy literatury – zawitał do Lubartowa dwa razy: w 1767 roku, gdy wracając ze ślubu córki Eustachego Potockiego w Radzyniu Podlaskim, odwiedził Barbarę Sanguszkową; oraz w 1782 roku, jadąc z rodzinnego Dubiecka do Warszawy. Z czasów tej drugiej bytności Krasickiego pochodzi list poetycki Powrót do Warszawy, w którym czytamy:

Już nie było jarmarku [w Łęcznej], gdym przejeżdżał, obeszło się przeto bez kupna, to jest bez straty; ciąg drogi do Lubartowa. Tam potomek Lubarta, dzielną swoją dłonią, Na Firlejów Lamparcie osadził Pogonią. Był to Paweł xiąże Sanguszko, marszałek wielki litewski, mąż staropolską cnotą znamienity.

Następnie pojawia się apologia Sanguszkowych zasług: „Wszystko, co ma Lubartów jego dziełem i Kapucyni”. Pisze więc książe poeta o księciu magnacie, że i Kapucyni są jego, tzn. księcia magnata, „dziełem” – ładna to licentia poetica, ładny skrót myślowy, bo – dla porządku warto dopowiedzieć – nie był to taki znowu magnat, żeby założyć zakon Kapucynów (który wyłonił się w XVI wieku z Franciszkanów), a jedynie ufundował mu schronienie na lubartowskiej ziemi, przy wspomnianym już kościele św. Wawrzyńca. Kościele o prostej ascetycznej fasadzie w stylu toskańskiego baroku (znów Fontana). Pisze w końcu Krasicki również o braciszkach:

i Kapucyni; odwiedziłem ich: Choć nie są kształtem urody, Mogą być grzeczne i brody. I są. Sposób ich przyjmowania uprzejmy, ludzki. A i w kościele, i w mieszkaniach i w ogrodzie, Nie wytwornych ozdób mnóstwo, Lecz w ubóstwie ochędóstwo.

A więc poeta, biskup warmiński, który miał małą słabość do otaczania się zbytkami „i w mieszkaniach i w ogrodzie” – ceni jednak tę skromność Kapucynów. Siedziba biskupia – zdaje się mówić – to jedno, a cele klasztorne – drugie, i dobrze, gdy te drugie są równowagą dla kościoła bogatego, i dobrze, że nie dzieje się tu tak, jak w Monachomachii.

Nawiasem mówiąc, jest powyższy fragment ciekawym przyczynkiem do historii mody męskiej w Polsce. Trudno wyobrazić sobie największe postaci XVI wieku bez obfitej brody. To samo w wieku XVII, broda konieczna, a przynajmniej wąsy, jak u Sobieskiego. Ostatnim z królów, który nie golił się gładko był chyba Stanisław Leszczyński, choć i on na niektórych podobiznach jest już bez zarostu. A Krasicki pisze już jednoznacznie o brodach: „nie są kształtem urody”. I jeszcze tylko poeci sentymentalni będą z rozrzewnienie wspominać dawne zwyczaje, jak Kniaźnin w Odzie do wąsów:

Ozdobo twarzy, wąsy pokrętne!
Powstaje na was ród zniewieściały.
[…]
Kogo wstyd matki, ojców i braci,
Niech się z swojego kraju natrząsa.
Ja zaś z ojczystej chlubny postaci,
Żem jeszcze Polak, pokręcę wąsa.

Zresztą lubartowscy Kapucyni – mimo swych bród – cieszyli się w ogóle dobrą opinią. Lokalni historycy wspominają, że ich pojawienie się w mieście było istotnym wzmocnieniem dla tutejszej inteligencji. Podobnie przedstawia ich Klemens Junosza-Szaniawski (poczytny w końcu XIX wieku pisarz, który spędził dzieciństwo w Lubartowie, mieszkając u dziadków przy ul. Kościuszki, obok parku i kościoła farnego) w powieści Dworek przy cmentarzu, gdzie jeden z mnichów swoją mądrością i znajomością człowieka („czyta w ludzkich duszach jak w książce”) przyczynia się do pogodzenia dwóch zwaśnionych przyjaciół (ziemianina i lekarza, których poróżniła polityka, a mianowicie to, że jeden z nich źle wypowiedział się o Francji).

W innej powieści Junoszy, Panu Sędzi, czytamy:

Miasto nie mogło pochwalić się zegarem, bo ażeby mieć zegar, potrzeba wieży, aby mieć wieżę, trzeba posiadać ratusz. Ratusza tymczasem nie było, a urząd miejski miał swoją „posiedzialność”, jak mówili mieszczanie, w kamienicy Fiszla Faju, pierwszego bogacza w mieście, członka dozoru bożniczego. Powiadają starzy ludzie, że niegdyś, ale to już bardzo dawno, był tu w miasteczku ratusz, jak się należy, fundamentnie zbudowany, z wieżą, zegarem, nawet trębaczem miejskim – ale stało się nieszczęście. Ogień zniweczył wspaniały gmach, wieża runęła, zegar zginął w płomieniach a trębacz rozpił się ze zmartwienia i umarł.

Jaki to przejmujący i smutny obraz – ów trębacz, który, straciwszy swoje miejsce pracy, swoją symboliczną funkcję, nie potrafi dalej żyć. Ów ratusz „fundamentnie zbudowany” wspominany przez starych ludzi za czasów Junoszy to zapewne ratusz wzniesiony jeszcze za Firlejów, który przetrwał kilka wieków i zniknął dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Lecz nie mogło to być „ale to już bardzo dawno”, jak czytamy w Panu Sędzi, wszak we Wspomnieniach z przejażdżki po kraju… (1857) autorstwa, nieco starszej od Szaniawskiego, lubelskiej literatki, Zofii Ścisłowskiej (1812-1873) można odnaleźć taki oto fragment: „Za kościołem jadąc w miasto, ciągną się po obu stronach ulicy drewniane domki, dalej w rynku murowany szczerniały od starości ratusz, nieoddzielny z istnieniem miasteczek polskich”. Jak się okaże kilka lat później, ten ratusz nie był tak „nieoddzielny” z istnieniem Lubartowa, gdyż – jeśli wierzyć Junoszy – nie tylko przestał istnieć, ale i zatarł się w pamięci mieszkańców. Chociaż trębacz, który zapił się na śmierć z tęsknoty za ratuszem, podzielał chyba pogląd o „nieoddzielności”.

W owym fragmencie wspomnień Ścisłowskiej pojawia się też zagadkowe zdanie: „Smentarz lubartowski porządnie ogrodzony, z małą kapliczką, zaletę przynosi tak mieszkańcom, jako i proboszczowi miejscowemu.”. Jakąż to zaletę przynosił „porządnie ogrodzony” lubartowski cmentarz mieszkańcom miasteczka, i czy chodziło o żywych mieszkańców, czy też o tych, którzy już na cmentarz podążają? Bo, że proboszczowi lepiej odprawiać egzekwie na ogrodzonym cmentarzu, niż na gołym polu – to wiadomo.

***

Ścisłowska pisze jeszcze w swojej relacji tak: „Pałac zniszczony z herbami stoi jak żałobny pomnik nad grobem przeszłości… dziś duma i potęga w zimnym grobowcu, w garść znikomego zamienia się prochu…”. Czyli odnotowuje ten sam fakt, który znajdujemy dwadzieścia kilka lat później w Prusowych Kronikach, tyle że w bardziej patetycznej formie. Ta sama informacja – choć jeszcze w innym tonie – pojawia się u Junoszy: „Inteligencja miasteczka lubiła bardzo spacerować po pięknym pobliskim parku, w którym znajdował się stary, od dawna opuszczony pałac […] który stał się ostoją psów i nietoperzy […]”. Co takiego się stało, że wystawna rezydencja kilkadziesiąt lat później była już tylko „ostoją psów i nietoperzy”? Ano stało się to, że przyszedł wiek XIX, wiek kapitalizmu, rewolucji przemysłowej, fabryk i przedsiębiorczości.

Myślę, że zbyt mało uświadamiamy sobie – żyjąc wielkimi tematami naszej polskiej historii z tamtego czasu – jaka duża przepaść rozdziela wiek XVIII od wieku XIX. Co jest istotą tego rozdziału? Coś, co we Francji opisali Stendhal i Balzac. Coś, co u nas nie zostało, jak sądzę, opisane (może trochę Norwid i na pewno Prus, ale to już dużo, dużo później) – bo romantyzm upłynął nam pod znakiem innych zagadnień – choć z pewnością zostało zauważone, na przykład przez przedstawicieli emigracji polistopadowej, którzy znaleźli się we Francji i Anglii :

Chodźko, który z takim podziwem pisał o formach życia angielskiego, a po miesiącu zaczął się męczyć, bo coś go uwierało, a po dwóch miesiącach – w kwietniu 42 roku – wiedział już wszystko i krzyknął: to hańba! Zobaczył bowiem to, czego potąd, zachwycając się kopalniami i tkalniami, nie widział: społeczeństwo występne, zbrodnicze, rozpustne. Najbardziej przeraziła go jednak obłuda zachodniej cywilizacji, która pielęgnuje zasady moralne tylko po to, by ukryć pod nimi rozpustę i nędzę. (J. M. Rymkiewicz, Słowacki pyta o godzinę)

Słowem – początek nowoczesności. W Polsce nastąpił on z pewnym opóźnieniem, zaczął się gdzieś w latach 20. i 30., za sprawą inicjatyw Druckiego-Lubeckiego, wraz z budową przemysłowej Łodzi, z rozwojem górnictwa w Zagłębiu Dąbrowskim, z szeroko zakrojoną industrializacją kraju. Był to przełom oddziałujący na tożsamość w ogóle, ale biorący chyba swoje źródło w nowym myśleniu o pieniądzu. Majątek, który dotąd był czymś statycznym, trwałym – nagle miał stać się podstawą przedsiębiorczości, miał dawać procenty, zarabiać. Dlatego obok dawnych możnych wielowiekowych rodów zaczęły rosnąć fortuny nie mające swojej sankcji historycznej, fortuny jednopokoleniowych przedsiębiorców (co znamy dobrze z naszej najnowszej historii). Dzieje pałacu Sanguszków w wieku XIX świetnie to ilustrują.

W 1838 roku Klementyna z Sanguszków Małachowska sprzedała majątek Henrykowi Łubieńskiemu. Kim był ów Łubieński? Najkrócej można powiedzieć: dzieckiem tamtych czasów. Urodzony w 1793 roku w dość znaczącej rodzinie ziemiańskiej, absolwent studiów prawniczych w latach 20., poszedł w kierunku działalności gospodarczej. Zaczął od założenia cukrowni w rodzinnym majątku w Kazimierzy Wielkiej. Tego samego dokonał w kilku innych majątkach (Guzowie, Częstocicach). Był inicjatorem powstania Huty Bankowej w Dąbrowie Górniczej. Wraz z bratem Tomaszem założył dom handlowy. Powołał do życia odlewnię stali i kilka kopalni. W 1829 został dyrektorem Banku Polskiego, a następnie jego wiceprezesem. Kilka lat później nabył Lubartów, gdzie ulokował fabrykę porcelany i fajansu (mieściła się w stajniach pałacowych). Jego zamierzenia sięgały coraz szerzej (wystąpił m. in. z inicjatywą budowy Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej), a majątek wzrastał. Coś jednak musiało się w tych rachunkach nie zgadzać, gdyż w 1842 roku Łubieński został aresztowany i oskarżony (a następnie skazany i zesłany do Kurska) za korzystanie z publicznych środków Banku Polskiego do realizacji przedsięwzięć prywatnych (też skądś to znamy). Fabryka fajansów przestała działać, a Lubartów przejął Bank Polski „na zaspokojenie swych roszczeń”. Od tego momentu nastąpiła stopniowa degradacja pałacu Sanguszków. Od Banku majątek odkupił Stanisław Mycielski, ale i on był srogo zadłużony, więc postanowił rozparcelować grunty i posprzedawać je niemieckim kolonistom, co się dokonało w latach 1865-1867. Sam pałac trafił znów w ręce Banku Polskiego, a następnie w ręce Ludwika Grabowskiego, znanego hodowcy koni, którego główna posiadłość znajdowała się w niedalekich Sernikach. Zdaje się, że za jego czasów pałacu nie remontowano. I stał sobie dalej „jak żałobny pomnik nad grobem przeszłości” do czasu, gdy w 1925 roku zakupiło go Zgromadzenie Braci Misjonarzy Kresowych III Zakonu św. Franciszka – z przeznaczeniem na siedzibę zakonu oraz szkołę. Na początku lat 30. tercjarze prowadzili w pałacu drukarnię, która spłonęła w sierpniu 1933 roku, co tak wspominał Andrzej Monastyrski: „Przypomniał mi się straszny pożar Pałacu Sanguszków, który płonął w nocy prawie tuż obok naszego ówczesnego domu, przy ulicy Kościuszki”. Kilka lat później władze miasta odkupiły ruiny pałacu. Zachowały się liczne fotografie, przed- i powojenne, na których widnieją zniszczone mury, puste lub zamurowane okna. Lecz, choć zrujnowany i nieużytkowany, zawsze był ten pałac obecny, gdzieś w tle, jako punkt odniesienia. Marek Danielkiewicz pisał:

Atrakcją tamtych lat były zabawy w parku miejskim przy pałacu książąt Sanguszków. Starsi tańczyli na drewnianej podłodze rozbitej obok stawu. Łabędzie pływały sobie niezainteresowane muzyką i ludźmi. Piwo płynęło prosto z beczek do ciężkich kufli. Bzyczały syfony z wodą sodową. Cukrowa wata miała nadzwyczajny smak. Fanty na loterii interesowały nie tylko dzieci. Na przykład można było wygrać żywego prosiaka lub dorodną kurę nioskę. Na prowizorycznej scenie grała kapela.

W latach 60. wzięto się znów do remontów i gdy je już częściowo ukończono, ulokowały się w pałacu instytucje samorządowe. Dziś mieści się tu Starostwo Powiatowe, a zamiast dziedzińca przed budynkiem znajduje się wypełniony samochodami parking. Za to z drugiej strony rozciąga się piękny park i ogród, którego nie powstydziłby się chyba sam Fontana. Gdy się chodzi parkowymi ścieżkami albo przysiada gdzieś na ławeczce – myśl odlatuje nieuchronnie od nudnej (choć może lepszej) współczesności, która dzieje się w pokojach Starostwa, ku magicznym (choć może gorszym) czasom, gdy Mikołaj Firlej gościł w pałacu Jana Kochanowskiego.

***

Skoro już wróciliśmy tak daleko – wypada zająć się jeszcze jednym miejscem, bez którego nie byłoby XVI wiecznego (ani późniejszego) Lewartowa. Mam tu na myśli szkołę, czy może lepiej byłoby powiedzieć szkoły, bo – jak się zaraz pokaże – historia lubartowskiego szkolnictwa bogata jest w barwne i spektakularne zwroty.

Na początku powstała owa szkoła kalwińska założona przez Mikołaja Firleja. Ważna to była instytucja na edukacyjnej, ale także, a może przede wszystkim, kulturalnej mapie ówczesnej Polski. Pierwszym jej rektorem został Szymon Seidler z Torunia, a kolejnym Samuel Wolf ze Śląska, pedagog i humanista, który studiował w Lipsku i Wittenberdze, autor dość sławnego poematu opiewającego zwycięstwo Batorego pod Pskowem, przyjaciel jednego z wybitniejszych polskich poetów końca XVI wieku, Sebastiana Fabiana Klonowica, który zadedykował mu swoją Roxolanię.

Warto może dopowiedzieć, jak nieduży był wtenczas Lewartów. W 1576 roku liczył zaledwie 225 osób, wśród nich 80 Żydów. Wielowyznaniowego grona dopełniali kalwini, arianie, luteranie i katolicy.

Kontynuacją pierwszej szkoły była placówka ariańska działająca pod protektoratem Mikołaja Kazimierskiego. Na jej czele stanął Wojciech z Kalisza. Był on uczniem niemieckiego pedagoga Jana Sturma, wykładającego w Starsburgu, twórcy modelu 10-klasowej szkoły średniej. Studiował także w Akademii Krakowskiej, w Tybindze i Heidelbergu. W 1586 roku przeszedł z kalwinizmu na arianizm. Nastawszy w szkole lubartowskiej, zaprowadził w niej 5-letnie gimnazjum będące jego autorskim modelem wzorowanym na Sturmie – swą koncepcję szkoły opisał w formie listów (wzorując się na dziełach Cycerona i Erazma z Rotterdamu) i opublikował w słynnej drukarni w Rakowie pod tytułem Schola Levartoviana restituta… Wśród rozdziałów tej publikacji znalazł się i taki: Prawa szkoły lewartowskiej – opisujący obowiązki uczniów i nauczycieli, przy czym dziewiętnaście punktów dotyczy tych pierwszych, a tych ostatnich tylko jeden.

Wojciech z Kalisza jest także autorem głośnej polemiki z jezuitami pochodzącej z 1590 roku. Był to zresztą czas – końcówka XVI wieku – wzmożonych dysput międzywyznaniowych. Jedna z nich odbyła się w lubartowskiej szkole. „Do najbardziej głośnego spotkania doszło 13 i 14 stycznia 1592 roku. Udział w lewartowskiej dyspucie wzięli wtedy kalwini, arianie, husyci i katolicy”. Próbuję wyobrazić sobie, jak taka dyskusja wyglądała? Czy przedstawiciel każdego wyznania wygłaszał swoje dwuminutowe stanowisko na temat np. dogmatu o Trójcy Świętej, a później głosowano, które wystąpienie było najbardziej przekonujące? Czy pod wpływem jakiegoś wystąpienia pozostali dyskutanci zmieniali swój pogląd na daną sprawę? Czy spór toczył się przed publicznością czy w zamkniętym pomieszczeniu? Tego nie wiemy i pewnie nie będziemy już wiedzieć. Wiadomo jednak, że rozmawiano w gronie dość elitarnym, około 15 dyskutantów, lecz za to doborowym, składającym się z kilku czołowych intelektualistów tamtej epoki, takich jak Stanisław Sarnicki, Szymon Budny, Erazm Otwinowski czy Marcin Łaszcz. No i pytanie kluczowe – czy czyjeś racje przeważyły? Czy ktoś debatę wygrał? Jezuici nie mieli wątpliwości. Marcin Łaszcz opublikował broszurę Pogrom Lewartowski To iest O wygraney […] Adryana Radzimińskiego […] Disputacyey ktora Roku 1592 Dnia 13 y 14 Stycznia z Ewangeliki y Nowokrzczeńcami iawnie miał w Lewartowie. Ach ci szermierze kontrreformacji. Niby wielkie umysły, niby bezbłędna argumentacja, niby mądre racje i ogłada – a tu nagle wrzucą takie słowo – jak ten „pogrom” na przykład – że zaraz poznasz jezuitę.

Ale może faktycznie był to intelektualny pogrom, skoro kilka lat po owej debacie, w 1598 roku, będąc już na łożu śmierci, Mikołaj Kazimierski nawrócił się na katolicyzm. Lecz historycy mówią, że stało się to raczej za przyczyną Piotra Skargi (wszak też jezuity), który podobno bywał w lewartowskim pałacu i swą legendarną kaznodziejską mocą przekonał Kazimierskiego. Tego też się pewnie nie dowiemy. Faktem jest jednak, że w efekcie świątynia została przywrócona katolikom, a ze szkoły stopniowo rugowano nauczycieli innowierców. W 1603 roku przestał istnieć w Lewartowie zbór ariański, a w 1642 zbór kalwiński. Lokalne tradycje protestanckie przejął nieodległy Kock, który pozostawał w rękach Firlejów do drugiej połowy XVII wieku.

Wytraciwszy swój intelektualny i religijny napęd szkoła straciła na znaczeniu, może nawet przestała istnieć, do końca nie wiemy, gdyż brak jest informacji o lubartowskim szkolnictwie w XVII i XVIII wieku. Dopiero w wieku XIX wypływa z mroków dziejowych szkoła elementarna, która rozpoczęła swe istnienie w 1819 roku. Jednakowoż nie była to chyba placówka zbyt potężna, gdyż – jak piszą historycy – „majątek szkoły był nader skromny. W 1861 roku cały inwentarz składał się z czterech ławek, tablicy, stołu, krzesła, dziennika lekcyjnego i kilku książek”. Przez okres zaborów, a już szczególnie po 1864 roku, gdy Lubartów dotknęła intensywna rusyfikacja (dokonywano wówczas zsyłek na Syberię – stąd w końcu zesłaniec Srul z Lubartowa) – stanowiła owa szkoła elementarna narzędzie ucisku (równolegle na przykład z cerkwią zbudowaną wbrew woli mieszkańców, ale za to z ich przymusowych składek). Jednak po rewolucji 1905 roku władza carska poszła na pewne ustępstwa, a szkoła zyskała szereg swobód, w tym możliwość nauki w języku ojczystym. U progu niepodległości była więc chyba instytucją bardziej pożyteczną niż szkodliwą. Świadczyć może o tym m. in. fakt, że dyrektor szkoły elementarnej, Hipolit Czaplicki, pozostał na swoim stanowisku po 1918 roku, a później długo jeszcze „kierownikował” szkole powszechnej. W 1925 roku uczęszczało do niej 228 chłopców i 232 dziewczęta – swoją drogą nieco zaskakująca dla naszych wyobrażeń o przedwojennej, patriarchalnej Polsce jest ta proporcja uczniów.

***

Polska tamtego czasu wydaje się niezwykła także z wielu innych powodów. Zupełnie niespotykana (do tamtej chwili i potem) była intensyfikacja wszelkich wysiłków ludzkich: gospodarczych, społecznych, kulturalnych. Tłumiona przez dziesięciolecia energia, wywołana z kolei dziełem poprzednim pokoleń, całe to pokłosie Żeromszczyzny, wszystkie te siłaczki i Judymowie – w niepodległej Polsce mogło rozwinąć skrzydła i oddać się w pełni na służbę dobru wspólnemu. W międzywojennej historii Lubartowa są takich osób dziesiątki: nauczycieli (jak Zofia i Mieczysław Breitmeierowie), bibliotekarzy (jak Stanisława Kosior), lekarzy (jak Maurycy Silberman), księży (jak Aleksander Szulc), działaczy społecznych (jak Edmund Monastyrski). Tym bardziej godne podziwu wydają się ich działania, im w skromniejszych warunkach materialnych się odbywały. Dziś – mając do dyspozycji setki instytucji o znacznych budżetach – nie potrafimy zrobić jednej dziesiątej tego, co tamci ludzie robili w sytuacji daleko trudniejszej.

Tak właśnie rzecz miała się w przypadku szkoły. Prawie przez całe dziesięciolecie borykała się ona z problemami lokalowymi, wynajmowała kamienice, pomieszczenia w pałacu Sanguszków, a nawet korzystała z żydowskiego chederu. Dopiero w późnych latach 30. ukończono, finansowany w dużej części ze składkowych pieniędzy mieszkańców, nowy gmach przy ul. Kamionkowskiej 3. A warto dodać, że w tamtym czasie szkoła powszechna liczyła już ponad tysiąc uczniów. Trudności materialne nie przeszkadzały nauczycielom angażować się nie tylko w kształcenie młodzieży, ale także w inicjatywy dodatkowe, jak Polskie Towarzystwo Miłośników Sztuki, lokalne pisma („Echo Ziemi Lubartowskiej”, „Lubartowiak”) czy szkolne koło PCK. W gronie pedagogów (ale także urzędników czy policjantów) znajdowali się zarówno ci wywodzący się z Lubelszczyzny, jak i migranci z Kresów wschodnich. Szacuje się, że w latach 30. liczący ponad 10 tys. mieszkańców Lubartów zamieszkiwało około 300 przedstawicieli inteligencji. Jednym z miejsc spotkań tego inteligenckiego środowiska był dom Edmunda Monastyrskiego (działacza społecznego, redaktora „Lubartowiaka”), nazywany „Związkiem”. Przychodzili tu m.in. dyrektor Kasy Oszczędnościowej Bronisław Andrzejewski, burmistrz Adam Lipski, rejent Leon Lassota, aptekarz Aleksander Walencik, lekarze Alfred Pogonowski i Maurycy Silberman, poseł Kazimierz Kryński, ks. kan. Walenty Goliński.

Szczególnymi przedstawicielami inteligencji (szczególnymi, bo łączącymi nas z przeszłością) byli lokalni historycy, regionaliści, ludzie pióra. Należał do nich Gracjan Wereżyński (1828-1902), lubartowski notariusz oraz autor prac Historyczne opisanie miasta Lubartowa na zasadzie oryginalnych dokumentów opracowane (do dziś pozostającej w rękopisie) oraz Z przeszłości Lubartowa (fragmenty drukowane były w „Gazecie Lubelskiej”). Wereżyński był też nie lada bibliofilem, w domowej bibliotece zgromadził ponad 600 woluminów, w tym np. paryskie wydania dzieł Mickiewicza.

Spośród międzywojennych pisarzy lubartowskich wypada wspomnieć Wandę Śliwinę (1891-1962), poetkę, pisarkę, publikującą pod pseudonimem Jagienka spod Lublina. Żonę Władysława Śliwy, wieloletniego burmistrza Lubartowa. Warto ją wspomnieć nie tyle może dla jej dokonań literackich (bo tu więcej niż z powodu swojej twórczości, została zapamiętana np. jako polemistka Kornela Makuszyńskiego, który na jej artykuł Bażanty, odpowiedział następująco „Książeczka wyszła w samym Lubartowie, skąd wyszedł dotychczas jedynie miły bardzo Srul z Lubartowa. Patrzcie! Patrzcie! Kto by się spodziewał, że w Lubartowie piszą książki! Bardzo mnie cieszy taki postęp. O książeczce tej, która ma zemstą straszliwą pognębić zwierzę męskie, niczego złego nie mogę oczywiście powiedzieć, gdyż pisała ją kobieta i mnie tę książkę poświęciła”) ile dla publikacji o regionie takich, jak: Ziemia Lubartowska. Szkic monograficzny, ilustrowany, Lubartów (1926) czy Lud lubartowski (1930). Była też Śliwina – co może kogoś zainteresuje – autorką poczytnych romansów.

***

Ciekawe – i to jest także specyfika Polski przedwojennej – jak zróżnicowane pod względem wykonywanych przez mieszkańców zawodów był wtedy Lubartów. Znajdujemy wśród nich dość popularne i znane dziś zawody takie, jak mleczarz, inżynier czy kaflarz. Ale znajdujemy także bardziej niezwykłe profesje: malarz szyldów, rzezak rytualny, handlarz nierogacizny, robotnik trykotaży, krupierz, pisarz próśb. Tak jakby każdy mieszkaniec zasługiwał na swój osobny zawód, swoje unikalne miejsce we wspólnocie miasteczka. Miejsce takie mieli w jakimś sensie nawet ci, którzy w rubryce zawód nie mają wpisanego żadnego konkretnego zajęcia, np. utrzymuje się z żebraniny.

***

I jeszcze jedna dygresja. Ilekroć czytam o międzywojniu i napotykam różnego rodzaju oficjalne dokumenty, tylekroć imponuje mi poziom ówczesnego języka urzędowego. Dla przykładu – którego nie trzeba daleko szukać, bo wiąże się i z Lubartowem, i z tamtejszym szkolnictwem – chciałbym przytoczyć sprawę szkoły sióstr Felicjanek. Otóż była to szkoła prowadzona przez siostry zakonne, towarzysząca ochronce dla dzieci, położona na przedmieściach Lubartowa. W pewnym momencie pojawił się spór pomiędzy rodzicami dzieci mieszkających w okolicy i administracją szkolną dotyczący tego, do której szkoły owe dzieci powinny uczęszczać. Rodzicom zależało na pobliskiej szkole Felicjanek, władzom szkoły powszechnej na przydziale do ich placówki. Wykładnia Ministerstwa brzmiała krótko: „…rodzicom wolno posyłać dzieci do szkoły, gdzie chcą, byleby posyłali”. Nic dodać, nic ująć. Do tego zrozumiale i po polsku. Może się mylę, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie, żeby nasza dzisiejsza władza – obojętnie jakiego szczebla – potrafiła zapisać jakąkolwiek kwestię tak po prostu.

***

Niniejszy przyczynek do opisania Lubartowa – nie mógłby się obyć bez jeszcze jednej kwestii. A mianowicie – bez przedstawienia wielowiekowej różnorodności społecznej tego miasteczka. Tym częściej trzeba o tym wspominać, im trudniej wyobrazić nam sobie dziś wieloetniczną przedwojenną Polskę. A Lubartów nawet na mapie tamtej Polski jest miejscem szczególnym. Łączy bowiem w sobie dwie najważniejsze tradycje polskiej różnorodności: obecność protestantów i obecność Żydów. O kalwinach i arianach sporo zostało już w tym tekście powiedziane, zresztą jest to tradycja dawniejsza i krótsza, a więc bardziej zatarta. Przychodzi opowiedzieć w końcu także o lubartowskich Żydach.

Zacznę może od takiego XVIII-wiecznego obrazka z powieści Klemensa Junoszy-Szaniawskiego: „Żydzi nosili się też staromodnie: w lisich czapkach, atłasowych kapotach i pantoflach; każdemu z pod czapki wychylały się półłokciowej długości pejsy, zakręcane misternie, jak loki angielskie”. Ale przecież nie trzeba cofać się aż tak daleko. Lidia Perlińska-Schnejder, mieszkająca w Lubartowie tuż przed wojną wspomina:

Ten dom w którym myśmy mieszkali był piętrowy natomiast pozostałe były parterowe. Te domy były murowane, a po przeciwnej stronie były takie bardzo biedne kliteczki – przeważnie zamieszkałe przez ubogą ludność żydowską i tam była synagoga po tamtej stronie, Cheder był, tak że pamiętam cheder i ten hałas w chederze, bo każdy uczeń głośno swój tekst mówił.

Z tego samego czasu pochodzą opowieści mamy Marka Danielkiewicza, które cytuje on w swoich wspomnieniach o Lubartowie: „[Mama] była dla mnie ostatnią wiarygodną osobą, która łączyła mnie z czasem przeszłym, z żydowsko-polskim Lubartowem. Wiedziała jak smakuje prawdziwa chałka z żydowskiej piekarni »zawsze chodziłam do nich po bułki, bo były lepsze i tańsze«, słyszała głos rabina w synagodze przy ulicy Kamionkowskiej, potrafiła wskazać miejsce śmierci Szmula Percyka, który się w niej podkochiwał, opowiadała o sklepikach w rynku, o biedocie wegetującej w klitkach”. To nie dużo, te kilka obrazków „żydowsko-polskiego Lubartowa”. A jednak co nieco widać, tę odmienność, ten koloryt, ten jakże inny świat. Świat polskich prowincjonalnych miasteczek przed hekatombą drugiej wojny. Chociaż Lubartów, znów, trochę się na tle tego świata wyróżnia.

W większości miast było bowiem tak, że Żydzi zamieszkiwali osobną dzielnicę (osobne dzielnice). W Opocznie działo się to wokół ulicy Żydowskiej, w Opatowie w rynku i przyległościach, w Biłgoraju wzdłuż ulicy Nadstawnej. Tymczasem w Lubartowie panowało większe wymieszanie. Owszem, we wspomnieniach pojawiają się części miasteczka, gdzie większość mieszańców stanowili Żydzi, zwłaszcza biedniejsi – takie były na przykład ulice Klitki I i Klitki II. Ale nawet pobieżny przegląd ksiąg meldunkowych z lat 30. pozwala dostrzec, że prawie przy każdej ulicy, prawie w każdym domu mieszkali po sąsiedzku: katolicy i Żydzi, rzadziej także ewangelicy i prawosławni. Weźmy dla przykładu ulicę Kamionkowską: numer 53a – Józef Bielakowski, właściciel apteki; numer 57 – Josep-Hersz Federbusz, nauczyciel języka żydowskiego; numer 61 – Leon Gembal, dozorca aresztu miejskiego; numer 21 – Srul Rajchnudel, właściciel księgarni i drukarni. Potwierdza to także Wojciech Charliński, pisząc we wspomnieniach: „Przykładem była moja rodzina, gdzie w jednym domu przy ul. Lubelskiej 27 mieszkali obok siebie Polacy (moja babka Feliksa z Rudzkich-Król z rodziną) oraz trzy rodziny żydowskie”. Charliński dodaje, że mimo owej różnorodności narodowej i wyznaniowej „nie było prawie żadnych spięć”.

Sądzę – wracając myślą do głównego bohatera opowiadania Adama Szymańskiego – że nie przypadkiem ów mądry, choć prosty Srul pochodził właśnie w Lubartowa. W finałowym dialogu tego opowiadanie – choć cały utwór jest właściwie długim dialogiem pomiędzy jednym zesłańcem syberyjskim, porte parole autora, a drugim, Srulem z Lubartowa – mówi ów pierwszy bohater do drugiego:

 – Więc to o tym pogadać ze mną chciałeś? Więc ty nie myślisz o ludziach, o swej doli ciężkiej, o biedzie, która cię gniecie, lecz tęsknisz do słońca, powietrza, ziemi rodzinnej?… Myślisz o polach, łąkach i lasach, o ich mieszkańcach Bożych, których w życiu swym biednym nie miałeś nawet czasu poznać dobrze, i dziś, gdy obrazy miłe znikają z twej pamięci, boisz się pustki, która cię otoczy, sieroctwa wielkiego, które cię dotknie, gdy się zatrą drogie wspomnienia? Chcesz, żebym ci je przypomniał, odświeżył, chcesz, abym ci opowiedział, jaką jest ziemia nasza?…
– O tak, panie, tak, panie! Po to tu przyszedłem… – i ściskał me ręce, i śmiał się, jak dziecko, radośnie.
– Słuchajże, bracie!…

To „Bracie!” zbyt rzadko chyba było wypowiadane w codziennym życiu, choć tak przecież naturalne się wydaje dla przedwojennych społeczności polskich miasteczek, dla społeczności Lubartowa. Bo Żydzi byli rodzimymi mieszkańcami tej ziemi, i nikomu nie powinno przychodzić do głowy, żeby temu zaprzeczać, a oni sami nie powinni nawet pomyśleć o szukaniu dla siebie innej ojczyzny. Tu ich dzieci uczyły się w szkołach z katolickimi dziećmi (przy czym dużo opuszczały ze względu na częste żydowskie święta, a dzieci katolickie skwapliwie i chętnie to naśladowały). Tu pracowali wspólnie z katolikami. Tu obok siebie mieszkali. Tu kochali się w polskich kobietach i jedli tę samą, co one, żydowską chałkę.

Ów polsko-żydowski Lubartów – był to po prostu pejzaż codzienny. Aż do października 1942 roku, gdy Niemcy dokonali eksterminacji tutejszych Żydów, wywożąc ich do obozów w Bełżcu i Sobiborze, a niektórych mordując na miejscu. Zniknęła synagoga, znajdująca się na terenie dzisiejszego ogródka jordanowskiego. Zniknął hotel żydowski, który stał u zbiegu Lubelskiej i Poprzecznej. Zniknęły pokolenia poczciwych Srulów, które stworzyły to miejsce, a wraz z nimi zniknęli ich najszlachetniejsi polscy przyjaciele, żeby wspomnieć tylko rozstrzelane w Majdanku siostry Tomasikówne.

***

Chodząc ulicą Lubelską próbuję wyobrazić sobie, co czuli powojenni mieszkańcy Lubartowa, którzy przetrwali zagładę, ale musieli żyć obok ciepłych jeszcze, lecz już pustych miejsc po swoich żydowskich sąsiadach. I nie wierzę Andrzejowi Lederowi, gdy w Prześnionej rewolucji pisze, że stali się oni szczęśliwymi beneficjantami pożydowskiego mienia. Sądzę raczej, że widywali w snach te zabrane twarze Żydów, i że było im ciężko. Tak samo, jak wierzę (chcę wierzyć), że nigdy nie byłoby polskiego antysemityzmu (ani tego przed-, ani tego powojennego), gdyby nie wielka polityka (najpierw endecka, a później gomułkowska). Takie miejsca, jak polsko-żydowski Lubartów – utwierdzają mnie w tej wierze.

A ten dzisiejszy Lubartów? Czym jest? Czy ma w sobie coś z Lubartowa przedwojennego? Jest przecież tak odmienny, w tak innej Polsce zanurzony. Ale – mam takie wrażenie, a może znowu tylko nadzieję – że w jakimś stopniu jest kontynuacją swej wielowiekowej tradycji. Stoi przecież klasztor Kapucynów, stoi lubartowska fara z dziełami Czechowicza, stoi odnowiony, choć nieco spostponowany pałac Sanguszków. Działa Lubartowskie Towarzystwo Regionalne, od 1956 roku wydające cykliczną publikację pt. Lubartów i Ziemia Lubartowska (której zresztą ten tekst bardzo wiele zawdzięcza). Ukazują się – w owej publikacji i na innych łamach – liczne wspomnienia i wiersze o dawnym Lubartowie. Od 26 lat ogłaszany jest rok rocznie Konkurs Literacki im. L. S. Licińskiego skierowany do dzieci i młodzieży (w tym roku temat przewodni brzmi: Opowieści moich rodziców i dziadków o dawnym Lubartowie). Funkcjonuje biblioteka o ponad 100-letniej tradycji, gromadząca dziś ponad 80 tys. woluminów. W tej bibliotece za czasów dyrektorowania cytowanego tu pisarza Marka Danielkiewicza (2001-2009) zorganizowano m. in. wystawy „Pamięci Żydów z Lubartowa”, „Z Paryża do Lubartowa. Georges Perec 1936-1982”, „Lubartów pamięta”. Sam Danielkiewicz powtarza zaś: „Historia tego miejsca bez przeszłości żydowskiej nie ma sensu”.

Powie ktoś, że jest to tylko kultura materialna i kultura duchowa. Lecz w braku innych narzędzi (bo przecież nie sprowadzimy dziś do Lubartowa 20 tys. Żydów za sprawą jakiegoś zabiegu politycznego; zresztą broń nas Boże przed jakimikolwiek politycznymi zabiegami) – kultura to wcale nie jest mało.

A nad drogą z Lublina do Lubartowa, po kolejnej burzy, znów przepływają szybko pędzące chmury. Ten obrazek przypomina mi, że nie miał racji Klemens Junosza, pisząc: „Samo miasteczko niczem się osobliwem nie odznaczało. Było ono jak wszystkie polskie miasteczka. Kto jedno widział, wszystkie widział, więc opis zbyteczny”.

Archipelag polskości?

Leszek Kołakowski pisał kiedyś – oczywiście nie całkiem serio – że nie ma dowodu na to, iż podróże są dla nas jakkolwiek pożyteczne. Że coś nam dają, czegoś uczą, że „kształcą”, jak to się potocznie mówi. Przywiązałem się swego czasu do tej myśli filozofa i chętnie ją powtarzałem przy różnych okazjach, gdy po raz kolejny słyszałem od kogoś, że jego pasją są podróże. A jeśli wierzyć zawodowym życiorysom składanym na biurkach pracodawców – to jesteśmy narodem zakochanym w podróżowaniu. Dla przekory więc, ale i trochę z przekonania dowodziłem, że to nie ma sensu, żeby pałętać się gdzieś po świecie i że wiele więcej można by skorzystać, poświęcając ten czas dobrej książce. A jeśli podróżować – to niedaleko. I zgodnie z tym przekonaniem – wszak trzeba żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami – wypuszczałem się, kiedy tylko była możliwość, w podróże po Polsce. Im bardziej na prowincję, tym lepiej. Jeździć wąskimi dziurawymi drogami („to są, mości panie, polskie drogi” – jak pisał Żeromski w Popiołach). Łazić po zapomnianych przez wszystkich miasteczkach. Przekradać się do opuszczonych dworów i pałaców. Przyjemność estetyczna, ale chyba też po trosze przyjemność poznawcza; wiara, że się coś z tej polskości w końcu zrozumie.

Filip Springer też musi podzielać tę wiarę. Tak myślę. Inaczej nie traciłby kilku lat na realizację pomysłu, któremu nadał nazwę „Miasto Archipelag”, ani na napisanie książki pod takim samym tytułem, będącej zwieńczeniem tegoż – jak to się brzydko mówi – projektu. A jest to projekt bardzo ambitny i bardzo ciekawy. Odwiedzić, poznać i opisać wszystkie miasta, które były wojewódzkie (od czasu reformy w 1975) i wojewódzkie być przestały (po kolejnej reformie, z 1999). 31 miejscowości, rozsianych po Polsce, od Jeleniej Góry po Suwałki, od Przemyśla po Koszalin.

Najeździł się więc Springer co nie miara. Autobusami, pociągami, stopem. Nachodził się po tych wszystkich miastach mniejszych i większych. Narozmawiał z ludźmi. Przewertował historię odwiedzanych miejsc. I co? I ułożył to wszystko w mozaikową, wielowątkową opowieść o wzlocie i upadku, o nadziejach i rozczarowaniach, o Polsce, która nigdy się nie stała, bo tak naprawdę stać się nie mogła.

Podtytuł książki brzmi Polska Mniejszych Miast. A więc mniejszych od tych największych, od dzisiejszych wojewódzkich stolic. Ale nie najmniejszych, jakich setki rozrzuconych po polskiej prowincji. Dzieje miast pośrednich. Zawieszonych pomiędzy, wyniesionych z roli podrzędnych lokalnych ośrodków przez jedną decyzję polityczną, zepchniętych w rolę jeszcze nieokreśloną (bo proces wciąż trwa), lecz niezbyt ważną na pewno – przez drugą polityczną decyzję. Dzieje miast sztucznych.

Z opowieści Springera można wywieść ponure przekonanie, że oto – na naszych oczach – dochodzi do zapadania się Polski każdej innej, niż ta, którą znamy z codzienności wielkomiejskiej. Że tylko w tych dużych miastach toczy się dzisiaj prawdziwe polskie życie. Żywym (jeszcze) dowodem owego zapadania się mają być właśnie dawne miasta wojewódzkie, gdzie zlikwidowano zakłady przemysłowe, a miejsce małego handlu zajęły Biedronki i Kauflandy; gdzie kwitnie bezrobocie i dochodzi do rozpadu lokalnych wspólnot.

Sądzę, że jest to obraz nieprawdziwy, a w najlepszym razie niekompletny. Archipelag Springera nie odzwierciedla stanu polskiej prowincji, tego, czym była, ani tego, czym mogłaby się stać. Nie znajdziemy w nim chociażby istoty małych miasteczek – dawnych i dzisiejszych – nie znajdziemy tak charakterystycznej dla Polski, ugruntowanej wielowiekową tradycją, zależności wsi i miasta.

Historia 31 miast pokazuje jedynie losy szeroko zakrojonego projektu społecznego. Jest studium klinicznym państwowego sterowania – nie tylko gospodarką, ale i modelami ludzkiego życia. Zaczyna się zawsze podobnie: ktoś, gdzieś (najpewniej w Warszawie), w zaciszu ciemnego gabinetu dochodzi do wniosku, że należy zbudować fabrykę, dajmy na to, w Radomiu albo Wałbrzychu; i przekonuje, że jest to pomysł przełomowy, który odmieni dzieje nie tylko regionu, ale i Polski całej. Z gabinetu większego światła myśl przepływa do gabinetów mniejszych, gdzie – przy sprzyjającej koniunkturze politycznej i wystarczającej władzy zajmujących powyższe gabinety – wykuwa się plan realizacji. A później jest wielka budowa, rosną gmachy, instaluje się maszyny. Z okolic bliższych i dalszych napływają robotnicy, skuszeni perspektywą dobrze płatnej pracy i poprawy swojego chłopskiego losu. Mijają lata i wszystko idzie dobrze, fabryki pracują, robotnicy dostają mieszkania w przyzakładowych blokach z wielkiej płyty, rodzą się dzieci – i w ogóle „jest wielki ruch” (jak w Ziemi Obiecanej). Ale znowu mija ileś lat, okazuje się, że Rosja już nie potrzebuje polskich, dajmy na to, ubrań albo ciągników, że trzeba zwalniać pracowników, ograniczać produkcję. Nienaprawiane od lat mury niszczeją, maszyny pokrywa rdza. W końcu masę upadłościową przejmuje jakiś sprytny kapitalista lat 90-tych, zyskując sobie dozgonne miano oszusta i cwaniaka. Albo też mury niszczeją dalej. A w tysiącach ludzi zostaje gorycz, rozczarowanie, bo przecież miało być tak pięknie (było tak pięknie!), a teraz nic. I siedzą w ciasnych mieszkankach, w szarych blokach, i nie mają już nawet swoich chłopskich zmartwień. Tak to się mniej więcej kończy. Taki schemat dziejów miast archipelagu.

Rozumiem rozczarowanie mieszkańców takich miejsc. Rozumiem nawet ich nostalgię za dawnymi czasami. Ale nie rozumiem Springera, który poprzestaje na tych właśnie konstatacjach. Że kiedyś to było lepiej, a teraz to jest gorzej. Nie dostrzegając jakby – bo przecież nie może tego nie wiedzieć – że świetność miast archipelagu to od początku była wielka ściema. Że to wszystko stało na gierkowskich pożyczkach i robotniczej propagandzie, niepotrzebnej produkcji i inflacji stanowisk urzędniczych. Że to się musiało zawalić – tym mocniej, im dłużej udawano, że wszystko idzie świetnie.

Zresztą, jeśli nie wystarczyłaby historia sprzed kilkudziesięciu lat, to mamy jeszcze historię ostatniej dekady. Ją także znajdziemy u Springera. Unijne pieniądze, które przecież trzeba wydać. No więc remontujemy nieuczęszczane przez nikogo rynki, kamienice z mieszkaniami socjalnymi, lokale usługowe, które przez lata świecą pustkami. Ale są inwestycje, „jest wielki ruch”. Tylko co z tego zostanie? Miasta archipelagu pokazują, że raczej niewiele.

Są więc obrazki Springera, jego mapa archipelagu – wnikliwym przedstawieniem procesu projektowania nowej Polski. Za czasów PRL i za czasów UE. I w tym wymiarze jest to książka wybitna. Jednak patrząc na problem szerzej – czegoś jej jednak brakuje. Jakiejś analizy tego, co spotkało byłe miasta wojewódzkie: bo widzimy jak to wyglądało, ale nie bardzo rozumiemy dlaczego właśnie tak. A także jakiejś bardziej ogólnej refleksji nad zjawiskiem miejskości. Przyczynkowego choćby wspomnienia o innych jej modelach, które w Polsce dobrze się miały i ciągle mają się nie najgorzej.

Mam tu na myśli wspomniane już miasta najmniejsze, kilkutysięczne, kilkunastotysięczne. Wyrosłe na przywilejach handlowych, na rozwoju rzemiosł, wokół parafii, poprzez bycie centrum towarzyskim i kulturalnym. Takie miasteczka – wpisane pomiędzy wieś a kilka dużych aglomeracji, jak Kraków, Lwów, Wilno, Warszawa – stanowiły ważny i uzasadniony element struktury społecznej. Pełniły rolę różnorakie: dostarczały produkty i usługi, stanowiły miejsce cotygodniowych spotkań dla okolicznego chłopstwa, zapewniały edukację na poziomie podstawowym (i niekiedy średnim); w nich zawiązywały się towarzystwa dobroczynności, związki cyklistów, ochotnicze straże i szereg im podobnych organizacji, których wysyp przyniosła druga połowa XIX wieku; tu działały ogólnodostępne biblioteki, tu wydawano prasę, tu toczyły się spory między prowincjonalnymi (bez pejoratywnych konotacji) intelektualistami. Małe miasteczka były zwornikiem dla wspólnot okolicznych. Same także tworzyły wspólnoty. Lecz zawsze niezbyt duże, zawsze w wymiarze lokalnym. Bez pretensji do stania się tworem ogólnopolskim.

Właśnie w zachowaniu dobrze pojętej lokalności, w pewnym umiarkowaniu (i co za tym idzie w większym rozdrobnieniu i jednostkowej niezależności poszczególnych ośrodków) leżała – jak sądzę – szansa odbudowania polskiej miejskości. Nie wymagało to dużych nakładów finansowych ani wielkich planów. Nie byłoby z pewnością tak spektakularne, jak ogromne fabryki i szerokie autostrady – ale może byłoby bardziej na ludzką miarę, a więc byłoby też trwalsze, posadowione na solidniejszych fundamentach.

Osobną kwestią jest, czy po drugiej wojnie było w ogóle możliwe odtworzenie małych miasteczek, podczas gdy połowa ich przedwojennych społeczności (głównie narodowości żydowskiej) została wymordowana, a i tę garstkę, którą uchowała się przed zagładą wypchnęliśmy z Polski w niechlubnych czasach gomułkowskich. Osobiście uważam, że to nie mogło się wydarzyć, a strata statusu wielokulturowego państwa jest – nie tylko z tego powodu – jedną z największych polskich katastrof. Nie oznacza to jednak, że serwowanie milionom ludzi alternatywnej ścieżki rozwoju, mamiąc ich złudą przemysłowo-komunistycznej miejskości i wykorzeniając na zawsze z ich rodzimych wspólnot – można powyższą tezą jakkolwiek usprawiedliwiać. Nie, była to druga katastrofa, która nastąpiła po pierwszej, wojennej.

Tego typu rozważań o miejskości brakuje mi w Mieście Archipelagu. Chociaż mam przecież świadomość, że to książka nie o tym i że Filip Springer napisze może kiedyś rzecz poświęconą małym miasteczkom. Myślę jednak, że i przy tej okazji dodanie szerszego kontekstu byłoby z dużym pożytkiem dla przedstawionych historii. No i wniosłoby do książki trochę więcej optymistycznego światła. Bo w obecnym kształcie jest to jednak książka ponura i przygnębiająca. Jakkolwiek, gdzieniegdzie prześwitują pojedyncze promyki w postaci losów konkretnych osób. Były dyrektor muzeum w Lubartowie, naprawiacz aparatów z Płocka, sprzedawca antyków z Leszna – to tylko przykłady. Bo losy ludzkie mogą być ciekawe i piękne, nawet jeśli czasy, na tle których wyrastają, są podłe. Stefan Swieżawski mawiał, że komunizm zrobił bardzo dużego złego, ale przynajmniej zbliżał ludzi do siebie. Może więc i dzisiaj, w obliczu czasów podlejszych, które chyba rysują się na horyzoncie – nie ma co się nadmiernie martwić.