Przewodnik świętokrzyski

Opowieść o Sylwestrowym, nocnym marszu na szczyt Łysicy (wyższej ponoć od niedawna o prawie dwa metry) – a wszystko to w kontekście – po pierwsze: rocznicy Powstania Styczniowego; a po drugie: w rocznicę pewnej wyprawy na szczyt Łysicy sprzed 11 lat…

Kilka postaci w bladym świetle ulicznych latarni – latarni przy ulicy Kieleckiej w Świętej Katarzynie konkretnie – dość raźnym krokiem zmierza po pochyłości zbocza Łysicy okrytego tutaj pancerzem betonu i asfaltu…

Postacie te przenikają jedna po drugiej obok starych murów klasztornych, pamiętających czasy największej świetności Rzeczypospolitej – klasztoru p.w. Świętej Katarzyny…

Tutaj właśnie zaparkowało kilka aut… Gasną światła reflektorów samochodowych… Zapalają się snopy jasnego światła latarek „czołówek”… Kolejne postacie dołączają w luźnym marszu ku szczytowi Łysicy – najwyższemu szczytowi Gór Środkowopolskich w obecnym kształcie – Gór Świętokrzyskich – od kilku tygodni obliczanemu na blisko 614 m n.p.m. (a nie 612…)… Zresztą, czy ważne dziś są te dwa metry wyżej, biorąc pod uwagę wysokość szczytów tych gór sprzed milionów lat – wysokość kilku tysięcy metrów… To czas – długi czas – oraz żywioły Ziemi w tym milionowym bezkresie czynne – odjęły starym górom wzrostu…

Z przeciwka – od strony Krajna – widać kolejne błyski zbliżających się „czołówek” – kolejne w ostatnich blaskach latarni, na zakręcie, oświetlone blado postacie…

Jest nas coraz więcej… Snopy jasnego światła latarek krzyżują się, ukazując oczom wędrowców wyraźnie leśną ściółkę i pnie, konary drzew Łysicy…

Jesteśmy na zakręcie – za chwilę ciemny, leśny szlak… pod lasem też widać świetliki latarek…

Jest 31. dzień stycznia 2018 r. – godzina 22.45… Ostatnie chwile mijającego roku…

Dopiero na szczycie okaże się, ilu nas jest… Ilu ludzi w ten czas krańcowy starego roku połączyła nieodparta chęć przywitania Nowego Roku – 2019 – na najwyższym grzbiecie górskim pomiędzy Bałtykiem a Karpatami…

Piszę te słowa na kilka dni przed rocznicą wybuchu Powstania Styczniowego… Bo jest właśnie 17. stycznia… Za oknem śnieg otula ziemię, biała dal…

W taką białą dal, w noc ciemną 21/22 stycznia 1863 roku, tysiące – głównie młodych – bez broni lub słabo uzbrojonych – insurektów ruszyło ku nieznanej wojennej przygodzie… Ruszyli naprzeciw moskiewskiej zaborczej potędze…

Wychodziliście z domu w noc ciemną,
w oczy cięła wichura, a śnieg
w białych płatach wam szeptał daremno,
że na pola gzłem śmiertelnym legł!

– pisał Stanisław Długosz vel Jerzy Tetera – Legionista Piłsudskiego.

Za chwilę dojdziemy do rozwidlenia dróg, skąd niedaleko już do tzw. „Obozu Langiewicza”, gdzie dyktator Powstania zatrzymał się z wojskiem po bitwie o Święty Krzyż, stoczonej 11. II 1863 roku…

Właśnie teraz – na zakręcie ciemnej drogi, wiodącej na szczyt Łysicy – widząc, dołączających do grupy Sylwestrowiczów Łysickich, kolejnych ludzi – kolejne świetliki latarek – myślę o tamtym czasie powstańczym… Wyobrażam sobie, że te „świetliki”, to zdążający na koncentrację powstańczą przyszli żołnierze Wojsk Narodowych… Wciąż dołączają kolejni…

Idziemy w milczeniu – wytrwale – do celu… Jak oni 156 lat temu…

Cel mamy, co prawda, nieco inny, ale i Oni i my tutaj – teraz – zdążamy ku jakiemuś szczytowi… Każdy ma swój szczyt do zdobycia, choćby i po dolinach chodził lub nie ruszał się z miejsca wcale…

I w tym momencie wspomnę o wyżej wymienionej – innej – wyprawie na Łysicę sprzed 11 lat… kiedy to 20. I 2008 r. ponad 50 osób weszło na szczyt Łysicy, aby uczcić pamięć – zmarłego tydzień wcześniej – wybitnego himalaisty i wielkiego człowieka – legendarnego pierwszego zdobywcy Mount Everest – sir Edmunda Parcivala Hillary’ego, który dokonał tego wyczynu 29. V 1953 roku…

Dlaczego tych pięćdziesięciu ludzi 11 lat temu, z tego powodu, wchodziło na szczyt Łysicy? Wyjaśnię szerzej nieco później – na szczycie…

A teraz w drogę… Niektórzy przyspieszają kroku, zaś inni idą spokojnie, wiedząc lub wierząc, że o północy staną na szczycie… W plecakach dzwonią z cicha butelki z szampanem i innymi trunkami;)…

Po prawej mijamy – bielącą się na skraju Puszczy Jodłowej – kaplicę grobową dawnego cmentarzyska… Kaplicę rodziny Janikowskich, zwaną dziś powszechnie Kapliczką Żeromskiego, bowiem na wewnętrznej ścianie budynku – w czas wakacji roku 1882 – ówczesny gimnazjalista kielecki – Stefan Żeromski – wraz ze swym kolegą serdecznym ze szkolnej ławy – Janem Strożeckim – wyskrobali swoje autografy… I dzięki temu aktowi wandalizmu dwóch przyszłych słynnych Polaków możemy do dziś tutaj oglądać ślad trwały historii naszej…

Nikt tam nie skręca… Może w drodze powrotnej. Przecież nieubłaganie mijają ostatnie minuty roku 2018…

Miejsca, które mijamy po drodze na wierch Łysicy opisałem w blogu wcześniej i jeszcze nie raz do nich powrócę… Jednak nie jest to celem głównym niniejszego wywodu… Raczej cienie mijamy w nocy… W mroku zmierzając do celu…

Po lewej mijamy coraz spieszniej stare klasztorne mury i docieramy do „drzwi do lasu”, czyli bramy, którą wstępujemy na teren Świętokrzyskiego Parku Narodowego… Na teren „Puszczy Jodłowej”… Do królestwa głazów, buków i jodeł…

W mroku po prawej majaczy upiornie pomnik, poświęcony pomordowanym tutaj w 1943 r. –przez niemieckich oprawców – mieszkańcom Łysogór…

Na lewo od pomnika znajduje się drewniany mostek (pod którym rwie niewielki potoczek), prowadzący do dwóch zbiorowych mogił, kryjących Ich szczątki, znaczonych drewnianymi krzyżami i otoczonych takimi drewnianymi płotkami, ozdobionych prawie zawsze kwiatami oraz wstęgami i chorągiewkami w polskich narodowych barwach…

Idąc tedy, warto przywołać w pamięci strofy wiersza Michała Basy ps. „Mściciel” – żołnierza Zgrupowań Partyzanckich AK „Ponury – Nurt” i oddziału ochrony radiostacji AK inspektora „Jacka” – którego brat – Jan Basa, także żołnierz ZWZ – AK – został w tym miejscu rozstrzelany:

Kołysały Cię do snu w kołysce
Jodły dumne na szczycie Łysicy,
Kołysała Cię woda, co pluszcze
Po kamieniach spadając w krynicy.
Teraz padłeś skrwawiony od kuli,
Twą pierś dumną dwie serie przeszyły,
Las Łysicy Cię do snu utuli,
Potok szemrze i płacze co siły.

„Ziemia bowiem nie skryje krwi ofiar, a krzyk ich nie ustanie” – Księga Hioba.

Idąc od miejsca, w którym się znajdujemy – w kier. wsch. – leśną drogą, zwaną „Białym Gościńcem” – dotrzeć możemy do rosnącego przy niej buka, nazywanego „Partyzantem”, bowiem ponoć podczas II wojny światowej stała przy nim często partyzancka warta. Natomiast nieco dalej przy „Białym Gościńcu” w kier. wsch. – bliżej wsi Wola Szczygiełkowa – znajduje się uroczysko, zwane „Obozem Langiewicza”, gdzie – jak już wspomniałem – podczas Powstania Styczniowego – po bitwie pod Świętym Krzyżem – obozował gen. Marian Langiewicz ze swymi oddziałami i gdzie pochowano kilku powstańców, zmarłych w wyniku odniesionych w tejże bitwie ran. Do dziś, niestety, nie zachowały się w tym miejscu ani ślady ziemnych grobów, ani drewnianych krzyży, które naprędce wówczas wykonano…

Nikt tam nie skręca… Może w drodze powrotnej… Wszak zegar końca roku tyka, a droga jeszcze daleka i trudna – „głaźna”…

Dawny bernardyńsko – benedyktyński trakt, prowadzi nas w mroku dalej ku południowi… Za znakami szlaku czerwonego – Szlaku Głównego Gór Świętokrzyskich – do skrzyżowania leśnych dróg, przy którym wznosi się pomnik – największego piewcy przyrody Gór Świętokrzyskich – Stefana Żeromskiego.

Stoi w Łysicy
Pomnik Zarymskiego
Wszelka narodowość
Przechodzi w bok niego…

– pisała w swym wierszu ludowa poetka – Rozalia Grzegorczyk z sąsiedniego Krajna.

Pomnik ten, surowy – w formie przysadzistego, kamiennego obelisku, ozdobiony płaskorzeźbą głowy pisarza i wyrytym nań jego nazwiskiem – dłuta artysty rzeźbiarza, Stanisława Sikory – odsłonięty został w 1950 r., w czasie uroczystości otwarcia Świętokrzyskiego Parku Narodowego i nadania mu imienia Stefana Żeromskiego…

Pisarz był zaangażowany mocno w rozwój idei turystyczneo – krajoznawczej, a także był wielkim orędownikiem objęcia ochroną przyrody Łysogór i utworzenia na tym terenie Parku Narodowego, do czego swą twórczością i działalnością społeczną walnie się przyczynił.

Już 12. XII 1925 r. – tuż po śmierci pisarza, która nastąpiła 20. XI 1925 r. – January Kołodziejczyk, na łamach „Kuriera Warszawskiego”, w artykule pt. „W sprawie uczczenia śp. Żeromskiego”, rozwinął wydatnie swój wcześniejszy pomysł utworzenia na terenie Puszczy Jodłowej – w oparciu o istniejące tu już ścisłe rezerwaty przyrody – Chełmowa Góra, Łysica i Św. Krzyż – Parku Narodowego, postulując nadanie mu imienia Stefana Żeromskiego – „tego, co tę Puszczę najlepiej czuł, który ją najpiękniej wyśpiewał”…

Zanim dojdziemy w snopach świateł „czołówek” do źródełka – warto wspomnieć, iż droga przecinająca (w miejscu, gdzie ustawiono pomnik Żeromskiego) trakt, którym zdążamy na Łysicę, to pozostałość dawnego torowiska kolejki wąskotorowej, której linię podczas I wojny światowej wybudowali Austriacy, prowadzący wówczas na tych terenach rabunkową gospodarkę leśną. Najpierw powstał odcinek „Słupski Weksel” k. Świętej Katarzyny – Zagnańsk, gdzie Austriacy wybudowali tartak…

Pora najwyższa udać się w kierunku szczytu Łysicy, ruszamy zatem dalej na wprost – idąc za znakami szlaku czerwonego, którego patronem jest inny znany krajoznawca – E. Massalski –wybitny regionalista i przyrodnik, współpracujący i utrzymujący kontakty listowne ze Stefanem Żeromskim…

Po chwili docieramy do – widocznych przed nami – polany, źródełka i kaplicy, mających wspólnego patrona – Św. Franciszka, strzegącego od wieków „praźródlisk Łysicy”…

Wybija tu z ziemi kamienistej strumień o krystalicznie „czystej zimnej wodzie” – dodatkowo bardzo smacznej, słabo zasobnej w składniki mineralne. Woda bijąca z tegoż źródła charakteryzuje się stałą temperaturą – ok. 6˚C. Źródło nigdy nie zamarza, jest bardzo wydajne, a z jego dna wydobywają się stale pęcherzyki metanu.

Od wieków miejscowa ludność wierzyła w lecznicze działanie wody ze źródła Św. Franciszka, przypisując jej wręcz cudowne właściwości. Wiara ta w większości trwa po dziś dzień, a jej przejaw można tu zaobserwować np. po zakończeniu świątecznych nabożeństw, kiedy to wierni przybywają do źródła pić z niego wodę, napełniać nią butelki oraz przemywać oczy, bowiem mocy tejże źródlanej wody upatrywano głównie w leczniczym działaniu na choroby oczu (m.in. łagodzeniu zapalenia spojówek). Stąd też pewnie źródełko, nazywane jest źródełkiem Św. Franciszka – patrona m.in. dobrego wzroku, a od pewnego czasu również ekologii. W każdym razie spokojnie wodę tę można pić i przemywać nią oczy – już sam jej ożywczy, górski chłód podziała zbawiennie na skórę i oczy…

Zimą także… Choć na razie błoto i śniegu brak kompletny…

W miejscu dawnego kościółka, który uległ zniszczeniu, lub – wg innych źródeł – postawionej na jego miejscu kolejnej murownej kapliczki, którą spotkał podobny los, wystawiono w XIX w. drewnianą kaplicę „ku czci Św. Franciszka”, która dotrwała w niezmienionej postaci do dziś, i właśnie przed nią teraz stoimy…

Ludyczna forma cudowna kapliczki w blasku latarek robi niesamowite wrażenie… I ten szum spływającej po zboczu wody źródlanej… Jet niesamowicie…

Według jednej z tutejszych legend, okoliczne jaskółki nie odlatują na zimę do ciepłych krajów, lecz zanurzają się w wodzie spływających z Łysicy strumieni, by wiosną wydostać się na powierzchnię i powrócić do gniazd. Jak to z tymi jaskółkami jest… Nie wiadomo… Może ktoś z Was wie?…

Opuszczamy na jakiś czas polanę ze źródełkiem i kapliczką Św. Franciszka (mijając ją po prawej), by – po pokonaniu drewnianego pomostu – idąc w kier. płd. za znakami szlaku czerwonego – ruszyć w głąb Puszczy Jodłowej, ku szczytowi Łysicy (czas wędrówki – ok. 1 godziny spokojnym marszem)…

Do dzikich borów idę
dzikich gór.
Między psy
Szukam żył źródlanej wody
Czystej krwi…

– śpiewał Roman Kostrzewski.

Ruszamy zatem w Łysicę. „W Łysicę ? – nie na Łysicę? – jakże to, do wnętrza góry? Przecież tam ani pieczar, ani szybów kopalnianych, ani lochów podziemnych nie ma [są, ale o tym potem]… A jednak w Św. Katarzynie, w Krajnie, we Wzorkach, w Woli Szczygiełkowej tak mówią starsi ludzie, bo to forma tradycyjna. Wybierając się na przykład na maliny do lasu mówią, że idą w Łysicę. Miły to memu sercu zwrot; otworzyłem nim, niby kluczem, przed oczyma mej wyobraźni ową wilgotną, chłodną, szumną, intensywnie ciemną przestrzeń, którą zwiemy puszczą jodłową, by o niej pisać” – i pisał – Świętosław Krawczyński, natomiast znacznie wcześniej S. Żeromski w „Popiołach”, o zetknięciu z Puszczą Jodłową u podnóży Łysicy, pisał tak: „Stanęła przed oczyma jej głębia wewnętrzna, jej gleba dziwna, pełna wypłukanych kamyków porosłych rdzą, rudzizną i zielonkowatą pleśnią, jej pochyła górska ziemia, którą we władzę wzięły olbrzymie korzenie”…

Co w blasku latarek jest widoczne inaczej – bardziej mrocznie… Jakiś szelest w gałęziach, świst, poświst w powietrzu… Czyżby wiedźma… na miotle lub ożogu przecięła przestrzeń powietrzną?… Brrrr… The Blair Witch Project…

Z upływem czasu stąpamy po coraz to bardziej stromym terenie, usłanym tu i ówdzie ww. skalnymi odłamkami… W snopach świetlnych stąpamy ostrożnie…

Przed nami – stopniowane głazami – dość strome podejście. Następnie docieramy do miejsca przeznaczonego do odpoczynku (z drewnianymi – drogowskazem i ławeczkami), w którym znaki szlaku czerwonego skręcają w lewo – w kier. wsch. – w szeroką leśną, kamienistą drogę. Stąd już zaledwie ok. pół godziny marszu dzieli nas od partii szczytowych Łysicy…

Ruszajmy zatem, bo czas do północy biegnie nieubłaganie, obserwując – w mroku i szperaczych światłach – po drodze surowe, twarde oblicze Puszczy Jodłowej, które pięknie w „Popiołach” odmalował piórem Żeromski: „Naokół stały jodły ze spłaszczonymi szczytami jakoby wieże strzeliste, nie wyprowadzone do samego krzyża. Ich pnie sinawe jaśniały w mroku. Mchy stare zwisały z olbrzymich gałęzi. Wrósłszy między głazy, w niezmierną ławicę skalisk aż do gruntowej posady serdecznym korzeniem, wszczepiając pazury pobocznych skrętów w każdy zuchelek ziemi i wysysając każdą kroplę wilgoci, wielkie jodły chwiały królewskie swe szczyty w przeciągu niejednego już wieku pomiędzy mgłami Łysicy”…

Dzięki ścisłej ochronie, jaką objęty jest las porastający zbocza Łysicy, i my dzisiaj możemy podziwiać podobne obrazy – naturalne, dzikie i mroczne piękno Puszczy Jodłowej, podziwiać, przywołując w pamięci sformułowania ukute przez piewcę Łysogór – Jana Gajzlera – przemierzać „prabory”, oglądać „głazy”, „tysiącletnie jedle” i „potworne buczyska”, korzenie fantastycznie uformowane, „pnie potężne” niesamowicie potrzaskane, które przegrały „potężne z wichrami zapasy”… napawać się mrokiem tej krainy „urocznej”…

Jakże inaczej to wygląda nocą – przy cywilizacyjnym oświetleniu człowieczym – jakże nędznym przy potędze mroku puszczy…

Tak gdzieś po połowie drogi zaczyna się robić zimniej, wyraźnie bieli się i błyszczy szron, a wreszcie, po chwili, czujemy wyraźnie mróz i widzimy jeszcze wyraźniej śnieg…

Trzymając się tej samej drogi, kierunku i znaków czerwonego szlaku, brniemy dalej przez Puszczę Jodłową – ku szczytowi Łysicy. Im bliżej szczytu, tym coraz częściej obserwujemy głazy kwarcytu łysogórskiego – ostatnie szańce gołoborzy zagarniętych przez puszczę – zapowiedź rozległych, „urocznych” rumowisk skalnych, które będziemy mogli napotkać niebawem na wierzchołku góry…

Na wierzchołek góry, zwieńczony dużym drewnianym krzyżem, znajdujący się ok. 100m dalej, dotrzemy niebawem… Jeszcze chwila wysiłku, związanego z podejściem do kulminacji rumowiska i kilka kroków, by obejść ją z prawej strony, a następnie ujrzeć w bladym świetle latarek, jak „kołem zwarł się bór ciemny, wrósł w kamienne stoki, osędział od potężnych z wichrami zapasów” – co zwróciło uwagę J. Gajzlera.

Gołoborza – „kamień na kamieniu i kamieni morze” – jak wyraził się Jan Jerzy Karpiński – malowniczo otoczone ciemnym lasem – wyglądają niczym łysina – „głazy świecące łysiną” – jak napisała Zofia Kęczkowska – stały się najprawdopodobniej natchnieniem dla twórcy nazwy „Łysogóry”, którą określa się najwyższe pasmo Gór Świętokrzyskich (na terenie którego się znajdujemy), a także dla autora nazw najwznioślejszych dwóch jego szczytów – Łysicy oraz Łysej Góry – Łyśca (Świętego Krzyża)…

Zajmijmy się teraz samym terminem „gołoborze”, który jest pochodzenia ludowego, a oznacza miejsca na zboczach gór niezadrzewione – „drzewiną nie zagajone” – gołe od boru. Termin ten przyjął się z czasem w literaturze naukowej (choć próbowano go też zastąpić innymi terminami, jak np. rozwalisko czy blokowisko skalne) i używany jest również do określania rumowisk skalnych znajdujących się ponad górną granicą lasu (m.in. na Śnieżce w Karkonoszach). Jednak to gołoborza łysogórskie szczególnie przyciągają uwagę naukowców…

Nie dziwię się teraz, że szczyty Łysogór wiążą się u ludu z zabobonami; nawet człowiek cywilizowany nie może oprzeć się pewnemu mistycznemu uczuciu, gdy znajdzie się samotny wśród tego rozpaczliwego rumowiska, jakoby rękoma tytanów nagromadzonego, pośród ciemnego boru, którego ciszę przerywają często gromy piorunów lub srożące się echa dalekiej burzy…

– tak, na pocz. XX w., wspominał swoje pierwsze zetknięcie z gołoborzami wybitny geograf – Wacław Nałkowski (1851 – 1911), ojciec Zofii Nałkowskiej.

Jak zatem mamy w mniemaniu naukowców postrzegać te unikatowe rumowiska skalne, świadczące o wieku i niegdysiejszej potędze prastarych Gór Świętokrzyskich?

Miliony lat wstecz wierzchołki Gór Świętokrzyskich wysokością dorównywały szczytom najwyższych obecnie gór, a ich charakterystykę i specyfikę trafnie przedstawił Edmund Massalski:

Wieki wieków spiętrzane ku niebiosom, a później skręcane w padół, bez przerwy szarpane i trzaskane straszliwymi siłami wnętrza ziemskiego, ryte wszystko trawiącym odmętem wód oceanicznych, trwają przecie wciąż nieustępliwie, dając ziemi świadectwo wielkości procesów jej stawania się. Jeno że Czas wiecznie czynny dotknięciem swym, jak Los spokojnym, starł ostre pozostałości tych procesów przejmujących grozą i dał Górom Świętokrzyskim formę twardego spokoju. Wielkie obszary lasów, pokrywające w wielu miejscach grzbiety i doliny, tę cechę kształtu jeszcze bardziej potęgują.

Natomiast w opracowaniu Muzeum Świętokrzyskiego z lat 70. XX w., czytamy ponadto:

Oczywiście procesy geologiczne, o których mowa trwały setki milionów lat (…) dzieje geologiczne regionu świętokrzyskiego od kambru po czwartorzęd trwały około 500 milionów lat, a np. okres tworzenia się osadów jurajskich trwał prawie 20 milionów lat.

Janusz Kuczyński zaś, w latach 80. minionego stulecia, pisał jeszcze tak:

Urozmaicone ukształtowanie terenu okolic Kielc jest wynikiem długotrwałych i złożonych procesów geologicznych, sięgających kambru, najstarszego okresu ery paleozoicznej. Tak sędziwą metrykę sięgającą około 600 milionów lat wstecz, posiadają w Polce jedynie Sudety. Trwające w ciągu milionów lat ruchy skorupy ziemskiej kolejno spiętrzały ten teren (zwłaszcza tzw. fałdowanie sandomierskie pod koniec kambru i fałdowanie hercyńskie w karbonie), bądź pogrążały go na dnie mórz. Tworzące się osady pokrywały starsze skały, dając początek kolejnym ich warstwom. Gdy około 70 milionów lat temu potężne siły górotwórcze wydźwignęły Karpaty, podnosząc przy tym nieco Góry Świętokrzyskie, te ostatnie były już starym i zniszczonym erozją górotworem. Obecna rzeźba terenu uformowała się w zapoczątkowanym przed około milionem lat okresie lodowcowym. Namulone piaski i gliny wypłyciły doliny, obniżyły się szczyty, zbocza stały się mniej strome. Wtedy też w paśmie Łysogór powstały specyficzne dla nich gołoborza. Po ustąpieniu lodowca obszar ten zaczął się pokrywać roślinnością zbliżoną do dzisiejszej.

Patrząc na gołoborze – szczątki dawnej, potężnej górskiej grani – przywołajmy jeszcze słowa indiańskiej Pieśni Śmierci: „Nic nie żyje długo, z wyjątkiem ziemi i gór…”.

Zatem wiemy już, że gołoborza powstały w czasie zlodowacenia północno – polskiego, kiedy to na powierzchni znajdowały się jedynie wyższe partie gór. Miało to miejsce w czwartorzędzie (trwającym ostatnie 2mln lat), w młodszym okresie epoki lodowcowej, gdy Góry Świętokrzyskie stawiły już (inaczej niż poprzednio) skuteczny opór pełznącym na południe lądolodom, płacąc jednak za swą nieugiętą postawę straszną cenę – mroźny najeźdźca działał powoli, lecz niezwykle skutecznie, pozostawiając po sobie nieodwracalne zniszczenia… W plejstocenie, w warunkach mroźno – wilgotnego klimatu peryglacjalnego, woda nieustannie zamarzała i odmarzała w szczelinach skał, co powodowało zwiększenie objętości lodu i stopniowe rozszerzanie tychże szczelin, a w konsekwencji prowadziło do rozpadu skały. Proces ten zwany jest wietrzeniem mechanicznym (fizycznym) skał. Według badaczy problemu, części szczytowe gór runęły w dół – zgodnie z siłą grawitacji – po rozsadzeniu przez, działającego z chłodną, długofalową konsekwencją, mroźnego nieprzyjaciela, natomiast spływające w dół – wraz z wycofywaniem się lądolodu i jego topnieniem – odłamki skalne, utworzyły wielkie pola gołoborzy w dolnej części górskich stoków; powstały wówczas również gołoborza poziome.

Na północnym stoku Łysicy zachował się (podobnie jak na Łysej Górze) charakterystyczny dla Łysogór, najbardziej regularny, trzykondygnacyjny układ gołoborzy, przypominający kaskadę – w miejscach wychodni skalnych zbocza są strome, zaś poniżej występują warstwy łupków, tworzące poziome tarasy porośnięte lasem. Układ taki najtrudniej zauważalny jest na stoku płd. góry, gdzie gołoborza są słabiej rozwinięte, mocno rozrzucone i właściwie szczątkowe. Gołoborza łysogórskie są najstarszymi, naturalnymi wychodniami skał w Górach Świętokrzyskich, a jednocześnie stanowią jedną z najstarszych w Polsce i Europie formację geologiczną – zbudowaną z kambryjskich piaskowców kwarcytowych, liczących sobie prawie 600mln lat, a występujących tutaj na powierzchni, a nie pod pokrywą utworów polodowcowych (której w zasadzie pasma – Łysogórskie i Klonowskie – są pozbawione).

Skały kambryjskie odsłaniają się na powierzchni regionu świętokrzyskiego w wielu punktach, a grubość ich w Górach Świętokrzyskich dochodzi do 2000 m. Są one zbudowane z piaskowców, kwarcytów i łupków. […] Właściwe dzieje geologiczne regionu zaczynają się w zaraniu ery paleozoicznej. W czasach tych istniał na obszarze dzisiejszych Gór Świętokrzyskich zbiornik morski, w którym osadzały się piaski, muły i iły. Osady te zmienione dziś w skały zawierają szczątki zwierząt i roślin zwane w geologii skamieniałościami. (…) Obecność w tych skałach fauny morskiej świadczy, że są one pochodzenia morskiego. Posiadają skamieniałości trylobitów, ramienionogów i mięczaków

– czytamy w wyżej już cytowanym opracowaniu MŚ.

Odkryto tu również kambryjskie glony morskie. Odkrycia te potwierdziły przypuszczenia badaczy, iż morze, zalewające w kambrze teren Gór Świętokrzyskich, wprost tętniło życiem. Ponadto na skałach gołoborza widoczne są ślady falowania dna morskiego, co także m.in. dowodzi, że kwarcyt łysogórski jest osadem powstałym w płytkim morzu…

Widoczne dziś gołoborza są ledwie wspomnieniem ogromnych rumowisk skalnych, zalegających ongi na zboczach Łysogór. W opracowaniu MŚ czytamy:

Na Łysicy gołoborza występują w kilku punktach, największa pokrywa kamienista zalega w partii szczytowej. Gołoborza w wyższych partiach pozbawione są szaty roślinnej. W miejscach jednak niżej położonych widoczny jest proces »zamierania gołoborzy«. Pojawia się tu roślinność: porosty na skałach, między głazami mchy, paprocie, a na granicy z wysokopiennym lasem – jarzębiny, dzięki którym kraina ta nabiera swoistego, niepowtarzalnego uroku, nieporównywalnego z żadnym innym krajobrazem w Polsce.

Jest to krajobraz odwiecznego pola walki żywego lasu z martwym głazowiskiem, które jest w stanie skutecznie bronić się przed naporem boru, dzięki swej specyficznej budowie i związanym z tym brakiem wody. Gdybyśmy spojrzeli na przekrój pionowy przez gołoborza, zobaczylibyśmy, że grubość warstwy bloków skalnych waha się od ok. 50cm do kilku, a nawet kilkunastu metrów. Duże przestrzenie między głazami są puste, a wody opadowe, czy te powstające z roztopów, spływają natychmiast po usypisku w dół, nie dając podstawy życia korzeniom roślin, co powoduje tak skuteczny odpór ekspansji lasu na teren gołoborzy. Ekspansja ta jest zatem niezwykle powolna i niejedno ludzkie życie przeminie, zanim następne pokolenia dostrzegą jej i tak przecie mizerne efekty.

Kwarcytów złomy – paproć – mech – i rumowiska
kręgiem dęby – zgrzybiale, jedle i buczyska –
malin, kalin, jarzębin gąszcz – i paprotnica –
pustka – groza – i cisza – cisza żałobnica

– pisał w utworze Łysica J. Gajzler.

Siedząc na koronie gołoborzy w partii szczytowej Łysicy i patrząc na to, otoczone ciemnym borem, groźne, kamienne pustkowie, przypominające jakoweś ponure cmentarzysko, oraz wsłuchując się (przy braku gwaru wycieczkowiczów) w ową „ciszę żałobnicę”, łatwiej zrozumieć motywy twórców legend i podań, ukazujących to miejsce, jako arenę wydarzeń i zjawisk nadprzyrodzonych, owianych mroczną tajemnicą, jak np. te, mówiące o mających odbywać się na tym ponurym głazowiszczu sabatach czarownic i inszych piekielników…

O tym już pisałem i pewnie jeszcze nie raz do tego wrócę, a teraz czas ruszać dalej, wszak jest godzina 23.40… Niebawem północ… Nowy rok nadchodzi wielkimi krokami…

Ruszamy, bo nie tylko mrok staje się coraz bardziej nieprzyjemny na tym „głaźnym” cmentarzysku, ale i mróz oraz wiatr przenikliwy stają się nie do zniesienia i coraz bardziej wychładzają rozgrzane trudnym podejściem ciała… Ruszamy ku wschodowi – na niewiele oddalony szczyt Łysicy…

Idąc za znakami szlaku czerwonego, po przebyciu ok. 100 m, osiągamy szczyt góry o wys. 612m n.p.m. – o czym informuje nas drewniany, wysokościowy, zgrabnie zadaszony, słupek…

Ale właśnie, czy 612 metrów?… Badania naukowców Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach, przeprowadzone w roku właśnie mijającym za chwilkę – roku 2018, wykazały, że Łysica jest wyższa o niemal dwa metry – wierzchołek z ww. słupkiem wysokościowym i drewnianym krzyżem ma wg tych pomiarów 613,14 metrów n.p.m., a sąsiednia Skała Agaty, której wysokość szacowano od lat na 608 m n.p.m., jest jeszcze wyższa i ma 613,4 metrów…

Jednakże – jak już zaznaczyłem – jakie to ma znaczenie w skali kulminacyjnej wysokości tych gór – wysokości sprzed milionów lat, obliczanej na tysiące metrów nad poziomem morza…

W świetle latarek i głębokim cieniu mroku oczom naszym ukazuje się na wierzchołku potężny, drewniany krzyż, wieńczący szczyt Łysicy od 1930 r., poświęcony przez bp. kieleckiego – Augustyna Łosińskiego, który opatrzony jest drewnianą tabliczką z wyrytym na niej napisem:

NIEŚMIERTELNEMU
KRÓLOWI WIEKÓW
JEZUSOWI CHRYSTUSOWI
GŁOSI CZEŚĆ I CHWAŁĘ
PUSZCZA JODŁOWA.

Jednak zanim na wierchu Łysicy, nad mrocznymi rumowiskami, stanął krzyż, królowały tu „ciemności bogi” i jodły:

Wrósłszy między głazy, w niezmierną ławicę skalisk aż do gruntowej posady serdecznym kamieniem, wszczepiając pazury pobocznych skrętów w każdy zuchelek ziemi i wysysając każdą kroplę wilgoci, wielkie jedle chwiały królewskie swe szczyty w przeciągu niejednego już wieku pomiędzy mgłami Łysicy

– pisał Żeromski w „Popiołach”.

A co działo się tu jeszcze wcześniej?…

Ano badacze tego rejonu potwierdzają bytowanie tutaj człowieka epoki kamiennej, który wytwarzał z kwarcytu łysogórskiego narzędzia walki i pracy. Owi „Indianie Europy” – koczownicze plemiona – jedynie przechodziły przez puszczę tutejszą, polując i szukając schronienia oraz pewnie zanosząc podobne, co Indianie północnoamerykańscy, modły, jak np. ta zawarta w Białym mustangu Stanisława Supłatowicza:

Witamy was, niebosiężne skały,
witamy cię, Duchu Gór.
Przyjmij nas.
Wy tylko możecie dać nam schronienie
i u ciebie, Duchu, szukamy opieki.
Chcemy żyć w krainie twojej,
w twoim kamiennym świecie
chcemy żyć. Wysłuchaj nas, Duchu Gór.

Człowiek, z upływem wieków, z ogniem i siekierą, wdzierał się coraz bardziej w puszczę Łysicy… W XVIII w. na zachodnim zboczu góry założono niewielką kopalnię, nazywaną „Olesiówka” (pracującą tam do pocz. XX stulecia), w której wydobywano syderyt – niskoprocentową rudę żelaza.

W pocz. XIX w. na szczycie Łysicy pojawiają się pierwsi turyści, niesieni w różne rejony kraju na rosnącej fali badań państwoznawczych rozwijających się na ziemiach polskich na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1829 r. „Gazeta Warszawska” donosiła o mocnych wrażeniach, jakich doznali turyści wchodzący na Łysicę – najwyższy szczyt górski na terenie zaboru rosyjskiego:

… znajdując się u podnóża najwyższej góry zwanej Górą Świętej Katarzyny, postanowili wejść na jej wierzchołek. Wdzierając się na rękach i nogach po najeżonym ostrymi głazami grzbiecie, ledwie połowę drogi odbyli, gdy ujrzeli się nagle zanurzeni w czarnej chmurze, której na próżno spodziewaliby się przewidzieć …

Trochę w tym przesady, ale wiemy przecież jak bardzo ważne dla polskich krajoznawców z Kongresówki były Góry Świętokrzyskie, a zwłaszcza Łysogóry, zaś szczególnie Łysica – góra, „która nie ma sobie równej na przestrzeni od Karpat do Uralu” – jak pisał Adolf Sowiński.

Teraz przejdźmy do pierwszego motywu przewodniego naszej nocnej wspinaczki na szczyt Łysicy na styku lat…

Ruch wycieczkowy zahamowało najpierw Powstanie Listopadowe, a następnie Styczniowe, kiedy to szczególnie w okolicy Łysogór bitewnie wrzało. Po bitwie pod Świętym Krzyżem (12 II 1863 r.), jak już wiemy, u północnego zbocza Łysicy – przy tzw. „Białym Gościńcu” – obozował ze swym powstańczym wojskiem gen. M. Langiewicz, opatrując tam rannych i grzebiąc zmarłych. Józef Ozga – Michalski, w swoich Godkach świętokrzyskich, także – po swojemu – przypomina ten okres walk narodowowyzwoleńczych, pisząc m. in.: „Bez dzień cały siedziały powstańce w lessie. Na noc do wsi schodzieły, bo w nocy prześpieczni beło”, a gdy „ziandarmy albo wojsko jakie” szło, a „bywało, ze sło”, okoliczni mieszkańcy „natencos dawali rychło znak i wszyscy w Łysice zmiatali. Zeby zaś śladów duza nie narobić, lo niepoznaki śli jeden za drugim, ostroźnie a wolno, ze w śniegu ostawały znaki jednego ino chłopa”.

Z początkiem XX stulecia nasila się w Kongresówce polski ruch krajoznawczy i regionalistyczny, którego działacze, „odcięci kordonem granicznym od Karpat i Tatr” z Łysicy brali „miarę Gór”. W roku 1908 powstaje Oddział Kielecki PTK, a w 1909 r. w Góry Świętokrzyskie wyrusza naukowa wyprawa krajoznawcza, w której m. in. uczestniczył – autor wyżej przytaczanych słów – ojciec krajoznawstwa polskiego – Aleksander Janowski…

Z nastaniem Niepodległej krajoznawcy polscy żwawo ruszają na Kielecczyznę, a szczególnie „w Łysicę”, czego następstwem jest także wytyczenie i wyznakowanie w terenie w 1926 r. pierwszego szlaku turystycznego na obszarze Gór Świętokrzyskich, który przebiegał również – jakżeby inaczej – przez szczyt Łysicy. W latach następnych wytyczono kolejne szlaki, które biegły zboczami góry.

W roku 1922 wygaszono działalność ww., pracującej na zboczu Łysicy – pod zarządem „Huty Bankowej” – kopalni syderytu „Olesiówka”. W tym też roku – w odpowiedzi na apele polskich naukowców, twórców (a zwłaszcza S. Żeromskiego) oraz krajoznawców – utworzono na terenie Łysicy ścisły rezerwat przyrody, w którym ochroną objęto głównie – istniejące tu (mimo działań i zakusów zaborców) wspaniałe drzewostany jodłowe, jodłowo – bukowe i bukowo – jodłowe o charakterze pierwotnym, a także unikatowe gołoborza. Rezerwat był początkowo niewielki – liczył bowiem ponad 100 ha, jednak w latach następnych rozpoczęto przygotowania do utworzenia na terenie Łysogór – wymarzonego przez Żeromskiego i innych orędowników „swojszczyzny” – Parku Narodowego…

Prace przy tworzeniu Parku Narodowego wstrzymał rok 1939, niosący kilka lat pożogi wojennej, a następnie także lata powojennej walki o Niepodległą…

Poprzez knieje Łysicy przemykali nie raz partyzanci, a z początku tej niełatwej walki z niemieckim okupantem, przypadającej na pocz. 1943 r., zwłaszcza żołnierze AK z oddziałów: „Chłopcy z lasu” pod dow. ppor. E. Domoradzkiego ps. „Grot” – który miał swoje obozowisko w lesie Łysicy – oraz „Wybranieccy” pod dow. por. M. Sołtysiaka ps. „Barabasz” – który korzystał ze schronienia jodeł i buków Łysicy podczas swoich pierwszych zbiórek i szkoleń…

Po obławie niemieckiej na Zgrupowania Partyzanckie AK „Ponury”, mającej miejsce 16. IX 1943 r. na nieodległym Wykusie, żołnierze tychże Zgrupowań, po uprzednim przebiciu się przez kilkutysięczny pierścień n – pla i zadaniu mu dużych strat w ludziach, poszczególnymi oddziałami przemykają obok penetrujących całą okolicę Niemców i zapadają w Pasmo Łysogórskie, by po dwóch dniach spotkać się na Łysicy, gdzie na umęczonych walką i forsownym marszem żołnierzy nie czekały nawet najbardziej prymitywne szałasy.

Żołnierz „Ponurego” – Teofil Obara ps. „Teoś” – zanotował w swoim partyzanckim dzienniku, co następuje:

20 września 1943 r. Wschodnia część nieba zaczyna blednąć. Słychać we wsi pianie kogutów. Niedługo zacznie się rozwidniać. Jesteśmy u stóp Łysicy. Ścieżką prowadzącą na jej szczyt dowolnym krokiem wspinamy się coraz wyżej i wyżej. (…) Puszcza Jodłowa wita swych miłych gości. Docieramy do Gołoborza. Jest już widno… Z kamienia na kamień, powoli zbliżamy się do szczytu. Zatrzymujemy się na samym wierzchołku (…) Stoi tu krzyż z krucyfiksem pod nim wyryty napis: „Nieśmiertelnemu Królowi Wieków, Jezusowi Chrystusowi, Bogu – Człowiekowi, cześć i chwałę głosi Puszcza Jodłowa”. Razem z Puszczą, cześć i chwałę głoszą wszyscy partyzanci, z utęsknieniem oczekujący chwili rozprawy z tymi, co gwałcą naszą wiarę, nasz kościół. Bóg i Ojczyzna naszym ideałem. Skontaktowaliśmy się z obozem, który znajduje się z półtora kilometra w kierunku północno – wschodnim. Po kilkunastu minutach ppor. „Stefan” już zdaje raport komendantowi „Ponuremu”. Komendant jest zadowolony, że zwartym oddziałem dołączyliśmy wszyscy zdrowi. Wielka radość i serdeczne uściski trwają jakiś czas. (…) 23 września 1943 r. Wszystkie oddziały znajdują się na Łysicy. Dopóki nie będziemy zaopatrzeni w nowe zapasy amunicji, nie możemy przyjmować żadnej walki. Dlatego dziś wieczorem przerzucamy się w lasy osieczyńskie. Partyzant nie znajduje długo spokoju w jednym miejscu, musi być w ruchu i dlatego jest nieuchwytny.

Świętokrzyski Park Narodowy powołano w 1950 roku. W jego skład weszła oczywiście Łysica, stanowiąca ścisły rezerwat przyrody.

W 1999 r. kieleckie „Słowo Ludu” podało taką oto wiadomość:

Marszałek województwa, wojewoda i prezydent Kielc wdrapywali się wczoraj w pocie czoła na Łysicę, by na samym szczycie, zasiadłszy na gołoborzu, mówić o atrakcjach i perspektywach regionu. Do spaceru zachęcił ich Leszek Kumański, realizujący imprezę plenerową „W krainie latających scyzoryków”. (…) Szczyt władzy, czyli marszałek Szczepańczyk, wojewoda Lubawski i prezydent Stępień.

Jednak gdyby wyżej wspomniani włodarze województwa świętokrzyskiego chcieli tu wejść miliony lat temu, gdy góry te wysokością swych szczytów mogły się równać z najwyższymi obecnie górami, ujrzeliby przed sobą „straszną niemą grań ku niebu wzniesioną”, „lodem odpychającą” i musieliby być wyposażeni w najlepszy sprzęt wspinaczkowo – podróżniczy oraz dysponować świetną kondycją fizyczną i psychiczną…

I teraz czas na kolejny z dwóch głównych motywów przewodnich naszej nocnej, Sylwestrowej wyprawy…

Wiedział niemało o Łysicy i Górach Świętokrzyskich – jednych z najstarszych gór Europy, którym czas starł niebosiężne szczyty (m.in. od swego przyjaciela – rodem z Kielecczyzny – Bogdana Nowaka) – legendarny zdobywca Mount Everest – Nowozelandczyk sir Edmund Parcival Hillary (1919 – 2008), który, wraz z szerpą Tenzingiem, jako pierwszy stanął na najwyższym szczycie globu dnia 29 V 1953 r. (za co otrzymał od królowej Elżbiety II tytuł szlachecki oraz wysokie odznaczenie nepalskie)…

Znał on i cenił znakomitych, stanowiących ścisłą czołówkę światową, polskich himalaistów, jak Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego, którzy 17. II 1980 r. dokonali pionierskiego zimowego wejścia na Everest, i wiedział, że to właśnie Polacy byli pierwszymi ludźmi, którzy w najtrudniejszych zimowych warunkach zatknęli flagi narodowe na najwyższych szczytach Ziemi – ośmiotysięcznikach…

Kilkanaście lat temu z Kielc wystosowano do Hillarego zaproszenie na Łysicę, czego efektem była jego wizyta w Polsce w 2004 r. wraz z żoną June. Wprawdzie wówczas sir Edmund nie mógł odwiedzić Gór Świętokrzyskich, ale przekazał upominki dla ich mieszkańców…

Dnia 20. I 2008 r. ponad 50 osób weszło na szczyt Łysicy, aby uczcić pamięć tego – zmarłego tydzień wcześniej – wybitnego himalaisty i wielkiego swą postawą oraz skromnością człowieka. Na szczycie rozwinięto flagę Nowej Zelandii z autografem sir Edmunda, którą przekazał on mieszkańcom ziemi świętokrzyskiej podczas swego pobytu w Polsce. Obok podpisu na fladze umieścił dedykację: „Dumnym mieszkańcom Regionu Świętokrzyskiego”. Na szczycie Łysicy uczestnikom wyprawy rozdano zdjęcia z autografem Hillarego oraz takoż oznaczone banknoty z podobizną tego, który pierwszy postawił stopę obok stopy Yeti. Śmiałkowie skosztowali też na Łysicy batonów energetycznych, jakimi zajadał się sir Edmund podczas wypraw na „Dach Świata”. Zdjęcia z wyprawy na Łysicę oraz nowozelandzka flaga z podpisem Hillarego, trafiły do kieleckiego muzeum…

Przypomnijmy, iż po zdobyciu Czomolumgmy, sir Edmund krzyknął: „W końcu załatwiliśmy drania!”, a jego ulubionym powiedzeniem było: „Każdy ma swój Everest”. Natomiast inny wybitny himalaista, pierwszy zdobywca wszystkich ośmiotysięczników – Reinhold Messner, zapytany, dlaczego wchodzi na Mount Everest, odpowiedział: „Bo jest”…

To więc, czy możemy poczuć się na szczycie Łysicy jak sir Edmund na Evereście, zależy tylko od naszego pojmowania pojęcia szczyt – niechaj każdy ma swój… byle go miał. Na pewno czuli się tak uczestnicy wyżej opisanej wyprawy na Łysicę w 2008 roku…

Na pewno tak byłoby w rzeczywistości jeszcze ok. dwa miliony lat wstecz, gdy wierchy Gór Środkowopolskich – Sandomierskich – Świętokrzyskich – sięgały niebios…

W dwa lata później – w okrągłą 30. rocznicę zimowego zdobycia przez Polaków Mount Everest – na szczyt Łysicy ruszyła, z flagami narodowymi, kolejna tego typu wyprawa – pod przewodnictwem Klubu Górskiego PTTK Kielce, który powstał z inicjatywy – silnie związanego z Kielecczyzną – wybitnego geologa, podróżnika, alpinisty i himalaisty – Zbigniewa Rubinowskiego (1929 – 1997). Brał on udział w licznych wyprawach w góry Europy, Azji, Ameryki Południowej, a także na Antarktydę. Był dwukrotnym rekordzistą Polski – najpierw zdobył Noszak (7 485m n.p.m.) w Hindukuszu w Afganistanie, a następnie Kangbachen (7 902m n.p.m.) w Himalajach. Na uwagę zasługuje również wyczyn dwóch kieleckich krajoznawców – L. Segieta i A. Koczotowskiego, którzy w 2008 r. – dla uczczenia 100 – lecia istnienia Oddziału PTK – PTTK w Kielcach – zdobyli najwyższy szczyt Europy Mount Blanc, jednak właśnie – już na początku swej działalności – działacze tegoż Oddziału i ich goście zajmowali się tematyką wysokogórską, m.in. prowadząc na ten temat wykłady, jak np. inż. M. Mischke, który w 1927 r. odczyt o wyprawie na Mount Everest zilustrował kolorowymi przeźroczami…

Obecnie, po kolejnych powiększeniach, dawny rezerwat, zwany dziś Obszarem Ochrony Ścisłej „Łysica”, sięga aż do podnóży Łysej Góry (Łyśca – Św. Krzyża) i jest największym OOŚ Parku – jego powierzchnia wynosi 1 186 ha…

A my w mrozie, śniegu i wietrze czekamy w świetle latarek nadejścia Nowego Roku – 2019… Co przyniesie, myślimy… Chyba wszyscy myślimy… A jest nas na wierchu pod Krzyżem ok. 50 osób…

Wreszcie nadchodzi ten czas… Synchronizacji zegarków nie ma, zatem w odstępie kilku sekund, a nawet minut, strzelają korki szampanów, delikatnie przyczajonych i solidnie schłodzonych w plecakach;)

Błyskają flesze – dziesiątki pamiątkowych zdjęć na szczycie Łysicy w Nowy Rok… Potem składamy sobie życzenia noworoczne… Bardzo sympatyczny pan z Konina częstuje wszystkich gęstą i mocno rozgrzewającą nalewką sosnową… Pychota;) Szampan tutaj smakuje wyjątkowo…

A ja skromny uczestnik i kronikarz wyprawy noworocznej na szczyt Łysicy – gdziekolwiek on jest – życzę Wam Wszystkim jeszcze raz wszelkiej pomyślności w Nowym – 2019 – Roku:)

Pomalutku, ostrożnie schodzimy w dół – ku Świętej Katarzynie… Zejście będzie trudniejsze – najpierw lód, śnieg na głazowisku, potem błoto i woda na głazowisku…

Na pożegnanie szczytu Łysicy, przypomnijmy wersy utworu J. Gajzlera, Z Żeromskiego – Syntezy – III. Popioły:

Strzał huknął na Łysicy… zniebieszczone dale
oddały łoskot serca… związały się losy
i runął potok życia… Rafale! Rafale!…
… wiosną pachną Tarnicy, słońcem żniw Stokłosy…
Gór błękity, szafiry, szmaragdy, opale.
– śnieg na ustach, łzy w oczach… usta, oczy, włosy…
o Heleno… granity Tatr, kąsane w szale…
kra na Wiśle… kły wilka… i noc Saragossy…
… I znowu kwiaty cudne – i łąka tatrzańska –
i cisza, jak o świcie nad stawem Wygnanki…
kwitnie w puszczy Łysogór paproć świętojańska –
śnią się Grudna aleje, parkiety, krużganki…
… Pod słońce – i pod jesień staje Dwór jedlany…
Michcik! – konia!! – Idziemy!!! … stare krwawią rany…

Tak i nam czas wracać. Do codzienności wracać, i brać się za bary z Nowym Czasem Nowego Roku…