Humory

Blaski i cienie epidemii (Z życia redakcji)

Zaraza stanęła u bram, wywołując popłoch na świecie, w Polsce i – tak, tak, niestety – również w naszej redakcji. „Co się odwlecze to nie uciecze”; „trafiła kosa na kamień”; „co nas nie zabije to nas wzmocni”; „nie wywołuj wilka z lasu, bo wilki przyjdzie i cię zje” – mówili, cokolwiek bez sensu, nasi redaktorzy płci obojga, chodząc w tę i z powrotem po malutkim korytarzyku, ćmiąc papierosy i fajki, a niekiedy – o zgrozo – pociągając ukradkiem ze schowanych w wewnętrznych kieszeniach marynarek i torebkach piersiówek. Dla powstrzymania tej dążącej ku zatraceniu eskalacji emocji i dla tzw. wzięcia się w garść – zwołaliśmy kryzysowe posiedzenie komitetu redakcyjnego. Co prawda, jako że zwykle posiedzenia takie odbywały się dotychczas pod hasłem wydania kolejnego numeru pisma, skutek przyniosło to zrazu odwrotny, zgroza zapanowała większa i niektórzy instynktownie rzucili się do drzwi wejściowych, gotowi, stanąwszy przed przysłowiowym wyborem „między dżumą a cholerą”, z dwojga złego rzucić się w objęcia morderczego wirusa. Informacją o „odroczeniu pracy nad nowym numerem” udało się jednak sytuację skutecznie opanować, a samo spotkanie kryzysowe – jak to wyraźnie widać z perspektywy czasu – było decyzją dalekosiężną, która pomogła uniknąć moralnej degrengolady. Choć, jak się miało okazać, piersiówki ostatecznie zastąpiły jeszcze większe i bardziej jawnie spożywane objętości.

Nie uprzedzajmy jednak dalszego rozwoju spraw. Rozpoczynając nadzwyczajne posiedzenie, postawiliśmy hasło konkretne i proste niczym tytuł naszego pisma: jak obronić nasze pismo przed skutkami epidemii? Trzeba przyznać, że reakcje członków grona redaktorskiego, ich kreatywność i gotowość do – by tak rzec – wzięcia się z rzeczywistością za bary – przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Z początku wprawdzie dały się jeszcze słyszeć jakieś pojedyncze słowa o kosie, o wilku i o jedzeniu (te ostatnie mogły mieć związek z zamawianiem obiadu) – lecz prędko znikły one w potoku głosów konstruktywnych, pomysłów godnych Richelieu lub przynajmniej Metternicha.

„Należy natychmiast zamknąć redakcję dla gości z zewnątrz i ogłosić, że przechodzimy na pracę zdalną – zagrzmiał stanowczo dyrektor ds. dystrybucji i logistyki. – Nie możemy narażać czytelników, którzy, przychodząc tłumnie do redakcji, nie zachowają z pewnością, z uwagi na szczupłość naszego lokalu, wymaganego dystansu społecznego”. „Nie możemy, nie możemy” – wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem. Ktoś z drugiego końca stołu nieśmiało zauważył, że w ciągu ostatniego roku tłumów czytelniczych jakoś u nas nie było, a nawet l-i-t-e-r-a-l-n-i-e (tak właśnie powiedział, artykułując każdą literę) odwiedziła nas tylko jedna osoba, zresztą staruszka, która jak się okazało, szukała sklepu mięsnego. Zbyto jednak ten głos należytą obojętnością, bo że było tak w ostatnim roku, to przecież nie oznacza, że teraz nie może być inaczej. Ostatecznie przyjęto wniosek przez rzadką w naszej redakcji aklamację, co samo jest chyba najlepszą miarą nadzwyczajności sytuacji. Szczególnym entuzjazmem powitali ten stan rzeczy redaktor działu wiara i redaktor działu rodzina, którzy mają to szczęście, że posiadają liczne i hałaśliwe potomstwo – jednak, gdy dowiedzieli się, że drzwi zostaną odryglowane dziś o szesnastej, i wszyscy jak zwykle pójdziemy do domu, bo zamknięcie dla czytelników nie jest równoznaczne z dwutygodniową kwarantanną dla całej redakcji – wtedy ich uśmiechy nieco przybladły.

Jako drugi wystąpił dyrektor finansowy. „Czy wy macie pojęcie, co oznacza epidemia dla światowej gospodarki? – zaczął. – Czy widzieliście co się stało z amerykańską giełdą?”. Wywołało to konsternację, bo niby domyślaliśmy się, co to może oznaczać, ale zgodnie z przysłowiem „gdzie Rzym, a gdzie Krym”, które ktoś na czas przywołał, trudno było nam dostrzec jakąkolwiek nić łączącą światową gospodarkę i nasze pismo. Dopiero redaktorka działu filozofia przytomnie zauważyła, że przecież w niedawnym numerze (określenie „niedawnym” widocznie musiało mieć dla redaktorki szeroki zakres znaczeniowy) sami przeprowadziliśmy totalną krytykę kapitalizmu i wolnorynkowej gospodarki, więc chyba wiemy, co to oznacza, i że wcale nas to martwić nie powinno. „Łatwo się nie martwić, gdy się jest filozofem” – odciął się krótko dyrektor finansowy, lecz nie trwał zbyt długo w urażonej postawie, bo po chwili rzekł do pozostałych: „Ale i wy nie martwcie się, mam rozwiązanie tego problemu”. Wszyscy zamarliśmy. Tak bardzo bowiem niezwykła wydała się nam perspektywa rozwiązania jakiegokolwiek problemu, tak przyzwyczailiśmy się do pogodnej rezygnacji, która stała się już wręcz modus vivendi naszej redakcji – że wprost osłupieliśmy.

Przezwyciężając gęstą ciszę, dyrektor finansowy (tak, to był jego dzień) zadeklarował: „Rząd uruchomił pomoc finansową dla firm, które ucierpiały wskutek epidemii. Każdy, kto utracił przychody, może starać się o bezzwrotne dotacje, nawet wielomilionowe”. Na te słowa uśmiechnęli się dosłownie wszyscy, nie tylko owi wielodzietni redaktorzy (którzy, jak powszechnie wiadomo i tak są beneficjentami dotacji), wszyscy wypogodzili się, na ich twarzach odmalowała się błogość, a może nawet godna wyniosłość, jak gdyby nasz wniosek został już pozytywnie rozpatrzony, bo – jak również powszechnie wiadomo – miliony, choćby tylko obiecane, zawsze łagodzą obyczaje. Euforia zapanowała powszechna, największa może od czasu publikacji pierwszego numeru, a pośród poklepywań i uścisków doszło, trzeba to przyznać, do złamania zasady dwumetorwego odstępu. W ogólnej wrzawie nikt nawet nie usłyszał wątpliwości naszej koleżanki socjalistki, która zapytała, czy, żeby wykazać utratę przychodów, nie należałoby wcześniej posiadać jakichkolwiek.

Jakby entuzjazmu było mało, nagle wpadł do sali kolega informatyk i oznajmił, że z powodu ogłoszonej „narodowej kwarantanny” (tak się wyraził, a zawsze posądzaliśmy go o endeckie skłonności) liczba osób czytających w Internecie lawinowo rośnie. „Wyobraźcie sobie – mówił dalej informatyk – że ktoś przeczytał nawet, nieczytany dotąd ni razu, poprzedni odcinek Z życia redakcji”.

Okrzykom „Hurra!”, „Niech żyje!” itp. – nie było tego dnia końca. Bo że skoczyła naszemu pismu, jak to ktoś chyba z francuska określił, klikalność, to jedno, ale że w tej czarnej godzinie czytelników zainteresowała najbardziej właśnie sama redakcja i jej los – to drugie. Los pełen, i owszem, blasków i cieni, ale też niepozbawiony przecież cichego heroizmu. Drzwi pozostały zaryglowane do późnych godzin. Niesforne dzieci redaktorów z frakcji prawicowej zostały bez ojców (przynajmniej do nocy), wyjęte zza pazuch piersiówki zostały bez zawartości, a koleżanka socjalistka, która przezornie zaopatrzyła się już po pierwszych doniesieniach z Chin w kolorową maseczkę i kolega informatyk, który słynie z silnych ramion, wiele jeszcze razy tego wieczoru wychodzili przez okno, by zaopatrzyć redakcję w najpotrzebniejsze towary.