Gawędy opoczyńskie

Dwuizbowa chata z piecem opalanym drewnem, z kapą gdzie po świniobiciu wisiała słoninka  na pokuszenie; na tym piecu zakwas kipiał w glinianym garncu, a w samym piecu przy sobocie rosło pękate chlebisko… A w tych izbach siedmioro osób, a czasem i więcej przy schadzkach. A schadzki to były nie takie jak dziś, że o polityce tylko ględzi się… Bywało: bab się do izby naschodziło, poopowiadały sobie, pobajdurzyły, a przy okazji robota w rękach się paliła – to pierza nadarły, to naprzędły wełny czy lnu, na drutach porobiły dzieciom odzieży. Bajdurzenie to było nie bez kozery, bo morał płynął z niego jeden – bądź dobrym i pobożnym człowiekiem. Jak w tej bajce opowiedzianej przez Rozalię Ziębę: teścia i ojca nie szanowało jedno babsko z mężem, w korytu jak zwierzokowi jeść dawano, o przyodziewek jego nie dbano, ba! nawet Żydowi starca sprzedano, a ten niczym miłosierny Samarytanin zatroszczył się i zyskał – bo stary na niego majątek przepisał.

A i do męża Rozalii, Antoniego jak chłopów się naschodziło, to bajdurzeniu nie było końca. Bo jak wnuczka Antoniego wspomina: gawędziarz był z niego przedni. Choć niektóre z tych bajek nie były dla dziecków przeznaczone. Bo jak tu opowiadać przy dzieciokach, że parobek Niemcowi łeb urznął jakby przypadkiem, bo Niemiec postu nie uszanował, czy jak Józef wisielcem postanowił być. Tak to sobie opowiadano, a w opowieściach tych często nie tylko Żyd z Niemcem bywał, a i diabelec jakiś, a czasem i sam Jezus, co z krzyża zszedł, by sprawdzić wiarę i miłosierdzie ludzkie.

Jak już Antonii zmęczony był gośćmi czy pracą, smyrgnął do stodółki, gdzie wisiała ikonka Matki Najświętszej i tam oddawał się modlitwie i zaplataniu kapeluszy. Bo dawniej pobożnym być znaczyło – modlić się i swoich nóg nie żałować, by na piechotę na mszę pójść. A swoją wiarę przelewano, jak żelazo gorące w trud jakiś rąk swoich. Antonii Zięba „świątki” rzeźbił – widać taki talent Bóg dał, by na wsi nie zabrakło krzyża w żadnej izbie.

Sielanki nie było: czy to lato czy zima zawsze robota goniła. Do dziś wnuczka Antoniego i Rozalii, pani Zofia wspomina, jak się krowy wyganiało w las o 4 rano, by na 14 być już z powrotem. I to nie był taki sobie spacer, bo pasąc krowy wypadało malin narwać czy jeżyn, grzybów nazbierać… Latem ukrop czy nie, dziadek uczył wiązać powrósła, by snopki dobrze stały, jesienią kiszono kapustę, łuskano groch, a zimą przychodził czas na rąbanie drew… Pracy nie było końca.

Ależ jak pachniał ten czas: skórką spieczonego chleba, ziemniakami wyjętymi prosto z popielnika, zupą zapalanką, żurem. Ach ten żur! Jeden Niemiec posmakował żuru u chłopa i tak się bidok zakochał w nim, że nic tylko „Żur, żur, żur”, byle spamiętać jak się robi i jak się nazywa. W drodze do domu zasnął, konie do kałuży, bo gorąc był, Niemiec się obudził, zobaczył chłopa i mówi: „Zgubiłem w wodzie potrawę i zabaczyłem, jak się zwie” na co chłop rezolutnie my powiada: „Woda zmąciła się jak żur, ale żadnej potrawy w niej nie ma”.

Niemymi świadkami tych czasów zostały rozsiane to tu, to tam, jedna czy dwie chaty z zapomnianym obrazem Świętej Rodziny na ścianie, jakaś malutka „kapliczka” zawieszona na starej lipce. Mamy te kilka bajek, które nam spisał miłośnik twórczości ludowej i słowa tych, którzy pamiętają czasy swojego dzieciństwa. Niestety, czas szybko drałuje – czy nasze dzieci będą jeszcze ciekawe jak to drzewiej bywało?

 

Sparafrazowane bajki pochodzą ze zbioru „Strachy na smugu” Bolesława Wojewódzkiego. Historie z życia Antoniego i Rozalii Ziębów opowiedziała pani Zofia Jurek z Dęby Opoczyńskiej.